stancap
18.11.02, 21:29
Samochodem przez Bułgarię – moja opinia
Przebywając przed trzema laty na urlopie w Grecji dziwiłem się Polakom którzy
docierali do Grecji promami z Włoch. Ja podróżowałem wówczas samochodem z 3
osobowa rodziną przez Rumunie i Bułgarię. Podróż przez Rumunię przebiegała
(wbrew obiegowym opiniom) spokojnie i bez jakichkolwiek problemów (bywam w
tym kraju wielokrotnie – mam tam znajomych). Podróż przez Bułgarię rozpoczęła
się od bardzo wysokiego mandatu który zmuszony byłem zapłacić po wyjechaniu z
Vidim. Jako że jechałem nocną porą i nie było dużego ruchu, jechałem z
prędkościami dużo niższymi od dopuszczalnych. Mimo to byłem dwukrotnie
zatrzymywany przez policjantów próbujących wymusić ode mnie niby mandat
(łapówkę). Nie zapłaciłem twierdząc że mam tylko czeki. Przez całą noc do
granicy z Grecją minęliśmy wtedy 13 (trzynaście) posterunków policji
drogowej.
W roku bieżącym wraz z żona i synem wyjechaliśmy na wakacje do Turcji,
zamierzając zwiedzić głównie jej wschodnią i południową część. Planowaliśmy
korzystać przede wszystkim z campingów, toteż samochód był bardzo załadowany
sprzętem campingowym precyzyjnie poukładanym w dość dużym combi. Podróż do
znajomych w Rumunii przebiegła jak zwykle sprawnie i bezproblemowo. Z Rumunii
postanowiliśmy wjechać do Bułgarii promem przez Dunaj zamiast stać (rzekomo)
w kolejce na moście w Giurgiu. Wybraliśmy przeprawę Bechet – Orjahowo.
Rumuńska odprawa i przeprawa promowa przebiegła sprawnie. Oficjalne haracze
rumuńskie okazały się niewielkie (opłata portowa $ 2 i opłata klimatyczna 70
000 lei).
Chamskie incydenty z przeprawą przez graniczne służby Bułgarii zaczęły się po
zjechaniu z promu w Orjahowie. Była godzina 10 00 w dniu 03 lipca bieżącego
roku. Najpierw dezynfekcja, po czym w budce straży granicznej Republiki
Bułgarii dwóch dobrze odżywionych, młodych rabusiów w mundurach bułgarskich
pograniczników mnąc w rękach nasze paszporty zażądało „fif ero” (tak to
brzmiało fonetycznie). Odpowiedziałem że nie wiem za co to „fif ero”. Wtedy
jeden z rabusiów zaczął rysować nożem amerykańską wielokrotna wizę w
paszporcie mojego syna. Stojący za mną kierowca „Tira” z Krakowa, którego
poznaliśmy na promie, doradził mi abym zapłacił, bo jak powiedział: „zepsują
panu paszporty”. Zapłaciłem
$ 5 i otrzymałem paszporty „nie zepsute”. Następnie podjechałem pod budkę
haraczy drogowych gdzie uiściłem opłatę za świetne bułgarskie drogi, po czym
udałem się na stanowisko celników. Celnik bez żenady rzucił okiem na ułożone
pieczołowicie sprzęty w bagażniku i powiada „fif ero”. Wiedziałem już o co
chodzi a nie chciałem sobie i rodzinie psuć początku urlopu rozpakowywaniem i
ponownym pakowaniem samochodu więc uiściłem $ 5. Droga wolna, można jechać.
Dziurawymi bułgarskimi drogami przejechaliśmy przez kraj który nieźle drenuje
kieszenie Polaków oficjalnymi haraczami państwa i prywatnymi haraczami tego
państwa urzędników. Wjechaliśmy do Turcji z ogromną ulgą. Zwiedziliśmy Turcję
zgodnie z przygotowanym planem aż po granice Armenii, Iranu i Syrii. Niestety
trzeba było wracać. Niestety trzeba wracać przez Bułgarię! Granica bułgarska
w Kapitan Andrevo. Przejeżdżamy kontrolę służby granicznej bez problemów.
Wjeżdżamy na stanowisko celników. Bułgarski celnik trzyma wyczekująco nasze
paszporty. Ja też czekam. Trwa to dłuższą chwilę. Chociaż nie padło żadne
słowo wiedziałem że chodzi o „fif ero”, z tym, że ja już byłem po udanych
wakacjach w Turcji a poza tym byłem ciekaw działań naszego celnika. Było to o
godzinie 7 10 , 26 lipca bieżącego roku. Otrzymuję polecenie zjechania na
bok. Bułgarski celnik pyta ile przewozimy towarów. Robimy wielkie oczy bo
przecież widać co jedzie w samochodzie. Celnik pyta w jakim języku ma nam
dostarczyć deklaracje celne. Robimy w tym momencie ogromne oczy ale w obawie
że po angielsku lub niemiecku możemy coś pokręcić powiadamy że chcemy
deklaracje po rosyjsku (żona z wykształcenia jest filologiem rosyjskim).
Czytamy deklaracje i pękamy ze śmiechu. Piszemy oczywiście wszędzie „niet”
(Het). Zanoszę deklaracje do pomieszczenia celników gdzie siedzi ich pięciu i
ze śmiechem czytają nasze „niet”. Stwierdzają że brakuje podpisów. Składamy
podpisy i oddajemy deklaracje celne celnikowi który ma nasze paszporty.
Celnik ten przywozi dwa wózki-platformy i prosi o rozpakowanie samochodu.
Rozpakowujemy. Facet zrywa tapicerkę, zagląda do skrytek i za skrytki,
rozkłada siedzenia, wysypuje węgiel z grilla, rozbebesza wszystkie bagaże
i ..... nic!!!! Nie znalazł żadnego towaru ze specyfikacji wymienionej na
odwrocie deklaracji. Celnik ma czerwoną twarz, cały jest spocony i ma brudne
ręce. Jest absolutnie załamany. Zwraca nam paszporty i deklaracje (mam ICH 3
sztuki jako wątpliwą pamiątkę: PECПУБЛИКА БОЛГАРИЯ ТОВАРНАЯ ТАМОЖЕННАЯ
ДЕКЛАРАЦИЯ). Po trzech godzinach kontroli celnej odjeżdżamy. Nasze marzenie
to jask najprędzej opuścić kraj do którego nabawiliśmy się tego dnia tęgiego
urazu. Dojeżdżamy do Ruse. Zbliżamy się do mostu i przejścia. Syn wychodzi z
paszportami do budki pogranicznika. Po chwili wraca bez paszportów twierdząc,
że zażądano od niego „suvenir z Turcja” a on żadnego „suvenir z Turcja” nie
posiadał. Wychodzę z samochodu i pytam pogranicznika czy rozumie po Polsku.
Mówi że trochę. Puszczam więc niecenzuralna wiązankę. Otrzymuję paszporty z
zapewnieniem że „nie ma żaden problem”. Płacimy za most i
opuszczamy „gościnną „ Bułgarię.
Tym razem jak to powiada syn „wymiękamy” u Rumunów. Zapewne chcąc w haraczach
gonić Bułgarów życzą sobie w Giurgiu 130 000 lei za dezynfekcję i 268 000 lei
taksy klimatycznej. Bardzo to wkurzające i zarazem ciekawe, bo na granicy z
Węgrami nie płaci się żadnych haraczy w tym roku.
Zachowywałem dotychczas rezerwę, w emocjonalnych często rozmowach ze
znajomymi o Bułgarii, Bułgarach i bułgarskiej turystyce.
Niestety muszę przyznać rację tym którzy uważają Bułgarię za kraj bardzo,
bardzo odległy od Europy.
Do opisania moich bułgarskich perypetii skłoniła mnie lektura artykułu ”Uwaga
na bułgarskie kantory” w Gazecie Wyborczej z 10 sierpnia bieżącego roku –
dodatek Turystyka – Kraków.