Dodaj do ulubionych

"Reiseland Deutschland"

IP: *.zwm.osi.pl 07.08.06, 19:56
Kiedyś próbowałem prosić o wskazówki zwiedzania kraju, który dotychczas
służył mi jak trasa tranzytowa - Niemiec - bez odzewu. W tym roku zamierzam
założyć bazę w Schwarzwaldzie i w okolicy przełomów Renu. Oczywiście studiuję
przewodniki i fora, ale może ktoś ma własne doświadczenia?
Obserwuj wątek
    • aseretka Re: "Reiseland Deutschland" 08.08.06, 07:34
      Schwarzwald jest naprawdę pięknym regionem. Myślę, że zachwyci cię katedra we
      Freiburgu będąca jednym z najwspanialszych zabytków gotyckiej architektury
      sakralnej w Niemczech. Niezwykle malownicza jest przejazd (droga 31) Piekielną
      Kotliną pomiedzy Freiburgiem a Titisee. Warto zajrzeć do Baden-Baden i Restatt
      ze sławną rezydencję margrafów i barokowym pałacem z lat 1697-1705. Oczywiście
      wodospad w Tribergu i spacer jednym ze szlaków po rezerwacie Wutach:
      www.wutach.org/tourismus.htm
      www.sbo.de/ferienregion-wutachschlucht/#Ferienregion Wutachschlucht
      Schwarzwald jest też dobrą baza wypadową do wycieczki w okolice Jeziora
      Bodeńskiego, gdzie warto odwiedzić Konstancję oraz wyspy: Reichenau, Mainau, i
      Lindau. Znając twoje zamiłowania polecam szczególnie wyspę Reichenau połaczoną
      długą groblą z lądem. Znajdują się na niej trzy wioski i trzy romańskie
      kościoły z cennymi freskami oraz kompleksy sadownicze. W wiosce Mittelzell
      znajdują się pozostałości byłego wspaniałego miasta klasztornego znanego jako
      Stare Opactwo. Podobno w latach 800-1200 wyspa Reichenau była uważana wraz ze
      szwajcarskim klasztorem St. Gallen za kołyskę zachodniej kultury.
      Ale to wszystko pewnie już wiesz z forum i z przewodników:) Może masz jakieś
      szczegółowe pytania?
        • Gość: Kasia Re: "Reiseland Deutschland" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.01.07, 14:54
          Dwa lata temu zwiedziłam kawałek schwarzwaldu. Świetne miejsce na wypoczynek i
          zwiedzanie. W tym roku planuję dwutygodniowy pobyt nad Jeziorem Bodeńskim ,
          szczególnie nastawiajac się na penetrowanie okolicy na rowerze. Chciałabym
          dobrze się przygotować, żeby niczego nie przeoczyć, a tymczasem wszystkie moje
          posty pozostaja bez odzewu. Miłośnicy " Reiseland - Deutschland" odezwijcie się
          i pomózcie.
            • Gość: Fredzio "Reiseland Deutschland" IP: *.bmj.net.pl 13.01.07, 14:53
              Ponieważ temat nieoczekiwanie ożył, a niemiecki wariant wakacji zrealizowałem ,
              więc pozwalam sobie przedłożyć fragment podróżnych notatek AD 2006:
              01.09 2006. Herzbolheim okazuje się być sporym miastem, przez które w drodze na
              nasz kemping trzeba przejechać. Kemping położony malowniczo na stoku, namioty,
              domki i mobilohome'y; pełno Holendrów i Anglików. Obsługę Eurocampu stanowią tu
              młodzi ludzie, prowadzą nas do naszej Verony nr 123. Zaraz po rozpakowaniu się
              jedziemy do miasta na zakupowy rekonesans, bo w kempingu nie ma sklepu, jest
              tylko restauracja. W odległości jednego kilometra jest duży market E : kupujemy
              dwie butelki wina po 1,20, Bratwurst, piwo po 0,30, masło i doskonałe,
              chrupiące bułki - 6 za 1,19 € - musimy przestawić się na nową walutę, ale
              wszystko wydaje się tańsze, niż w Szwajcarii, a chyba nie jest. Przez cały
              dzień bezchmurna pogoda i ciepło, przebieramy się w lżejsze ubrania, a kawę
              pijemy przed domkiem.
              02.09.06
              Noc ciepła, bo w ogóle ciepło, a na dodatek mamy tu wspaniałe, grube koce w
              szkocką kratę, śpimy dobrze. Rano jedziemy na zakupy, głównie po bułki, ale
              spostrzegamy, że korzystając z dolnych półek i "Action’ów" można by tu wyżyć za
              nasze dochody (np. kilo makaronu Barilla 0,99 €). Na śniadanie - kupione
              wczoraj bratwursty - przy okazji odkrywam, że kuchenka nad klapą piekarnika ma
              osobne uchylne drzwiczki do typowego grilla. I nagle w drzwiach staje piękny
              kotek-burasek, witamy go z entuzjazmem i częstujemy szynką, którą on bez
              entuzjazmu wącha i oblizuje, ale nie je pomimo serwowania mu jej na różne
              sposoby. Już zaczynamy podejrzewać, że to rzadki okaz kota-wegeterianina, gdy
              on, wymywszy sobie łapki zjada jeden, a potem drugi plasterek, widać nauczono
              go, że przed jedzeniem trzeba umyć łapki, a nie od razu rzucać się na żarcie.
              Jedziemy do Breisach, miasta nad Renem, na którego drugim brzegu - Francja.
              Zauważyłem, że tu Ren ma bardzo płaskie brzegi, więc w razie przyboru.... Po
              drodze bardzo miło i malowniczo, cały czas wśród winnic, wreszcie dojeżdżamy do
              celu, w mieście oczywiście targ, owoce i jarzyny nieprzyzwoicie drogie np.
              pomidory po 2,50 (oczywiście €, nie zł). Ale mimo to zjadamy duże porcje
              dobrych lodów i wspinamy się na wyniosłe wzgórze Górnego Miasta (Oberstadt),
              gdzie stoi katedra (St.Stephansmünster), której budowę rozpoczęto w 1270 r.,
              ukończono w XIV w., zburzono w 1945 i odbudowano w 1956. Wewnątrz pomimo to
              dużo zachowanych, choć bardzo wyblakłych fresków, wspaniały szafowy trójdzielny
              ołtarz (Matka Boska, aniołowie itp.), postacie nie pomalowane, ładne stalle. Na
              środku prezbiterium skrzynia z relikwiami św. Gerwazego i Protazego, które
              dostały się tu w cudowny sposób. Katedra gotycka, ale z wieloma elementami
              romańskimi np. okna dwu- i czteroforalne w wieży, a w ogóle zbudowana na
              rzymskich fundamentach. Elementy obronne wzgórza katedralnego projektu
              oczywiście Vaubana. Stąd do Freiburga czyli Fryburga Bryzgowyskiego ("am
              Breisgau” ... tu dygresja : skąd w tych okolicach Europy tyle miast ma polskie
              odpowiedniki swych nazw: Freiburg am Breisgau= Fryburg Bryzgowyski,
              Mainz=Moguncja, Moulhouse=Miluza itd.?). To duże miasto, dziś pełne
              zwiedzających, parkowanie możliwe tylko w podziemiu (za 2,40). Łatwo trafiamy
              pod katedrę, gdzie ... ( tak,tak) ... trwa jarmark, więc tłumy, pełne też są
              restauracyjne ogródki. Katedra z ciemnoczerwonego piaskowca w różnych
              odcieniach jest ogromna i najeżona przyporami, pinaklami oraz gargulcami (1200
              r.) znowu z elementami romańskimi. Wewnątrz ciekawe półślepe arkady, liczne
              posągi, bardzo ładne witraże, szczególnie podobała mi się rozeta. Münsterplatz
              ma dwie piękne fontanny i śliczny, czerwony i ozdobny Kaufhaus. W całym
              mieście wzdłuż i w poprzek ulic i uliczek pełno wąskich, odkrytych kanałów,
              którymi bystro płynie woda, trzeba patrzeć pod nogi. Kolejką linową wyjeżdżamy
              dwuosobowymi wagonikami na Schloβberg, skąd podziwiamy widok na miasto, dobrze
              widać filigranową konstrukcję przypór katedry. W restauracji pijemy latte
              macchiato i stąd już dom domu. słoika za 0,65€.

                • Gość: Fredzio "Reiseland Deutschland"cd 2 IP: *.bmj.net.pl 17.01.07, 22:53
                  03.09.06
                  W nocy jeszcze trochę padało, rano było pochmurnie, potem po króciutkiej mżawce
                  rozpogodziło się, ciepło.
                  Wycieczka do Świńskiego Ogona czyli muzealnej kolei parowej Blumberg/Zollhaus-
                  Waizen. Droga przez Freiburg, potem coraz bardziej malownicza i ciekawa -
                  stromizny, patelnie, potem głęboka dolina o stromych zalesionych stokach, w
                  pewnym miejscu przechodząca w skalny kanion z kamienną wąską bramą skalną
                  ("Hirschsprung"). Gdy dojeżdżamy do Waizen, okazuje się, że pociąg właśnie
                  odjechał, a następny będzie za cztery godziny (jeździ dwa razy dziennie),
                  jedziemy więc do Blumberga, aby go złapać tam, gdy już dojedzie i będzie miał
                  jechać z powrotem o 14.05 . Na miejscu zwiedzamy muzeum kolei parowych, nazwane
                  tak trochę na wyrost: w odtworzonej dyspozytorni stoi szafka z biletami
                  kartonowymi, aparat Huguesa, stara maszyna do pisania, trochę modeli kolejowych
                  itp. Jedną ścianę zajmuje kompletne urządzenie nastawni mechanicznej : można
                  sobie poprzestawiać dźwignie napędu zwrotnic i sygnałów „aby zrozumieć, jak
                  ciężka była to praca." Bilety po 15.-€ kupujemy w kasie otwieranej na 75 minut
                  przed odjazdem pociągu, potem jemy śniadanie, pijemy kawę nasłuchując
                  zbliżającego się pohukiwania zabytkowej lokomotywy zbliżającego się pociągu.
                  Gdy przyjeżdża możemy obejrzeć w całej krasie dużą , wypielęgnowaną
                  lokomotywę, przypominającą ogólnie np. polską Ty45, zaprzęgniętą do 9 nieco
                  przechodzonych wagonów osobowych, które szybko zapełniają się pasażerami,
                  podczas, gdy parowóz uzupełnia zapas wody. Wreszcie ruszamy i tu pewne
                  rozczarowanie: opis trasy jest znacznie ciekawszy niż sama podróż: 5 tuneli o
                  różnej długości (od 1205 do 702m), dwa z nich są spiralne, a w jednym różnica
                  wlotu i wylotu wynosi 15 m, 5 różnej długości (od 252 m) i wysokości (~25 m)
                  wiaduktów nad dolinami i rz. Wutach. Z folderka wynika, że długość tej trasy
                  to ~25 km, a nazwa Sauschwänzle wynika z przebiegu tej linii pokręconej, jak
                  świński ogon, cała zaś linia zaczyna się na wysokości 702 m npm., a kończy na
                  471 m, stąd droga powrotna trwa prawie godzinę dłużej. Ale z pociągu nie wiele
                  z tego widać. Dziwi też, że linię tę zbudowano "ze względów strategicznych".
                  I już do domu. Sąsiednie domki na kempingu zajmują Anglicy, Holendrzy i jeden
                  pojedynczy Polak, trochę dziwi szybka rotacja lokatorów."
                  Jeśli nikt tego nie czyta...
                    • ennka Re: "Reiseland Deutschland"cd 2 20.01.07, 19:19
                      Fredziu, ja czytam , z wielka przyjemnością.
                      Mam wrażenie ,ze tam jestem i widzę to wszystko, tak sugestywnie to opisujesz.
                      Jak nic nam nie przeszkodzi, to chyba w czerwcu odwiedzimy ten piękny
                      kraj ,Niemcy.
                      Pozdrawiam serdecznie
                      Bożena
                      • Gość: Fredzio "Reiseland Deutschland"cd 3 IP: *.bmj.net.pl 21.01.07, 11:14
                        A, jeśli tak ...
                        04.09.06.
                        Udana wycieczka do najwyższego niemieckiego wodospadu (163 m), tworzącego
                        początek rz.Gutach, którą wielokrotnie przekraczamy po drodze. Jedzie się
                        wspaniałymi typowo górskimi widokowymi drogami z agrafkami, patelniami i
                        stromiznami. Do góry przeważnie tylko drugi bieg, na ciasnych zakrętach
                        potrzebna jedynka, co punto znosi bez sprzeciwu, tylko komputer czasem wskazuje
                        chwilowe zużycie paliwa np. 16 l/100 km.
                        Miasto Triberg bardzo urodziwe, rozbudowane na wzgórzach, strome ulice, zaułki,
                        mnóstwo hoteli, sklepy z pamiątkami (przede wszystkim i tu zatrzęsienie
                        pluszaków), ale przede wszystkim z zegarami - mechaniczne lub elektroniczne
                        nawet APS, z kukułką, wahadłem, ludzikami, duże, małe, ogromne w cenach od
                        kilkunastu do 500-600 i więcej €, dosłownie tysiące, czym chełpią się szyldy.
                        Wstęp pod wodospad po 2.-.€, Idzie się stromą, ale wygodną ścieżką w tłumie
                        zwiedzających na kolejne mostki wśród ładnych widoków i szumu wody. Syci
                        widoków schodzimy do miasta na kawę i lody i jedziemy do domu jeszcze ciekawszą
                        drogą przez Kandel, wysoko położoną przełęcz z restauracją i widokowym
                        parkingiem, potem znowu ciasne zakręty i spadki, teraz przeważnie w gęstym
                        lesie, ostrożne wymijanie nielicznych na szczęście samochodów, ciągłe hamowanie
                        silnikiem, potem dalszy zjazd bardziej odkrytą drogą z uroczymi widokami na
                        rozległe, malownicze doliny. W Herzbolheim zakupy w Minimalu, w tym 2 pizze na
                        obiad, jogurt pitny i jeszcze trochę jedzenia.
                        • Gość: Fredzio "Reiseland Deutschland"cd 4 IP: *.bmj.net.pl 21.01.07, 15:37
                          No to jedziemy dalej; 5 września przekroczyliśmy Ren i pojechaliśmy na
                          wycieczkę do Strasburga; widząc Francję na drugim brzegu nie moglismy sobie
                          tego odmówić, opis pod Francja turystycznie. A w Niemczech:
                          06.09.06.
                          Żegnamy Herzbolheim o 9.15, jedziemy w kierunku Heidelbergu, gdzie bez
                          błądzenia trafiamy na stromy dojazd do zamkowego parkingu. Zamek jest
                          wspaniałą, częściowo odbudowaną i zagospodarowaną ruiną. Jedna z wież jest po
                          prostu przepołowiona, przy czym oderwana połówka leży skośnie na boku, chyba
                          jest to efekt wysadzenia. Całość eklektyczna - od stylu romańskiego do baroku,
                          przy czym widać, że początkowo była to budowla zdecydowanie obronna, górująca
                          wysoko nad brzegiem Neckaru i miastem, na które z tarasu zamkowego widok
                          wspaniały. Bardzo interesujące muzeum apteczne, ze wspaniałymi zbiorami naczyń
                          i urządzeń dawniej stosowanych w farmacji. W zamkowych piwnicach, obok winiarni
                          m.in. dwie gigantyczne beczki do wina, Groβes Fass mieści 220 000 l, druga
                          jest nieco mniejsza, co najmniej raz były napełnione. W restauracji pijemy dla
                          odmiany po filiżance czekolady (po 2.-€) i zjeżdżamy do miasta za drogowskazami
                          do parkingu Altstadt nr 13, gdzie ustawiamy samochód na II piętrze pod ziemią.
                          Idziemy na stare miasto, bardzo kolorowe, ogromne i ludne. Przeszliśmy znaczną
                          część Hauptstraβe (na całość nie starczyło nam już zapału) pełnej
                          najrozmaitszych sklepów, barów, restauracji. Po drodze zwiedzamy kościół św.
                          Ducha z czerwonego piaskowca, starannie odnowiony. W bardzo jasnym bazylikowym
                          wnętrzu szczególnie piękny grobowiec Ruperta III i jego żony Elżbiety von
                          Hohenzollern. Z wywieszonych przed restauracjami menus wynika, że jest tu
                          taniej niż w Herzbolheim. Dajemy się skusić szyldowi kiosku z gorącymi
                          kiełbaskami i bierzemy Feuerwursty z musztardą w bułce za 2,30 €, dostajemy
                          długie, złożone w pół naprawdę ogromne i smaczne porcje ognistej kiełbasy.
                          Wchodzimy do dużego sklepu "Wszystko za 1 €" i kupujemy mały termometr
                          Galileusza, jakąś grającą zabawkę - jest tam sporo innych sensownych rzeczy. Na
                          wystawie sklepu hobbystycznego stoi kilkanaście prześlicznych miniaturowych
                          maszyn parowych z oprzyrządowaniem, gdy to fotografuję, przyglądający się
                          temu, jedzący lody facet, z błyskiem zrozumienia w oku i entuzjazmem aprobuje
                          moje wyjaśnienie, że ponieważ nie mogę tego wszystkiego kupić ...
                          Natrafiamy na sklep "Alles muβ raus" czy jakoś tak z przecenionymi książkami,
                          albumami itp. oraz płytami, kupujemy dwie (Haendla i Telemana) - po 3.-€. W
                          drodze powrotnej wstępujemy do mikroskopijnej, uroczej kawiarenki ze sufitem
                          fantazyjnie podpartym starymi drewnianymi belkami, pijemy dobre cappuccino i
                          zjadamy kawałek znanego nam już Obstkuchen’a (nazywanego przez nas tartą
                          owocową) ze śliwkami i płatkami migdałowymi (razem 8,-€) Stąd już do
                          Schindeldorfu który jest właściwie dzielnicą miasteczka Stormberg. Autostrady
                          pełne, prawy pas zajęty przez ciężarówki, czasem ociężale się wyprzedzające, na
                          bramkach sygnałowych wyświetlane dla prawego pasa ograniczenie "80", nad
                          pozostałymi (czasem są dwa, częściej trzy) "130". W Strombergu liczne
                          drogowskazy doprowadzają nas do Schindeldorfu i pod dom z napisem Rezeption -
                          ale już z daleka widać, że jest zamknięty na głucho, ale na drzwiach coś wisi -
                          okazuje się, że jest to koperta z napisem "Familie Fredzio", wewnątrz klucze
                          do apartamentu nr 41, folderki i list powitalny ze wskazówkami, jak ten
                          apartament znaleźć i informacja, że w dniu wyjazdu proszą o wrzucenie kluczy do
                          skrzynki listowej. Apartament w jednym z nowych piętrowych pawilonów o
                          oryginalnej architekturze, nasz na 1. piętrze, wejście z galeryjki nad
                          niewielkim sześciokątnym patio. W opisie podano, że są tu dwa pokoje, łączna
                          powierzchnia ok. 50 m2, ale z orientacyjnego pomiaru wynika nam że tylko
                          livingroom z aneksem kuchennym ma ponad 60, widocznie liczono tylko
                          powierzchnię pod prostym sufitem, a pod skośnym już nie. Duży balkon z meblami
                          plastykowymi, łazienka bardzo duża. Telewizor z niezliczoną liczbą kanałów
                          niemieckich, ale jest też CNN i coś tam jeszcze. W sypialni podwójne łóżko,
                          szafy, a w szafce nocnej mały stalowy sejf, do którego wkładamy pieniądze i
                          dokumenty. Kompletne wyposażenie kuchni, kuchenka czteropalnikowa, elektryczna,
                          bez piekarnika, nie ma też jak zwykle czajnika. Jest domofon, różne
                          automatycznie zapalające się światła na klatce schodowej itp. Obok naszego domu
                          niewielka restauracja. Okazuje się, że znowu ta nasza baza jest na końcu drogi,
                          a właściwie na pętli drogowej z której wyjechać można tylko w jednym kierunku.
                          W nocy absolutna cisza, niebo rozgwieżdżone dobrze widoczne, bo "osiedle"
                          apartamentowe oświetlone skąpo, widać nawet moją wymarzoną Drogę Mleczną.
                            • Gość: Fredzio "Reiseland Deutschland"cd 5 IP: *.bmj.net.pl 22.01.07, 15:43
                              07.09.06.
                              Planowaliśmy rejs statkiem po Renie z Bacharach do St.Goar, ale recepcjonista,
                              u którego zgłaszaliśmy uszkodzenie kawiarki (wymienił ją na sprawną) poradził
                              nam, że ciekawiej będzie odbyć dłuższy rejs tj. wypłynąć z Bingen, jedziemy
                              więc tam. W mieście mamy kłopot, bo na drodze do przystani napotykamy znak
                              zakazu ruchu, nie wiemy co robić, ale ponieważ mija nas beztrosko kilka
                              samochodów, więc jedziemy za nimi, zatrzymujemy się na parkingu z którego widać
                              pomost i idziemy. Trochę niepokoi nas widoczny wokół nieporządek, związany
                              najwidoczniej z jakąś przebudową. W kasie sprzedają nam za 53.- € trzy bilety
                              na najbliższy rejs ("Hinn und zurück") i wtedy okazuje się, że właśnie mają
                              zamiar zdjąć trap, ale uspokajają nas, że następny statek odpłynie za godzinę.
                              Szczęśliwie przychodzi mi do głowy zapytanie kasjera, czy prawidłowo
                              parkujemy, okazuje się, że wobec tego zakazu ruchu może się zdarzyć, że po
                              powrocie nie zastaniemy samochodu, lepiej go postawić gdzie indziej. Objaśnia
                              nam też gdzie jest właściwy parking, jedziemy właściwie przez całą miejscowość
                              z powrotem, wreszcie jest parking, trochę ciasny znowu ze względu na jakieś
                              roboty, za to za 3.-€ można parkować dowoli, a okazuje się, że stąd na piechotę
                              jest do przystani dosłownie kilka kroków. Wsiadamy na statek, niezbyt
                              zapełniony, tak, że zajmujemy wygodne miejsca na górnym pokładzie i wypływamy z
                              prądem rzeki. Ren jest tu ogromny i o wartkim prądzie z wirami, środkiem
                              wytyczony jest bojami szeroki tor wodny. Wzdłuż brzegu z obu stron biegną drogi
                              i tory kolejowe, po których trwa intensywny ruch kołowy, a szczególnie
                              kolejowy - osobowy i towarowy, dosłownie co kilka minut mkną różnej długości
                              pociągi. Osobowe przeważnie złożone są z lokomotywy (elektrycznej), gdy
                              lokomotywa jest z tyłu to pierwszy wagon ma kabinę sterowniczą, towarowe zaś,
                              ze względu na różnorodność wagonów, sprawiają wrażenie pociągów zbiorowych,
                              jeśli zaś wagony są jednakowe, a pociąg długi, to wszystkie mają jednakowe
                              znaki firmowe. Ze względu na szerokość rzeki pojazdy te wyglądają jak zabawki.
                              Także na rzece ruch ogromny, ciągle mijamy barki motorowe, pociągi wodne z
                              pchaczami i to z tak odległych portów macierzystych, jak np. Rotterdam
                              (przeważnie tankowce) i spacerowe oraz promy łączące brzegi (ku mojemu
                              zdziwieniu na tym odcinku Renu nie ani jednego mostu). Brzegi bardzo widokowe,
                              wzgórza zalesione lub zabudowane kolejnymi wymuskanymi miasteczkami albo na
                              prawym, słonecznym brzegu ciągnące się kilometrami winnice, niektóre
                              miniaturowe, wszystkie zabezpieczone od dołu murami oporowymi. No i co kilka
                              kilometrów efektowny zamek w różnym stopniu rozpadu lub renowacji, ale często
                              w doskonałym stanie, niektóre zagospodarowane na hotel lub schronisko
                              młodzieżowe. Zwracają też uwagę nadbrzeżne kempingi gęsto zapełnione kamperami
                              i przyczepami (jakiś zlot?). Niecierpliwie wyglądana skała Lorelei
                              rozczarowuje, nie różni się bowiem do innych urwisk, po za dużym
                              napisem "Lorelei" w podnóża i flagą na szczycie. Przez pokładowy radiowęzeł w
                              czterech językach podaje się informacje o mijanych miejscowościach i
                              osobliwościach, na okoliczność mijania Lorelei rozbrzmiewa tradycyjną pieśń.
                              Wysiadamy w St.Goar i pobieżnie go zwiedzamy, mając nieco czasu na rejs
                              powrotny. Na statku wypiliśmy po czekoladzie, w miasteczku kawę ze strudlem.
                              Podróż powrotna, pod prąd, trwała godzinę dłużej, minęliśmy po drodze, jeden z
                              nielicznych już, zabytkowy parowiec bocznokołowy "Göthe".
                              • Gość: Fredzio "Reiseland Deutschland"cd 6 IP: *.bmj.net.pl 23.01.07, 13:03
                                "08.09.06
                                Jedziemy lewym brzegiem Renu, równoległe do wczorajszej żeglugi od Bingen do
                                Bacharach, po drodze krótki fotostop na punkcie widokowym. Bacharach: znowu
                                ludne, kolorowe i wymuskane miasteczko, pełne różnorakich sklepów, ale
                                najwięcej tych z zabawkami, w tym specjalistyczny z miśkami w cenie od
                                kilkunastu do stukilkudziesięciu € (!), sklepy modelarskie, hobbystyczne,
                                restauracje, hotele. Obok normalnie wąskich uliczek korytarzyki, bo już nawet
                                zaułkami nie można nazwać tych kilkudziesięciocentymetrowych przesmyków. W
                                sklepie z przecenionymi towarami kupujemy chustkę i pasek na prezent, w innym
                                do kolekcji malutki dzbanuszek i kufelek ze znakami wolnomularskimi. Dużo
                                bardzo starannie odnowionych i utrzymanych domów szkieletowych - belki
                                pomalowane i z napisami szwabachą. Nad miastem góruje ruina zamku. A gdy
                                zajechaliśmy na płatny (innych tu w zasadzie nie ma ) parking, sprawdzając
                                taryfę (bilet całodniowy 3.-€) spostrzegłem, że skrzynce na bilet ...jest
                                bilet, wyciągnąłem go i okazało się, że zapewnia nam postój na trzy godziny. Po
                                powrocie z miasta pozostało nam jeszcze ok. 50 min., więc włożyłem bilet na
                                miejsce, może się komuś przyda. Wobec wczesnej godziny jedziemy dalej do
                                Boppartu, bardzo podobnie schludnego i bogatego, ale Fuβgängerzone ze sklepami
                                jeszcze bardziej luksusowa i dostojna. Zwiedzamy kościół św. Sewera, pięknie
                                odnowiony z zachowanymi na stropie fragmentami fresków opowiadających o życiu
                                świętego. Kawę pijemy w maciupkiej kafejce obok kościoła, obsługująca nas
                                jedyna pracownica, zapewne właścicielka, leciwa, ale jak wszyscy tu bardzo
                                życzliwa, recytuje nam rodzaje kaw jakie może zaserwować, wybieramy latte
                                macchiato, ona przeprasza, że to chwilę potrwa, ma bardzo małą Kaffeemaschine,
                                namawia nas na ciasto, więc zamawiamy, okazuje się, że ma tylko świeży
                                Apfelteig, rzeczywiście jeszcze ciepły i zupełnie dobry. Także latte
                                doskonałe, wyraźnie widać granicę mleka i kawy, a po wsypaniu cukru dzieją z
                                nią przedziwne rzeczy. Płacąc, wdaję się w rozmowę, bo pyta, czy jesteśmy
                                Włochami, na wieść, że Polakami, rozpromienia się, bo ma przyjaciółkę Polkę,
                                która mieszka tu już 20 lat itd., i że ja tak dobrze mówię po niemiecku itd.
                                Część drogi powrotnej, podobnie jak wczoraj, odbywamy bocznymi, widokowymi
                                drogami - typowo górskimi typu "1-2", czyli takich biegów trzeba było używać,
                                wąskimi i czasem o nie najlepszej nawierzchni. Cały dzień pogoda. Wieczorem
                                wygwieżdżone niebo z licznymi latającymi gwiazdami czyli światłami samolotów."
                                Może się taki tekst komuś przyda do planu wakacji?
                                    • Gość: Fredzio "Reiseland Deutschland"cd 7 IP: *.bmj.net.pl 23.01.07, 21:39
                                      Und es gehet weiterŁ
                                      "09.09.06.
                                      Piękna pogoda, pełne słońce, jedziemy do Koblencji autostradą, więc szybko, po
                                      za tym dziś bez ciężarówek. Za drogowskazami na P Altstadt nad brzegiem Mozeli
                                      i przechadzamy się po niezbyt interesującej starówce – fragmenty rzymskich
                                      murów, sklepy, a przede wszystkim całe Altstadt sprawia wrażenie jednego
                                      wielkiego kombinatu gastronomicznego ze stolikami wystawionymi przed lokale.
                                      Oglądamy kościół św. Kastora, którego budowę rozpoczęto w IX w. (obecnie to
                                      dolna część murów), ukończono w XIII w., architektonicznie to bazylika, świeżo
                                      po remoncie – bez nastroju. Pijemy cappuccino, zjadamy lody i idziemy obejrzeć
                                      gigantyczny pomnik Wilhelma I, obecnie poświęcony zjednoczeniu Niemiec (coś mi
                                      to pachnie IV Rzeszą?) w Deutsches Eck u zbiegu Mozeli i Renu – obie rzeki
                                      sprawiają równie imponujące wrażenie, na obu ruch statków wycieczkowych i
                                      barek, w tym nawet ze Strasburga. Wokół mnóstwo zwiedzających i ich autobusów,
                                      rowerów. Jedziemy do Braubach przez most na Renie. Już z daleka widać efektowną
                                      sylwetkę zamku Marksburg – jednego z nielicznych całkowicie zachowanych w tej
                                      okolicy średniowiecznych zamków. Zwiedzamy typowe średniowieczne wnętrza, z
                                      plątaniną korytarzy, schodów, sal w dużej grupie m.in. z wrzeszczącymi
                                      bachorami, które skutecznie usiłuje przekrzyczeć przewodniczka. Na sąsiednim,
                                      wyższym wzgórzu wznoszą się trzy potężne, czarne słupy, przewodniczka wyjaśnia
                                      mi, że to pozostałość - kominy opuszczonych kopalni ołowiu i srebra. Stąd do
                                      domu. Pomiędzy St. Goar a Bacharach, a w szczególności w Oberwesel
                                      nieprawdopodobna liczba autokarów i samochodów, parkują nawet na trawnikach,
                                      zupełnie legalnie, bo kierowani tam przez porządkowych (jest „Volksfest”). Na
                                      przydrożnych i nadbrzeżnych kempingach ciasno stłoczone stoją setki kamperów i
                                      przyczep, zawsze ich tu było dużo, ale dziś to apokalipsa. Na dodatek droga
                                      jest w remoncie, częste circulationes alternées, co bardzo spowalnia jazdę.
                                      • Gość: Fredzio "Reiseland Deutschland"cd 8 IP: *.bmj.net.pl 24.01.07, 16:29
                                        "10.09.06.
                                        Dziś w planie Moguncja (czyli po tutejszemu Mainz), zwiedzamy, ale jesteśmy tym
                                        miastem trochę rozczarowani, chociaż akurat trwa tu jakiś targ sanatoryjno-
                                        wakacyjny, niedzielne miasto po za tym jakby wyludnione, nawet można na ulicach
                                        parkować za darmo. Zwracają uwagę rozległe przestrzenie zielone i nowoczesne
                                        budownictwo, czyżby to ślady wojennych wyburzeń?
                                        Ale jest katedra – ogromna, na założeniu bazylki, zbudowana z różowo-szarego
                                        kamienia, stąd wnętrze trochę mroczne. Piękne ścienne retabula (?), wszystkie
                                        z wieloma kamiennymi postaciami. Wogóle trwa remont. Witraże nowe z matowego
                                        szkła ozdobione w dolnej części kolorowymi herbami, zachwycająco wycezylowana w
                                        kamieniu ambona. Na ścianach liczne płyty nagrobne, zapewne przeniesione z
                                        posadzki. Dwie dostępne krypty, jedna to po prostu kaplica ze wspaniałym
                                        pozłocanym ołtarzem figuralnym i nagrobkami z relikwiami ludzi zasłużonych dla
                                        arcybiskupstwa Moguncji.
                                        Drugi dzisiejszy cel to klasztor Eberbach, dawne opactwo cysterskie, a więc
                                        położone z dala od osiedli, założone w 1116 r, cysterskie od 1136,
                                        sekularyzowane w 1803 r., wyremontowane do celów turystycznych od 1986 r., jako
                                        Fundacja Klasztoru Eberbach. Zwiedza się wirydarz z krużgankami, zachowanymi w
                                        części romańskiej, część gotycka w ⅔ zniszczona, zachowane we fragmentach np.
                                        okna bez maswerków. Piękny (jak zwykle) kapitularz o romańskich ścianach, ale
                                        sklepieniu gwiaździstym, wspartym na centralnej kielichowatej kolumnie. Kościół
                                        to duża trzynawowa bazylika, sklepienie na potężnych słupach, po jednej stronie
                                        rząd gotyckich kaplic. W jednej ze ścian grób ścienny z 1380 r., a pod ścianami
                                        wiele płyt nagrobnych. Wnętrze bez wyposażenia, kościół od dawna nie pełni roli
                                        sakralnej, czasem służy jako sala koncertowa. Bezpośrednie wejście do ładnego
                                        dwunawowego dormitorium, jak zwykle imponującego kubaturą, o sklepieniu opartym
                                        na biegnącym środkiem rzędzie kielichowych kolumn. W klasztorze mieści się
                                        również niewielkie muzeum z obrazami, zabytkowym wyposażeniem pomieszczeń,
                                        przedmiotami kościelnymi itp. Ogromna sala winiarni z kilkunastoma wielkimi
                                        prasami do wyciskania winogron, obok dawny magazyn win z beczkami wmurowanymi w
                                        ścianę lub są to tylko ich ozdobne denka. Obok klasztoru niewielka winnica
                                        (dawniej klasztor miał rozległe winnice). I stąd już do domu.
                                        • Gość: Fredzio "Reiseland Deutschland"cd 9 IP: *.bmj.net.pl 25.01.07, 19:14
                                          "11.09.06.
                                          Ruhetag: śpimy dłużej, ok. 11.00 jedziemy na zakupy do Lidla i E , przy okazji
                                          tankujemy i zwiedzamy Stromberg, miłe miasteczko o niezwykłej liczbie lokali
                                          gastronomicznych. Dużo starych domów, niektóre z tablicami opowiadającymi ich
                                          historię i wyliczającymi kolejnych właścicieli. Z mostku nad rzeczką
                                          spostrzegam „tablicę meteorologiczną”: napisy głoszą, że: jeśli zawieszona
                                          poniżej łódka jest mokra to znaczy, że pada, jeśli sucha i rzuca cień, to
                                          znaczy że jest słonecznie, jeśli się kiwa, to wieje itd. A pogodę mamy tu od
                                          początku piękną, w nocy jaskrawo świeci Księżyc i gwiazdy, cisza. .
                                          12.09.06. Wyprawa nad Mozelę przeważnie bocznymi drogami, nawet taką, która
                                          miała nawierzchnię składająca się z samych, idealnie równych i dopasowanych
                                          łat, oczywiście żadnej dziury. Gdy dojeżdżamy do brzegów Mozeli zdumiewa nas
                                          urokliwość jej doliny, wyraźnie ładniejszej od doliny Renu - jest szersza,
                                          otoczona łagodnymi zalesionymi wzgórzami, a na stokach zwróconych na południe
                                          całe kilometry winnic, niektóre wprost wiszące na stromych zboczach. Wzdłuż
                                          drogi miłe miasteczka złożone jakby głównie z hoteli i restauracji. Położone
                                          nad rzeką kempingi także tu pełne kamperów i namiotów. Po potężnej tu Mozeli
                                          pływają liczne barki i statki spacerowe. Dalsza droga odchodzi od brzegów i
                                          pnie się w górę, coraz bardziej dziko i stromo, wreszcie wyjeżdżamy na rozległy
                                          płaskowyż, gdzie stoi przyczepa kempingowa z kasą polnego parkingu. Pani z tej
                                          przyczepy ostrzega nas, że do zamku Elz trzeba iść 25 minut pieszo, co nas
                                          jakoś nie odstręcza od tego ekstremalnego wysiłku, więc płacimy 1,80 € i
                                          ruszamy w dół, coraz bardziej stromo, aż zza drzew widać zarysy bardzo
                                          malowniczego zamku, do którego trzeba jeszcze przejść przez most i znowu wspiąć
                                          się do góry po niewygodnych schodach i to w upale. Burg Elz jest drugim (po
                                          Marksburgu) zamkiem średniowiecznym zachowanym w stanie nienaruszonym .
                                          Zwiedzanie co 15 min., z przewodnikiem, który mówi po niemiecku z wyraźnymi
                                          tutejszymi naleciałościami, niewiele z tego chwytam. Wyposażenie wnętrz (meble,
                                          sprzęt kuchenny, zbroje, broń) w komplecie, przechodzimy liczne pomieszczenia,
                                          korytarze, wąskie, spiralne gotyckie schody. Kończymy zwiedzanie i mozolnie
                                          pniemy się z powrotem przez las, po drodze spotyka nas schodząca bardzo
                                          przerażona panienka, chaotycznie wykrzykująca w łamanej angielszczyźnie coś, że
                                          droga jest zamknięta i trzeba wracać. Idziemy jednak dalej i po chwili
                                          spostrzegamy, że musiała ona zboczyć w ślepą odnogę ścieżki, zresztą bardzo
                                          płytką, i stąd jej przerażenie. W drodze powrotnej zjeżdżamy bardzo stromą i
                                          krętą drogą, w wiejskiej knajpce zjadamy lody i kawę za 6,60 €. Na dodatek
                                          uroków tej wycieczki przejeżdżalismy przez miasteczko Alf, co bardzo ucieszyło"
                                          Fredzia.*"-------------------------------
                                          *(uwaga:tożsamość Fredzia jest ścisłą tajemnicą).
                                          • Gość: Fredzio Re: "Reiseland Deutschland"cd 10 IP: *.bmj.net.pl 26.01.07, 14:56
                                            "13.09.06.
                                            Dziś do Frankfurtu (a/M.), głównie dla katedry i Städelsches Kunstinstitut, po
                                            drodze dwa korki, jeden kilkuminutowy, drugi typowy – powyżej godziny – oba
                                            typu pełzającego. Ten drugi spowodowany robotami na moście przez Ren, przez
                                            który na jedyne wolne pasmo drogi zjeżdżają samochody z trzech pasów autostrad.
                                            Docieramy wreszcie do miasta, przez skomplikowany układ ulic, przy dużym ruchu
                                            trochę błądzimy, ale szczęśliwie natrafiamy na drogowskaz ”Stadtmitte” i do
                                            parkingu „Römer”, w którego olbrzymich podziemiach dość długo szukamy wolnego
                                            miejsca (nr 1417). Bramka zamiast biletu wydała nam czerwony plastykowy
                                            guziczek. Na powierzchnię wychodzimy na Römerplatz i oglądamy trójwarstwowe
                                            wykopaliska: fundamenty i najniższy murek rzymskie, średni murek średniowieczny
                                            i najwyższy merowiński. Potem szybko znajdujemy katedrę, bardzo potężną i
                                            zadbaną, w kolorze ceglastym. Ściany wewnątrz w podobnym kolorze z zaznaczonymi
                                            na biało fugami. Wnętrze bogate i dostojne, na ścianach płyty nagrobne i kilka
                                            wspaniałych ołtarzy figuratywnych, szafowych i z pojedynczymi grupami rzeźb.
                                            Ołtarz główny też szafowy (tryptyk), złożony z mniejszej szafy na dole i
                                            większej u góry, obie z mnóstwem rzeźbionych postaci, wszystko jednolicie
                                            pozłocone. W chórze ładne freski i stalle (ten chór to pierwsza zbudowana
                                            część kościoła z 680 r.), trzy równe nawy i duży transept. W katedrze tej
                                            wybierano cesarzy I Rzeszy. Całość majestatycznie gotycka. Z katedry wychodzimy
                                            na ładny obszerny rynek ze wspaniałym ratuszem i pierzeją szkieletowych domów,
                                            płaszczyzna rynku pochyła do środka. Chłoniemy ten widok przez czas dłuższy i
                                            ruszamy nad Men, aby dotrzeć na Museum Ufer, po drodze zwiedzamy sklep z
                                            miśkami (jest ich ponoć 1000 – dużych i małych), chyba w tej części Europy
                                            pielęgnuje się jednak jakiś kult Teddy-bear’ów. Za wstęp do muzeum płacimy 2x6,-
                                            i 1x 8,- €, ale warto. Rozpoczynamy zwiedzanie do góry i od razu – obaj
                                            Cranachowie (może Młodszy lepszy?), to samo z Holbeinami, sporo Dürrera, Bosch
                                            („Ecce Homo”), Memling, Botticelli, Canaletto (Wenecja - widok z nad Canale
                                            Grande na kościół Sta. Maria della Salute), dwa obrazy Goyi z
                                            cyklu „Okropieństwa wojny”, Murillo, Tiepolo ... e tutti quanti. Zatrzymuję się
                                            przed obrazem „Geograf” uderzony wspaniałym operowaniem światłem, Jadzia zwraca
                                            mi uwagę, że to przecież Vermeeer. Tintoretto w „Mojżeszu wydobywającym wodę ze
                                            skały” przedstawił latami wędrujące przez pustynię Izraelitki w strojach
                                            balowych i wyszukanych koafiurach. Parę Rembrandtów, w tym duży
                                            obraz „Oślepienie Samsona”. Kilka małych obrazków Breughli, Młodszy nawet w tak
                                            poważnym obrazie, jak „Stworzenie Ewy” najwięcej starań poświęcił na
                                            wymalowanie kwiatów i innej zieleniny Raju, same postacie zajmują najwyżej ⅛
                                            powierzchni płótna. Na niższym piętrze sztuka nowocześniejsza: Munch – jeden
                                            obraz bardzo ekspresjonistyczny (wytrzeszczone gały), drugi zupełnie normalny i
                                            jakby dobrani po jednym obrazku: Renoir (ten akurat ma tu 2), Manet, Monet,
                                            Sisley, Degas, Corot itd. Zdumiewający van Gogh : zupełnie nie
                                            impresjonistyczny, niemal akademicki obrazek : wiejska chałupa, stara kobieta i
                                            koza. I jeszcze obszerna wystawa na temat wystroju ołtarzy od ikonowatych do
                                            współczesnych. W drodze do parkingu wypijamy doskonałe espresso; wszędzie jest
                                            tu bardzo dobre, ale to było lepsze i podziwiamy panoramę naprawdę efektownych
                                            wieżowców nowoczesnego Frankfurtu. Także i rzeka Men zaskoczyła nas swą
                                            wielkością i mnóstwem pływających po niej statków. W drodze powrotnej mijamy
                                            oba znane nam z porannej podróży korki, oba funkcjonują nadal z powodzeniem,
                                            ale chyba zamieniły się długością. Na bocznych drogach zastanawiają mnie częste
                                            okrągłe żółte tablice, czasem podzielone pionową kreską , z sylwetką czołgu lub
                                            ciężarówki , strzałkami w górę i w dół i napisami „50”, „100” itp."
                                            Są uwagi? Eskazanie błędów? Zarzuty przynudzania?
                                            • Gość: Fredzio "Reiseland Deutschland"cd 11 IP: *.bmj.net.pl 26.01.07, 15:20
                                              Aby mieć to z głowy cd.11.
                                              ”14.09.06
                                              Jedziemy do Wormacji (wg. tutejszych Worms) melancholijnymi pustymi drogami,
                                              wśród falistego krajobrazu, łagodnych wzgórz, nieskończonych winnic, pól
                                              słoneczników i nielicznych rżysk, z rzadka senne miasteczka, wszystkie
                                              sterylnie czyste. Bad Kreuznach – w przejeździe - nie sprawia miłego wrażenia,
                                              jakieś zimne i bez wyrazu. Wreszcie Worms i jego katedra, znowu potężna, o 7
                                              wieżach (cztery wysokie na rogach, między nimi dwie niższe baniaste i jedna
                                              taka sama nad środkiem nawy, wejście tylko z boku z pięknym portalem. Ogólnie
                                              solidny gotyk z ceglastego kamienia, jedna z wież zabawnie oblazła w czerwono-
                                              czarne kwadraty. Wnętrze poważne, z ceglastego kamienia z wyraźnie zaznaczonymi
                                              fugami, w absydzie wschodniej nastawa ołtarzowa olśniewająco barokowa, także
                                              piękne stalle. Na drugim końcu nawy (tam gdzie powinno być właściwie wejście)
                                              jakby druga absyda ze ślepymi arkadami, jedną dużą i trzema małymi rozetami,
                                              bardzo to malownicze. W prawej nawie (porządek bazylikowy) na ścianie 5
                                              wspaniałych dużych płaskorzeźb, tylko trochę pokaleczonych (utrącone nosy,
                                              dłonie): Zwiastowanie, narodziny, zdjęcie z krzyża, zmartwychwstanie i coś
                                              jakby drzewo genealogiczne z Matką Boską na szczycie. Brak witraży, w oknach
                                              matowe szkło. Niewielka, ponura krypta grobowa, wypełniona ciasno stłoczonymi
                                              sarkofagami dawnych władców (bez napisów, ozdobione tylko płytko wyrytymi
                                              wzorami geometrycznymi) od Konrada Czerwonego (+955). Reszta miasta raczej
                                              nowa, więc niezbyt porywająca.
                                              Dalej jedziemy do Losch, tu w drodze błysnąłem talentem nawigacyjnym, bo z
                                              położenia słońca wywnioskowałem, że choć numer drogi się zgadza, to jedziemy w
                                              niewłaściwym kierunku. Zawracamy więc i trafiamy do małej schludnej mieściny
                                              (...„am Kloster”). Sam klasztor opisany w przewodniku jako „największy” itp.
                                              istnieje tylko w smętnych resztkach: jedna, rzeczywiście piękna brama, i
                                              kawałek nawy kościoła (z VIII w.), na reszcie trwają wykopaliska, a o wielkości
                                              niegdysiejszego klasztoru przekonują fotografie georadarowe i ogromny ogród, a
                                              właściwie trawnik z kilkoma potężnymi drzewami, obwiedziony długim murem. Obok
                                              jest nowoczesny gmach muzeum (stal i szkło) które zwiedzamy za 3,- € od głowy.
                                              Ciekawy dział tytoniu: fajki, maszyny do produkcji cygar, tabakiery, a nawet
                                              stary automat do sprzedaży papierosów. Drugi dział to szeroko pojęte
                                              gospodarstwo domowe: meble, sprzęt kuchenny, młynki, piece, kuchnie, wygódki,
                                              nocniki itp., a w tym egzemplarz mojej starej golniczki Philipsa.
                                              15.09.06
                                              Ruhetag, zakupy, pakowanie. Po południu próbuje padać, ale bez przekonania.
                                              16.09.06
                                              Pobudka o 5.30, śniadanie, sprzątanie, wyniesienie śmieci (co spostrzegłem:
                                              tutaj sortuje się śmieci tylko na 2 kategorie: szkło (osobno białe, brązowe,
                                              zielone) i pozostałe śmieci), klucze wrzucam do skrzynki listowej recepcji, o
                                              7.08 odjazd. Dziwne: całe Niemcy przy ładnej pogodzie, ale bez upału i bez
                                              korka. 60 km przed granicą dobieramy 10 l paliwa (bo świeciła się kontrolka , a
                                              ja nie lubię tak jechać) i zjadamy obiad. Na granicy jesteśmy o 15.00, w domu o
                                              18.30 ze średnią 93 km/godz.
                                              „Panie przewodniczący melduję wykonanie zadania” – koniec cytatu – czyli
                                              wykonanie planu wyprawy, z jedną niedoróbką: nie zobaczyliśmy Matterhornu,
                                              przeszkodziła nam pogoda.
                                              Koszt wyprawy: 8222.- zł*
                                              Koniec i bomba....
                                              PS. Porównanie cen w Szwajcarii i Niemczech (głównie jedzenia w sklepach i cen
                                              w lokalach gastronomicznych) wzbudziło moje wątpliwości odnośnie słuszności
                                              powszechnego przekonania o mitycznej szwajcarskiej drożyźnie np. ceny dań
                                              restauracyjnych są nominalnie podobne, a przecież 1 CHF to 2,50, 1 € to 4,- zł
                                              itd.”
                                              ___________________________-
                                              *CH+D
                                              Buźka, proszę o uwagi.

                                              • ennka Re: "Reiseland Deutschland"cd 11 27.01.07, 22:30
                                                Witam serdecznie !
                                                Nie zaglądałam tu od paru dni , w czym przeszkodziło mi malowanie mieszkania.
                                                Czytam , czytam , czytam , i nie mogę się nadziwić ,że tak szczgółowo potrafisz
                                                opisać swoje wyprawy.
                                                Czy robisz na bieżąco notatki?Chyba tak , bo jesli nie , to masz pamięć jak
                                                niezły serwer.
                                                Bardzo mnie zainteresowały wszystkie informacje i wrażenia, bo może uda się nam
                                                w czerwcu pojechać nad Mozele i potem przez Swarzwald nad jez.Bodeńskie.
                                                Czy mógłbyś podać namiary na nocleg , o którym piszesz ?
                                                Opisy swietne , powinieneś chyba przewodniki pisać.
                                                Pozdrawiam Bożena
                                                • Gość: Fredzio Re: "Reiseland Deutschland"cd 11 do ennki IP: *.bmj.net.pl 27.01.07, 23:08
                                                  Od kilku lat swoje podróże planuję zasadniczo nad katalogami dwu biur podróży -
                                                  Neckermanna i Eurokampu. Pierwsze oferuje w całej Europie miejsca w hotelach,
                                                  wycieczki zorganizowane (przeważnie lotnicze), ale mnie interesują tylko ich
                                                  apartamenty. Po ustaleniu w gronie rodziny celu wyprawy wyszukuję miejsca na
                                                  założenie baz z których zwiedzamy okolice zazwyczaj w promieniu do 100-150 km
                                                  dziennie. Apartamenty te po za ścisłym sezonem odznaczają się przystępną ceną
                                                  (zazwyczaj ok. 30 euro na dobę za lokal) i chociaż zawsze wybieram najtańsze -
                                                  nigdy nie poniżej bardzo przyzwoitego standardu, od pojedynczych pokoi (zawsze
                                                  z kompletną łazienką i aneksem kuchennym z pełnym wyposażeniem) do całych
                                                  mieszkań (kiedyś w Szwajcarii mieszkaliśmy w trzypokojowym mieszkaniu z
                                                  dostępem do basenu pływackiego w podziemiach budynku). Eurocamp oferuje w pełni
                                                  zagospodarowane namioty (z kuchnią i lodówką), ale ja korzystam z ich mobil-
                                                  home'ów - można je określić trywialnie jako barakowozy - ale luksusowe - mają
                                                  trzy pokoje, aneks kuchenny z pełnym wyposażeniem (uwaga: nie ma czajnika i
                                                  chochelki (!)), łazienkę, są sterylnie czyste i pod opieką angielsko-języcznych
                                                  rezydentów. Katalogi obu firm mają wszystkie biura podróży. Chętnie służę
                                                  dalszymi szczegółami.
                                                  • ennka Re: "Reiseland Deutschland"cd 11 do ennki 29.01.07, 22:44
                                                    Witaj Fredziu!
                                                    Dziękuję Ci za przypomnienie mi możliwości jakie daje Neckermann.
                                                    Korzystałam raz z ich oferty ,ale już dawno i jakoś zapomniałam o tej
                                                    możliwości.
                                                    Wydaje mi się tylko ,że trzeba u nich wynająć apartament na tydzień ,co mi nie
                                                    za bardzo odpowiada.Muszę to sprawdzić.
                                                    Co do Eurocampu, to akurta w Niemczech nie mają prawie wcale bazy.
                                                    Chyba tylko 3 campingi.
                                                    No cóż, trzeba trochę poszukać w necie.
                                                    Pozdrawiam Bożena

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka