Dodaj do ulubionych

W stronę rzeki...

23.03.06, 09:27
www.kurierplus.com/issues/2001/k370/kp370-12.htm
Obserwuj wątek
    • morkub Re: W stronę rzeki... 23.03.06, 09:44
      Doomi! Skąd to wygrzebałaś? Czyta się cudownie smile
      Masz talent, szperaczu! smile
      • doomi Re: W stronę rzeki... 23.03.06, 09:59
        Sama uwielbiam takie wspomnienia smile
        I żałuję, że dzieciaki nie mają teraz takiego beztroskiego dzieciństwa. Sama
        ganiałam całymi dniami z dzieciakami z okolicznych drewniaków (teraz się mówi
        świdermajerów hi hi) będąc u babci w Michalinie. Wpadało się na chwilę do domu
        po padję chleba umoczonego w zimnej wodzie i posypanej cukrem, bo na robienie
        sobie klasycznej kanapki nie było czasu. Czekali koledzy, lasek i szalone
        zabawy. A pomysły mieliśmy nieziemskie: zapasy parami, podchody, zabawy w
        chowanego w dwadzieścia osób... pałka zapałka dwa kije, kto się nie schowa ten
        kryje (pamiętacie?), albo pobite gary, pobite gary (skąd właściwie to się
        wzięło?)

        A teraz? dzieciaki siedzą każde na swoim podwórku, na ogrodzonych osiedlach,
        nie wolno wchodzić na trawę, bo zaraz się znajdzie jakiś miłośnik przyrody,
        nie wolno krzyczeć, strach puścić dziecko gdzieś dalej - oj biedne te nasze
        dzieci sad
        • morkub Re: W stronę rzeki... 23.03.06, 10:17
          Moje są bardzo podobne smile Tylko z innego miejsca w Polsce.
          Dom wybudowany przez mego pradziadka, w którym się wychowałam i gdzie nadal mieszkają moi rodzice i siostry, położony jest jakieś 100 m od lasu. Na zalesionym wzgórzu tuż nad naszym domem znajdują się kaplice - część Kalwarii z XVII wieku. A kawałek dalej cmentarz żołnierzy radzieckich, który od zawsze nazywaliśmy "ruskim cmentarzem". W sąsiedztwie naszego domu stoją baraki, w których w czasie wojny był szpital, a dziś jeszcze mieszka tam kilkanaście rodzin. Zawsze było tam pełno dzieciaków, więc miałyśmy z siostrą z kim ganiać po sąsiednich podwórkach, po lesie i po dachach. smile A w tajemnicy przed babcią czasem wymykałyśmy się aż na drugą stronę wzgórz, nad rzekę.
          Pamiętam też krzyk rozlegający się na kilka ulic - pobite gary! big_grin
          Cieszę się, że choć u jednych dziadków mój synek będzie się mógł tak bawić.
          • 111majka Re: W stronę rzeki... 23.03.06, 10:30
            Co to było te "pobite gary"? W życiu nie słyszałam...
            • morkub Re: W stronę rzeki... 23.03.06, 12:02
              Podejrzewam, że u Doomi to oznaczało coś innego wink
              U nas tak krzyczeliśmy, gdy bawiliśmy się w chowanego i z jakiegoś powodu trzeba było przerwać grę (np. gdy ktoś oszukiwał albo szukający się poddał) - wtedy okrzyk "pobite gary" był sygnałem, że można opuścić kryjówkę.
              A u Ciebie Doomi?
              • do73 Re: W stronę rzeki... 23.03.06, 12:23

                U mnie też "gary się biły", gdy wakacje spędzałam u babci na wsi
                • doomi Re: W stronę rzeki... 23.03.06, 14:05
                  Morkub świetnie pobite gary wytłumaczyła. W naszych dziecięcych zabawach to
                  określenie miało takie samo znaczenie smile
                  • morkub Re: W stronę rzeki... 23.03.06, 14:45
                    No proszę - tyle jest różnic kulturowych między regionami Polski, a tu jakaś zbieżność smile
                    • doomi Re: W stronę rzeki... 23.03.06, 16:16
                      Ciekawe co forumowi faceci mają do powiedzenia o swoim dzieciństwie smile Ciekawie
                      czy bawili się tak jak autor opowiadania hi hi...
                      • morkub Re: W stronę rzeki... 23.03.06, 16:59
                        W zawody? wink
                        • mefistto Re: W stronę rzeki... 23.03.06, 18:19
                          No ja w takie zawody w mierzenie i nacieranie cukrem się nie bawiłem...
                          Oczywiście bawiłem się w chowanego i pobite gary oznaczały u mnie (warszawski
                          mokotów) dokładnie to samo. Oprócz chowanego oczywiście były i podchody i
                          palenie ognisk (nazywane przez nas hajaniem ognisk), granie w kapsle (zwłaszcza
                          podczas wyścigu pokoju - najwytrwalsi robili dokładnie tyle kapsli, ilu kolarzy
                          starowało w tych zawodach - raz do roku właśnie dla listy startowej kupowaliśmy
                          "Trybunę ludu"), w "noża" (gdzieniegdzie zwanego pikutami), oczywiście w piłę i
                          setki różnych innych zabaw. Czasami zdarzały się również "solówy".
                          Zawsze staraliśmy się przeciągnąć do nieskończoności chwilę powrotu z podwórka
                          do domu...
                          Oczywiście były również zabawy bardziej ekstremalne od pływania na styropianowej
                          tratwie po stawie począwszy, przez zjeżdżanie na butach ze skoczni narciarskiej
                          koło Warszawianki, aż na chodzeniu po warszawskich podziemiach (np. tych w parku
                          koło muzeum LWP) i kanałach burzowych skończywszy. Długo by jeszcze tutaj
                          wymieniać...
                          A teraz wszechobecne "mamo, tato nudzę się, co mam robić"? Świat bez reklam,
                          komputerów, wideo, dvd i innych harypotterów i pokemonów był chyba znacznie
                          ciekawszy. A na pewno wyobraźnię mieliśmy bardziej od obecnych dzieci bogatszą.
                          • doomi Latowiska... 25.03.06, 14:29
                            www.otwock.pl/gazeta/05_01/05_01_22.htm
                            • 111majka Re: Latowiska... 25.03.06, 16:13
                              Doomi, coraz smakowitsze kąski nam tu wyszukujeszsmile

Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka