sisi-ola
25.06.08, 14:18
Witajcie rozrywana uczuciami i t ę sknotą zdobyłam sie na opisanie
mojej historii w całości, wylewałam swoje żale na poszczególnych
wątkach, ale nigdy nie napisałam jak to sie zaczęło.
Październik 7-tego 2006 roku poszłam do lekarza bo test wykazał
poraz pierwszy w życiu dwie kreski szczęście i oczywiście strach,
szukałam lekarza znalazłam ordynatora. Nie zdiagnozował ciąży tylko
guzek, zdarł kase za wizyte i tyle...Byłam tak wściekła że nie
wzielam taxi tylko na piechote wrociłam do domu.
Pod koniec października zrobilam poraz drugi test znowu dwie kreski
pedem do lekarza poleconego przez moja znajomą uf...szczęście ciąża
fasolinka ma ok 8 tyg.jest widze widze jak pika
serduszko.RADOŚĆ.RZucam palenie z płaczem do rodziców czy nam pomoga
ja musze pracować sa za nami jasne ze pomoga, cieszą sie ogromnie.6
listopada 2006 popłudniu wróciłam z uczelni ogladałam cwiczenia fiz.
dla ciezarnych piłam mleczko bo to zdrowo podobno i ciach krew na
bieliźnie odrazu tel do mojej mamci co robic kazala jechac do
szpitala pojechalismy z mezem Ona z Tata dotarła tam taxówka. Wpadła
do pokoju pielegniarek ze corka krwawi na to pielegniarka co pani
sie denerwuje przeciez korka nie wsadzimy, według mnie bardzo
uprzejmie. Potem usg brak fasolinki pecherzyk pusty potem wywiad
jutro na czyszczenie, wytrwałam jakos noc rano pojechalam z mezem do
szpitala , wywiad , kilka godzin czekania i zabieg w narkozie
obudziłam sie powyzywałam na kobiety które wyrzucaja dzieci na
smietnik poplakalam mąz mnie ubral i pojechalam do domu. Byłam u
mamy tylko tam chcialam byc.
Postanowilam byc silna i na drugi dzien poszlam do pracy a co bede
sie uzalac nad soba nikt o ciazy nie wiedzial poza kier. Jakoś
przetrwalam kolezanka Mu opowiedziala o wszystkim.