szklane_paciorki
22.11.05, 16:48
Witajcie
Jestem na tym forum już od dłuższego czasu i mam wrażenie jakbym znała wiele z Was osobiście. Czasem odnoszę wrażenie, że to forum pełne jest szczęśliwych, spełnionych kobiet więc wybaczcie jeśli mój wątek jakoś się nie wpasuje, ale strasznie potrzebuję się przed kimś wygadać.
Jak wspomniałam na wstępie w tym roku skończyłam trzydzieści lat. Nie mam męża, nie mam rodziny, jestem obecnie w niezbyt długim stażem związku ale nie mam poczucia, że to TEN. Nigdy nie sądziłam, że będę definiować swoje życie emocjonalne w taki sposób, ale jeśli spojrzę na to realnie to taka jest prawda. Ja nie kocham tego człowieka. Lubię go, jesteśmy sobie bliscy, jest miły, uczynny, fajnie spędzamy razem czas. Ja zaznałam już samotności na emigracji i było to coś koszmarnego. Więc wydaje mi się, że jestem w tym związku właśnie ze strachu przed tamtym.
Poza tym od jakiegoś czasu jestem bez pracy. Powoli zaczynam wariować. Przedtem, przez długi czas byłam kobietą sukcesu, tzw busines woman, zabieganą, w eleganckich żakiecikach, twardą, pewną siebie, z dobrą pracą za dobrą kasę. Ale praca była bardzo stresująca, chciałam odejść, ale nie mogłam się zdecydować kiedy. Aż w końcu zostałam zwolniona. Był to dla mnie duży szok, bo zawsze w pracy byłam doceniana i chwalona, zarówno przez przełożonych, kolegów jak i podwładnych, byłam jedną z tych "niezastąpionych". I chociaż nie za bardzo lubiłam to co robiłam to byłam w tym dobra i to sprawiało mi satysfakcję.
Może dowiedzieli się, że planuję odejść, może uznali, że się wypaliłam i więcej ze mnie nie wycisną. Najbardziej bolesne było to, że ot tak po prostu, po tylu latach wezwali mnie do pokoju w piątek wieczorem i zagrozili zwolnieniem dyscyplinarnym! Za coś co zupełnie było poza moją kontrolą i dobrze o tym wiedzieli. Dali mi do wyboru: albo zwolnienie dyscyplinarne, albo sama się zwolnię. Byłam w takim szoku, że nawet nie miałam siły spierać się o zasadność ich oskarżeń. Widziałam, że ta rozmowa to tylko formalność a decyzja została już podjęta. Złożyłam więc wypowiedzenie.
W zasadzie czułam ulgę. Miałam przeczucie, że potrzebowałam właśnie takiego kopa, żeby się stamtąd ruszyć. No bo przecież i tak chciałam odejść. Tłumaczyłam sobie, że mam świetne doświadczenie, wykształcenie, że moje cv wygląda super i nie będę miała problemu ze znalezieniem pracy. Ale z drugiej strony czułam, jak coś wewnątrz mnie się załamało, że tylko przybieram dzielną minę do faktu, że cała ta moja pewność siebie załamała się. Oczywiście tłumaczyłam sobie, że to tylko praca, że mogli mieć tysiąc powodów, żeby chcieć się mnie pozbyć. A jednak bolało, w taki niezrozumiały, niewytłumaczalny sposób. Ileż ja tej firmie poświęciłam... swojego czasu, energii, życia osobistego, zawsze tylko była praca, praca, praca.
Zaczęłam wysyłać swoje cv do agencji, na różne ogłoszenia. I nic. Czasem dostawałam odpowiedź, że nie są zainteresowani, ale najczęściej było po prostu NIC. Było to jak jakaś cholerna samospełniająca się przepowiednia. Patrzyłam na kolejne ogłoszenia o pracę i wiedziałam, że i tak nie spełniam w 100% ich wymogów, więc po co w ogóle wysyłać?
Minęło półtora roku. Ciągle nie mam pracy. Mój partner jest dla mnie bardzo cierpliwy i wyrozumiały. Na szczęście mam oszczędności, na szczęście on mi pomaga. A ja coraz bardziej zapadam się w sobie. Śpię do południa, bo nie mam po co wstawać. Chodzę po domu w dresach, bo nie mam po co się ubierać. Nawet jeśli muszę wyjść z domu to idę ze wzrokiem wbitym w chodnik. Nawet jeśli jakaś firma zaprosiłaby mnie na rozmowę, to boję się, że na twarzy mam wypisane w jakim stanie jestem i zawaliłabym nawet najprostrzą rozmowę o pracę.
To trzydziesty rok mojego życia. Pamiętam doskonale, gdy miałam dwadzieścia lat i głowę pełną planów, marzeń. Wiedziałam kim chcę być, byłam pewna, że w okolicach trzydziestki będę żyła pełnią życia i pełnią szczęścia. Patrzę na koleżanki ze studiów, z liceum, wszyscy jakoś tam już się odnaleźli, zagnieździli, mają pracę, dzieci, mężów, kredyty. A ja patrzę na siebie i nie mam nic. Czuję się jak jedna wielka porażka.
A przecież wszystko tak dobrze szło. Jeszcze dwa lata temu to oni mi zazdrościli, chociaż nie wiedzieli, że sukces w pracy to przykrywka dla wielkiej katastrofy jaką było moje życie uczuciowe.
Ostatni tydzień już nawet nie przebieram się w dresy. Siedzę przed komputerem w szlafroku. Mam napady niepohamowanego smutku i płaczu. Przed rodziną i znajomymi ciągle udaję, że wszystko jest ok. Nie chcę ich martwić, nie chcę ich litości. wstydzę się tego co się ze mną dzieje. Mój partner chyba się domyśla co się ze mną dzieje, ale nie sądzę aby miał pojęcie jak bardzo się w sobie zapadłam. A nawet jeśli ma to nic z tym nie robi albo nie wie jak mi pomóc.
Myślę o sobie sprzed dwóch lat i nie mogę pojąć jak to możliwe, że teraz jestem w takim stanie. Zawsze uważałam się za silną osobę. Znajomi i rodzina uważają mnie za inteligentną, zdolną, zabawną osobę, której się udało.
A mnie ogarnia strach przed wyjściem z domu i obcymi ludźmi. Czasem mam takie dni, że nie odbieram telefonu jeśli widzę, że dzwoni ktoś nieznajomy.
Nie wiem jak się z tego podnieść, jak z tym walczyć. Czy muszę sięgnąć dna, żeby się odbić? Tylko gdzie jest to dno?
Czy ktoś tam był?