kasjach
24.05.05, 12:38
Nasz synek Piotruś odszedł od nas w 36w4d ciąży. Mniej więcej od 28 tyg. było
wiadomo, że jest trochę mniejszy niż średnia przewiduje, ale ciągle mieścił
się w normie, badane były przepływy, zawsze w porządku. w 34 tyg. wylądowałam
w szpitalu z zagrożeniem porodu... zagrożeniem... teraz myślę, że gdyby wtedy
się urodził, pewnie dziś wszystko byłoby dobrze, ważył wtedy ok. 2200. Ale
poród zatrzymano, po kilku dniach wyszłam do domu, następne 2 tyg. leżałam,
aż przyszedł 3 maja, pierwszy dzień kiedy wyszłam z domu, piękna pogoda, już
miało być wspaniale, do porodu coraz blizej, wiec już nie muszę leżeć, pora
szykować ubranka- torba do szpitala już spakowana. Tego dnia od rana nie
czułam ruchów Piotrusia, ale to już się wcześniej dwukrotnie zdarzyło, gdzieś
w głębi serca czułam mrożący strach, ale nie zrobiłam nic, dopiero wieczorem
pojechaliśmy do szpitala. Gdyby wcześniej... Najpierw KTG, długie szukanie i
nic, USG i wyrok- nie stwierdza się czynności serca. Straszne było to, że
pomyślałam: nic dziwnego, to było za piękne, żeby było prawdziwe. Podjęto
decyzję, że indukcja będzie następnego dnia. tak bardzo chciałam cesarskie
cięcie, ale takiej opcji nie było, lekarze przekonywali mnie, że tak będzie
lepiej, szczególnie, że "warunki na dole korzystne- 2 cm rozwarcia, prawie
zgładzona szyjka", myślałam, jakie to nieludzkie, ale teraz jestem
zadowolona, że urodziłam synka naturlanie, chociaż tyle mogłam zrobić, już
nie dla niego, ale do mojej przyszłej rodziny. Nie wiem jak przetrwałam tę
noc, na pewno nie zmrużyłam oka, ale dzięki relanium leżałam bez większych
emocji. Bardzo pomogła rozmowa z panią, która leżała ze mną na sali i
przeżyła w przeszłości podobną tragedię. Za to między innymi jestem wdzięczna
personelowi (poza jednym lekarzem, który zaraz po tej strasznej wiadomości
klepnął mojego męża po ramieniu i powiedział "zdarza się"), wszyscy bardzo
starali się ułatwić nam ten potworny czas, właśnie chociażby w tym, żebym nie
musiała leżeć z mamami czekjącymi na swoje dzieci, rodzić na oddziale
położniczym a potem leżeć ze szczęśliwymi mamami.
Następnego dnia, ok.11, podłączono mnie do kroplówki, ale do 3 nic się nie
działo. cały czas mógł być ze mną mąż i moja koleżanka, ktora jest
ginekologiem i to ze przeszla z nami przez ten koszmar, zawsze będzie jakimś
światłem- bez Niej- nie wyobrażam sobie... Ok. 3 zaczęły się skurcze, od razu
strasznie bolesne, z każdym następnym wpadałam w panikę, gdyby mąż nie
zmuszał mnie do oddychania, nie umiałabym sobie pomóc. miałam mieć zzo, ale w
20 minut z 2 cm zrobiło się 7 i już nie było sensu, o 16.50 urodził się
Piotruś... a ja Go nie zobaczyłam, tak teraz tego żałuję, ale nie mogłam, po
prostu nie mogłam, tak się bałam, że mi serce pęknie, że jak już Go zobaczę,
to nie będę w stanie Go oddać..
ważył 2170, możliwe więc, że już od dłuższego czasu przestał rosnąć, że już
wcześniej coś złego się działo, a ja nie miałam o tym pojęcia, żadnych
przeczuć, tylko tej ostatniej nocy, wtedy kiedy prawdopodobnie zmarł, śniło
mi się, że jest już w domku, jest rano a ja budzę się i wiem, że przespałam
całą noc i nie nakarmiłam Go, lecę do Jego pokoju a tam zimno, Piotruś kicha
i ogólnie wszystko jest nie tak.
Dziś już 3 tygodnie jak synek nie żyje, nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo czy
będzie wiadomo. Boże, jak teraz żyć, jak wierzyć, że jeszcze będzie życie.
Chciałabym wiedziec, że spotkało mnie najgorsze co może być w życiu, ale
wiem, że tak nie jest, boję się czasem co jeszcze nas czeka. A najbardziej
się boję, żeby Piotruś nie był sam, gdziekolwiek jest, żeby nie tęsknił za
nami. To tak potwornie boli i wiem, że nigdy nie minie, świat już nigdy nie
będzie bezpieczny i beztroski. Żebym nie wiem ile dzieci miała jeszcze, to
zawsze będzie o jedno za mało..