Dziewczyny!
Zwracam się głównie do tych z Was, które miały/bedą miały INVITRO, ale
ciekawa też jestem przemyśleń tych, które nie biorą takiej opcji pod uwagę.
Czytam to forum i ciągle nie mogę się nadziwić ile znajdujecie w sobie sił i
samozaparcia do leczenia, które niejednokrotnie trwa LATAMI!
Indukcje owulacji, ciągłe monitorowanie cykli, przytulanie na komendę,
kolejne kroki w diagnostyce i "naprawianiu" narządów, inseminacje - na dobrą
sprawę podporządkowanie całego życia leczeniu. I ciągłe rozczarowania...
Czy czujecie/myślicie, że INVITRO jest taką "ostatnią deską ratunku"?
Dlaczego? W którym momencie myśl o tym zabiegu się pojawia ? Po jakim czasie
trwania leczenia zapada decyzja? Po wyczerpaniu wszelkich innych możliwości?
Czy wcześniej jest to "droga na skróty"?
Jak wygląda czas leczenia z perspektywy INVITRO? CZy nie wydaje się czasem
straconym?
Podzielcie się, proszę, przemyśleniami na ten temat.
Pozdrawiam