aleksia-si
16.06.05, 15:41
kochane dziewczyny
trochę zrobiłam sobie przerwy, by dojść do siebie, dziękuję za Wasze
wsparcie, wiem że się interesowałyście i trzymałyście kciuki...
To już ponad 2 tygodnie jak Julci nie ma z nami, smutno i tęskno za nią
bardzo....
sam poród był okropny.
szczerze odradzam wszystkim poród na klinice krakowskiej, zwłaszcza na
oddziale septycznym (parter)
mnie tam już nigdy wołami nie zaciągną.
złożył się splot niesprzyjających okoliczności. trafiłam tam w poniedziałek
wieczorem, ale tak na dobre zaczęłam rodzić dopiero w środę, 1 czerwca. tam
trwa remont, więc sala była mniejsza, nie wpuszczano tam do mnie nikogo, nie
mógł wejść ani mąż, ani Ladyhawke która mnie odwiedziła. jeszcze w
poniedziałek i wtorek miałam opiekę w porządku - bo kręcili się lekarze,
miałam fajne położne, natomiast w środę było sympozjum i wymiotło wszystkich
lekarzy, po korytarzu z mężem nie mogłam chodzić (a siedzieć nie mogłam bo za
bardzo bolało),do sali nie chcieli Go wpuścić, w środę trafiłam na położną
która
siedziała za kotarą i czytała książkę cały czas, przez 8godz. - bo tyle
trwało to wszystko - podeszła tylko na moje już ostateczne wołanie i żądanie,
bo wcześniej, mimo że wyłam, płakałam, prosiłam o znieczulenie - tylko
minimum - odpowiadała jednym zdaniem, nawet nie podeszła,(może z raz, żeby
mnie zbadać) nie dali mi żadnego
znieczulenia, oj, dużo by pisać, we wtorek przynieśli na salę noworodka, po
prostu istny koszmar. dopiero pod koniec, dosłownie 15 min przed końcem
lekarz się zlitował i dostałam dolargan, który i tam niewiele pomógł, ale
chociaż troszkę ulżył. a jak już urodziłam, to mimo że miałam mieć zaraz
narkozę i łyżeczkowanie to położna chciała żebym jeszcze rodziła łożysko i
zaczęła naciskać mnie po brzuchu, na szczęście lekarka ją powstrzymała,
sadystka jakaś
byłam potem wściekła, zwłaszcza na tą położną, złożyłam skargę i ponoć miała
rozmowę dyscyplinującą z ordynatorem.
nie zgodziliśmy się na sekcję zwłok, malutka i tak była szczegółowo
przebadana prenatalnie, z formalnościami nie było problemów (jeszcze raz
dzięki dziewczyny za pomoc), w czwartek już wyszłam ze szpitala do domu. w
poniedziałek mieliśmy pogrzeb. chyba dopiero wtedy dotarło do mnie naprawdę
że Julcia nie żyje.
o porodzie i bólach odrazu zapomniałam, natomiast smutek
i ból po jej stracie okazał się ogromny...
Julcia ma śliczny grób, chodzimy do niej z mężem codziennie i rozmawiamy z
nią, modlimy się...
dziękuję za wsparcie i ściskam Was ciepło
krakowianki do zobaczenia w sobotę
aleksia