Dodaj do ulubionych

blues trzydziestolatki czy depresja?

22.11.05, 16:48
Witajcie
Jestem na tym forum już od dłuższego czasu i mam wrażenie jakbym znała wiele z Was osobiście. Czasem odnoszę wrażenie, że to forum pełne jest szczęśliwych, spełnionych kobiet więc wybaczcie jeśli mój wątek jakoś się nie wpasuje, ale strasznie potrzebuję się przed kimś wygadać.
Jak wspomniałam na wstępie w tym roku skończyłam trzydzieści lat. Nie mam męża, nie mam rodziny, jestem obecnie w niezbyt długim stażem związku ale nie mam poczucia, że to TEN. Nigdy nie sądziłam, że będę definiować swoje życie emocjonalne w taki sposób, ale jeśli spojrzę na to realnie to taka jest prawda. Ja nie kocham tego człowieka. Lubię go, jesteśmy sobie bliscy, jest miły, uczynny, fajnie spędzamy razem czas. Ja zaznałam już samotności na emigracji i było to coś koszmarnego. Więc wydaje mi się, że jestem w tym związku właśnie ze strachu przed tamtym.
Poza tym od jakiegoś czasu jestem bez pracy. Powoli zaczynam wariować. Przedtem, przez długi czas byłam kobietą sukcesu, tzw busines woman, zabieganą, w eleganckich żakiecikach, twardą, pewną siebie, z dobrą pracą za dobrą kasę. Ale praca była bardzo stresująca, chciałam odejść, ale nie mogłam się zdecydować kiedy. Aż w końcu zostałam zwolniona. Był to dla mnie duży szok, bo zawsze w pracy byłam doceniana i chwalona, zarówno przez przełożonych, kolegów jak i podwładnych, byłam jedną z tych "niezastąpionych". I chociaż nie za bardzo lubiłam to co robiłam to byłam w tym dobra i to sprawiało mi satysfakcję.
Może dowiedzieli się, że planuję odejść, może uznali, że się wypaliłam i więcej ze mnie nie wycisną. Najbardziej bolesne było to, że ot tak po prostu, po tylu latach wezwali mnie do pokoju w piątek wieczorem i zagrozili zwolnieniem dyscyplinarnym! Za coś co zupełnie było poza moją kontrolą i dobrze o tym wiedzieli. Dali mi do wyboru: albo zwolnienie dyscyplinarne, albo sama się zwolnię. Byłam w takim szoku, że nawet nie miałam siły spierać się o zasadność ich oskarżeń. Widziałam, że ta rozmowa to tylko formalność a decyzja została już podjęta. Złożyłam więc wypowiedzenie.
W zasadzie czułam ulgę. Miałam przeczucie, że potrzebowałam właśnie takiego kopa, żeby się stamtąd ruszyć. No bo przecież i tak chciałam odejść. Tłumaczyłam sobie, że mam świetne doświadczenie, wykształcenie, że moje cv wygląda super i nie będę miała problemu ze znalezieniem pracy. Ale z drugiej strony czułam, jak coś wewnątrz mnie się załamało, że tylko przybieram dzielną minę do faktu, że cała ta moja pewność siebie załamała się. Oczywiście tłumaczyłam sobie, że to tylko praca, że mogli mieć tysiąc powodów, żeby chcieć się mnie pozbyć. A jednak bolało, w taki niezrozumiały, niewytłumaczalny sposób. Ileż ja tej firmie poświęciłam... swojego czasu, energii, życia osobistego, zawsze tylko była praca, praca, praca.
Zaczęłam wysyłać swoje cv do agencji, na różne ogłoszenia. I nic. Czasem dostawałam odpowiedź, że nie są zainteresowani, ale najczęściej było po prostu NIC. Było to jak jakaś cholerna samospełniająca się przepowiednia. Patrzyłam na kolejne ogłoszenia o pracę i wiedziałam, że i tak nie spełniam w 100% ich wymogów, więc po co w ogóle wysyłać?
Minęło półtora roku. Ciągle nie mam pracy. Mój partner jest dla mnie bardzo cierpliwy i wyrozumiały. Na szczęście mam oszczędności, na szczęście on mi pomaga. A ja coraz bardziej zapadam się w sobie. Śpię do południa, bo nie mam po co wstawać. Chodzę po domu w dresach, bo nie mam po co się ubierać. Nawet jeśli muszę wyjść z domu to idę ze wzrokiem wbitym w chodnik. Nawet jeśli jakaś firma zaprosiłaby mnie na rozmowę, to boję się, że na twarzy mam wypisane w jakim stanie jestem i zawaliłabym nawet najprostrzą rozmowę o pracę.
To trzydziesty rok mojego życia. Pamiętam doskonale, gdy miałam dwadzieścia lat i głowę pełną planów, marzeń. Wiedziałam kim chcę być, byłam pewna, że w okolicach trzydziestki będę żyła pełnią życia i pełnią szczęścia. Patrzę na koleżanki ze studiów, z liceum, wszyscy jakoś tam już się odnaleźli, zagnieździli, mają pracę, dzieci, mężów, kredyty. A ja patrzę na siebie i nie mam nic. Czuję się jak jedna wielka porażka.
A przecież wszystko tak dobrze szło. Jeszcze dwa lata temu to oni mi zazdrościli, chociaż nie wiedzieli, że sukces w pracy to przykrywka dla wielkiej katastrofy jaką było moje życie uczuciowe.

Ostatni tydzień już nawet nie przebieram się w dresy. Siedzę przed komputerem w szlafroku. Mam napady niepohamowanego smutku i płaczu. Przed rodziną i znajomymi ciągle udaję, że wszystko jest ok. Nie chcę ich martwić, nie chcę ich litości. wstydzę się tego co się ze mną dzieje. Mój partner chyba się domyśla co się ze mną dzieje, ale nie sądzę aby miał pojęcie jak bardzo się w sobie zapadłam. A nawet jeśli ma to nic z tym nie robi albo nie wie jak mi pomóc.
Myślę o sobie sprzed dwóch lat i nie mogę pojąć jak to możliwe, że teraz jestem w takim stanie. Zawsze uważałam się za silną osobę. Znajomi i rodzina uważają mnie za inteligentną, zdolną, zabawną osobę, której się udało.
A mnie ogarnia strach przed wyjściem z domu i obcymi ludźmi. Czasem mam takie dni, że nie odbieram telefonu jeśli widzę, że dzwoni ktoś nieznajomy.
Nie wiem jak się z tego podnieść, jak z tym walczyć. Czy muszę sięgnąć dna, żeby się odbić? Tylko gdzie jest to dno?
Czy ktoś tam był?
Obserwuj wątek
    • mulinka Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 16:54
      witaj, wyglada to rzeczywiscie na depresje sad
      gdzie mieszkasz?
    • marjanna1 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 17:02
      Jedyne co Ci moge w tej sytuacji poradzic to nie czekac az dojdziesz do dna. Ja
      mialam kiedys podobna sytuacje z praca. Ale jednak gdzies w penym momencie cos
      sie sie we mnie przelamalo ipowiedzialam sobie, ze nie dam sobie zycia
      zniszczyc. To, ze oni mnie nie chcieli nie zanczy, ze sie nie daje do niczego. I
      wtedy znalazlam prace. Nie byla to praca moich marezn, ale byla. Dzieki temu
      zaczelam sie otwierac na nowe. I znalazlam prace w zawodzie znowu. Gdzie mnie
      doceniali i ktora sprawiala mi radosc.
      Tobie tez sie uda. Tylko sie nie poddawaj. Zacznij sie powoli wspinac po sciance
      na powierzchnie.
      M.
    • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 17:02
      Kazdy ma swoje dno, tak samo jak dla kazdego slowo "sukces" bedzie oznaczalo
      cos innego. Ja nie mam wrazenia,ze na KP sa tylko, jak to
      piszesz "szczesliwe,spelnione kobiety". Kazdy ma przeciez swoje dobre i zle dni
      i jesli sie wczytasz, to to zobaczysz.

      Coz ci moge napisac... Twoj dolek wynika zapewne z bezrobocia. Doskonale wiem,
      jak brak zajecia moze odbic sie na psychice. Gdzie mieszkasz?Czy faktycznie
      mozna majac juz jakies doswiadczenie nie znalezc ZADNEJ pracy przez poltora
      roku???A moze przebierasz w ofertach?Im dluzej jestes poza rynkiem,tym gorzej
      dla ciebie.Za praca nalezy chodzic,a nie z domu wysylac wszedzie to
      samo,szablonowe CV.Taka moja rada.Mozna o tym wiecej,ale pewnie nie o to chodzi.

      Powiem szczerze:nie podoba mi sie opowiadanie o swoim zwiazku i
      stwierdzanie "nie kocham tego czlowieka".To brzmi,jakby byl dla ciebie obcy.
      Jestes z nim szczera w sprawie swoich uczuc?Nie wisi ci na duszy poczucie
      hipokryzji?Mnie by to dusilo.

      Jak walczyc z depresja?Ubrac sie, uczesac i wyjsc na spacer. Zadzwonic do
      przyjaciol.Pewnie na to czekaja. Przejsc sie po kilku potencjalnych miejscach
      pracy, zapytac o mozliwosci zatrudnienia.Zmeczyc sie. Miec wieczorem z tego
      satysfakcje.Nie analizowac siebie, nie patrzec wewnatrz,ale na zewnatrz. Im
      bardziej bedziesz grzebac w srodku, tym gorsze rzeczy znajdziesz.
    • sylwek07 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 17:11
      szklane_paciorki jesli moge doradzic to skontaktuj sie z psychologiem,poznalem
      kilka takich kobiet jak Ty i wyjdziesz z tego ...
      • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 17:13
        Sylwek,czekam na twoja odpowiedz w innym watku...
      • mulinka Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 17:16
        pytanie - gdzie mieszkasz, nie jest wbrew pozorom bezzasadne
        nie chodzi nam o adres, ale ogolnie - w Polsce? w jakiej wielkosci miescie?
        a jesli poza Polska to dochodza dodatkowe problemy

        a moja rada:
        odstaw sie od kompa!
        ja wlasnie probuje (jak mi idzie, widac na zalaczonym obrazku smile

        ale robie przerwy, serio
        i mam zamiar coraz dluzsze

        • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 17:18
          Yhhh, ja tez zamierzam sie amputowac od klawiatury... Chociaz nie uwazam,zeby
          to dzialalo depresjogennie. Tylko mnie glowa za czesto boli i mam balagan w
          domu big_grin
          • mulinka Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 17:23
            na mnie dziala
            irytujaco i depresjogennie, zwlaszcza w ostatnich dniach

            ale dzis juz umylam dwa okna
            i zaraz wybieram sie do sklepu, zeby malej kupic prezent urodzinowy
          • azja1974 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 17:25
            szklany paciorku, nie czekaj w zadnym wypadku, az spadniesz na samo dno!!!mi to
            wyglada na depresje, mozesz skontaktowac sie z psychologiem? czy tam, gdzie
            mieszkasz, nie masz jakis przyjaciol? takich, ktorzy nie zazdroszcza ci, nie
            oceniaja, nie doluja? jesli masz sile, to zacznij wychodzic gdziekolwiek, do
            sklepu, kawiarni, sprobuj pogadac nawet z obcymi ludzmi, ale nie izoluj sie!
            ale najlepiej skontaktuj sie z profesjonalista. trzymam kciuki i jestem z toba!
    • h2so43 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 17:47
      Popieram propozycję samo. Ja dodatkowo zalecę Ci gimnastykę - taką zwykłą,
      przysiady, podskoki, skłony w lewo, w prawo. A najlepiej byłoby, gdybyś
      pobiegała, spociła sie, potem wykąpała. Poczujesz się ja nowonarodzona.
      Zapominamy często o gimnastyce, a ona jest lekarstwem na wiele dolegliwości
      duszy. Podczas wysiłku fizycznego zmienia ci się puls, oddech, rozluźniają się
      mięśnie. To wpływa na samopoczucie. A potem makijaż, uśmiech i do przodu!
      Zostaw minione życie za sobą, za wszelką cenę wypatruj pozytywnej przyszłości -
      uda ci sie! Jeśli uwazasz, że nie możesz znaleźć pracy, to pomyśl, co masz do
      zaoferowania i spróbuj to zaoferować choćby w wolontariacie. znajdź
      jakiekolwiek zajęcie wymagające pewnego reżimu, jak konieczność wstawania o
      jakiejś porze, makijaż, wyjście, uśmiech. Pomożemy ci, damy Ci wsparcie i dobrą
      energię. Napisz nam, czy któraś rada ci się przyda. Skoro napisałaś tak długi i
      składny post, to nie jest z Tobą az tak źle. Trzymam za ciebie kciuki!
      • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 17:52
        Wlasnie-zmeczyc sie! To naprawde jest zalecany sposob na depresje. Ja wyszlam
        ze swojej doslownie-spacerami. Pozniej mialam juz sile,zeby jezdzic na rowerze.
        Potem zaczelam cwiczyc pilates z dvd.
        Podczas ruchu wydzielaja sie w naszym ciele naturalne antydepresanty-endorfiny
        i serotonina. Te same, ktorych produkcja jest sztucznie wywolywana
        uzalezniajacymi lekami.
        • nocny.lot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 14:41
          Hmmm... Wysilek i tabletki ziolowe sa dobre na lekka depresyjke lub chandre. W ciezszych
          przypadkach prochy to wlasciwie jedyne dobre wyjscie, a opowiesci o tym, jak bardzo
          uzalezniaja, niewiele maja wspolnego z prawda. Zreszta lepsze to niz skok z okna.
          • gherarddottir Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 14:53
            sa bardzo dobre leki trojpiersacieniowe, ktore nie uzalezniaja...
            W razie czego sluze listasmile
            • mon101 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:10
              Mam doswiadczenie osobiste z lekami depresyjnymi, po roku stopniowo przestalam
              je brac, nie mialam problemu z odstawieniem, wiec z teoria uzaleznienia sie nie
              zgadzam. Jezeli nie udaje sie odstawic, to pewnie depresja nadal trwa, na ogol
              leki powinny miec wsparcie w psychoterapii ( a raczej odwrotnie leki moga
              wesprzec psychoterapie), bo gdzies jednak jest przyczyna, ktora nalezy leczyc.
              Leki lecza tylko symptomy, pomagaja chwilowo "zebrac sie do kupy".
          • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:08
            Ale moze jednak niekoniecznie jest to depresja wymagajaca silnych lekow?W
            Stanach ludzie biora garsciami psychotropy, nawet dzieciom "sprawiajacym
            problemy",czyli takim,ktore nie chca siedziec calymi dniami na
            kanapie,przepisuje sie tabletki. ADHD i depresja to chyba najczesciej
            diagnozowane choroby niesomatyczne. Moim zdaniem- i bardzo prosze, nie
            zakrzykujcie mnie,ze lekcewaze problem- warto sprobowac najpierw innych
            sposobow. Na przyklad psychoterapii. W ogole jak czytam ten watek i widze, ile
            z was przyznaje sie do przebytej depresji, to przychodzi mi do glowy pewna
            mysl. Depresja dotyka mnostwo osob na emigracji. Moim zdaniem wynika to
            pierwotnie z samotnosci, odlaczenia od rodziny i przyjaciol. Ja nie poszlam w
            Stanach do psychiatry, bo wydalo mi sie bez sensu branie lekow, skoro i tak nic
            innego sie nie zmieni. Na psychoterapie nie mialam pieniedzy. Tez nic nie
            mowilam mamie ani znajomym z Polski. Tez siedzialam w szlafroku caly dzien,
            wybuchalam placzem lub krzykiem z byle powodu, albo nie chcialam wstawac z
            lozka. To sie wyda glupie, pewnie zaraz znowu nocny lot napisze,ze to dobre na
            lekka depresyjke (ja nie wiem jak mozna tak napisac-lekka depresyjka, to nie
            jest cos, co mozna miec troszke, casual, raz na jakis czas), ale moim zdaniem
            jedyne wyjscie to przeczekac, przede wszystkim pogodzic sie z samotnoscia i
            starac sie znalezc w niej cisze i spokoj. I wychodzic z domu, nawet wlasnie
            wyrzucic smieci. Szklane paciorki, czy ty juz zdecydowalas sie zostac w tym
            miejscu, w ktorym jestes,czy wciaz myslisz o Polsce?Ja cierpialam najbardziej,
            dopoki stalam rozkraczona miedzy Polska i Stanami.Boze, jak sobie przypomne te
            dylematy-wracac, nie wracac...
            Tak jak napisalam-jak trzeba, to trzeba, jesli inaczej nie czujesz sie na
            silach. Ale nie wiem,dlaczego kilka osob od razu wysyla ja do psychiatry po
            tabletki. Tego rodzaju doliny sa naprawde powszechne na obczyznie, chyba
            przyznacie mi racje.
            • mon101 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:16
              Samo zgadzam sie z toba, przy stanach przygnebienia i lekkiej depresji pomoga
              ci inne sposoby, ale zapewniam cie, ze nie wiesz co to jest prawdziwa depresja.
              Naturalnie leki antydepresyjne sa naduzywane i traktuje je sie jak "tabletki
              szczescia". Moga byc nawet niebezpieczne, szczegolnie dla mlodziezy. Ale
              zapewniam cie, w ciezkiej depresji nie jestes w stanie myslec logicznie, napady
              paniki sa nie do opisania, leki wyprowadzaja cie na prosta i wtedy mozesz
              rozwiazywac swoje problemy, bo wtedy dopiero je widzisz.
              • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:20
                No i widzisz, jak mozemy dyskutowac?Jak mozesz mnie zapewnic,ze nie wiem,co to
                jest prawdziwa depresja?Bo nie skonczylam na lekach?Przykro mi.

                Wycofuje sie z tej dyskusji. Ja zachecam szklane paciorki do wizyty u
                psychologa, a nie u psychiatry.
                • mon101 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:26
                  Przepraszam, ze cie urazilam, nie bylo to moim
                  zamiarem.Sformulownie "prawdziwa", bylo nieadekwatne do tego co mialam na
                  mysli. Ale jak nocny napisal stopni depresji jest cala skala, jestesmy tez
                  roznymi osobnikami i roznie sobie z nia radzimy, Jednym (zapewne silniejszym)
                  wystarczy spacer i wziecie sie w garsc, a inni koncza samobojstwem. Dlatego
                  sposoby leczenia sa rozne i o tym decyduje lekarz. I niektorzy musz do tego
                  lekarz pojsc.
            • nocny.lot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:19
              Samo,

              napisalem "lekka depresyjka" w porywie retorycznym. Co nie zmienia faktu, ze depresja moze
              miec zmienne natezenie. Od smutku i zmeczenia az do stuporu depresyjnego. Depresja leczona
              zle lub nieleczona zazwyczaj poglebia sie. Czas sie liczy, nie ma na co czekac, ale leczyc sie. O
              sposobie leczenie powinien decydowac lekarz-psychiatra (nie ma sie co bac slowa). Domowe
              sposoby w glebszych depresjach po prostu nie sa skuteczne.

              To, ze w Stanach przesadzaja jest faktem. Ale ten fakt nie zmienia istoty rzeczy - depresja jest
              choroba, nie zas przejsciowym, lekkim pogorszeniem humoru.

              Zgadzam sie - emigracja czesto jej sprzyja. Ale nie ma reguly. Na szczescie.
              • abere8 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 03.12.05, 03:21
                napisalem "lekka depresyjka" w porywie retorycznym

                Nocny.lot, pozwolisz, ze zapamietam sobie to okreslenie "w porywie
                retorycznym"? Bardzo mi sie podoba! smile
            • gherarddottir Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:22
              Samo ja wysylam ja do specjalisty bo mysle sobie, ze ma po prostu
              depresje.Stany rzeczywiscie nie sa najszczesliwszym przykladem farmakologii
              stosowanej w zaburzeniach psychicznychsmile Tu sie zgadzam.
              Nieleczeona depresja bedzie sie rozwijac - odroznijmy tu stan depresyjny (ktory
              byc moze Ty przeszlas) od depresji. Mysle sobie jednak,ze spotkanie z
              psychiatra badz psychologiem nikomu nie szkodzi, a jesli nie szkodzi to moze
              pomoc. Niechetna jestem faszerowaniem lekami, ale uwierz mi czesto jest to
              podwalina, ktora przygotowuje pacjenta, wycisza go - do psychoterapii. Czesto
              nie da rady obejsc lekow, zreszta po co? Dla zasady? udowadnianie samemu
              sobie "ze sama wylecze sie z depresji" niekoniecznie jest dobrym rozwiazaniem
              dla wszystkich. Depresja nie jest stanem przygnebienia,apatia tylko. Depresja
              jest choroba, ktora moze doprowadzic do krawedzi..Uwazam, ze lepiej miec
              proteze w postaci leku - nawet gdy bedzie sie go trzymac w kieszeni. Masa
              pacjentow tak robi - po prostu chca miec swiadomosc, ze jak walka ich zmeczy to
              zawsze moga sie na czyms podeprzec. To nie jest nic zlego...
              Przyznaje racje, ze doliny psychiczne sa typowe szczegolnie dla mlodych
              emigrantow lub emigrantek - zmiana kraju, miejsca to jednoz najbardzije
              stresujacych sytuacji w zyciu.
              Fizyczna aktywnosc,czy "branie sie w garsc" jest swietna metoda przy stanach
              przygnebienia i apatii, ale nie odnosi zadnych skutkow przy depresji klinicznej.
              Pozdrawiamsmile))
              • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:31
                Dziewczyny prosze Was!!! Depresja kliniczna?Gherarddottir, wnioskuje,ze jestes
                psychologiem. Zadziwiasz mnie. Jeszcze kilka miesiecy temu,gdybym miala odwage,
                napisalabym posta, przy ktorym post szklanych paciorkow bylby relacja z
                wakacji! Nie ma pracy od poltora roku, nie ma przyjaciol bo jest za
                granic,siedzi w domu.W takim razie moja depresja tez byla kliniczna.Ja
                dodatkowo jadac samochodem wyobrazalam sobie wypadek w ktorym gine, schudlam
                kilka kilo i rano dusilo mnie w klatce piersiowej. Tez nie szukalam inaczej
                pracy. Nie wiem dlaczego diagnozujecie u niej depresje podchodzaca juz pod
                farmakologiczne leczenie. Zadna z was z nia nie rozmawiala.
                Ja nie mam w sobie zadnego nastawienia typu "trzeba sobie radzic za wszelka
                cene".
                • gherarddottir Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:40
                  Samo nie oceniaj innych przez pryzmat siebiesmileze tak powiem duszenie duszeniu
                  nie rownesmilechdniecie chudnieciu nierowne. To co napisala wystarczy, aby
                  namawiac ja w moim odczuciu na wizyte u psychologa lub psychiatry. To, ze Tobie
                  przeszlo - swiadczy o tym, ze znalazlas przyczyne i ja zneutralizowalas -
                  cokolwiek by to bylo - koniecznosc, chec czy cos innego. Z powodzeniem pracuja
                  w swoim zawodzie, takze tutaj na emigracji. Wiem co mowie - tyle osob nie moze
                  sie mylicsmile))PPP Pozdrawiam
                  • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:44
                    Nie oceniam jej przez pryzmat siebie. W ogole jej nie oceniam. "Tyle osob nie
                    moze sie mylic"- ten argument jest faktycznie swietny, szczegolnie w swietle
                    innych wiekszosciowych decyzji.
                    Ja pozostaje przy swojej opinii, jakkolwiek bezduszna ona bedzie sie wam
                    wydawala. Nic jej nie pomoze, dopoki nie ruszy sie z domu i nie znajdzie
                    pracy.Nie ma sensu faszerowac sie lekami, skoro przyczyne widac jak na dloni.
                    Zamiast psychoterapii tak naprawde przydalby sie kurs skutecznego szukania
                    pracy.Jej doly sa typowymi dolami osoby bezrobotnej i samotnej- czy ja naprawde
                    jestem jedyna osoba, ktora to widzi?
                    • gherarddottir Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:46
                      to jest cytat chyba z Seksmisjismile))))
                      • gherarddottir Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:48
                        zapomnialam dac tych lapek " " ale myslalam, ze to widac, pozdrawiam

                        a propos jak w Stanach wyglada opieka panstwa nad bezrobotnymi? Jakies zasilki?
                        Kursy dokszlajace? itd?
                        • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:58
                          Zasilek mozesz otrzymywac do 26 tygodni. Nie staralam sie nigdy o niego, ale
                          wiem,ze troche ludzi go bierze,jak traci prace.Jesli cie to interesuje, mozesz
                          poczytac:
                          www.dol.gov/dol/topic/unemployment-insurance/index.htm
                          Jest mnostwo organizacji z programami aktywizujacymi bezrobotnych. Bez problemu
                          mozna znalezc darmowe kursy lub otrzymac dofinansowanie na jakies szkolenia czy
                          studia. Moja kolezanka na przyklad z racji niskiego dochodu studiuje za darmo.
                          Samotna matka, ktora chce studiowac, dostanie jeszcze za darmo przedszkole dla
                          dziecka. Ludzie o niskich dochodach dostaja ubezpieczenie medyczne i bony na
                          zywnosc. Wbrew pozorom nie panuje tu krwiozerczy kapitalizm,chociaz to
                          prawda,ze nie oplaca sie chorowac. I jeszcze cos- moim zdaniem w Stanach nie
                          pracuje tylko ten,ktory nie chce pracowac. Praca jest. Inna sprawa jest rasism
                          (bezrobocie wsrod bialych wynosi jakies 5%- wiec jest to bezrobocie
                          sktrukturalne, a wsrod czarnych juz 11%, najgorsza sytuacja jest wsrod czarnych
                          mezczyzn), ale to chyba tez jest do pokonania.
                        • azja1974 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 16:11
                          oj, samo, widze, ze jednak do ostatniej kropli krwi... nie ma o co sie klocic,
                          co ci to przeszkadza, ze wiekszosc osob na forum uwaza, ze najlepiej po pomoc
                          udac sie do specjalisty?
                          dlaczego piszesz, ze nie oceniasz przez pryzmat swojej osoby, jesli w co drugim
                          poscie opisujesz swoja depresje?
                          wydaje mi sie, ze juz wszystko zostalo powiedziane, ale ty w braku argumentow
                          czepiasz sie slowek (lekka depresyjka itp - nikt twojej depresji nie ujmuje
                          ciezaru, jesli cie to obraza, ale to, ze zyjesz jest dowodem na to, ze jednak
                          nie byla najciezszego kalibru. nie kazdy jest taki mocny jak ty, niektorzy mimo
                          lekow i terapi popelaniaja samobojstwo...)
                          pzodrowienia i trzymam kciuki za szklane paciorki
                          • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 16:25
                            Azja, uwazam,ze skoro kazdy moze napisac o swoich dolach, to ja rowniez. Nie
                            rozumiem,dlaczego nie zarzucilas tego nikomu innemu.I nie rozumiem,dlaczego
                            wszystkie ostrzejsze wypowiedzi na tym forum sa od razu zbijane.Tak, jestem
                            zimna i nieczula, kaze jej chodzic na spacery, kiedy wy swoja troske okazujecie
                            kazac jej isc do specjalisty. Jakbys czytala uwaznie moje posty, ktore
                            zacytowalam ci rowniez w mojej odpowiedzi na twoj mejlowy atak, to
                            zauwazylabys, ze juz wczoraj pisalam,ze jesli okaze sie,ze nic innego nie
                            pomoze, to nalezy siegnac po leki, traktujac je jako "jump-start".Zauwazylas to?
                            A ze pisze, ze zamiast od razu isc do psychiatry warto sprobowac czegos innego?
                            Bo kazdy lek ma swoje skutki uboczne. Bo najlatwiej jest kogos wyslac do
                            lekarza.Bo niestety 90% z nich od razu wypisuje recepte. Bo ktos z mojej
                            rodziny byl uzalezniony od lekow.Latwo jest ci mnie oceniac, latwo jest
                            napisac,ze nie wiem, co to znaczy. I nie pisz,ze to,ze zyje, jest dowodem na
                            cokolwiek. Pisze o sobie, bo w wypowiedzi szklanych paciorkow widze siebie.
                            Bezrobocie degeneruje psychike, jesli tego nie doswiadczylas, nie wiesz, o czym
                            mowie.
                            • mon101 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 16:33
                              Samo, nikt cie nie atakuje i nie ocenia. Kazda z nas po prostu wyrazila swoje
                              zdanie, naturalnie subiektywnie, z wlasnego i swoich doswiadczen punktu
                              widzenia. Mysle ze kazda z nas na tym forum (mysle, ze spokojnie moge
                              napisac, "kazda", choc moze jest jakis wyjatek) doswiadczyla bezrobocia i wiemy
                              jak deprymujace jest to uczucie.
                    • nocny.lot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 16:52
                      samo napisała:


                      > Ja pozostaje przy swojej opinii, jakkolwiek bezduszna ona bedzie sie wam
                      > wydawala. Nic jej nie pomoze, dopoki nie ruszy sie z domu i nie znajdzie
                      > pracy.
                      Czyli slynne "wez sie w garsc". Uwielbiam te recepte, bardzo popularna, kazdemu rozsadnemu
                      psychiatrze lub psychologowi stawia wlosy na bacznosc.
                      >Nie ma sensu faszerowac sie lekami, skoro przyczyne widac jak na dloni.
                      Lepiej, jesli ocenia to lekarz lub terapeuta.
                      > Zamiast psychoterapii tak naprawde przydalby sie kurs skutecznego szukania
                      > pracy.Jej doly sa typowymi dolami osoby bezrobotnej i samotnej- czy ja naprawde
                      >
                      > jestem jedyna osoba, ktora to widzi?
                      Depresja psychogenna spowodowana dlugotrwalym bezrobociem ma nie tylko wymiar
                      psychiczny, ale i somatyczny. Zanim zabierzesz sie do pomocy psychologicznej, najpierw
                      wyrownujesz rozne tam neoadrenaliny i serotoniny. Specjalista powinien zdecydowac, w jaki
                      sposob do tego doprowadzic.
                      Przepraszam, ze odpowiadam, bo to do dziewczyn bylo. Ale jakos nie moglem sie powstrzymac.
                      PS.
                      Poranne duszenie i palpitacje to raczej objawy nerwicy lekowej, czesto bedacej podlozem
                      depresji.
                      • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 16:58
                        > Poranne duszenie i palpitacje to raczej objawy nerwicy lekowej, czesto
                        bedacej
                        > podlozem
                        > depresji.
                        >

                        Wiem.A propos "wyrownywania poziomow", to moim zdaniem jednak warto zaczac
                        terapie od psychologa,ktory oceni,czy niezbedna jest pomoc farmakologiczna.
                        • nocny.lot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 17:05
                          Albo od psychiatry, ktory oceni, czy potrzebna jest pomoc farmakologiczna. Jest do tego lepiej
                          przygotowany. Ale moze ta opinia to wynik moich spotkan z niektorymi terapeutami w Polsce.
                          Trzymiesieczne warsztaty i - dawaaaaj!!! -biora sie za psychoterapie.
                          • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 17:09
                            A moja opinia to zapewne wynik doswiadczen z polskimi psychiatrami oraz tym,co
                            dzieje sie w Stanach. Oby tam, gdzie mieszka Paciorek bylo inaczej.
                            • nocny.lot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 17:13
                              Amen.
                            • mon101 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 17:15
                              I tu sie , samo, z toba zgadzam. Niestety wielu psychiatrow slenteriansko (jest
                              takie slowo w polsku???) przepisuje leki. Jet to miedzy innymi powod , dla
                              ktorego moja mama, przechrzcila sie a psychiatrii na ginekologie (sic!)
                              aczkolwiek bylo to w latach piecdziesiatych w Polsce. Pracowalam w Szwecji w
                              obozie dla uchodzcow jako kurator i mialam stycznosc z psychiatrami. Zgadza
                              sie, zatruwali pacjentow lekami nie wnikajac w przyczyny depresji. Dlatego
                              dobrze jest pojsc do kogos z rekomendacji.
                              • nocny.lot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 17:21
                                Istotnie, potrafia zatruc. Najczesciej to wynik zlego wywiadu i diagnozy. Na usprawiedliwienie
                                pozostaje to, ze nie zawsze udaje sie trafic z lekami.
                                Rekomendacja nie zawadzi.
                              • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 17:31
                                Co za ulga.Powaznie. Bardzo sie zaangazowalam w te dyskusje. Obawiam sie
                                jednak, ze nielatwo bedzie Paciorkowi prosic kogos o rekomendacje psychiatry.
                                Chyba juz latwiej bedzie znalezc psychologa.
                                O co chodzi- o to,zeby komus pomoc,prawda? Ja podawalam swoje sposoby. Gdybym
                                mogla, chodzilabym do psychologa, ale nie bylo mnie na to stac. Do psychiatrow
                                jestem uprzedzona, nie boje sie ich wbrew temu,co napisala Dorinka, ale sami
                                wiecie...Poza tym tutaj, tak samo jak w moim przypadku, pojawia sie kwestia
                                ubezpieczenia- czy Paciorka bedzie stac na lekarstwa za granica.
                                Jest jeszcze cos. Mam taka nature,ze jak juz jest naprawde tragicznie, to
                                ogarnia mnie zlosc i wtedy mowie sobie "jak to, nie masz kontroli nad tym,co
                                sie dzieje?". Niestety, jest to typowe dla pewnego typu psychologicznego DDA-
                                doroslego dziecka alkoholika. I wciaz nieswiadomie wymagam tego troche od
                                innych, bo nie chce, zeby ludzie sie poddawali,zeby im bylo zle.Z drugiej
                                strony rozumiem, jak ciezko jest sie ruszyc, jak ciezko jest w ogole ubierac
                                sie i "stroic", nie mowiac o podjeciu wysilku wedrowki po miescie w
                                poszukiwaniu pracy.Przykro mi,ze to dotyka tylu osob w dzisiejszych czasach.
                                Depresja jest choroba cywilizacyjna.Czytalam ostatnio,ze jedna z przyczyn
                                takiego stanu rzeczy jest rozluznienie wiezow rodzinnych spowodowane
                                industralizacja i koniecznoscia wiekszej mobilnosci oraz ogromny nacisk na
                                indywidualizm- wszelkie sukcesy,ale takze porazki, zrzucane sa na karb
                                jednostki, odpowiedzialnosc jest coraz bardziej indywidualna.Jednoczesnie nie
                                ma juz grup i wartosci, w ktorych do tej pory mozna bylo znalezc oparcie.
                                • nocny.lot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 17:43
                                  Wiesz, wydaje mi sie, ze pochodna zmian cywilizacyjnych jest raczej przyrost zachorowalnosci
                                  na depresje. Bo - z jednej strony - tak, jak piszesz rozluznienie relacji miedzyludzkich
                                  (bezrobocie, rywalizacja na rynku pracy, rozluznienie wiezi rodzinnych) , a z drugiej - lepsza
                                  diagnostyka. Z zaburzeniami odzywiania tak samo (nomen omensmile.
                                  • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 17:50
                                    O tym wlasnie pisalam- jak mnie zrozumiales? Jesli chodzi o diagnostyke, to
                                    krecac sie wciaz dookola mojego psychiatrycznego uprzedzenia i powaznej
                                    sytuacji w USA, twierdze,ze diagnozy sa czesto na wyrost.Tu wkraczamy na
                                    grzaski grunt lobbingu firm farmaceutycznych i np. opinii,ze ADHD jest niestety
                                    potwierdzeniem teorii,ze jednak wynalazek jest ojcem potrzeby, a nie
                                    odwrotnie.Oficjalne statystyki na temat kondycji psychicznej Amerykanow sa
                                    zatrwazajace.Jednoczesnie koncerny farmakologiczne nigdy nie mialy sie tak
                                    dobrze.
                                    • nocny.lot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 17:57
                                      W Stanach, o ile wiem, jadrem problemu jest raczej wyobrazenie, ze czlowiek ma byc od
                                      urodzenia do smierci piekny, bogaty i szczesliwy. Na tym zarabiaja koncerny i dlatego na lekkie
                                      zaburzenia nastroju lub osobowosci psychorzy wyciagaja najciezsze armaty. Co nie znaczy, ze
                                      wszystkie choroby wymyslono po to, by sprzedawac leki.

                                      A zrozumialem Cie dobrze.
                                      • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 18:07
                                        Takie uogolnienie mozna przypisac calej zachodniej kulturze,nie tylko USA.Nie
                                        twierdze,ze depresja zostala wymyslona.Poddaje jedynie w watpliwosc zasadnosc
                                        diagnostyki.O tym sie duzo pisze, o medical i psychological model, podejsciu do
                                        pacjenta, o kruchosci calego systemu badajacego,diagnozujacego i leczacego
                                        psychike. O bezwzglednym zaufaniu do modelu medycznego...
                                        Nie chcialabym wyjsc na paranoiczke, ktora uwaza,ze to lekarz jest chory, a nie
                                        pacjent. Nie mam teorii spisku. Tak jak napisalam- to jest grzaski grunt.
                                        Bardzo ciekawy temat do dyskusji zreszta.
                                        • nocny.lot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 18:20
                                          Zgadzam sie bezwzglednie. Bez ironiismile
                                          • gherarddottir Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 18:30
                                            Kochani, psychiatrzy to tez ludzie, nie robcie z nich robotow, ktore powinny
                                            byc zaprogramowane. Ja ze swojej strony przestrzegam przed ludzmi po 4
                                            miesiecznych kursach, ktorzy biora sie za terapie. Do psychologa lub psychiatry
                                            najlepiej trafic z polecenie - czasami nie ma takiej mozliwosci czy czasu na to
                                            po prostu. Nie bede tu pisala o somatycznosci depresji, nerwicy lekowej czy
                                            zaburzeniach krzyzowych (w ktorych sie specjalizuje)i zwiazanych z nimi
                                            objawach - bo to ten watek ma sluzyc pomocy osobie, ktora tego potrzebuje, a
                                            nie ma byc prelekcja naukowa. Tym niemniej cieszy, ze tyle osob zdaje sobie
                                            sprawe z tego, ze depresja jest zagrazajaca i wybieraja droge leczenia ( w taki
                                            a nie inny sposob).
                                            O lobbingu firm farmaceutycznych moglabym tez lekka reka esej napisac, ale to
                                            temat rzeka i odstaje od postu perwszego w tym watku.
                                            Mowienie osobie w depresji "wez sie stary-stara w garsc" jest bez sensu! jedyne
                                            co mozna zrobic to namawiac na wizyte u lekarza specjalisty. Mam nadzieje, ze
                                            Paciorek sie na taka wizyte zdecyduje. Pozdrawiam
                                            • nocny.lot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 18:41
                                              Wiemy, wiemy, psychiatrzy tez ludziesmile Wyslij mi na priva cos o zaburzeniach krzyzowych.
                                              Ciekaw jestem bardzo. Ot, taka dociekliwoscsmile Plissss
                                        • frankie36 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 18:25
                                          W Stanach temat na pierwszych stronach gazet(chodzi o depresje poporodowa)za
                                          sprawa T.Cruisa i B.Shields.Moim zdaniem,kazdy przechodzi depresja inaczej,nie
                                          mozna twierdzic :rob tak i tak ,mnie to pomoglo.Jeden jest w stanie poradzic
                                          sobie sam,inny nie.Trzeba bardzo osobiscie podejsc w tym przypadku,nie
                                          wystarcza przeorganizowanie zycia,psychoterapeuta moze pomoc,leki moga pomoc.
                                          • azja1974 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 18:41
                                            tez sie zgadzam i tez bez ironii, heheh
                                            co ciekawe, to jesli chodzi o innych, "normalnych" (bez obrazy) lekarzy, to mam
                                            do nich coraz mniejsze zaufanie... no ale moze to dlatego, ze we wloszech
                                            czesto diagnozuja przez telefon, mi lekarka przepisala antybiotyk przez
                                            telefon, po ktorym (antybiotyku, nie telefonie) tylko zoladek mi sie
                                            rozregulowal i perystaltyka, a zapalenie zatok nie przeszlo ani troche...
                                            chociaz w polsce lekarze przepisuja jeszcze wiecej lekow, takie jest moje
                                            zdanie, wynikajace z doswiadczenia z dziecmi i wlasnego tez.
                                            jesli juz mi wywlekasz tutaj tego priva, to powiem, ze napisalam tam tylko to,
                                            co potem duzo osob powtorzylo - ze nie radzi sie osobom w depresji, zeby sie
                                            wziely w garsc. o lekach NIC nie pisalam, tez uwazam, ze lepiej ich nie brac,
                                            ale to juz decyzja lekarza. jak czlowiek jest chory, to idzie do lekarza,
                                            prawda? (oczywiscie, jesli go na to stac. jesli nie, to leczy sie na wlasna
                                            reke i modli sie, zeby mu przeszlo. czasami dziala)
                                            ta dyskusja, wedlug mnie, polega na powtarzaniu tych samych argumentow i ew.
                                            czepianiu sie o slowka a nawet cudzyslowywink
                                            atakowanie wszystkich i czepianie sie wszystkiego nie wyniesie dyskusji z
                                            salonow ambasady na aule uniwersytecka. tu po prostu nie ma, o czym dyskutowac.
                                            powiedziec komus w depresji, ze zyje w hipokryzji i zeby lepiej na spacer
                                            poszedl, jest wedlug mnie grubym nietaktem - a ze nie lubie publicznego
                                            wytykania komus bledow, bo w koncu kazdy je popelnia, dlatego pisalam na priva.
                                            jesli dla ciebie jest to zaczatek do dyskuzji na wysokim poziomie - prosze
                                            bardzo.
                                            • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 18:49
                                              azja1974 napisała:
                                              > jesli juz mi wywlekasz tutaj tego priva

                                              Nie wywlekam.Nie doczekalam sie odpowiedzi na privie.Przepraszam,jesli chcialas
                                              to ukryc.

                                              > powiedziec komus w depresji, ze zyje w hipokryzji i zeby lepiej na spacer
                                              > poszedl

                                              Splycasz moje wypowiedzi i jesli poswiecisz choc chwile na ich przeczytanie, to
                                              moze uda ci sie to zrozumiec. Napisalam o hipokryzji, bo ja mecze sie klamiac o
                                              swoich uczuciach i doluje mnie brak komunikacji. Dlatego zapytalam Paciorka,czy
                                              jest szczera.A ze mi sie to nie podoba?A czy tobie podoba sie
                                              sformulowanie 'nie kocham tego czlowieka'?Czy jesli ktos ma depresje, to nie
                                              mozna powiedziec,ze cos ci sie nie podoba?Czy myslisz,ze ona napisala tutaj
                                              zeby dostawac laurki?
                                              O pojsciu na spacer chyba nie zrozumialas.Nie wiem,czy czytalas watek o
                                              samotnosci i zagladaniu ludziom w okna. Naprawde nie rozumiem,dlaczego uwzielas
                                              sie na te spacery.Co cie tak dziwi w tym,ze radze komus wyjsc z czterech scian?
                                • azja1974 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 17:54
                                  samo, nie atakowalam cie mejlowo, specjalnie napisalam na priva, zeby uniknac
                                  tej dyskusji tutaj, bo jakos tak czulam, ze tak sie skonczy...
                                  a z drugiej strony... a zreszta...
                                  koniec i bomba, kto nie pisal ten traba
                                  • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 18:00
                                    Mysle, ze nie ma sensu przenosic sie na priva jesli dyskusja zaczela sie na
                                    forum. Nie widze powodu.Nigdy do nikogo nie pisze na priv zeby rozmawiac o
                                    czyms, co moge powiedziec tutaj. Od tego wlasnie jest forum-od dyskusji.
                                    Naprawde coraz czesciej mam wrazenie, ze na KP bywa zbyt slodkopierdzaca
                                    atmosfera. Juz o tym pisalam w watku "Porazka za porazka". KP to kobiety silne,
                                    z charakterami, o dojrzalych juz swiatopogladach. Wiec po co pilowac dyskusje
                                    do poziomu rodem z przyjecia w ambasadzie? Nie bylo w moich postach nic, co
                                    mialoby na celu urazenie kogokolwiek. Mysle zreszta,ze juz ci to
                                    wyjasnilam.Wciaz nie wiem,czy mnie zrozumialas.
                        • mon101 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 17:08
                          samo napisała:

                          > > Poranne duszenie i palpitacje to raczej objawy nerwicy lekowej, czesto
                          > bedacej
                          > > podlozem
                          > > depresji.
                          > >
                          >
                          > Wiem.A propos "wyrownywania poziomow", to moim zdaniem jednak warto zaczac
                          > terapie od psychologa,ktory oceni,czy niezbedna jest pomoc farmakologiczna.

                          SAMO, CZY NIE O TYM PISALYSMY????????
                      • mon101 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 17:07
                        Nocny, nic dodac nic ujac...smile)
                    • szklane_paciorki Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 19:22
                      chwilę mnie nie było a tu taka dyskusja się rozpętała...
                      jeszcze nie przeczytałam wszystkich wypowiedzi ale do tej akurat chcę się ustosunkować.
                      Samo, czytam Cię od dawna na tym forum i lubię Twoje wypowiedzi, ale w tym wypadku nieco upraszczasz. Może z mojego postu rzeczywiście wynika, że moim jedynym problemem jest brak pracy i moje doły to typowe objawy osoby bezrobotnej i samotnej. Ale to nie jest takie proste i oczywiste. Kurs szukania pracy naprawdę nie rozwiąże moich problemów. Jak już wspomniałam mam świetnie przygotowany życiorys, byłam na konsultacjach ze specjalistą zatrudnienia, który nic nowego mi nie powiedział, mam doświadczenie w rekrutowaniu ludzi do dużego działu, którym zarządzałam, wiem dokładnie co robić a czego nie robić na rozmowach kwalifikacyjnych. To naprawdę nie o to chodzi.

                      Moje problemy to relacje z matką, brak relacji z ojcem, a przede wszystkim koszmarnie niska samoocena i kompleksy. Im usilniej skrywane tym bardziej wyżerające od środka. Sukcesy w pracy doskonale działały na to, że czułam kimś lepszym, że czułam się coś warta, wierzyłam, że potrafię, wierzyłam w siebie. To, że mnie wyrzucono ubodło właśnie tam najbardziej. Moja pewność siebie i samoocena budowana na podstawie pracy zawodowej miała jak widać krótkie nogi.
                      Znalezienie nowej pracy owszem, sprawiłoby pewnie, że wyszłabym z domu i być może poczuła się lepiej. I póki wszystko szłoby dobrze to pewnie byłabym w miarę zadowolona. Ale najmniejsze potknięcie, najmniejsze niepowodzenie powodowałoby, że wątpiłabym w siebie kompletnie. Bo tak właśnie było poprzednio. Mimo tego jak mnie postrzegano w mojej byłej pracy ja każdą krytyczną uwagę długo rozpamiętywałam i zadręczałam się co i dlaczego zrobiłam źle. W miejscu pracy niesamowicie istotne było aby ludzie mnie lubili i akceptowali. Oczywiście przez lata praktyki nauczyłam się ukrywać takie neurotyczne zachowania, ale nie zmienia to faktu, że one były.

                      Zaczęłam to od bluesa trzydziestolatki ponieważ uważam, że mój stan to nie tyle wynik aktualnego bezrobocia ale brutalnego zderzenia moich marzeń i planów z rzeczywistością. Zawsze chciałam wierzyć, że będę robić coś do czego mam powołanie i pasję. Problem w tym, że nie mam wiary iż mogłabym być w tym na tyle dobra aby z tego zyć. Inny problem to to, że nie jestem pewna tak do końca co jest tym moim powołaniem. Owszem, mam pasje, zainteresowania, ale kilka z nich bezpowrotnie przeminęło z upływem czasu i dziękuję opatrzności, że nie poszłam za tamtym głosem. Przez ostatnie lata robiłam coś co nijak miało się do moich pasji, robiłam to bo musiałam zarobić na siebie i musiałam pracować, żeby dostać wizę. Chciałam zmian, ale okazało się, że na te zmiany nie miałam siły. I boję się, że jeśli pójdę do jakiejkolwiek pracy to znów wsiąknę tam na kilka lat zanim będę miała odwagę coś zrobić.
                      Nie wiem czy to ma dla Was jakiś sens, bo trochę chaotycznie napisałam. Ale dla mnie nie jest problemem, że akurat teraz nie mam pracy. Dla mnie problemem jest, że nie mam pomysłu na swoje życie. Że zawsze chciałam, byłam pewna, że będzie niezwykłe i wyjątkowe, a tymczasem okazało się zupełnie przeciętne i nie dające mi szczęścia. Ciągle patrzę albo w przyszłość albo w przeszłość. W przeszłość z sentymentem, jak to było wspaniale, w przyszłość z nadzieją, że jeszcze wspaniale będzie. A tymczasem teraźniejszość przecieka mi przez palce.
                      Czasem mam poczucie, że coś się wewnątrz mnie zacięło, zablokowało. Że to nie jest tak, że nie ma we mnie nic, żadnej siły, energii. Wiem, że to jest, tylko coś to blokuje. Wiem, że czasem potrafię, pod wpływem niewielkiego sukcesu nagle znaleźć się na fali i dokonywać rzeczy, o które nigdy bym siebie nie podejrzewała. Ale tak samo pod wpływem niedużej porażki zapadam się i kompletnie wątpię w siebie. Taka ciągła sinusoida, a stany pośredniej normalności trwają niezwykle krótko.

                      Nie boję się słowa psychiatra, nie mam jakiś uprzedzeń odnośnie psychologów. Kilka lat temu krótko chodziłam na terapię i bardzo mi to pomogło uświadomić sobie pewne rzeczy, które gryzły mnie w mojej relacji z matką. Tamta pani terapeutka nawet nie musiała robić zbyt wiele wink po prostu siedziała i słuchała a ze mnie wylewał się potok myśli i uczuć, od lat tłumiony.
                      Więc znalazłam już kilka telefonów w moim mieście. Postaram się zmobilizować i zadzwonić.
                      Co do dyskusji o lekach to nie wiem do końca, po której stronie się opowiedzieć. Nie lubię świadomości, że coś mogłoby wpływać na to jak się czuję czy jak myślę. Z tego powodu też długo opierałam się przed alkoholem czy narkotykami (przed tym dalej się opieram wink
                      Ale jeśli miałoby to być jakimś kopniakiem w tyłek, przerwaniem tego marazmu to kto wie, czemu nie?
                      Ech, znów się rozpisałam, a miałam tylko odpowiedzieć na post samo.
                      A jeszcze co do emigracyjnego "okraka" to jestem poza Polską już dziesięć lat i słyszałam teorie, że emigrant na zawsze zostaje rozdarty pomiędzy dwoma krajami. Może coś w tym jest. Ja wiem, że do Polski nie wrócę, kraj w którym mieszkam oswoiłam na tyle, że czuję się tu zadomowiona, ale to nie znaczy, że go lubię. Czasem jednak mam takie poczucie, jakbym była odcięta od korzeni (brzmi strasznie dosłownie, ale coś w tym jest), jak taki statek dryfujący bez portu.

                      No dobrze, tyle wystarczy na razie, idę czytać resztę dyskusji!
                      • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 19:36
                        Widzisz, tyle ze ja ci nie doradzilam pojscia na kurs szukania pracy... Sama w
                        pierwszym poscie duzo miejsca poswiecilas braku zajecia.Ja moge ustosunkowywac
                        sie jedynie do tego, co czytam.
                        Tak wiec problemem nie jest brak pracy,ale jak piszesz,brak pomyslu na swoje
                        zycie. Moj ulubiony temat wielogodzinnych rozmow przez telefon z przyjaciolka z
                        Seattle. Brutalna konfrontacja mlodzienczego idealizmu z
                        rzeczywistoscia.Myslalam,ze takie rzeczy wlasnie mina mi do 30-stki :o)
                        • frankie36 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 19:40
                          Samo , lubisz zadawac pytania,jestes dociekliwa ,myslaca i b.inteligentna
                          dziewczyna,i wlasnie dlatego bedziesz czesto zadawac sobie pytanie,czy tak chce
                          zyc?Stuka mi prawie 40,mozna powiedziec ze jestem ustabilizowana,zona i
                          matka,jakis pomysl na zycie mam,ale i tak codziennosc weryfikuje i zmusza do
                          zmian.Wrazliwe osoby beda sobie pewnie takie pytania zadawac dlugo,dlugo.
                • mon101 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:40
                  Samo, my jej nie wysylamy recept na Cipralex tylko, radzimy jej isc do lekarza.
                  To on postawi diagnoze i zadecyduje o rodzaju leczenia. Wcale nie musi byc
                  farmakologiczne.
                  Pewnie, ze najprosciej byloby po prostu znalezc prace, wskoczyc w szpilki i
                  zrobic trwala, ale do tego tez trzeba miec troche sily. Trudno jest znalezc
                  prace jezeli poczucie wlasnej wartosci jest ponizej zera. Trzeba jakosc
                  odnalezc droge,zeby poszlo do gory, nikt nie twierdzi, ze jest to latwe i nie
                  ma zdnego na to panaceum.
    • szklane_paciorki Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 17:55
      Dziękuję za Wasze odpowiedzi.
      Wiem i macie racje z większością o czym mówicie. Czytam sporo na ten temat i oczywiście logiczne jest, że trzeba wyjść na spacer, zająć się czymś, spotkać się ze znajomymi, bardziej aktywnie szukać pracy...
      Tylko chyba w tym jest cały problem. Skąd wziąść na to energię i siłę. Jak zmusić się do tego, żeby wyjść z domu, żeby podnieść słuchawkę i zadzwonić do agencji rekrutacyjnej.
      Nie mieszkam w Polsce, mieszkam w wielomilionowym mieście w zachodniej Europie. Wiem, że jest w tym mieście kilka dziewczyn z tego forum, ale ciągle wolałabym się nie ujawniać.
      Nie lubię tego miejsca, ale też do Polski nie mam po do wracać, więzi dawno się pourywały.
      Wiem, że powinnam znaleźć pracę, jakąkolwiek. Byle tylko wyjść z domu. Ale z jednej strony boję się, że to jakoś przekreśli to, do czego już doszłam w swojej karierze, a z drugiej strony jestem przekonana, że i tak nikt mnie nie zatrudni, bo jak zobaczy gdzie poprzednio pracowałam to jak wytłumaczę, że nagle zapragnęłam zostać kelnerką na przykład?
      Wiem jak beznadziejne jest wysyłanie życiorysu zza ekranu komputera. W mojej byłej pracy zajmowałam się rekruatacją (o ironio!) wiem, że trzeba determinacji, dzwonienia, przypominania się. To też w jakiś sposób mnie przeraża. Ja nawet nie mam odwagi wejść jak gdzieś wisi wywieszka, że szukają pracownika.
      Mój partner od roku namawia mnie, żebym w ciągu dnia poszła sobie do galerii czy do kina, czy na siłownię. I wiem, że on ma rację. Wiem, że jego też to frustruje.
      W tym chyba jest największy problem, że wiem co POWINNAM robić, aby sobie pomóc. Ale czuję jakąś koszmarną blokadę. W ciągu tego roku i pół wynalazłam sobie mnóstwo różnych kursów, francuskiego, tańca, itp. Na żaden nie odważyłam się pójść.
      Samo wspomniała o moim partnerze i o tym, że napisałam, że "nie kocham tego człowieka". Rzeczywiście zabrzmiało to nieco oschle. Kiedyś myślałam, że go kocham. Teraz nie wiem. Teraz nie wierzę już w miłość. Kiedyś myślałam, że miłość to szalona pasja aż do utraty tchu, tym przecież karmią nas filmy i książki. Potem myślałam, że miłość to zapatrzenie w siebie do grobowej deski. Ale ilość zdrad i rozwodów wokół pozbawiło mnie i tego złudzenia. Nie wierzę więc już, że można mieć swojego księcia, nie wierzę, że książęta istnieją. Więc staram się cieszyć tym co mam.
      I jeszcze co do specjalistycznej pomocy. Myślałam o tym, ostatnio coraz częściej. Znalazłam nawet w internecie kilku mówiących po polsku psychologów. Myślę, że po polsku byłoby logiczniej przeprowadzać ewentualną terapię.
      Ale jeszcze nie zadzwoniłam do żadnego.
      • mulinka Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 18:02
        kiedys jedna z Dziewczyn napisala, ze proponowac "ruch" osobie z depresja, to
        jak proponowac spacer po mrozie osobie z grypa i goraczka 40 stopni
        cos w tym jest
        moze bedzie smutne, co powiem
        ale...nikt Ci nie pomoze
        pomoc mozesz sobie wylacznie Ty sama
        przy Twojej inteligencji dasz rade, a jak szybko, to...zalezy od Ciebie
        • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 18:27
          Wiem, jak z tym ruchem jest... Dlatego wlasnie proponuje najpierw zaczac
          chodzic.W watku o samotnosci zalozonym przez Asice pisalam o swoich samotnych
          marszrutach po miescie. Czasami mialam w uszach sluchawki z najbardziej
          dolujacymi piosenkami swiata,a na oczach wielkie czarne okulary,zeby nie widac
          bylo,ze sobie poplakuje patrzac na ludzi. Ale to mija. Ucze sie wlasnie
          psychologii do egzaminu ostatnimi czasy i przeczytalam,ze KAZDA depresja mija,
          czy to z profesjonalna pomoca,czy bez. Po prostu mija.Mozg wraca do normy.

          O milosci jeszcze.Szklany paciorek (twoj nick kojarzy mi sie z Podwojnym Zyciem
          Weroniki,kiedy Weronika patrzy w slonce przez szklana kulke.Uwielbiam te
          scene.) pisze:
          "Teraz nie wierzę już w miłość. Kiedyś myślałam, że miłość to szalona
          pasja aż do utraty tchu, tym przecież karmią nas filmy i książki. Potem
          myślałam, że miłość to zapatrzenie w siebie do
          grobowej deski."

          Ja tez mialam kiedys takie "niewierzace" nastroje.Wtedy moja przyjaciolka
          powiedziala mi:"Milosc to nie znaczy patrzec na siebie,lecz patrzec w tym samym
          kierunku". Ja to rozumiem jako przyjazn, bliskosc w sensie wspolnoty dazenia
          razem do czegos, nawet jesli to ma byc tylko przezycie nastepnego dnia. Tak mi
          lepiej.

          Antydepresantow nie potepiam. Sama mialam okazje obserwowac,jak pomagaly moim
          przyjaciolom czy mojego bylemu facetowi. Czasami inaczej sie nie da, trzeba
          dostac tego "jump-starta",jak rozladowany akumulator w sprawnym przeciez
          samochodzie.
          • mulinka Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 18:30
            Samo, to tym razem podpisuje sie pod Twoim postem
            smile
            • ania_2000 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 18:38
              Paciorku - trzydziestolatki nie maja bluesa - w tym mlodym wieku?
              prawdopodobnie maja depresje...

              Ja ci nic madrego nie poradze, bo problem dla mnie obcy - ale czytalam ze
              powodem depresji jest brak serotoniny. Prozac, czy zoloft? uzupelnia te braki.
              Idz jak najszybciej do lekarza.

              Powodzenia!
              • gherarddottir Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 21:25
                Paciorku, wyglada to na depresje. Jesli czujesz, ze nie dajesz sobie rady idz
                do psychologa lub psychiatry. To zaden wstyd. Gdy boli nas zab nie wstydzimy
                sie isc do denstysty.Z wysokiego konia spada sie z wysoka - to moze bolec.
                Nie ma ludzi bez problemow, smutkow czy porazek. Pamietaj - tylko Ty mozesz
                sobie realnie pomoc przy pomocy psychologa lub psychiatry. Czasami potrzebne sa
                leki - czasami kilka rozmow, spotkan, wygadania sie i uslyszenia jednego slowa -
                ktore stanie sie trampolina dla Ciebie, Twoich mysli.
                Doraznie: wstawac rano, zorganizowac sobie dzien-malowac sie i czesac,
                wychodzic z domu. Jesli jest to ponad sily - koniecznie do lekarza.
                Zycze Ci wszystkiego dobrego - trawa zawsze zielensza po drugiej stronie.To
                przejsciowe, minie. Jesli jestes z kims kogos nie kochasz - tym trudniejesze
                staje sie znalezienie swiatla w zyciu - wiem, czasami jestesmy z kims, by nie
                byc samemu..Ale tym sie teraz nie zajmuj. Zaopiekuj sie teraz soba, pozwol
                sobie na zal, nie oceniaj siebie, nie patrz na innych - patrz na siebie i w
                siebie. Nie staraj sie sprostac oczekiwaniom, ktorych nie ma byc moze tak
                naprawde.
                Badz dobra dla siebie - kto Ci powiedzial, ze trzeba byc szczesliwa w wieku 30
                lat?smile Czasami szczescie odnajduje sie mimo braku pracy czy milosci przy boku.
                Idz jak najszybciej do lekarza, bierz magnez z witamina B6, korzystaj z
                dziennego swiatla. Ogranicz kawe i cole - zabijaja magnez w organizmie i maja
                wplyw na przeplywy serotoninowe. Jesli bedziesz obawiala sie brania lekow
                zapisanych ewentualnie przez lekarza - w Polsce dostepne sa tabletki deprim -
                wyciag z dziurawca - sprobuj poprosic kogos o wyslanie. Jednak mysle, ze wizyta
                u lekarza konieczna-czasem wystarczy 4 tygodnie brania leku i swiat nabiera
                barw.
                Zycze Ci duzo wiary, ze bedzie dobrze. Fajnie, ze nam zaufalas. Milo, ze tu
                jestes. Sciskam


      • cuciolo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 18:03
        Milosc moze byc szalona ale zazwyczaj jest krotkotrwala. Ta dluzsza oparta na
        szacunku i poszanownaiu prawa i charakteru czlowieka z ktorym sie jest
        przypomina zmudna wspinaczke na K2 w sezonie zimowym. To zakupy, placenie
        rachunkow, klotnie o wylany keczup na stole, puszczenie polowki na ulubiony
        mecz...itp Milosc bardzo zwykla, powszednia i codzienna
        Wszystko zalezy od Ciebie jak chcesz kochac i z kim byc nie zmieniajac Go w
        wymarzonego Kena badz Barbie
        pozdr
        anka ktora tez miewa zle dni
        • mon101 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 18:16
          Szklany paciorku, opis twojego stanu wskazuje na depresje, mialas jednak sile
          zawolac na tym forum o pomoc, wiec nie jest jeszcze tak zle. Wydaje mi sie , ze
          bedzie ci trudno w tak zaawansowanej depresji dac sobie rade samej. Rady o
          fizycznym zmeczeniu, kopaniu ogrodka sa oczywiscie sluszne, ale ja cie
          rozumiem, nie masz na to sily, choc wiesz ze moze to mogloby ci pomoc. Mam za
          soba stan depresyjny, w odroznieniu od ciebie nie z braku, ale z nadmiaru
          pracy. Skutek ten sam. Wiem, ze rozne sa zdania na temat srodkow
          antydepresyjnych, ale mnie one pomogly w wyjsciu na prosta, w nabraniu sily
          zeby sobie pomoc samej, bo tak jak ktoras z dziewczat napisala jest to jedyne
          wyjscie. Radze ci jednak, idz do lekarza, a dalej to juz zalezy tylko od ciebie.
    • szklane_paciorki jeszcze tylko... 22.11.05, 18:07
      chciałam podziękować za szybki odzew i wsparcie smile
    • zodiakalny_kot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 18:10
      szklane paciorki... chcialabym polecic Ci fajna ksiazke, ktora moze cos
      pomoze: "Grzeczne dziewczynki ida do nieba, niegrzeczne ida tam, gdzie chca"
      (Ute Ehrhardt), zwlaszcza w czesci dotyczacej sytuacji braku pracy. Pani pisze,
      ze kobiety juz po (chyba) roku bez pracy wpadaja w taki syndrom - izolacji,
      braku poczucia wartosci, wreszcie leku przed swiatem zewnetrznym. Moze to jest
      oczywistosc, jednak chyba swiadomosc, ze to co aktualnie przezywasz, to nie
      tylko przydarza sie Tobie - bo Ty akurat "jestes do niczego", ale ze to
      zupelnie powszechne zjawisko i calkiem zrozumiale. Przestan siebie obwiniac,
      krytykowac - przeciwnie badz dla siebie lagodna i wyrozumiala. Jestes w bardzo
      trudnym polozeniu i potrzebujesz zebrac sily by z niego wyjsc. Tutaj chyba
      najlepsza metoda malych krokow - probuj zmusic sie do zrobienia czegos drobnego
      na poczatek - odbierz ten telefon, pogadaj z kims nawet jesli nie masz na to
      ochoty. Potem powoli dalej.
      Zacznij od razu - nie odkladaj na pozniej, bo szkoda Twojego zycia - kazdego
      dnia. Wiem, ze to latwo tak mowic, a zrobic trudnej, ale tu nie ma alternatywy.
      Dzisiaj jest pierwszy dzien reszty Twojego zycia - czy spedzisz go w dresie czy
      tez nie - zalezy tylko od Ciebie.
      Zycze Ci bardzo duzo sily i wiary w siebie.
      Bedzie lepiej - nie moze byc inaczej!
      Trzymaj sie cieplo i dzielnie!
      • szklane_paciorki Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 18:23
        Kocie zodiakalny, czytałam tę książkę i rzeczywiście, jest tam bardzo wiele mądrych rzeczy. Czytałam też kilka innych książek przysłanych mi z Polski na temat poczucia własnej wartości i tym podobne. To pomaga jednak tylko na jakimś takim rozumowo-logicznym poziomie. A emocje swoje...
        Wiem też, że moja sytuacja nie jest wcale tragiczna, nie mam powodu do rozpaczy czy depresji. Może dlatego trudno mi powiedzieć znajomym i rodzinie o tym jak się czuję. Bo po prostu nie zrozumieją jakież to ja mam problemy. Jestem zdrowa, na chleb mam, na mieszkanie mam, facet wysyła mnie na kursy i do galerii.
        Pewnie gdybym nie miała na chleb to szybko bym się wzięła w garść i nie rozmywałabym się w sobie tylko walczyła o przetrwanie tutaj.
        Ale znowu, to wszystko potrafię sobie doskonale wytłumaczyć, tylko z działaniem gorzej...
        • zodiakalny_kot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 22.11.05, 18:36
          Ach, paciorki - jak ja Cie dobrze rozumiem. Tez bylam w podobnym stanie - i to
          dluzej niz Ty. I masz doskonala racje, wlasnie dlatego, ze sie "nie musi",
          znacznie trudniej wylezc z takiej dziury. Ja w pewnym momencie powiedzialam
          sobie, OK, tak jest - potrzebuje czasu i nie bede sie tym zadreczac. Jakos to
          danie sobie przyzwolenia na czas znalezienia drogi mi pomoglo. Teraz juz jestem
          na nowych studiach, poczatek do zupelnej zmiany kariery. Poznaje nowych ludzi i
          przelamalam te straszne bariery. Mam nadzieje, ze i Ty wyjdziesz z tego i to
          szybciej niz myslisz! Powodzenia!
        • gherarddottir Paciorku 22.11.05, 22:05
          powiedzienie komus z depresji zeby wzial sie w garsc jest kompletnie bez sensu..
          tu nie ma "brania sie w garsc" tu jest sciana przed ktora sie stoi, to jest jak
          brodzneie w brudnym sniegu po szyje.
          Paciorku sprawdz mailasmile
    • szklane_paciorki Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 00:13
      dziewczyny, jeszcze raz dziękuję za wszystkie posty i maile!
      Wyszłam wieczorem na spacer, była cudowna mgła, która sprawiła, że świat wydawał się nieco stłumiony i miękki, nie tak denerwujący jak zawsze. A może to za sprawą Waszego odzewu?
      Czasem myśłę sobie, że stawiamy sobie sami w swoim życiu te wszystkie poprzeczki, wymagania, porównujemy się, budujemy marzenia i plany. Ale przecież nikt nam nie zagwarantuje, że nasze życie odbędzie się dokładnie tak jak chcemy.
      Wyrosłam i wychowałam się na tych wszystkich wspaniałych wartościach i ideałach: że prawdziwa miłość nie umiera i nadaje sens naszemu życiu, że prawdziwa przyjaźń to zaufanie, szczerość i pomocne ramię, że dobro zwycięża, że jest sprawiedliwość na świecie, że ciężka praca i uczciwość popłaca...
      Niestety, im dłużej żyję na tym świecie tym bardziej pozbywam się złudzeń. Ci, którzy mieli być ze sobą po grób rozstają się, zdradzają i wywlekają brudy przed sądami. Przyjaciele po jakimś czasie przestają odpisywać na listy. Krętacze i cwaniacy pną się po szczeblach kariery. Kobiety maltretowane przez swoich mężów są traktowane w sądach jak oskarżone, nie jak ofiary. Malutkie dzieci bite i wykorzystywane przez konkubinów swoich matek. Politycy skaczący sobie do gardeł za pieniądze i władzę.
      Jak się z tym pogodzić i do tego przystosować?
      To taki komentarz na boku...
      • asia.sthm Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 00:25
        Spozniona, ale przywitac sie chcialam witaj w Kupie.
        Dobrze,ze wyszlas na spacer.
        Moja kolezanka kiedy nie wie od czego zaczac wychodzenie z dola, zawsze zaczyna
        od wyrzucenia smieci. smile)

        Prosze tez pamietac ze kazdy czlowiek dojrzewa w bolu.
        Nie da sie tego zrobic bezbolesnie.
        Pozdrawiam i narazie smile)
      • bietka1 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 00:25
        Tym sie nie przejmuj, bo i tak swiata nie zbawisz. Pomysl teraz o sobie smile
        A jesli nie rozdmuchasz o tym jak sie czujesz wsrod bliskich i znajomych tym lepiej, bo jesli juz
        bedziesz miala to samopoczucie poza soba, to nieswiadomosc innych o tym pozwoli rowniez
        Tobie szybciej zapomniec.
        Czasem rzeczywisci lepiej udac sie do fachowca 'od sluchania'.
        Ludzie nie lubia sluchac o problemach, chyba, ze moga siebie tym podbudowac, czesto jednak
        uciekaja, zeby nie ulec zlemu nastrojowi...
        Wszystko bedzie dobrze, bo dobrze trafilas smile
      • mon101 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 00:27
        Paciorku, kochany, to wspaniale ze wyszlas na spacer. Nieprawda, nie trzeba, a
        nawet nie mozna sie przystosowywac do niesprawiedliwosci, nienawisci i
        chamstwa. Te wartosci na ktorys sie wychowalas sa w tobie i daja ci sile. Nie
        raz bedzie ci zle, nie raz sie poslizgniesz i przewrocisz, ale zobaczysz, ze
        otrzepiesz sie, moze toche chwile pokustykasz i pojdziesz dalej. Ja mam o wiele
        wiecej lat od ciebie, widzialam mase swinstw, cwaniactwa ale nie przestaje
        wierzyc w czlowieka i poki ja nie robie nikomu nic zlego i spokojnie moge
        spojrzec kazdego dnia na siebie w lustro, jestem szczesliwa. "I na naszej ulicy
        zaswieci slonce" smile))
      • gherarddottir Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 00:33

        Kochana Ty nie musisz sie do niczego przyzwyczajac. Ty nie masz obowiazku i
        nawet takiego imperatywy na siebie nie kladz - zeby zmieniac swiat! Swiat byl,
        jest i bedzie; pelen glupich ludzi, niesparwiedliwosci, klamstwa, brudu i zla.
        Ale cale szczescie ten swiat, w ktorym Ty zyjesz moze byc innysmile
        Od nas wiele zalezy - tylko nie zrozum tego opacznie - my nazywamy uczucia,a
        nie one nazywaja nas - to byl i jest klucz dla mnie - moze i Ty z niego
        korzystasz.
        Nie patrz na innych - patrz na siebie.Ty nic nie musisz - Ty chcesz, ale czy
        kazdy musi byc "osoba odnoszaca sukces"??smile A co to w ogole jest sukces?
        Sukcesem dla kazdego z nas jest zuplenie cos innego, tak samo jak szczesciem,
        celem itd.
        Czy Twoj nick pochodzi od tytulu ksiazki Hermanna Hessego?smile))
        PS: Milosc prawdziwa istnieje, lojalni przyjaciele tez - nikt nie powiedzial,ze
        tzeba ich spotkac od razusmile Oni Cie znajdasmile
      • claudia207 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 04:07
        > Niestety, im dłużej żyję na tym świecie tym bardziej pozbywam się złudzeń.
        Ci,
        > którzy mieli być ze sobą po grób rozstają się, zdradzają i wywlekają brudy
        prze
        > d sądami. Przyjaciele po jakimś czasie przestają odpisywać na listy. Krętacze
        i
        > cwaniacy pną się po szczeblach kariery. Kobiety maltretowane przez swoich mężó
        > w są traktowane w sądach jak oskarżone, nie jak ofiary. Malutkie dzieci bite
        i
        > wykorzystywane przez konkubinów swoich matek. Politycy skaczący sobie do
        gardeł
        > za pieniądze i władzę.


        Nie sluchaj i nie czytaj niczego dolujacego. Postaw sobie szlaban. Koniec i
        kropka. Nie wolno! Wybieraj tylko pozytywne i budujace artykuly i programy w
        telewizji, a najlepiej wyrzuc gazety i wylacz telewizor, bo jednak trudo tam
        znalesc pozytywne bodzce. Znajomych pytaj tylko o dobre wiadomosci i
        bezpardonowo przerywaj im, gdy zaczynaja o rozwodach i kurupcji w polityce.
      • syswia Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 04:13
        Pozdrawiam Cie bardzo serdecznie. Wierze, ze uda Ci sie wydobyc z tej depresji,
        bo tak chcesz.
        Mnie sie udalo.
        S.
    • claudia207 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 03:54
      Paciorki,
      Pierwszy najwaznieszy krok juz zrobilas - szukasz pomocy a to najtrudniejsze w
      depresji. Nie czekaj az zejdziesz nizej tylko szukaj pomocy dalej. Przyjazna
      dusza na pewno pomoze. Poza tym tak jak negatywne myslenie moze wpedzic w
      depresje (jest mi zle, do niczego sie nie nadaje itp), tak samo zmuszanie
      siebie do pozytywnego myslenia moze dzialac cuda. Zmuszaj siebie do zachwycania
      sie drobiazgami i do usmiechania sie do ludzi. Na poczatku bedzie to na wymus,
      a pozniej zaczniesz w to wierzyc. Codziennie jeden malenki kroczek dalej.
      Codziennie zrob jedna mala mila rzecz wiecej. Wiem, ze to wydaje sie
      absurdalne, ale to na prawde dziala. Mnie sie udalo wyjsc z depresji i Tobie
      tez na pewno uda sie. smile Nie dawaj sie!

      PS Wylacz telewizor i wlacz relaksujaca muzyke.
    • sylwek07 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 09:23
      Faktycznie nie zbawisz calego swiata i nawet nie proboj tego robic .Mozesz
      jedynie zmienic swiat kolo siebie i Swoj ...
      Prawie cale zycie mialem przed oczami rozwody,pijanstwo itp ale uwazam ze
      istnieje milosc bo okazujac pomoc drugiemu czlowiekowi juz dajesz mu milosc .
      powodzenia zycze
    • nocny.lot Zaden blues 23.11.05, 11:38
      Z tego, jak opisujesz swoje obecne samopoczucie, wynika, ze MASZ depresje . To typowe
      objawy - przesypianie dni (i tak lepsze od bezsennosci), brak napedu, smutek, placzliwosc,
      rozluznienie zwiazkow z partnerem i otoczeniem w ogole. Najlepsze, co mozesz zrobic, to w te
      pedy leciec do lekarza-psychiatry. Nie ma sie co bac - najpewniej dostaniesz prochy, ktore
      pomoga. Potem ewentualnie psychoterapia. Bez tego raczej trudno jest sie wydobyc na
      powierzchnie, a dno - wyglada naprawde nieciekawie.
      • mon101 Re: Zaden blues 23.11.05, 13:52
        Tak, paciorku, to zaden blues. Depresja jest choroba i trzeba ja leczyc,
        koniecznie idz do lekarza.
    • samo Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:23
      Jeszcze cos- po poltora roku bez pracy kazdemu siada psycha. I bedzie siadac
      dalej, jesli nie pojdzie sie do jakiejkolwiek pracy. Tak to wyglada.Ja po pol
      roku bez pracy wariuje.
      • gherarddottir Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:25
        jednak nadal wiele osob boi sie psychiatry..psychiatra nie jest tylko do
        przepisywania lekow!
        • nocny.lot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:27
          Sa i tacy, hyhyhy
      • claudia207 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 15:31
        To prawda. Ja dostawalam kota juz po 2-3 miesiacach. Poszukaj pracy tymczasowej
        albo na kontrakt. Pracodawcy sa w takich przypadkach mniej wybredni, wiec
        nawet jesli nie wypadniesz super na rozmowie, sa spore szanse, ze i tak
        przyjma. Nie wiem, jak w miejscu Twojego zamieszkania, ale w Stanach duzo jest
        ogloszen dla osob zajmujacych sie rekrutacja wlasnie na tymczasowaych warunkach.
        • liloom Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 19:20
          drogi paciorku,
          nie pojawialam sie na tym forum dlugo, juz bardzo dlugo. bo jestem na drugim
          koncu tej linii. jestem zagoniona business woman, ktora nie ma na nic czasu. nie
          mam czasu dla mojego dziecka wlasciwie co coraz czesciej sobie uswiadamiam i
          chyba juz w pietke gonie. weekendy to zakupy i nawet nie chce mi sie juz
          sprzatac, dobrze ze przychodzi sprzataczka. nacisk w pracy mam taki, ze znow
          zaczelam palic. a nic to, moze schudnewink
          tylko ze mi sie nic nie chce.
          marze o tym zeby usiasc sobie w domu w dresie przed tv i nic nie musiec.
          zazdroszcze ci tych chwil.
          korzystaj z nich.
          trzydziesci lat to poczatek zycia dziewczyno, wszystko przed toba.
          pisz cv, rozsylaj. rozejrzyj sie po znajomych kto co robi, moze sa jakies
          kontakty? w jakiej branzy bylas? zadzwon do konkurencji, zorientuj sie moze
          kogos potrzebuja. co chcialabys NAPRAWDE robic? moze to wlasnie Twoja szansa?
          Lekarze? ja tam nie wierze lekarzom. tutaj w austrii trzeba sie bardzo naszukac
          zeby dotrzec do takiego u jakiego by sie chcialo leczyc. a co dopiero
          psychologowie. chyba ze sama naprawde chcesz i masz potrzebe.
          o facecie nic nie pisze specjalnie, bo uczucia sa zmienne...
          Trzymaj kciuki, nie daj sie.
          Pozdrow swoje miasto ode mniewink
          • bibi1 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 20:13
            paciorku
            mysle,ze za duzo od siebie wymagasz,
            dlatego nie widzisz swoich sukcesow.
            moze wszystko to,co teraz masz ktos inny nazwalby szczesciem,
            nawet bez tej pracy.
            Uwierz,ze nie ma chodzacych idealow,czasem to,co widza nasze oczy
            to tylko opakowanie.
            Zacznij cieszyc sie z siebie,z tego co juz w zyciu osiagnelas i przezylas
            pieknego.
            Zapomnij lub chociaz postaraj sie nie rozpamietywac tego co Cie rani.
            Niech jutro z lozka wstanie ktos inny zamiast szklanego paciorka.Powiedz sobie,
            ze zaczynasz zyc inaczej,a raczej inaczej myslec.

            Ja jestem juz po 30-tce i tez kiedys mialam piekne i ambitne plany,ktore zycie
            skorygowalo.Czulam sie odizolowana,niespelniona,bo myslalam,ze powinnam juz
            to "cos" w zyciu osiagnac.Ale nie potrafilam wlasciwie powiedziec co to jest
            to "cos".Czulam tylko,ze mi tego brakuje.
            Kazdy dzien wygladal tak samo i niewiele sie dzialo.
            Wystarczylo jednak wyrwac sie na jakis czas z tego zycia,zeby bardzo szybko za
            nim zatesknic,zeby nabralo nowej wartosci.

            Bylo to takie prozaiczne,po prostu pojechalam do Polski i przekonalam sie,
            ze moje miejsce,moj dom,taki jaki jest i bez tego czego w nim brakuje,moje
            dzieci,moj M. sa tym na czym mi najbardziej zalezy.
            I stwierdzilam tez,ze mam calkiem fajne zycie.

            Zycze Ci tego samego.
            • mon101 Blues? 23.11.05, 20:55
              Nie chce tu pisac dyrdymalow, ze potrzebyjesz akceptacji otoczenia zeby sie
              dowartosciowac i ze musisz zaakceptowac siebie taka jaka jestes, ze masz
              potrzebe byc kochana i ze to ma zwiazek z twoim dziecinstwem. Wszystko to
              wiesz, jestes inteligentna osoba i bardzo werbalna, piszesz tez, ze chodzilas
              na terapie i ze ci pomogla.Wiem, ze zabrzmie tu jak stara ciotka, ale musze sie
              odwolac do swojego zaawansowanego(w kazdym badz razie w porownaniu z twoim)
              wieku. Ja w twoim opisie odnajduje siebie gdy mialam trzydziesci lat (no nie,
              nie bylo to przed wojna, nie jest tak zle), idealistka, ciagle glodna i
              nienasycona. Ja przeszlam taki kryzys troche pozniej, kiedy nagle uswiadomilam
              sobie, ze juz moze niczego radykalnie nie uda mi sie zmienic, np ze jest juz
              jedna za pozno zeby studiowac medycynewink. Stwierdzilam, ze moja praca jest
              beznadziejna, z M nie mam o czym rozmawiac, a moje dzieci nie zostana
              profesorami filozofii.No, przesadzam troche, ale blisko... Swiat wydal mi sie
              okropnie niesprawiedliwy, i dlaczego wlasnie to mnie, jak zwykle niudacznika,
              spotkalo. Moja ciotka zachorowala wtedy na raka i po powrocie z naswietlan, po
              godzinnym oczekiwaniu w poczekalni stwierdzila ."Wiesz, tam czlowiek uczy sie
              pokory." Pokory czlowiek niestety uczy sie z wiekiem (smrodek dydaktyczny),
              mnie zabralo troche czasu zanim stwierdzilam: OK, praca moze nie super ale
              odnosisz duze sukcesy, masz juz pozycje, ze mozesz sobie wybierac ciekawe
              zadania; Maz moze malomowny, ale lojalny z poczuciem humoru, smiejecie sie z
              tych samych rzeczy. Dzieci nie beda kandydowaly na prezydentow, ale sympatyczne
              chlopaki, ucza sie dobrze i maja ogromna wrazliwosc. Zabralo mi to troche
              czasu, ale moglam pojsc dalej. Wlasnie, zaakceptowac to nie znaczy spoczac na
              laurach i juz nic nie robic, ale jak nie zaakceptujesz i nie
              wykorzystasz "dzis" to nie bedzesz miala jutra. Puch, jakos patetycznie i
              zagmatwanie, ale mam nadziej ze w miare zrozumiale????
              • asia.sthm Re: Blues? 23.11.05, 21:25
                Blues !!!

                To jest piekny watek smile))
                Wrazliwe osoby beda miec bluesa przez cale zycie - z przerwami na szczescie.
                Nic madrego juz tu nie dopisze.
                Jestescie wspaniale dziewczyny !
                smile
                • nocny.lot Wszedzie ten seksizm :( 23.11.05, 21:28
                  asia.sthm napisała:

                  > Jestescie wspaniale dziewczyny !


                  sad((((((((((((((
                  • frankie36 Re: Wszedzie ten seksizm :( 23.11.05, 21:32
                    O w doope jeza ,dopiero zauwazylam ze jestes facetem.Kajam sie strasznie.
                    • ania_2000 w sprawie lekow 23.11.05, 21:46
                      uderzylo mnie w twojej wypowiedzi porownanie lekarstw do alkoholu i narkotykow.

                      wogole w wielu waszych wypowiedziach jest jakis strach? obowa? przed
                      lekarstawami - "faszerowaniem sie chemia"
                      nie rozumiem.
                      dzieki lekom - poczynajac od penicyliny a konczac na nowoczesnych lekaach
                      antyrakowych to wlasnie ta "chemia" pozwala nam przezyc.
                      o ile wiem - antydepresanty = sa to leki uzupelniajace serotonine - naturalny
                      hormon ktory czasami u niektroych nie jest w dostatecznej ilosci wytwarzany a
                      niezbedny do zdrowego psychicznie zycia...

                      musze ci powiedziec, ze z wielkim smutkiem czytam to co piszesz. i jezeli jest
                      tak, jak to przedstawiasz - to okropne - juz z samego czytania jestem
                      przytloczona...

                      zycze ci jak najszybszego wyrwania sie z tego czarnego swiata i powrotu do
                      kolorowej rzeczywistosci..
                  • asia.sthm Re: Wszedzie ten seksizm :( 23.11.05, 21:53
                    nocny.lot napisał:

                    > asia.sthm napisała:

                    > > Jestescie wspaniale dziewczyny !

                    > sad((((((((((((((

                    Strasznie strasznie cie przepraszam. Jak moglam tak beszczelnie sie zachowac .
                    Jestes wspanialy Nocny Locie !
                    smile))
                    A teraz ide sie z toba klocic pod innym postem. tongue_out
                • szklane_paciorki Re: Blues? 23.11.05, 21:37
                  asia.sthm napisała:

                  > Blues !!!
                  >
                  > To jest piekny watek smile))
                  > Wrazliwe osoby beda miec bluesa przez cale zycie - z przerwami na szczescie.
                  > Nic madrego juz tu nie dopisze.
                  > Jestescie wspaniale dziewczyny !
                  > smile

                  też cieszę się, że taki egzystencjalno filozoficzny wątek z tego wyszedł smile
                  wiecie co, myślę, że czasem bardzo oczyszczające jest takie wyrzucenie wszystkiego na papier (ekran) pod anonimowym nickiem, bez żadnych zahamowań (no może tylko tych umożliwiających zidentyfikowanie mnie tongue_out )
                  no ale tutaj ameryki nie odkryłam!
              • szklane_paciorki Re: Blues? 23.11.05, 21:33
                hmm...
                zrozumiałe, bardzo, napewno jest w tym dużo racji, może właśnie taka jest kolej rzeczy? Dorastamy planując porywanie się na księżyc a potem okazuje się, że umieramy jako kolejny tylko Jan Kowalski.
                Może właśnie na tym polega dorosłość? Aby pogodzić się z tym kompromisem. Aby właśnie spokornieć i nauczyć się cieszyć tym co mamy.
                Powtarzam sobie codziennie, że nie mam czego rozpaczać, że powiodło mi się w sumie o wiele lepiej niż wielu, wielu ludziom. Ale to chyba jakaś taka przewrotność ludzkiej natury. Zawsze porównujemy się z tymi, którzy mają lepiej, nie z tymi co mają gorzej. Zawsze chcemy więcej.
                Moja mama mawia, że jak ci smutno to weź torebkę cukierków i pojdź do szpitala dziecięcego.
                Ale z drugiej strony ja powtarzam jej, że trudno uczyć się na cudzych błędach. Czasem trzeba samemu coś stracić, żeby naprawdę docenić to co się ma.
                • nocny.lot Re: Blues? 23.11.05, 21:45
                  szklane_paciorki napisała:

                  > Moja mama mawia, że jak ci smutno to weź torebkę cukierków i pojdź do szpitala
                  > dziecięcego.

                  Niczego nie ujmujac Twojej Mamie - ani Tobie, ani dzieciom w szpitalu sie od tego nie poprawi.
                  Tzw. madrosc potoczna ma naprawde nieograniczony arsenal sposobow podnoszenia poziomu
                  poczucia winy...
                  • asia.sthm Re: Blues? 23.11.05, 21:57
                    nocny.lot napisał:
                    > Niczego nie ujmujac Twojej Mamie - ani Tobie, ani dzieciom w szpitalu sie od
                    te
                    > go nie poprawi.

                    Poprawi sie ! Zamiast cukierkow moze byc ksiazka albo doczepiony nos clowna.
                    Ma to cudowne dzialanie dla obu stron.
                    I co ty na to ?
                    • nocny.lot Re: Blues? 23.11.05, 22:01
                      Eeee, ja wiem. Ale do tego trzeba nie miec (uchowaj bosze Paciorki) depresji.
                      • asia.sthm Re: Blues? 23.11.05, 22:28
                        To jest blues, a nie zadna depresja smile
                        • nocny.lot Re: Blues? 23.11.05, 22:33
                          Jako czarnowidz i smoczy jezor nie bede juz w sprawie diagnozy zabieral glosu. Niech gadaja
                          medycy. Howgh.
                          • mon101 Re: Blues? 24.11.05, 13:40
                            Hm, "Watpliwosci, to inteligenckie skrzywienie"....

                            Blues, Panie Janek, blues......wink))
                            • nocny.lot Re: Blues? 24.11.05, 21:53
                              mon101 napisała:

                              > Hm, "Watpliwosci, to inteligenckie skrzywienie"....

                              Do Pana Tadeusza (Mazowieckiego) mi jeszcze troche brakujewink
    • yatzekalexander Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 21:57
      nie skonczylam czytac wszystkich postow, moze wiec sie powtarzam, no nie sa
      blues, a poprostu kliniczna depresja i jak nie mozesz sama z tego wybrnac, a
      skoro to trwa tak dlugo to znaczy ze nie mozesz, wizyta u psychiatry bedzie
      najlepsza decyzja, bo w takim stanie sobie nic nie poprawisz, pracy nie
      znajdziesz, a w sumie tracisz czas, bo zawsze przyszly pracodawca bedzie chcial
      jakies wytlumaczenie dlaczego tak dlugo nie pracowalas
      • nocny.lot Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 23.11.05, 22:04
        yatzekalexander napisała:

        >zawsze przyszly pracodawca bedzie chcial
        >
        > jakies wytlumaczenie dlaczego tak dlugo nie pracowalas

        I tu widzimy pewien plus przebywania poza Polska, gdzie pojscie do ktoregokolwiek pracodawcy
        (aktualnego lub potencjalnego) z ekskuza o depresji dolowalo mnie jeszcze bardziej.
    • samo Paciorku, 28.11.05, 08:21
      co slychac?Jak tam u ciebie?Mam nadzieje,ze troche lepiej. Wiesz, ja w tym nie
      jestem dobra :o/ Mam nadzieje,ze jeszcze pojawisz sie na KP. Pozdrawiam cie
      cieplo z pokrytego mleczna mgla Madison.
      • monika_a_b Szklany Paciorku, 29.11.05, 00:46
        Drogi Szklany Paciorku, byłaś u lekarza? Albo u psychologa? Wydaje mi się, że
        prędzej wizyta u tego drugiego mogłaby ci pomóc, nie jestem wprawdzie żadną
        specjalistką w tym temacie, jednakże nie sięgałabym tak od razu po prochy..
        Spróbuj może najpierw pomóc sobie poprzez jakąś rozmowę, terapię, a jeśli to
        nic nie pomoże, to wtedy zawsze jeszcze można sięgnąć po prochy...
        Nie wiem od jakiego momentu jesteś z nami na tym forum (przy okazji witam cię
        bardzo sedecznie), jeśli od końca lata, to pewnie czytałaś juz o moich
        zmaganiach na froncie poszukiwania pracy... Widzisz, ja w porównaniu do ciebie
        stoję na straconej pozycji - nie mam pozwolenia na pracę i przez to wszystkie
        moje wysiłki spalają na panewce... Tak jest juz łącznie od prawie roku - 27.
        grudnia stuknie mi rocznica bezrobocia... Przechodziłam już przez spore
        załamki, łzy mi się cisną nawet teraz pod powieki, gdy uświadomię sobie moją
        beznadziejną sytuację... Ale było gorzej, teraz już się powolutku
        przyzwyczaiłam... Od połowy lata, od kiedy wzięłam się na serio za poszukiwanie
        pracy, byłam na czterech targach pracy, kilku rozmowach kwalifikacyjnych,
        spotkaniach... I nic, zawsze dostaję w odpowiedzi, że zakład nie jest w stanie
        mnie sponsorować... Na początku roku, gdy przez dwa miesiące mieszkałam w
        Montrealu i nie wiedziałam jeszcze, czy tam zostaniemy, czy też wyjedziemy do
        Seattle, często nie mogłam spać, albo budziłam się z krzykiem z środku nocy...
        Zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam stawiając na miłość i wybierając czasowe
        bezrobocie 9bo to właśnie do lubego wyjechałam)... Chciałam spalić mój dyplom,
        bo nie mam magisterki - dyplom zrobiłam w Niemczech, gdzie nauczyciele
        przechodzą przez państwowe egaminy (Lehramt), dużo trudniejsze niż
        magisterskie - a mimo to nie czułam się dowartościowana... Nawet jeszcze w lato
        zdarzało mi się marzyć o niewidzialności - wstrzymywałam oddech, chcąc stać się
        częścią ściany... Głupie, co? W lato poszłam do lekarza ogólnego, a ten zrobił
        mi test na depresję (taki kartkowy, gdzie miałam odpowiadać na pytania), i z
        niego (!) oraz moich łez przed nim (byłam w dołku, a poza tym strasznie mnie
        stresowało, i dotąd stresuje, ale już mniej, rozmawianie o sobie po angielsku,
        to był stres nie tylko fizyczny, ale i psychiczny, ja po prostu nie byłam
        sobą), a więc on wywnioskował, że mam "anxiety", czyli jestem o krok od
        depresji... Dał mi paczkę prochów i wysłał do domu... I ani słowem nie
        wspomniał o konieczności rozmowy, o możliwości udania się do psychologa,
        którego bardziej potrzebowałam niż te prochy... Widzisz, w Stanach szybciej
        zasypią cię lekarstwami (które są drogie, ale trzeba dbać o przemysł
        farmaceutyczny, prawda? wrrr), niż pokażą ci inną, bardziej alternatywną drogę
        na wyjście z dołka, która nie ma skutków ubocznych... Szkoda mojej wątrocy,
        która i tak nie należy do najlepszych (prze tabletki na ból głowy, gdy
        zaatakuje migrena, a jesienią często mi się zadarza...) A rozmowa z
        psychologiem jest bardzo ważna i moim skromnym zdaniem powinna poprzedzać
        proszki...
        We wrześniu zaczęłam troszczyć się o moje chronicznie obolałe plecy i miałam to
        szczęście, że trafiłam na wspaniałą panią lekarz, która zajęła się mną nie
        tylko jako pacjentem, ale też jako człowiekiem... Wypytywała się o to, co mam
        na duszy, interesowała się moimi postępami, dała mi wykład na temat dobrego
        jedzenia oraz roli codziennego ruchu typu spacer (conajmniej 20minut! to tak
        niewiele, prawda? ale bardzo pomaga!) w zapobieganiu depresji... Bardzo dużo mi
        to dało, już nie wspominając o poprawie kręgosłupa! smile
        Mam wspaniałego męża, który stara mi się pomóc jak tylko się da... Nie chcę być
        dla niego ciężarem, a więc ja również staram się nie stracić nadziei, chociaż,
        jak ci już wspomniałam, niewiele tej nadziei mam, aby dostać w końcu pracę...
        Muszę tutaj dodać, że pracuję już od małego -pomagając rodzicom w prowadzeniu
        foli z pomidorami, a zarobkowo od 17. roku życia... Do poprzedniego roku...
        Nigdy nie byłam bezrobotna... Nigdy... Więc chyba łatwo zrozumieć, jak bardzo
        mnie załamuje fakt, że jedyną moją nadzieją na pracę, jest praca jako
        volunteer... Miałam taką przez miesiąc... Rokowała się nieźle, ale niestety
        facet przeprowadza się na wschodnie wybrzeże, a więc znów nici... Od stycznia
        będę uczyła języka polskiego w Bellevue Community College, oczywiście w
        ramach "czynu społecznego"... Z jednej strony cieszę się, że coś zrobię, ale z
        drugiej to dla mnie takie poniżające, że nawet złamanego grosika nie jestem w
        stanie zarobić... Bo mi nie wolno... A najbardziej niecierpię - wręcz
        NIENAWIDZĘ- gdy wszyscy naokoło podziwiają moją biegłą znajomość pięciu języków
        (polski, niemiecki, hiszpański, francuski no i angielski)... Te ochy i achy, a
        nikt nie może mi pomóc w znalezieniu pracy... Bo mi skur....skiego papierka
        brak! Bo papierek jest ważniejszy od mojej osobowości i moich zdolności... sad((
        Ale nie daję się, pamiętaj, że po każdym deszczu wschodzi słońce... Ja w
        międzyczasie, aby całkiem nie zwariować, postanowiłam zatroszczyć się o
        figurę... Prawie codziennie rano chodzę do klubu fitness i przez godzinę chodzę
        tam szybkim krokiem po bieżni... Zmęczenie fizyczne daje mi złudzenie dbania o
        siebie... Poza tym staram się wybywać do ludzi, gdzie tylko się da zaczepiam
        ludzi i tak oto poznałam baaardzo fajną koleżankę Polkę, która zaprosiła mnie
        oraz męża na Andrzejki do tutejszego Domu Polskiego... Bożesz, wytańczyłam się
        na wszystkie czasy, mąż zmył się po krótkim czasie, bo trochę za dużo nowych
        twarzy było jak dla niego (ale następnym razem będzie już bardziej oswojony), a
        znajomi mojej nowej koleżanki byli tacy wspaniali, że i tak świetnie się
        bawiłam... Nawet nie wyobrażasz sobie, jak dużo to dla mnie znaczyło... Ostatni
        raz na zabawie andrzejkowej byłam, gdy miałam ok.20 lat... I nigdy mnie tak
        często nie proszono do tańca, jak teraz... Przy okazji pośpiewałam sobie tak
        (Aniu2000-muzycy byli z Portlandu!!!), że wczoraj głos mi "wcięło" (mogłam
        tylko szeptać, a i to z trudem), a dzisiaj jeszcze chrypka pozostała... Ale
        niczego nie żałuję, hehe, bo baaaardzo tego potrzebowałam... Ruch, najlepiej
        wśród innych ludzi, jest najlepszym antidotum na wszelkiego rodzaju frustracje
        oraz stany przeddepresyjne... Pomyśl o tym...
        Pozdrawiam cię bardzo serdecznie... wink
      • triskell Re: Paciorku, 29.11.05, 06:31
        Paciorku, przeczytałam wreszcie cały wątek, na temat diagnozy na pewno nic Ci
        nie poradzę, bo ja chyba jestem przeciwieństwem bluesów, depresji i tych
        wszystkich takich różnych. Ja też od ponad roku nie mogę znaleźć pracy, ale
        jestem szczęśliwa i najczęściej optymistyczna... i bardzo żałuję, że nie
        mieszkasz gdzieś blisko, bo wzięłabym Cię na długi spacer i może udałoby się mi
        Cię choć trochę uśmiechnąć.

        Ale niezależnie od tego, jaka jest diagnoza, Ty piszesz też o samotności. Czy
        naprawdę Twoi przyjaciele (nie ci z Polski, którzy są daleko, ale ci lokalni,
        chociażby z pracy) mogli się nie zorientować, że jest u Ciebie aż tak źle??? Jak
        mogli tego nie zauważyć??? Dlaczego nikogo tam przy Tobie nie ma, żeby zdjąć z
        Ciebie ten dres, zabrać Cię gdzieś, zachęcić do jakichś wspólnych activities?

        A jeśli chodzi o diagnozę, to nic tu nowego nie powiem - zgadzam się z osobami,
        które radzą Ci wizytę u lekarza. My tu sobie możemy teoretyzować, ale chyba
        jednak to fachowiec, który się tym zajmuje zawodowo, najlepiej będzie w stanie
        stwierdzić, czego Ci potrzeba - może są to tabletki, może terapia grupowa wśród
        ludzi, którzy maja podobne problemy, może coś zupełnie innego. Nie wiem, może ja
        zbyt naiwnie wierzę lekarzom, ale przecież chyba za coś się ten dyplom dostaje.

        Chciałabym jeszcze ustosunkować do Twojego stwierdzenia, że nie jesteś w stanie
        zmienić świata. Ja wierzę, że zmieniasz go codziennie, każdym małym i pozornie
        tylko dla Ciebie mającym znaczenie gestem, każdym uśmiechem, który komuś dajesz,
        a który ta osoba przekaże dalej i tak będzie się to rozchodzić dalej i dalej,
        jak kółka po wrzuceniu do wody kamyka. Moim zdaniem (podkreślam, że jest to
        tylko moje zdanie, właściwie bardzo ważna część mojej filozofii życiowej) żyjąc
        nasze życie tak, byśmy codziennie wieczorem mogli się do siebie w lustrze
        uśmiechnąć i starając się trochę ciapła, bliskości i radości dać ludziom naokoło
        nas, _zmieniamy_ świat smile.

        Kochana, mocno Cię ściskam i będę przesyłać dużo dobrej energii, żeby te Twoje
        ścieżki trochę się wyprostowały. Wierzę, że tak będzie smile.
        • blue_jay Re: Paciorku, 29.11.05, 18:11
          Bije sie w piersi, nie przeczytalam wszystkich wpisowwink Moj maz leczy depresje
          i leczy ja od kilkunastu lat. Bylam powaznie rozczarowana tym, jak sie traktuje
          tutaj ludzi, nie mial szczescia do leakrzy w ogole, wizyty raptem 5 minut,
          pytania pod tytulem, wszystko w porzadku? nie? to zwiekszymy dawke;-( i doszlo
          do tego, ze moj maz byl nie do zycia, wiecznie spiacy, na nic ochoty.. do
          momentu, gdy wzial udzial w jakims tam research, przy lekach dostal tez
          kilanascie seansow z psychoterapeuta.. dawke powoli zmniejszano, zmniejszano,
          rozmowy byly baaardzo pomocne i teraz J. jest juz bez lekow i ma sie dobrze.
          Oczywisice pod stala opieka psychoterapeuty. Poszukaj Paciorku, moze ktos moze
          Ci polecic dobrego lekarza w okolicy, nie bierz pierwszego lepszego z brzegu.
          Bedzie dobrze. Nie pamietam, czy masz kogos, ale i jemu tez przydalaby sie
          wizyta u terapeuty, mi bylo bardzo ciezko pojac co sie dzieje i dlaczego nie ma
          poprawy, a wrecz pzreciwnie wygladalo na to, ze wszystko sie sypie.
          • szklane_paciorki Re: Paciorku, 29.11.05, 18:33
            dzięki dziewczyny jeszcze raz...
            już sama możliwość wypisania tego tutaj sporo pomogła, tak jak wspominałam,
            swój stan starannie ukrywam przed rodziną, znajomymi. Założę się, że koleżanki
            byłyby zszokowane, gdym powiedziała im co się dzieje we mnie w środku. Jestem
            głośna, rozbawiona, skora do żartów i wygłupów itp, no i ich zdaniem mam
            to "wszystko". Zresztą, tak samo w pracy, nikt by nie przypuszczał, że mam
            takie nastroje.
            Znalazłam trzech polskojęzycznych psychologów tutaj, niestety nie mam nikogo z
            polecenia, więc pewnie trzeba będzie próbować po kolei. Zobaczymy.
            Wczoraj mój facet wyciągnął mnie do teatru. Muszę przyznać, że było to bardzo
            dziwne doświadczenie, ponieważ zawsze teatr lubiłam. Zaplanowaliśmy wyjście
            dużo wcześniej i naprawdę się na nie cieszyłam. Dopiero gdy przyszła pora się
            zbierać ogarnęła mnie jakaś dziwna panika i apatia. Najchętniej nigdzie bym nie
            szła tylko została w domu. Pokłóciliśmy się bo ja po prostu zaczęłam się
            wykręcać od wyjścia. Nie miałam ochoty na gadki z obcymi ludźmi, tym bardziej,
            że po sztuce miało być małe przyjęcie. Ale w końcu on przyniósł mi pod nos buty
            i płaszcz no i nie miałam wyboru.
            I mniej więcej tak to wygląda kiedy muszę gdzieś wyjść. Bardzo bezpiecznie
            czuję się sama ze sobą, w swoim pokoju. Konieczność wyjścia do ludzi, obcowania
            z nimi wywołuje we mnie jakiś nielogiczny strach, niechęć bardziej.

            To taki mały update w sytuacji. Popijam sobie witaminę B z magnezem. Próbuję
            się dodzwonić do jednego z terapeutów, kobiety, ale ciągle jest zajęte. Na
            szczęście nie mam myśli samobójczych, mam wiarę, że jestem dość silna aby z
            tego wyjść. Potrzebuję tylko coś, co by mnie odblokowało.
            Jeszcze raz dziękuję Wam za ciepłe słowa i wsparcie.
            • kotorybka Re: Paciorku... 30.11.05, 01:50
              Szklane_paciorki, ja chyba Cię doskonale rozumiem. Teraz co prawda mam rodzinę, pracę i rzeczy
              nawet nieźle się układają (poza faktem że za kilka miesięcy będę szukać nowej pracy surprised), ale był
              kiedyś czas gdy myślałam że świat mi się wali na głowę, czułam się chyba podobnie do Ciebie.
              Oczywiście otoczenie nie miało pojęcia co przeżywałam. Najgorszy dla mnie chyba właśnie był ten sens
              izolacji - myślałam - ba, byłam pewna - że jestem kompletne osamotniona, że nikt, ale to absolutnie
              nikt mnie nie zrozumie, nie będzie miał pojęcia przez co przechodzę... Że nikogo nie obchodzę... Ale
              wiesz co? Okazało się że moja depresja (tak, to była depresja) była bardziej pospolita niż sobie
              wyobrażałam... Fakt że wtedy także miałam prawie trzydziestkę przyspazał mnie dodatkowo w lęki
              typu "co ja robie ze swoim życiem?", "czas ucieka", "wszyscy inni mają ułożone życie, a ja"...

              Wiem, że prawdopodobnie nie pomagam Ci moim postem. Ale jestem pewna, że wybrniesz z tej
              depresji. Fakt że zrobiłaś ten pierwszy krok pisząc tutaj znaczy dla mnie, że idziesz w dobrym
              kierunku. Trzymam mocno kciuki.
              Marta
            • gherarddottir Re: Paciorku, 30.11.05, 01:57
              Paciorku, napewno uda Ci sie zamowic wizytesmile
              Z depersji sie wychodzi, podobnie jak z innych dolegliwosci. Pj ten magnez,
              pamietaj spokojnie - jak nie dodzownisz sie do tej teraputki to idz do kogos
              innego. Ludzie z tego wychodza zapewniam Ciesmile
              Badz dobra dla siebie i nie wymagaj za duzo - sciskam i czekam na nastepny
              raportsmile
            • monika_a_b Get a Self-Esteem Boost 01.12.05, 04:48
              Oto, co dostałam ostatnio mailem... Może się przyda? wink
              Cieszę się, że zaczynasz powolutku wychodzić ze skorupki...
              Serdeczności... wink

              Get a Self-Esteem Boost

              Most people feel bad about themselves from time to time. Feelings of low self-
              esteem may be triggered by being treated poorly by someone else recently or in
              the past, or by a person's own judgments of him or herself. This is normal.
              However, low self-esteem is a constant companion for too many people,
              especially those who experience depression, anxiety, phobias, psychosis,
              delusional thinking, or who have an illness or a disability. If you are one of
              these people, you may go through life feeling bad about yourself needlessly.
              Low self-esteem keeps you from enjoying life, doing the things you want to do,
              and working toward personal goals.
              Making lists, rereading them often, and rewriting them from time to time will
              help you to feel better about yourself. If you have a journal, you can write
              your lists there. If you don't, any piece of paper will do.

              Make a list of :

              At least five of your strengths, for example, persistence, courage,
              friendliness, creativity
              At least five things you admire about yourself, for example the way you have
              raised your children, your good relationship with someone in your family, or
              your spirituality
              The five greatest achievements in your life so far, like recovering from a
              serious illness, graduating from high school, or learning to use a computer
              At least 20 other accomplishments — they can be as simple as learning to tie
              your shoes, to getting an advanced college degree
              Ten ways you can "treat" or reward yourself that don't include food and that
              don't cost anything, such as walking in woods, window-shopping, or chatting
              with a friend
              Ten things you can do to make yourself laugh
              Ten things you could do to help someone else
              Things that you do that make you feel good about yourself
    • szklane_paciorki pierwsza wizyta 02.12.05, 17:18
      jestem po pierwszej wizycie u pierwszego psychologa z listy.
      Mam dosyć mieszane uczucia. Znalazłam ją z ogłoszenia. Przed nazwiskiem miała
      mgr, ale nic więcej nie wiem o jej praktyce czy doświadczeniu. Okazało się, że
      jest dosyć młoda. Niezręcznie mi było pytać, ale jestem pewna, że jest młodsza
      ode mnie. Jakieś 27-29 lat.
      Nie mam pojęcia czy kontynuować z nią czy szukać kogoś innego. Wiem, że trudno
      wnioskować po jednej, godzinnej rozmowie. Ale jakoś ta dziewczyna nie budziła
      we mnie zaufania i gotowości do otwarcia i zwierzania się.
      Nie mam za bardzo porównania, bo z psychologa korzystałam tylko raz, i to
      bardzo krótko, jeszcze w Polsce, gdy moja relacja z matką bardzo się
      zaostrzyła. Byłam wtedy dwa razy u takiej kobiety, która pomogła mi dotrzeć do
      pewnych zagrzebanych emocji.
      Z tą dziewczyną tutaj raczej rozmawiało mi się jak z kumpelą. Wszystkiego
      wysłuchała i jej wnioski były bardzo... hmm... ksiązkowe. Jednak nawet nie
      zahaczyłyśmy o temat depresji. To raczej ja prowadziłam rozmowę i miałam
      wrażenie, że ona podąża za tym co ja mówię i pod koniec moich wypowiedzi,
      wygłasza wnioski, które akurat do tego pasują.
      Mój partner mówi, żeby dać jej jeszcze jedną szansę. Że po jednym spotkaniu
      naprawdę trudno coś powiedzieć. I jestem skłonna pójść do niej jeszcze raz. Ale
      jeśli już teraz mam jakąś rezerwę, jeśli już teraz przeszkadza mi jej młody
      wiek i jeśli już teraz czuję, że nie będę w stanie się przed nią kompletnie
      otworzyć i powiedzieć wszystkiego?
      hmmm... sama nie wiem...
      • tamsin Re: pierwsza wizyta 02.12.05, 17:40
        czy mozesz napisac w jakim kraju ty szukasz tego terapeuty?
        Jezeli idziesz na terapie, masz prawo sie wypytac tego psychologa/psychiate o
        to jakie ma wyksztacenie/licencjat (najlepiej byloby PhD, lub MD) i w jakiej
        dziedzinie sie specjalizuje i ile ma lat specjalizacji. Po pierwsze TY musisz
        sie czuc dobrze ze swoim terapeuta, mozesz isc do wielu lekarzy zanim sie
        zdecydujesz ktory ci odpowiada. Radzilabym sie udac najpierw do swojego
        regularnego lekarza i z nim porozmawiac, on moze ci polecic do kogo warto sie
        udac.

        P.S. nie czytalam calego watku, wiec moze powtarzam sie z pytaniem, za co z
        gory przepraszam.
        • szklane_paciorki Re: pierwsza wizyta 02.12.05, 17:58
          tamsin, wolałabym nie ujawniać kraju, ale mieszkam w zachodniej Europie.
          Zależało mi na tym, żeby była to Polka i kobieta. Wydaje mi się, że tak byłoby
          najlepiej.
          Wiem, że pani ta ukończyła studia w Polsce, przyjmuje pacjentów u siebie w
          domu. Jakoś niezręcznie było mi wypytywać ją o kwalifikacje i uprawnienia. Ale
          może powinnam.
          • tamsin Re: pierwsza wizyta 02.12.05, 18:07
            OK.. ale co to znaczy niezrecznie? przeciez zalezy ci na zdrowiu, prawda? jej
            dyplom powinien wisiec na scianie, z niego juz mozesz sie dowiedziec jaka
            szkole skonczyla i kiedy. Wypytanie o praktyke nie powinno byc niczym
            nienormalnym, przeciez poddajesz sie terapii wiec nie chcesz sobie zaszkodzic a
            pomoc...a jezli moge zapytac, dlaczego chcesz po polsku i kobiete? czy myslisz,
            ze latwiej bedzie ci nawiazac bardziej osobisty kontakt z taka osoba? Czy masz
            swojego regularnego lekarza? czy rozmawialas z nim?
          • kotorybka Re: pierwsza wizyta 02.12.05, 19:22
            Szklane_paciorki, wydaje mi się, że stosunek nawiązany z psychologiem jest niesamowicie ważny i ma
            oczywiście wpływ na ewentualny sukcej terapii. Może warto, tak jak sugerował Twój partner, jeszcze raz
            się spotkać z tą dzewczyną, bo rzeczywiście trudno człowieka ocenić po jednej wizycie. Niemniej jednak
            czasem ciężko jest "otrząść" taką pierwszą nieprzychylną reakcję, co utrudnia otwarty kontakt z
            terapeutą... ja chyba zaczęłabym się rozglądać za kimś innym. Przecież chodzi o Twoje zdrowie...
            *******
            Matti ma już rok!
          • jan.kran Re: pierwsza wizyta 02.12.05, 19:33
            szklane_paciorki napisała:

            > tamsin, wolałabym nie ujawniać kraju, ale mieszkam w zachodniej Europie.
            > Zależało mi na tym, żeby była to Polka i kobieta. Wydaje mi się, że tak byłoby
            > najlepiej.
            > Wiem, że pani ta ukończyła studia w Polsce, przyjmuje pacjentów u siebie w
            > domu. Jakoś niezręcznie było mi wypytywać ją o kwalifikacje i uprawnienia. Ale
            > może powinnam.


            Dlaczego akurat Polka i kobieta ? Dla mnie podejście bez sensu.
            Ja byłam w DE dwa razy na terapii. U facetów Niemców. Tak wypadło z przydziałusmile)
            Między terapiami było pięć lat róznicy. Jak drugi facet , Niemiec , trzysta
            kilometrów i kilka lat oddalony od pierwszego i nie mający pojecia o treści
            poprzedniej terapii po kilku przegadanych godzinach powiedział mi toczka w
            toczkę to co pierwszy uwierzyłam w siłę psychologii smile))))
            Kran
            • szklane_paciorki Re: pierwsza wizyta 02.12.05, 20:01
              dlaczego kobieta i w dodatku Polka?
              Nie wiem czy argumenty będą dość silne, ale mam takie przeczucie, że byłoby
              najlepiej. Polakowi nie muszę tłumaczyć jak to jest mieszkać w obcym kraju bez
              prawa do pracy, tak jak ja mieszkałam tutaj przez jakiś czas. Poza tym w języku
              ojczystym najłatwiej i najnaturalniej jest mi wyrażać moje myśli i uczucia.
              Jedną z rzeczy, która mnie dosyć frustruje moim związku (mój partner nie jest
              Polakiem) jest to, że kiedy się sprzeczamy, czy ogólnie mówiąc biorą górę
              emocje wścieka mnie konieczność tłumaczenia tych emocji na obcy język. Efekt
              jest taki, że na język plączą mi się słówka polskie, muszę szukać najlepszych
              odpowiedników itp.
              Nie wiem, nie upieram się przy tym. Jak napisałam, jest to moje przeczucie,
              intuicja, że tak byłoby najlepiej.
              Co do tamtej pani/dziewczyny to niestety, nie ma na ścianie żadnych dyplomów,
              przyjmuje u siebie w mieszkaniu. No i ten młody wiek. Jakoś nie mam pewności,
              że ona dotrze tam gdzie trzeba, jak w Twoim przypadku Kranie, bo zbyt szybko i
              zbyt łatwo udawało mi się "zwodzić ją z tematu", kierowac rozmową. Tak jak
              wspomniałam, w tej pierwszej rozmowie do niczego nie doszłyśmy, to było takie
              ślizganie się po tym co jej podsuwałam.
              I jeszcze co do pytania tamsin o mojego lekarza. Nie byłam z tym problemem u
              lekarza. Postanowiłam poszukac terapeuty na własną rękę właśnie ze względu na
              język.
              • gherarddottir Re: pierwsza wizyta 02.12.05, 20:22

                Paciorku byc moze to tylko wrazenie, ze to ty kierowalas rozmowa..terapie nie
                polega na wykladzie robionym przez lekarza tylko na takim
                delikatnym "moderowaniu" spotkania abyc TY SAMA doszla do pewnych wnioskow.
                Pozdrawiam
              • jan.kran Re: pierwsza wizyta 02.12.05, 20:37
                szklane_paciorki napisała:

                > dlaczego kobieta i w dodatku Polka?
                > Nie wiem czy argumenty będą dość silne, ale mam takie przeczucie, że byłoby
                > najlepiej. Polakowi nie muszę tłumaczyć jak to jest mieszkać w obcym kraju bez
                > prawa do pracy, tak jak ja mieszkałam tutaj przez jakiś czas. Poza tym w języku
                >
                > ojczystym najłatwiej i najnaturalniej jest mi wyrażać moje myśli i uczucia.

                -----------> Jesteś bardzo tajemnicza i mało zdradzasz na temat twojego miejsca
                zamoieszkania oraz znajomości jezyków.
                Ja miałam partnera Polaka , z dziećmi mówiłam tylko po polsku i przyjechałam do
                DE z mikroskopijną znajomością niemieckiego. Nie pracowałam w DE.
                Fakt że obracałam się oprócz mojej rodziny tylko w kręgu Niemców ale trwało
                cztery lata zanim nauczyłam się poprawnie niemieckiego.
                Na pierwszą terapię poszłam z basic deutsch i nawet w głowie mi nie postało
                szukac polskiego terapeuty.
                Porządny psycholog jest ponadnarodowy , przekonałam się o tym jak mój synek miał
                problemy i pomogła Mu Polka choć On w ogóle wtedy niewiele mówił...

                > Jedną z rzeczy, która mnie dosyć frustruje moim związku (mój partner nie jest
                > Polakiem) jest to, że kiedy się sprzeczamy, czy ogólnie mówiąc biorą górę
                > emocje wścieka mnie konieczność tłumaczenia tych emocji na obcy język. Efekt
                > jest taki, że na język plączą mi się słówka polskie, muszę szukać najlepszych
                > odpowiedników itp.

                ----------> Nie wiem jakim językiem się porozumiewacie, w jakim języku
                pracowałaś ( innym niż język partnera ? ). Jakoś się gubię w tych opowieściach.
                Najlepiej porozumiewasz się po polsku czy chcesz nalepiej porozumiewac się po
                polsku ?





                > Nie wiem, nie upieram się przy tym. Jak napisałam, jest to moje przeczucie,
                > intuicja, że tak byłoby najlepiej.
                > Co do tamtej pani/dziewczyny to niestety, nie ma na ścianie żadnych dyplomów,
                > przyjmuje u siebie w mieszkaniu. No i ten młody wiek. Jakoś nie mam pewności,
                > że ona dotrze tam gdzie trzeba, jak w Twoim przypadku Kranie, bo zbyt szybko i
                > zbyt łatwo udawało mi się "zwodzić ją z tematu", kierowac rozmową. Tak jak
                > wspomniałam, w tej pierwszej rozmowie do niczego nie doszłyśmy, to było takie
                > ślizganie się po tym co jej podsuwałam.
                > I jeszcze co do pytania tamsin o mojego lekarza. Nie byłam z tym problemem u
                > lekarza. Postanowiłam poszukac terapeuty na własną rękę właśnie ze względu na
                > język.

                --------> No i kółko się zamyka. Terapeuta Polak a najlepiej Polka. Czy tu nie
                leży Twoj problem ?
                Kran
                • gherarddottir Re: pierwsza wizyta 02.12.05, 20:53
                  Paciorku - nie spodziewaj sie po pierwszym spotkaniu efektowe, byc moze takie
                  spotkania beda trwaly kilkanascie razym tygodni, miesiecy. Trudno zawyrokowac.
                • szklane_paciorki Re: pierwsza wizyta 02.12.05, 23:04
                  jan.kran napisała:

                  > szklane_paciorki napisała:
                  >
                  > > dlaczego kobieta i w dodatku Polka?
                  > > Nie wiem czy argumenty będą dość silne, ale mam takie przeczucie, że było
                  > by
                  > > najlepiej. Polakowi nie muszę tłumaczyć jak to jest mieszkać w obcym kraj
                  > u bez
                  > > prawa do pracy, tak jak ja mieszkałam tutaj przez jakiś czas. Poza tym w
                  > języku
                  > >
                  > > ojczystym najłatwiej i najnaturalniej jest mi wyrażać moje myśli i uczuci
                  > a.
                  >
                  > -----------> Jesteś bardzo tajemnicza i mało zdradzasz na temat twojego mie
                  > jsca
                  > zamoieszkania oraz znajomości jezyków.

                  no cóż... tak jak wspomniałam na początku znam to forum od dawna. Spotkałam
                  nawet kilka osób z tego forum. Ale wolałabym się nie ujawniać. Też możesz
                  uznać, że to bez sensu, ale dla mnie nie.
                  Mówię po polsku oczywiście i mówię również biegle w języku kraju, w którym
                  mieszkam.

                  > Ja miałam partnera Polaka , z dziećmi mówiłam tylko po polsku i przyjechałam
                  do
                  > DE z mikroskopijną znajomością niemieckiego. Nie pracowałam w DE.
                  > Fakt że obracałam się oprócz mojej rodziny tylko w kręgu Niemców ale trwało
                  > cztery lata zanim nauczyłam się poprawnie niemieckiego.
                  > Na pierwszą terapię poszłam z basic deutsch i nawet w głowie mi nie postało
                  > szukac polskiego terapeuty.
                  > Porządny psycholog jest ponadnarodowy , przekonałam się o tym jak mój synek
                  mia
                  > ł
                  > problemy i pomogła Mu Polka choć On w ogóle wtedy niewiele mówił...
                  >
                  > > Jedną z rzeczy, która mnie dosyć frustruje moim związku (mój partner nie
                  > jest
                  > > Polakiem) jest to, że kiedy się sprzeczamy, czy ogólnie mówiąc biorą górę
                  >
                  > > emocje wścieka mnie konieczność tłumaczenia tych emocji na obcy język. Ef
                  > ekt
                  > > jest taki, że na język plączą mi się słówka polskie, muszę szukać najleps
                  > zych
                  > > odpowiedników itp.
                  >
                  > ----------> Nie wiem jakim językiem się porozumiewacie, w jakim języku
                  > pracowałaś ( innym niż język partnera ? ). Jakoś się gubię w tych
                  opowieściach.
                  > Najlepiej porozumiewasz się po polsku czy chcesz nalepiej porozumiewac się po
                  > polsku ?
                  >

                  mój partner pochodzi stąd i porozumiewamy się tutejszym językiem. Nie rozumiem
                  o co chodzi z tym, że najlepiej chcę porozumiewać się po polsku. Oczywiście, że
                  polski jest moim pierwszym językiem, ojczystym językiem. Zawsze będzie dla mnie
                  ważny bo w tym języku się wychowałam, wykształciłam.
                  Język kraju, w którym mieszkam znam biegle i w stopniu umożliwiającym mi
                  normalne życie i pracę. Lubię ten język.
                  Ale polski jest moim pierwszym i naturalnym językiem i dlatego mój pierwszy
                  wybór terapeuty był właśnie na Polaka. Ale powtarzam, wcale się przy tym nie
                  upieram. Nie bardzo rozumiem dlaczego aż tak koncentrujemy się na tej kwestii.
                  O wiele bardziej nurtuje mnie czy mogę zrezygnować z tej pani tylko na podsawie
                  jej wieku.

                  >
                  > > Nie wiem, nie upieram się przy tym. Jak napisałam, jest to moje przeczuci
                  > e,
                  > > intuicja, że tak byłoby najlepiej.
                  > > Co do tamtej pani/dziewczyny to niestety, nie ma na ścianie żadnych dyplo
                  > mów,
                  > > przyjmuje u siebie w mieszkaniu. No i ten młody wiek. Jakoś nie mam pewno
                  > ści,
                  > > że ona dotrze tam gdzie trzeba, jak w Twoim przypadku Kranie, bo zbyt szy
                  > bko i
                  > > zbyt łatwo udawało mi się "zwodzić ją z tematu", kierowac rozmową. Tak ja
                  > k
                  > > wspomniałam, w tej pierwszej rozmowie do niczego nie doszłyśmy, to było t
                  > akie
                  > > ślizganie się po tym co jej podsuwałam.
                  > > I jeszcze co do pytania tamsin o mojego lekarza. Nie byłam z tym probleme
                  > m u
                  > > lekarza. Postanowiłam poszukac terapeuty na własną rękę właśnie ze względ
                  > u na
                  > > język.
                  >
                  > --------> No i kółko się zamyka. Terapeuta Polak a najlepiej Polka. Czy tu
                  > nie
                  > leży Twoj problem ?
                  > Kran


                  ?? Nie bardzo rozumiem co masz na myśli i skąd taki wniosek?
                  • jan.kran Re: pierwsza wizyta 02.12.05, 23:16
                    Nie powinnaś się kierować płcią , wiekiem i językiem terapeuty jeżeli znasz
                    jego język bdb ,tylko profesjonalnością.
                    Po jednej wizycie trudno powiedzieć czy dobrze wybrałaś.
                    Jeżeli masz odczucie że manipulujesz terapeutą to zastanawiam się nad dalszym
                    celem terapii akurat z tą osobą.
                    To czy Twoje odczucie jest słuszne to problem drugorzędny.
                    To moje subiektywne zdanie. Twoją droge musisz znaleźć sama.
                    Pozdrawiam.
                    Kran
            • gherarddottir Re: pierwsza wizyta 02.12.05, 20:21
              Oczywiscie pierwsze wrazenie jest wazne, ale....pierwszy raz idzie sie do
              takiej osoby z bagazem pewnym lekow,obaw i wlasnych problemow...
              I patrzy sie na te osobe jak na kogos komu _trzeba zaufac_ zeby sobie pomoc -
              wlasnie trzeba, a nie ze sie chce..to jest jeden z czynnikow, ktory moze
              blokowac. Czasami tez nasze problemy mogamiec w mianowniku traumatyczne
              wydarzenia zwiazana z relacjami z innymi kobietami i stad niechec ogolna na
              poziomie nieswiadomym do kobiety-terapeuty...
              Rozumiem, ze latwiej udac sie do Polaka_Polki bo czasami latwiej jest sie
              porozumiec we wlasnym rodzimym jezyku, jednak nie przecenialabym tego.
              W psychologii to jaka skonczylo sie uczelnie jeszcze nie swiadczy o tym jakim
              jest sie psychologiem - wazne sa tzw czynniki personalne, ktore predysponuja
              dana osobe do wykonywania danego zawodu oraz to takze czy dana osoba przreszla
              wlasna terapie (zeby byc dobrym teraputa przechodzi sie roznego rodzaju
              treninigi oraz podaje terapii wlasnej). Tak samo jak nie kazda baletnica bedzie
              tanczyla jako solistka.
              Ja bym dala kobiecie jeszcze jedna szanse...
              Sprawa kolejna - nie zawsze kobiecie pacjentce moze pomoc nawet najlepszy
              psycholog czy psychiatra kobieta, gdyz czesto moze sie pojawic element
              zazdrosci czy rywalizacji na poziomie kobieta-kobieta.

              Mysle, Paciorku, ze sprobuj drugi raz sie spotkac z ta osoba, jesli nadal
              bedziesz czula bardzo silna niechec to poszukaj kogos innego.

              Pozdrawiam
              • szklane_paciorki Re: pierwsza wizyta 02.12.05, 23:17
                gherarddottir napisała:

                > Oczywiscie pierwsze wrazenie jest wazne, ale....pierwszy raz idzie sie do
                > takiej osoby z bagazem pewnym lekow,obaw i wlasnych problemow...
                > I patrzy sie na te osobe jak na kogos komu _trzeba zaufac_ zeby sobie
                pomoc -
                >
                > wlasnie trzeba, a nie ze sie chce..to jest jeden z czynnikow, ktory moze
                > blokowac. Czasami tez nasze problemy mogamiec w mianowniku traumatyczne
                > wydarzenia zwiazana z relacjami z innymi kobietami i stad niechec ogolna na
                > poziomie nieswiadomym do kobiety-terapeuty...

                być może u mnie właśnie chodzi o to samo tylko w stosunku do mężczyzn?
                Może znów uznacie to za głupie, ale ja na przykład nigdy nie poszłabym do
                ginekologa-mężczyzny. Wiem, że jest to zupełnie irracjolanle. No ale jest. Po
                prostu.
                Oczywiście jeśli nie miałabym innego wyjścia i byłabym w awaryjnej sytuacji to
                pewnie bym musiała. Ale jeśli mam wybór to zawsze wybieram ginekologa kobietę.
                Poza tym, jako nastolatka byłam wysłana przez szkołę na terapię do psychologa-
                mężczyzny w związku z rozwodem rodziców.
                Zamiast terapii było flirtowanie. Na szczęście tylko na tym się skończyło.

    • sylwek07 Re: blues trzydziestolatki czy depresja? 03.12.05, 09:44
      tez sie tak czulem na 1 terapii i pomoglo mi to po kilku spotkaniach(tzn
      otworzylem sie)..
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka