Dodaj do ulubionych

Hersonissos

25.03.06, 19:09
Naczytałam się trochę niezbyt pochlebnych opinii o tym mieście i teraz
troszkę żałuję, ze tam jade. Próbowałam też znaleźc coś o hotelu, w którym
będziemy mieszkali. Niestety nic o Creta Maris nie znalazłam ani w rankingu
hotele, ani w dyskusjach o hotelach. Czy może ktoś coś powiedziec o Creta
Maris ? Bardzo byłabym wdzieczna za wszystkie opinie.
Obserwuj wątek
    • jacek1f :-) Orchideo, nie przejmuj sie... To Ty decydujesz 25.03.06, 19:15
      o tym jak spedzisz wakacje, nawet w Herso.
      Hotel z opisu jest ok, typowy luks kreteński, nie fabryka, ale porozrzucany.

      www.tui.pl/strony/95001.php
      A jak pisal Bebiak wiele razy - set metrow w gore od drogi jest juz inaczej.
      Moze na terenie hotelu - rozleglym - nie bedziesz slyszala wrzaskow
      balangowiczow z "miasta"? Glowa do gory - potraktuj Herso, jak miejsce do
      spania - mozesz sie ruszyc i byc tam tylko na nocki.
      • bebiak Re: :-) Limenas Chersonissos 25.03.06, 19:31
        jacek1f napisał:

        > A jak pisal Bebiak wiele razy - set metrow w gore od drogi jest juz inaczej.
        > Moze na terenie hotelu - rozleglym - nie bedziesz slyszala wrzaskow
        > balangowiczow z "miasta"? Glowa do gory - potraktuj Herso, jak miejsce do
        > spania - mozesz sie ruszyc i byc tam tylko na nocki.

        Wyjaśnię jak u mnie było z tym całym Limenas Chersonissos.
        Kiedy byłam sama na Krecie w 2000 roku (Rethymnon) - omijałam wielkim łukiem:
        zbyt dobrze znam Helladę, cenię zupełnie inne klimaty aniżeli tamże - stąd
        nawet nie zajrzałam.
        Niemniej rok później pojechałam tam z moim wtedy 16-letnim synem: on po prostu
        już potrzebował rozrywek, a wakacje muszą być fajne dla wszystkich.
        Utwierdziłam się w przekonaniu, że rzeczywiście Limenas Chersonissos nie jest
        miejscem dla mnie i ogólnie: miłośników Hellady. Mieszkałam jakiś kilometr od
        centrum, w hotelu Angelos Village, i tam było spokojnie. Natomiast samo
        miasteczko.. dla mnie koszmar pod każdym względem (ale to moja opinia).
        Syn spędzał wieczory na promenadzie, gdzie mnóstwo barów muzycznych, klubów,
        hałaśliwej anglojęzycznej muzyki, młodzieży, wszelkiego rodzaju subkultur.
        Klimatu tam jeśli o Grecję chodzi - żadnego, a życie zaczyna się około północy
        kończąc nad ranem.
        Czy to oznacza, że moje wakacje były fatalne? Nie, wcale nie. Ja zanurzałam się
        w głąb Krety gdzie jest ślicznie: jeździłam po górach na rowerach i było mi
        cudownie. Ponadto zgodnie z planami popłynęłam sobie i na dwie Cyklady (Milos i
        Kimolos) i na Dodekanez (Chalki i Rodos). Po prostu mieszkając w Limenas
        Chersonissos uciekałam z niego jak tylko się dało, ale i ja lubię nieco inne
        klimaty.
        Podkreślam zawsze tę nazwę "Limenas Chersonissos", bo nie wiem dlaczego na to
        miejsce wciąż mówi się tylko "Chersonissos" co jest błędne: Chersonissos (samo
        Chersonissos) to urocza wioska jakieś 3 km od tego niecieszącego się dobrą
        opinią wśród wielbicieli Hellady Limenas Chersonissos.
        Pozdrowienia i powodzenia. B.
        • jacek1f otak! :-) n/t 25.03.06, 19:40
        • orchidea27 Re: :-) Limenas Chersonissos 25.03.06, 19:56
          Kliknęło mi się Enter i nie dokończyłam. Drugi tydzień mamy zamiar pojexdzic po
          wyspie, własnie po to, aby poznac jej prawdziwy klimat.
          Myślę, ze podobnie, jak dla ciebie bebiaku, pobyt w Limenas Chersonissos
          będzie koszmarem. Ale może zdołam wyciągnąć lubego i z tego miejsca, gdzieś w
          okolice set metrów w górę od drogi. :))) No i jeszcze może byc spacer do tej
          połozonej o 3 km wioskiChersonissos.
          • bebiak Chersonissos, Piskopiano, Koutouloufari 26.03.06, 13:17
            orchidea27 napisała:

            > No i jeszcze może byc spacer do tej połozonej o 3 km wioski Chersonissos.

            Zupełnie w pobliżu dwie kolejne: Piskopiano i Koutouloufari - nie zapomnij:)
            My tam jeździliśmy na rowerach, a potem jeszcze dalej: przez Kato Chorio i
            Kochari aż do Skotino (w pobliżu Skotino - jaskinia).
            Zaraz w osobnych wątkach coś Ci wkleję z pewnego opracowania mojego autorstwa i
            o Limenas Chersonissos (to akurat już wklejałam tu kiedyś ale licho wie gdzie),
            i o tych trasach rowerowych.


            • Gość: gosia Re: Chersonissos, Piskopiano, Koutouloufari IP: *.lodz.mm.pl 27.03.06, 16:41
              Witam serdecznie przeczytałam twój post a ponieważ ja lęcę do chersonissos we
              wrzesniu to czy mogłabyś mi podesłać te opracowania i trasy rowerowe byłabym
              wdzieczna Małgorzata
    • orchidea27 Re: Hersonissos 25.03.06, 19:46
      Dziękuję pięknie za pocieszenie. :)))Dyskotek nie lubię, więc wieczorem
      ewentualnie jakiś spacer po plaży. W Hersonissos będę tylko tydzień, w tym
      jednodniowa wycieczka na Santorini, więc chyba jakoś wytrzymam. :)))
      • bah77 Re: Hersonissos... 25.03.06, 21:02
        Witaj Orchideo!

        Tu masz dużo fotek z tego hotelu:

        www.travels2greece.com/creta_maris.shtml

        Można tam się poopalać, a w pokojach jest chyba bardzo miło i wygodnie... ;-)

        Pozdrawiam serdecznie

        bah77
        • orchidea27 Re: Hersonissos... 25.03.06, 22:35
          Echhhh ... fotek to ja ci sie z hotelu naogladałam. Ale nie trafilam na żadną
          bezpośrednia relację kogos, kto tam był. A to najbardziej cenne. Bo biura
          turystyczne przeciez będą rekomendowały jak najlepiej. A i fotki są najczęsciej
          robione w ładnych pokojach i mogą mijac się z rzeczywistością. Dlatego
          najbardziej ceniłabym sobie opinię kogos, kto już w tym hotelu był.
          PS. Do jutra do jakiejś 19 będę w domu i będę korzystała z netu, to jeszcze
          troszkę przepatrze. Ciesze się, ze się na mnie nie gniewasz. :)))
          • bah77 Re: Hersonissos... 26.03.06, 00:20
            > Dlatego najbardziej ceniłabym sobie opinię kogos, kto już w tym hotelu był.

            Przecież ten hotel ma *****, a piękną kobietką jesteś sama, więc czego może Ci
            zabraknąć, oprócz piękna Natury Krety? ;)

            Pzdr

            bah77

            P.S.: Na tym Forum jest miło, bo tu jest Gale, a tam się zacznie... - obym się
            mylił...
            • gale offtop 26.03.06, 09:13
              > P.S.: Na tym Forum jest miło, bo tu jest Gale

              Ja? Miły? Tego jeszcze brakowało... ;)))))
              • bah77 Re: offtop... 26.03.06, 16:04
                Miły też, ale przede wszystkim pilnuje tu porządku i nie pozwala na jawne
                olewanie Netykiety. ;)

                Pzdr

                bah77
                • gale Re: offtop... 26.03.06, 19:30
                  Bahu, nie mylisz mnie z kimś? Miła to jest Bebiak, Chiara, Neronka,
                  Czarodziejka, Marta... Miły jest Jacek, Ty jesteś miły... A ja jestem wredny,
                  powtarzam: wredny.

                  > nie pozwala na jawne
                  > olewanie Netykiety

                  Gorzej niestety ze skrytymi olewaczami Netykiety. Aaaale i z tym można sobie
                  zwykle poradzić :)
      • bebiak Re: Limenas Chersonissos 26.03.06, 13:10
        orchidea27 napisała:

        > W Hersonissos będę tylko tydzień, w tym
        > jednodniowa wycieczka na Santorini, więc chyba jakoś wytrzymam. :)))

        He he, z pewnością tak jeśli sobie to zgodnie z własnymi upodobaniami rozsądnie
        rozplanujesz.
        Pewnie Cię zaskoczę, ale z moją skrzywioną na punkcie klimatów duszą mieszkałam
        w Limenas Chersonissos aż dwa tygodnie i doprawdy były to fajne wakacje:-)
        Aaa, jeszcze napiszę, że wtedy dałam synowi wybór jeśli chodzi o miejsce na
        Krecie. Myszkował gdzie się dało i wybrał właśnie to (taki wiek ma swoje prawa)
        a ja się dostosowałam. Na lotnisku w Heraklionie po wakacjach wył jak bóbr z
        rozpaczy, że wakacje się już skończyły, takie boskie wakacje:) Stwierdził, że
        jeśli jechać na Kretę to tylko do Limenas Chersonissos:-)))
        • bebiak Re: Moje widzenie Limenas Chersonissos 26.03.06, 13:20
          Wklejam moja wizję Limenas Chersonissos, którą już kiedyś tu na forum
          zamieściłam.

          O północy wyszliśmy na wieczorny spacer do miasta.
          Przejście na drugą stronę głównej drogi szybkiego ruchu łączącej Chanię z
          Agios Nikolaos wymagało wiele cierpliwości: ruch był tutaj niesamowity, a na
          to, że samochody czy motocykle zatrzymają się aby przepuścić w pieszych, nie
          należało w Helladzie liczyć.
          Wiele osób zmierzało na wybrzeże i od razu można było się zorientować, że
          życie w Limenas Chersonissos zaczyna się właśnie o tej porze. W mieście
          znajdowało się mnóstwo wypożyczalni samochodów, hoteli, barów i tawern, a im
          bliżej wybrzeża tym liczba ich wzrastała, szczególnie wszelakich miejsc
          rozrywki.
          Weszliśmy na promenadę, na widok której Tygrys oszalał z radości.
          - Ależ tu jest super! – krzyczał z zadowoleniem starając się przekrzyczeć
          panujący hałas. – Będę tu przychodził codziennie w nocy, kiedy tylko będziemy
          na Krecie, dobrze?
          - Dobrze, skoro ci się tak podoba? Przecież przyjechaliśmy tu głównie z uwagi
          na ciebie.
          Nie można było swobodnie spacerować – tłumy młodych ludzi obojga płci
          przewalały się w obu kierunkach. Po prawej stronie można było dostrzec morze
          oraz ogródki tawern i restauracji, a po lewej – bary, w większości muzyczne, i
          różne kluby, ciągnące się wydawać by się mogło, w nieskończoność.
          Byłam atmosferą panującą na promenadzie przerażona – żadnej tu Grecji, żadnych
          klimatów z tych, których lubiłam doświadczać w Helladzie. Z barów i klubów
          wydobywała się ostra, głośna i anglojęzyczna oczywiście muzyka, powodująca
          wielki hałas. Tak, to było miejsce dla młodych, rozbawionych ludzi, którym
          wszystko jedno gdzie spędzają wakacje, byle tylko było głośno i wesoło.
          Wydawało mi się, że podobnie musi być na hiszpańskiej Ibizie, o której tyle
          czytałam, a na którą nigdy bym nie pojechała, choćby za darmo.
          Cieszyłam się jednak, że Tygrysowi tak bardzo się tutaj podoba.
          Kiedy promenada się skończyła zrobiło się zupełnie sympatycznie. Postaliśmy
          chwilę przy niewielkim porcie pełnym łódek, popatrzyliśmy na olbrzymi wał
          oraz na górujący nad tym wszystkim mały kościółek, ślicznie nocą oświetlony.
          Obeszliśmy port dokoła dochodząc do końca cypla i zasiedliśmy nad morzem.
          Kolorowe neony tych wszystkich barów i klubów, które teraz dla nas znajdowały
          się po drugiej stronie zatoki, odbijały się w wodzie. Dochodziły tutaj ciche,
          pojedyncze dźwięki muzyki. Tak, w tym miejscu było doprawdy bardzo
          sympatycznie.
          Wracając zeszliśmy na plażę. Zdjęłam buty, stanęłam w ciepłej wodzie
          jednocześnie witając się z morzem.
          - Zupełnie niedawno mówiłam ci, że tu wrócę – szeptałam, aby nikt, poza
          morzem, mnie nie słyszał. – I spójrz: minęło 10 raptem miesięcy i jestem,
          znowu tu jestem i witam cię, jak starego znajomego, bo jesteś mi bardzo
          bliskie.
          • bebiak Wycieczka rowerowa :-) 26.03.06, 13:39
            Weszliśmy do wypożyczalni i wkrótce mieliśmy górskie rowery. Zadowolona z
            dużego wyboru wybrałam sobie rower z koszykiem – to było dobre miejsce na
            plecaczek, żeby nie trzymać go na plecach.
            W śmieszny sposób zawiązałam churtkę na głowie - P. nie chciał ustąpić i
            zagroził, że zrezygnuje z wycieczki, o ile niczego na głowę nie założę.
            - Ech, faceci, faceci – narzekałam.
            Alex, właściciel wypożyczalni, wręczył nam wizytówkę.
            - Tutaj są wszystkie telefony na wypadek, gdyby coś wam się wydarzyło. Dokąd
            mniej więcej jedziecie?
            Pokazałam na mapie zaplanowany obszar.
            - Powodzenia! – krzyknął, kiedy odjeżdżaliśmy.

            Pojechaliśmy w stronę starego Chersonissos, a ja jeszcze w zasadzie w Limenas
            Chersonissos, choć na przedmieściach, już pchałam rower pod górę.
            - Eee, no coś ty, Mała? Przecież to taka niewielka górka – zaśmiewał się
            Tygrys.
            - Ale ja nie jestem wyczynowcem i rzadko jeżdżę na rowerze, a poza tym to są
            wakacje a nie wyścigi. Kiedy daję radę to jadę, a jak nie to idę. Jasne?
            Piękną trasą z widokiem z góry na morze, przez wioski Piskopiano i
            Koutouloufari, dojechaliśmy do starego Chersonissos. W tych wszystkich
            wioskach dało się wyczuć zupełnie inną atmosferę niż w Limenas Chersonissos:
            niewiele tu było ludzi, w ogródkach kafenionów siedzieli już od rana starsi
            Grecy, w rozleniwieniu popijający swoją codzienną kawę iliniko i oczywiście
            głośno dyskutujący. Pewnie i gdzieś tu były jakieś hotele ale wioski nie
            stwarzały wrażenia turystycznych. Zadbane domki, których wiele mijaliśmy, z
            rosnącymi wokół ładnymi kwiatami - cieszyły nasze oczy.
            Gdyby nie żar lejący się z nieba, gdyby nie było tak upiornie gorąco - pomysł
            jazdy po górach na rowerach byłby z pewnością doskonały, ale na ochłodzenie się
            nie zanosiło i nie mieliśmy na co czekać, jeśli w ogóle chcieliśmy na rowerach
            pojeździć.
            Już w starym Chersonissos byliśmy spoceni, ale póki co nic nas nie
            przerażało.
            Dotąd trasa była urozmaicona: trochę pod górę, trochę w dół, ale jednak
            częściej pod górę. Wiele radości sprawiała nam jazda w dół: wiał lekki wiatr,
            nie trzeba było kręcić pedałami ale hamulce wciąż mieliśmy w pogotowiu.
            W starym Chersonisos odpoczęliśmy w kafeterii.
            Popijając frappe, przeglądałam przewodnik.
            - Znalazłam cel naszej wycieczki, wiecie? – zapytałam. - To jaskinia w
            Skotino, jeśli chcecie tam jechać. Wyczytałam, że to jedna z piękniejszych
            jaskiń w całej Helladzie.
            P. popatrzył na mapę.
            - Trzeba jechać drogą przez Kalo Chorio.
            Chwilę pospacerowaliśmy po wiosce, popatrzyliśmy na jedyną rzecz, która
            pozostała z antycznego Chersonissos: fontannę, która mnie fontanny zupełnie
            nie przypominała.
            Wsiedliśmy na rowery i odjechaliśmy w stronę Kalo Chorio – wioski położonej już
            dość wysoko w górach. Jechaliśmy drogą prowadząca do Kasteli, droga szybkiego
            ruchu, ale wiele samochodów tutaj nie jeździło. Kreta wyglądała wspaniale:
            żadnych ludzi, tylko góry i doliny, mnóstwo drzew oliwkowych a wszystko wokół
            wypalone przez palące słońce. Minęliśmy uważany za największy na wyspie park
            wodny, upewniliśmy się co do dalszej drogi: jechaliśmy w dobrym kierunku.
            Czasami, kiedy droga wiodła w dół, czułam jak wzrasta jej poziom andrenaliny.
            - Oto znowu popędzę z szaloną szybkością w dół a wiatr będzie mi w tym jeszcze
            pomagał popychając swą siłą – myślałam patrząc przed siebie.
            Od wodnego miasteczka nie było już żadnych wiosek a my z radością zjechalismy
            nareszcie z tej głównej trasy – samochody czasami zakłócały jednak nasz
            spokój. Jechaliśmy w pełnym słońcu - po trasie nie było żadnego cienia,
            jednak czasami, głównie z uwagi na mnie, siadaliśmy pod niewielkim drzewkiem
            oliwkowym, aby w jego półcieniu choć trochę odpocząć. Już od dłuższego czasu
            nie widzieliśmy żadnych sklepów a woda kończyła nam się w zastraszającym
            tempie.
            Kolejny zakręt.
            - Czy widzicie to samo co ja? – krzyknęłam w pewnym momencie widząc tablicę
            drogową z napisem „Kalo Chorio 3 km”.
            - Bliziutko, zaraz tam będziemy – stwierdził Tygrys.
            Niestety, od tego zakrętu dla mnie zaczęła się koszmarna droga: w zasadzie już
            cały czas prowadziłam rower a droga wiodła wciąż pod górę. P. z Tygrysem
            radzili sobie zupełnie nieźle, ale ja?
            - Samaria – pomyślałam. – Zaczynam się czuć jak w Samarii w zeszłym roku.
            Wokół było pięknie, ale widziałam, że powoli przestaje mnie to interesować.
            Byłam już bardzo zmęczona a wioski Kalo Chorio nadal nie było widać. Minęlismy
            dwa małe kościółki, ale wody i w nich nie było.
            - Muszę usiąść i odpocząć. Musimy zrobić przystanek. Przepraszam was –
            powiedziałam. – Tygrysie, ile mamy wody?
            - Tyle co nic – pokazał butelkę. – Jakieś dwa łyki i to wszystko, na dodatek
            już chyba zagotowana.
            Usiedliśmy pod kolejnym drzewkiem oliwkowym.
            Nie chciałam dzielić swych myśli z P. i Tygrysem, ale czułam się dziwnie i
            miałam wrażenie, że za moment dostanę jakiegoś udaru słonecznego, wylewu czy
            jeszcze czegoś.
            Przechodziłam kryzys.
            Droga wiodła po stokach gór, wciąż pod górę, a w zasięgu wzroku nie było widać
            absolutnie żadnej wioski, żadnej chaty, nic.
            - Przeklinam dzień, kiedy sama osobiście wpadłam na pomysł jazdy na rowerach
            po górach – pomyślałam. – Co człowiek ma w sobie, że go gna gdzieś tam, tak
            jak nas w tej chwili?
            W tym momencie zazdrościłam tym, którzy potrafią usiedzieć w jednym miejscu jak
            już gdzieś pojadą, którzy mają w pobliżu prysznic, którzy mają zwykłą, zimną
            wodę – nam woda już się skończyła. Czy mnie zawsze musi gdzieś ponieść?
            Zauważyłam, że gorzej widzę.
            - Słuchajcie, zimno mi – powiedziałam patrząc na pokryte gęsią skórką ręce.
            - Zimno? – zdziwili się obaj. – Jak to możliwe? W taki upał?
            Byłam przerażona czując, jak szczęka dygoce z zimna. Gdyby coś tutaj się
            stało kto by nam pomógł? Owszem, mieliśmy ze sobą telefon, ale gdzie tu
            zadzwonić? Do Alexa – do wypożyczalni rowerów można będzie zadzwonić, albo do
            Waszy z hotelu. Sprawdziłam na wszelki wypadek czy ma zasięg: był.
            - Przecież mnie się nic złego stać nie może, nie tu, nie w Helladzie –
            pomyślałam. - Mam jeszcze bardzo dużo do obejrzenia w tym kraju, jeszcze taka
            masa wrażeń do zdobycia. Nie, nie tu a już na pewno jeszcze nie teraz.
            Według obliczeń P. do wioski Kalo Chorio był raptem jeszcze tylko kilometr, ale
            ja w to nie wierzyłam.
            - Coś muszę ze sobą zrobić – pomyślałam. – Przecież tu nie zostanę. I nie mogę
            być kłopotem dla moich.
            Zebrałam się w sobie.
            - Jedźmy, już mi lepiej.
            Prowadziłam rower pod górę, ciężko powłócząc nogami. Czasami Tygrys szybko
            odjeżdżał daleko, zostawiał tam rower i wracał aby poprowadzić ten jej. Powoli,
            powoli, ale jednak posuwali się do przodu.
            - Zobacz Mała: Kalo Chorio przed nami! – krzyknął nagle.
            Biel domków, które zauważyłam, dodała mi sił.
            Zatrzymaliśmy się przy pierwszej chacie: chcieliśmy wody i tylko wody – nic
            więcej nie było nam potrzebne. Niestety, w tej chacie nikogo nie było, a mnie
            znowu ogarnęło zwątpienie.
            - Chodź, chodź – krzyczał Tygrys. – Tutaj na podwórku jest woda!
            Ile wlaliśmy w siebie tej wody – żadne z nas nie wiedziało, ale dużo, bardzo
            dużo. Nie była bardzo zimna, ale to była długo oczekiwana woda.
            - Dzięki ci człowieku, który tu mieszkasz, za to, że tę wodę masz na podwórku a
            nie w domu – pomyślałam.
            Rozłożyliśmy ręczniki, legliśmy na ziemi w cieniu winorośli i przyglądaliśmy
            się potężnym kiściom owoców.
            - Ależ mi dobrze, wiecie? Będę żyć! – stwierdziłam optymistycznie.
            Po krótkim odpoczynku pojeździlismy po niewielkiej wiosce - spokój i cisza.
            Czas sjesty. Nikogo tu nie spotkaliśmy oprócz małej dziewczynki.
            - Kseris, pu ine Skotino?
            - Makria, makria – machała ręką gdzieś tam przed siebie.
            Zdziwiło nas
            • bebiak Wycieczka rowerowa :-) Dokończenie 26.03.06, 13:41
              Po krótkim odpoczynku pojeździliśmy po niewielkiej wiosce - spokój i cisza.
              Czas sjesty. Nikogo tu nie spotkaliśmy oprócz małej dziewczynki.
              - Kseris, pu ine Skotino?
              - Makria, makria – machała ręką gdzieś tam przed siebie.
              Zdziwiło nas to: według mnie już wcale nie tak daleko.
              - Wiesz, ona jest mała i dla niej może być daleko.
              Według słów tej dziewczynki w wiosce nie było kafeterii ale kawę można było
              wypić w miejscowym sklepie.
              - Frappe, frappe, jak ja marzę o frappe – wzdychałam.
              Znaleźliśmy niewielki sklepik, wokół którego ustawione były stoliki.
              Właściciel, stary Grek, pięknie opowiadał nam o urokach jaskini w Skotino i był
              przekonany, że jesteśmy Anglikami.
              - Ochi, apo Polonia - wyjaśniłam.
              Był dla nas pełen podziwu – w taki upał wybrać się na wycieczkę rowerową?
              - Już do samego morza droga prowadzi tylko w dół – objaśniał. - A do Skotino
              musicie skręcić w lewo. Będzie drogowskaz.
              Wiedzieliśmy – mieliśmy przecież mapę.
              Już się pożegnaliśmy, kiedy P. z przerażeniem spojrzał na przednie koło
              swojego roweru.
              - Do diabła, powietrze mi ucieka!
              Postanowiliśmy na razie nie dzwonić do serwisu i jechać dokąd się da.
              Pojechaliśmy. Wspaniale jechało się po niezamieszkałych terenach, cały czas w
              dół, czasami obłędnymi serpentynami. Cieszyliśmy oczy wspaniałymi widokami, a o
              tym, że jesteśmy zmęczeni – już dawno zapomnieliśmy.
              Wjechaliśmy do wioski Kochare – powoli budziła się ze snu. Przed jednym z domów
              dostrzegliśmy siedzących na schodkach Greków: kobiety i mężczyźni.
              - Kalimera sas! – przywitaliśmy się po grecku.
              Przyjęto nas tu entuzjastycznie: czyżby turyści tutaj w ogóle nie zaglądali?
              Jedna z kobiet weszła do domu i po chwili przyniosła dla nas sok
              pomarańczowy. Nikt z Greków nie mówił po angielsku i po raz kolejny
              pomyślałam, że doprawdy najwyższy czas przyzwoicie nauczyć się greckiego.
              Musiałam się nieźle gimnastykować i wciąż przepraszałam, że mówię po grecku
              tylko trochę.
              - Oreo, poly oreo! – krzyczęli co chwila Grecy.
              Dobrze czułam się wśród takich ludzi. Z trudem (ach, ten grecki!)
              opowiedziałam o braku powietrza w rowerze P. Grek przyniósł pompkę, ale
              niestety stwierdził, że to nic nie pomoże – dętka jest przebita.
              - Boże, a do Limenas Chersonissos jeszcze tak bardzo daleko.
              Grecy, zmartwieni, że nie mogą tu pomóc, dodali, że w Gouves będzie duża stacja
              benzynowa – może tam pomogą?
              Odjechaliśmy, żegnani serdecznie przez gościnnych Greków, i wkrótce znaleźliśmy
              wioskę Skotino: kilka domków, piękne widoki na otaczające ją góry i doliny,
              spokój i idealna cisza. Od spotkanego Greka usłyszeliśmy, że do jaskini z
              wioski są trzy kilometry.
              P. obawiał się tam jechać swoim rowerem.
              - Nie znamy tam trasy a jazda do jaskini to oddalanie się od Limenas
              Chersonissos. Jeśli stracę powietrze do końca – nie dojadę, a już przecież
              czuję obręcz. Jedźcie sami a ja tutaj poczekam.
              Czuł się fatalnie – tyle kilomerów jechali po to, żeby obejrzeć jaskinię, tyle
              wysiłku kosztowała ich ta jazda, a tutaj, prawie u celu, taki problem.
              P. już od Kalo Chorio jechał bardzo powoli a z góry wciąż na hamulcu – tereny w
              większości były niezamieszkałe a my nie chcieliśmy, żeby ich to zastał
              wieczór.
              - A może jednak zadzwonić po serwis? – zapytał Tygrys.
              - Nie, nie będziemy czynić Alexowi problemu. – stwierdziłam. – Może jeszcze
              kiedyś przyjadę na Kretę: wówczas zwiedzę sobie tę jaskinię. I tak wiele rzeczy
              mam tutaj jeszcze do obejrzenia.
              Powoli, bardzo powoli wracaliśmy wybrzeże. Tygrys razem ze mną oczywiście
              korzystał z uroków jazdy na rowerze w dół, ale ciągle czekaliśmy na P. Na
              stacji benzynowej w Gouves również nie uzyskalismy pomocy, a kiedy dojechaliśmy
              do Limenas Chersonissos zrobiło się już ciemno.
              - Dlaczego nie zadzwoniliście? – prawie krzyczał na mnie Alex.
              - Nie chcieliśmy ci robić kłopotu.
              - Jaki to kłopot? Przecież mnóstwo samochodów serwisowych krąży cały czas po
              wyspie.
              Ba, gdyby o tym wiedziałam! Byłam przekonana, że on w odpowiedzi na każdy
              telefon zawiadamiający o awarii dopiero indywidualnie wysyła samochód.
              Gdyby wiedziałam......

              - W sumie był to świetny pomysł, żeby wypożyczyć te rowery i pojeździć po tych
              ślicznych górach – powiedziałam, kiedy około północy, siedzieliśmy w jakiejś
              nadmorskiej kafejce. – Ciężka droga do Kalo Chorio, ale potem już bosko, bo
              cały czas w dół i w dół. Tyle wrażeń dla duszy i pięknych krajobrazów dla
              oczu.
              O zmęczeniu nikt z nas już nie pamiętał, nawet ja.
              Spojrzałam na swoje dłonie, po zewnętrznej stronie całe poparzone przez
              słońce.
              - Nic to: trochę kremu przez kilka dni i wszystko wróci do normy – pomyślałam.
              Morze szumiało tuż obok, powiewał lekki wiatr.
              Uśmiechnęłam się do siebie.
              - Przecież zawsze mówiłam, że w raju nic złego stać mi się nie może.
              • orchidea27 Re: Wycieczka rowerowa :-) Dokończenie 26.03.06, 13:59
                Piękne dzięki Bebiaku za ciekawą opowieśc. I pokazanie tego, co ładne w
                niedalekiej odległości od Limenas Chersonissos. :))) Chętnie poczytałabym
                jeszcze jakieś opowieści z wyspy.
                • bebiak No to może o Samarii? 26.03.06, 14:36
                  Było jeszcze zupełnie ciemno: przed 6-tą rano stali przy hotelu czekając na
                  swój autokar. Rethymnon, ten tętniący życiem Rethymnon o tej porze dnia był
                  zupełnie wyludniony: żadnych ludzi, żadnych samochodów, cisza, spokój. W pokoju
                  wypili tylko zimną, wyjętą z lodówki, frappe, którą ona poprzedniego dnia
                  kupiła: rano musiała, musiała wypić kawę.
                  Było ciepło ale o tym aby taka temperatura jak teraz utrzymała się przez cały
                  dzień nawet nie marzyli: było to po prostu niemożliwe.
                  Zajęli miejsca w autokarze i kiedy zabrali ostatnich wycieczkowiczów pilotka
                  zaczęła opowiadać o Samarii. Z uwagi na nią wybrali autokar z anglojęzycznym
                  przewodnikiem – biuro oferowało pilotów aż w czterech językach, z czego ona
                  znała tylko jeden.
                  Co to oglądała przez okno autokaru przyprawiało ją o zawrót głowy: wjeżdżali na
                  najwyższe góry Krety – Lefka Ori. Widoki były oczywiście niesamowite. Czasami
                  wielki autokar zupełnie jakby resztkami sił wspinał się pod górę. Droga, którą
                  jechali wciąż pod górę była dość wąska i pełna ostrych zakrętów, co dostarczało
                  dodatkowych emocji. Zachwycała się tym wszystkim zupełnie jak dziecko i była
                  bardzo szczęśliwa. On widział tę jej radość i cieszył się razem z nią.
                  Dojechali do Omalos – tu podróż autokarem się kończyła. Mając kilka minut
                  czasu wypili kawę w barku, po czym autokar podwiózł ich jeszcze kawałek, do
                  wejścia do wąwozu, i kilka minut przed 9-tą rozpoczęli swoją wędrówkę.

                  Tłum ludzi był niesamowity i tak jeden za drugim wchodzili do wąwozu.
                  Na początku nie wyglądało to źle: szli cały czas w dół wśród drzew, które
                  rzucały cienie na drogę.
                  Widoki były zachwycające, ale już na samym początku zauważyła, że tutaj jest
                  strasznie sucho: kurz i jakiś pył unosiły się do góry pod wpływem kroków
                  stawianych przez wędrowców. Ciągle coś zatykało jej nos.
                  Co jakiś czas włączała kamerę, żeby krótko zarejestrować swoje wrażenia i
                  odczucia – mimo pewnych minusów wędrówką była zachwycona, choć z powodu kurzu
                  ciężko było jej mówić do kamery. Szli po wielkich kamieniach i musiała uważać
                  aby się nie przewrócić. Jej buty, mimo, iż sportowe, ślizgały się na
                  kamieniach a ona świetnie pamiętała, że w taki banalny właśnie sposób jej szef
                  kiedyś złamał nogę w Turcji – starała się uważać. Od czasu do czasu robiła
                  jakieś zdjęcie oraz pytała idącego przed nią I. jak ten się czuje: miał się
                  dobrze.
                  - Boże, jak ja się o niego boję – myślała. – Znacznie bardziej niż o siebie.
                  Przeszli pierwszy czterokilometrowy odcinek dochodząc do miejsca, które nazywa
                  się Agios Nikolaos, ale zanim jeszcze tu doszli zdążyli się pokłócić. Może nie
                  była to kłótnia, bo ona po prostu zamilkła, ale było jej przykro z powodu tego
                  co jej powiedział. Nie podobało mu się kiedy go pyta o samopoczucie.
                  - Matkę zostawiłem w domu – dodał na zakończenie.
                  Poczuła się obrażona.
                  - Jeśli tak to mnie przestaje interesować to jak się czujesz i nie zapytam cię
                  o to już więcej. – powiedziała i zamilkła, po prostu zamilkła bo nie chciała
                  się z nim pokłócić.
                  Potem pytał ją od czasu do czasu co jej jest a ona niezmiennie odpowiadała
                  krótko: „Nic” i szła dalej żałując, że w ogóle tu przyjechali.
                  Na polance Agios Nikolaos była nadal bardzo oficjalna, obrażona i na tyle
                  złośliwa, że poprosiła jakiegoś wędrowca o zrobienie zdjęcia, choć I. stał tuż
                  obok. Potem bardzo tego żałowała, ale czuła się naprawdę obrażona, choć w jego
                  opinii – to ona jego obrażała pytając o samopoczucie.
                  Wyruszyli w ciszy w dalszą drogę do polanki Samaria – mieli do pokonania tym
                  razem trzykilometrowy odcinek.
                  Widoki nadal były wspaniałe, momentami musiała skakać po wielkich głazach,
                  słońce prażyło już niesamowicie a wiatru nie było w ogóle. Co jakiś czas z
                  radością dostrzegała niewielkie kraniki: mogła się napić zimnej wody, schłodzić
                  nieco ciało oraz wymienić na chłodniejszą wodę w butelce, którą niosła w
                  plecaczku.
                  I. zniknął jej z oczu zupełnie.
                  Coraz rzadziej włączała kamerę, żeby coś zarejestrować – zaczynała odczuwać
                  zmęczenie. Nadal wszystko ją zachwycało choć było jej przykro z powodu tego co
                  się stało przed Agios Nikolaos.
                  Przed polanką Samaria czekał na nią I. – wydawał jej się przeraźliwie smutny.
                  - Rozchmurz się, proszę – powiedział kiedy się zbliżyła.
                  - Obraziłeś mnie mówiąc o tej matce i powinieneś mnie przeprosić.
                  - Signomi.
                  Było jej to potrzebne i poczuła, że coś w niej pękło.
                  Wziął ją za rękę i już ze śmiechem ustalili, że zapominają o wszystkim
                  umawiając się, że w ich wspomnieniach wędrówka po wąwozie Samaria rozpoczynać
                  się będzie od polanki Samaria, do której właśnie w absolutnej zgodzie i
                  szczęśliwi – doszli.
                  - To skraca nam wąwóz i nasza wędrówkę o całe siedem kilometrów, wiesz o tym?
                  - Wiem, ale tak będzie lepiej dla nas.
                  Postanowili odpocząć tu 15 minut. Dopadła do kranu z wodą i wlała w siebie
                  tyle zimnej wody ile mogła a mogła wiele, bardzo wiele – ta zimna woda ratowała
                  jej samopoczucie.
                  I. poszedł do toalety a ona zastanawiała się czy w ogóle da radę dalej iść i
                  dojść do końca: choć szalenie szczęśliwa - była już bardzo zmęczona, a
                  przecież przeszli dopiero siedem kilometrów. To nie była nawet połowa trasy.
                  - Moja kondycja: to właśnie papierosy i spoczynkowy tryb życia w ciągu
                  znaczącej części roku – pomyślała.
                  Przerażało ją to ale wyjścia nie było - według jej wiedzy z wąwozu były tylko
                  dwa wyjścia: to, którym weszli na górze w Omalos, i to, do którego zmierzali,
                  na dole w Agia Roumeli. Nie było tu żadnych barków, żeby mogła wzmocnić się
                  frappe: tylko te polanki i kraniki z życiodajną bo zimną wodą. Schodząc z góry
                  co jakiś czas dostrzegała osiołka i siedzącego obok Greka zupełnie nie wiedząc
                  po co te osły tutaj stoją. Potem I. jej wytłumaczył, że to „karetki pogotowia”
                  na wypadek gdyby komuś coś się przydarzyło.
                  Siedząc na polance Samaria wierzyła głęboko, że nic jej się nie przydarzy.
                  - Uwierz w siebie – tłumaczyła sama sobie. - Przecież jesteś w swoim raju: tu
                  zawsze musi być cudownie.
                  Wrócił I. i poszli dalej dobrze wiedząc, że przy takiej trasie nie należy zbyt
                  długo odpoczywać, bo wówczas zmęczenie wzrasta.
                  Mieli do pokonania następny, czterokilometrowy odcinek. Popatrzyła na plan
                  wąwozu: płaski, stąd nie wydawał się trudny.
                  - Powinniśmy go przejść w godzinę – stwierdził I.
                  Ale oni nie szli już tak jak na początku, a jej plecaczek z wodą i małym
                  aparatem fotograficznym też wydawał jej się cięższy aniżeli w Omalos, choć
                  niczego tam nie dołożyła.
                  Widoki nadal porażały ją swym pięknem. Nad nimi wznosiły się olbrzymie skały,
                  miejscami prawie pionowe, co robiło niesamowite wrażenie.
                  Zdjęcie robiła już tylko czasami, filmowała bardzo rzadko – to zmęczenie
                  dawało się we znaki. Żar lał się z nieba, obecne wciąż nad ich głowami słońce
                  piekło okrutnie – miała czerwone nogi i ręce.
                  - Dlaczego nie założyłaś niczego na głowę? Czy wiesz co oznacza takie słońce i
                  jak to niebezpieczne? – pytał I.
                  On miał czapeczkę a ona nie miała nic – nie lubiła o żadnej porze roku i
                  gdziekolwiek nosić czegokolwiek na głowie.
                  - Dlaczego, dlaczego jest tak gorąco? – rozmyślała. – Proszę cię kochane
                  greckie słoneczko: świeć choć troszeczkę mniej.
                  Słoneczko jej nie słuchało.
                  Z wielką radością witała takie odcinki, gdzie można było iść na tyle blisko
                  skał aby skryć się w ich cieniu: chłodniej nie było ale bynajmniej nie świeciło
                  przez moment słońce, albo takie gdzie trzeba było przejść nad małym potoczkiem:
                  można było schłodzić nogi.
                  Znowu cieszyła się tym, że się tu wybrali, niemniej tę jej radość pokonywało
                  zmęczenie. Już coraz mniej entuzjastycznie podchodziła do tego co widzi.
                  - Na pewno to wspaniała wycieczka, ale nie we wrześniu, nawet nie w drugiej
                  połowie września tego roku –
                  • bebiak No to może o Samarii? Dokończenie 26.03.06, 14:38
                    Znowu cieszyła się tym, że się tu wybrali, niemniej tę jej radość pokonywało
                    zmęczenie. Już coraz mniej entuzjastycznie podchodziła do tego co widzi.
                    - Na pewno to wspaniała wycieczka, ale nie we wrześniu, nawet nie w drugiej
                    połowie września tego roku – myślała.
                    Zaskoczona była kondycją I.: 15 lat od niej starszy a szedł doskonale, daleko
                    lepiej niż ona. Czasami przepraszał ją za to, iż kiedy ona robi zdjęcie on nie
                    czeka idąc dalej - kiedy szedł miał się dobrze, ale gdy się zatrzymał miał
                    kłopoty z ruszeniem dalej. Nie stanowiło to dla niej problemu: i tak cały
                    czas szedł w znacznej odległości przed nią a czasami w ogóle go nie widziała.
                    Dochodziła do polanki Afendis Christos, kiedy zaczęły jej obojętnieć uroki
                    wąwozu.
                    Obok polanki dostrzegła maleńki kościółek, ale tym razem, mimo wielkiego
                    uwielbienia dla tego typu miejsc, w ogóle jej nie zainteresował, podobnie jak
                    wszystko wokół. Wynalazła kawałek pół-cienia pod śródziemnomorską sosną, wlała
                    w siebie mnóstwo wody, i położyła się na ziemi przestając istnieć dla świata.
                    Było jej wszystko jedno co się z nią dalej stanie.
                    Poprosiła I. aby zostali tu pół godziny mówiąc szczerze, że nie ma sił dalej
                    iść.
                    - Oczywiście, to żaden problem a czasu mamy dużo.
                    Usiadł przy niej na kilka minut, a potem wstał i zaczął chodzić wokół polanki:
                    w ten sposób ku jej wielkiemu zdziwieniu wypoczywał znacznie lepiej.
                    Zrobił jej zdjęcie kiedy tak leżała prawie bez życia, a ona wymyśliła sobie,
                    że podpisze je w albumie: „ostatnie westchnienie”.
                    Patrzyła w niebo i rozmyślała co może zrobić, ale wyjścia nie miała: przecież
                    on nie będzie jej niósł. Mieli za sobą jedenaście kilometrów a do przejścia
                    jeszcze około pięciu. Wydawało jej się, że to tak już niewiele ale jednocześnie
                    tak strasznie dużo.
                    - Podaj mi rękę i pomóż mi się podnieść – poprosiła I. - Nie mogę sama tego
                    zrobić.
                    Poszli dalej.
                    Wkrótce, bo po przejściu raptem pięciuset merów, zobaczyła to o czym marzy
                    każdy kto idzie przez Samarię: „Żelazne wrota”. To szczególne miejsce w
                    wąwozie: bardzo wąskie przejście a skały po obu stronach wznoszą się na
                    wysokość trzystu metrów i są autentycznie pionowe. Zrobiło to na niej
                    piorunujące wrażenie, choć dobrze wiedziała, że mogło być większe
                    gdyby „Żelazne wrota” znajdowały się na początku wąwozu – teraz była zbyt
                    zmęczona aby piać z zachwytu.
                    Po przejściu kolejnego kilometra doznała szoku: kontrola biletów!
                    - Tutaj? A co by było gdybym je zgubiła?
                    - Przecież pilotka w autokarze o tym uprzedzała. Jeśli zgubiłabyś je musiałabyś
                    wracać na górę.
                    Tu spotykali już sporo ludzi wędrujących z dołu do góry – to ci, którzy wybrali
                    wariant „Easy way”: szli z dołu do góry, do miejsca, do którego chcieli aby
                    potem spokojnie znowu wrócić na dół.
                    Była przekonana, że większość tych ludzi z „Easy way” dochodzi do „Żelaznych
                    wrót” i wraca choć oczywiście tego nie sprawdzała.
                    Przeszli jeszcze jeden kilometr i już wiedziała, że jest uratowana: dostrzegła
                    bar!
                    Od razu kupiła sobie dwie frappe – wlała je w siebie z wielką przyjemnością.
                    Usiedli przy stoliku – pełnia szczęścia!
                    - Ależ zazdroszczę ci kondycji, I. Ja momentami jak widziałeś padałam ze
                    zmęczenia w wąwozie a tobie się to nie zdarzyło. Gratuluję.
                    Teraz po wypiciu frappe czuła się oczywiście znakomicie, zwłaszcza, że
                    siedzieli w cieniu parasola.
                    - Zobaczysz, że kiedy wrócimy do Rethymnonu ty nadal będziesz się czuła
                    wyśmienicie a ja będę tak zmęczony, że zasnę i nie obudzę się do rana. Ty
                    wlejesz w siebie trochę tego twojego paliwa w postaci frappe a mnie nic nie
                    pomoże – roześmiał się.
                    Cudownie im było w tym barku ale mieli jeszcze do przejścia dwa kilometry,
                    stąd, co prawda niechętnie, ale musieli iść dalej.
                    Ciężko im się szło choć tutaj trasa była już bardzo prosta. Ciężar jej małego
                    plecaczka wydawał jej się niewiarygodny.
                    Ujrzeli Morze Libijskie a ona aż skoczyła do góry z radości.
                    Przypomniała sobie jedną scenę z powieści „W pustyni i w puszczy”, ostatnią
                    zresztą scenę.
                    - Oni byli już tak bardzo wtedy zmęczeni – pomyślała. – Staś bez żadnej nadziei
                    na pomoc wypuszczał race czując, że traci resztki sił, a kiedy zobaczył, że
                    ktoś też wypuszcza race, że ich jednak zauważono, zaczął skakać z radości i
                    nagle nabrał nowych sił. Zupełnie jak ja w tej chwili.
                    - Wiesz I…... – opowiedziała mu o tej scenie, po czym wyściskała go na
                    wszystkie strony z radości i taka szczęśliwa, że cali i bez problemów doszli do
                    końca wąwozu.
                    - Samaria na zawsze pozostanie w mojej pamięci i tak się cieszę, że przeszliśmy
                    ją razem. Miałeś rację, że jeśli się nie zdecyduję to moje wakacje na Krecie
                    nie będą pełne. Miałeś absolutnie rację.
                    Idą powoli i ciesząc wzrok wodami widzianego Morza Libijskiego spotkali
                    wspaniałego kozła.
                    - To nie jest kri-kri – powiedział.
                    - Trochę żal, ale spójrz jaki jest wspaniały. Jest nagrodą dla mnie za
                    przejście wąwozu.
                    Popatrzyli na maleńki kościółek – cały biały i otoczony cmentarzem.
                    Wchodzili do wioski Agia Roumeli – tutaj w publicznej łazience można było się
                    umyć: miała wrażenie, że jej skóra pokryta jest solą.
                    - To chyba pot? – pomyślała. – Pot jest chyba słony. Innego wytłumaczenia dla
                    tej soli nie widzę.
                    Po toalecie zasiedli na tarasie kafejki: ależ to był wspaniały relaks!
                    Na stoliku pojawiły się lody, oczywiście frappe, dla niego piwo.
                    Oparli nogi o sąsiednie krzesła i było im bardzo dobrze.
                    Patrzyli na mały port i stojący w nim olbrzymi prom „Samaria” – płynął do
                    Paleohory a potem gdzieś na wyspy.
                    W pewnym momencie spojrzeli na siebie i tak głośno się roześmieli, że sporo
                    osób siedzących w kafejce przyglądało im się z zainteresowaniem.
                    A oni? Oni po prostu byli szczęśliwi i nic nie mogło tego szczęścia zakłócić.
                    Przypłynął ich statek „Sfakia” – przy stojącym obok promie „Samaria” wydawał
                    się niewielki.

                    Nazajutrz I. wyczytał w gazecie, że poprzedniego dnia temperatura na Krecie
                    wynosiła 38 stopni w cieniu: akurat wtedy kiedy przemierzali Samarię!

                    • bebiak Knossos, Heraklion, Agios Nikolaos 26.03.06, 14:49
                      Autostradą dojechali do Knossos – głównej atrakcji turystycznej wyspy.
                      Najwięcej problemów mieli ze znalezieniem miejsca do zaparkowania: wszystko
                      było pozajmowane. Spodziewali się wielkich tłumów na terenie pałacu widząc
                      jak wiele autokarów tutaj stoi.
                      Za zgodą I. kupiła dla nich bilety czym się niezmiernie radowała: on był taki
                      uparty jeśli chodzi o finansowanie ich wycieczek.
                      Pierwszy raz zauważyła cenę podaną i w drachmach i w euro: Grecja
                      przygotowywała się do wprowadzenia europejskiej waluty.
                      Było to dla niej przykre choć oczywiście nie miała na to wpływu: czuła się z
                      drachmami bardzo związana a poza tym drachmy kojarzyły się tylko i wyłącznie z
                      Grecją. Euro wydawało jej się takie nijakie.
                      Żar lał się z nieba a tłumy rzeczywiście były niesamowite.
                      - Czuję się tu jak Ariadna – powiedziała. – Ale uważaj mój Tezeuszu: nie mam
                      kłębka, stąd musisz sobie radzić sam.
                      Nic nie mogło zakłócić jej wrażeń z pobytu w tym miejscu. Puściła wolno swą
                      wyobraźnię i wędrowała: może trochę bez ładu i jakiegoś porządku ale zawsze
                      tam gdzie ją oczy poniosły.
                      Miejsce wydało jej się wspaniałe. Przypominała sobie wszystko to co pamiętała
                      z mitologii ale również to co wyczytała o Evansie i o odkryciu tego miejsca.
                      Przyglądała się wspaniałym freskom a Sala Tronowa wprawiła ją w kompletny
                      zachwyt, choć żeby ją obejrzeć musiała odstać w bardzo długiej kolejce. Cały
                      teren wydawał jej się olbrzymi, ale dzielnie, mimo tego niesamowitego upału,
                      chodziła wśród starych murów a kiedy zobaczyła olbrzymie pithoi – przyglądała
                      im się bardzo dokładnie: uwielbiała takie rzeczy. Podobnie wielkie wrażenie
                      wywarła na niej wanna znajdująca się w jednym z pomieszczeń – ominęłaby ją
                      gdyby nie I.

                      Z Knossos pojechali do pobliskiego Heraklionu – stolicy wyspy. Miasto nie
                      wydało jej się zachwycające choć z wielkim zainteresowaniem przyglądała się
                      potężnym średniowiecznym murom oraz bramom, których kilka mogła obejrzeć.
                      Heraklion to wielkie miasto i nie brakowało w nim niczego z tego co jej
                      zaczynało w dużych miastach Hellady przeszkadzać: mnóstwo ludzi i mnóstwo
                      samochodów a tym samym oczywiście korki oraz wiele hałasu. Pisk hamulców i
                      dźwięk klaksonów – to było to czego na każdym kroku można było doświadczyć.
                      Pospacerowali wokół dużego portu, a olbrzymi fort wenecki wywarł na niej spore
                      wrażenie, podobnie zresztą jak znajdujące się niedaleko arsenali.
                      Pożegnali port jadąc do miejsca, o którym od lat marzyła. Wjechali na wzgórze,
                      tu zostawili samochód i dalej schodkami poszli pieszo.
                      Stojąc już na wzgórzu spojrzała przed siebie: ależ piękny widok roztaczał się
                      stąd na Heraklion i na morze!
                      Podeszła do miejsca ze swoich marzeń: skromny grób z wysokim krzyżem.
                      Nie zauważyła podpisu.
                      Z tyłu grobu, na pionowej tablicy napis: „Nie mam nadziei na nic, niczego się
                      nie boję, jestem wolny” – oczywiście po grecku. Ileż razy w swoim życiu
                      widziała zdjęcie z tym napisem!
                      Coś ją chwytało za gardło.
                      - Jestem, jestem tutaj i wszystko to widzę – pomyślała. – Ta tablica znana mi
                      od lat i te literki, tak świetnie mi znane.
                      Patrzyła na ten grób jak zaczarowana: Nikos Kazantsakis, Kreteńczyk, autor nie
                      tylko „Greka Zorby”, ale również autor „Odysei – współczesnej wersji”
                      i „Ostatniego kuszenia Chrystusa”.
                      I. przyglądał się jej z zainteresowaniem z pewnej odległości – była pod wielkim
                      wrażeniem tego miejsca i nawet nie usiłowała tego ukrywać.
                      - Tak pięknie jest realizować nasze marzenia – pomyślał ciepło.
                      Podszedł do niej.
                      - Wiesz I., myślę o tym, że Kreta jest bardzo popularnym miejscem wakacyjnego
                      wypoczynku Polaków. I stojąc tutaj, przy tym grobie, zastanawiam się jak wielu
                      Polaków tutaj było.
                      - Jak wielu Polaków tu, w tym miejscu, było? Zastanów się lepiej nad tym jak
                      wielu Polakom nazwisko Kazantsakis mówi cokolwiek, podobnie zresztą jak na
                      przykład nazwisko Mercouri.
                      Wiedziała, że niewielu, niestety niewielu i zrobiło jej się przykro.
                      Pożegnała się z Kazantsakisem. Powoli schodzili na dół.
                      - „Prawdziwej kobiecie większą przyjemność sprawia dawanie szczęścia mężczyźnie
                      niż doznawanie go” – wiesz, kto to powiedział?
                      - Kazantsakis, Kazantsakis - wykrzyknęła z radością.
                      Znowu go zaskoczyła i to zaskoczenie widać było bardzo wyraźnie.
                      - Nie martw się: tak akurat trafiłeś – uśmiechnęła się do niego. – To wcale
                      nie oznacza, że znam każde słowo wypowiedziane przez niego. Mam w
                      domu „Aforyzmy Greków”: od Homera do czasów współczesnych, i często je
                      czytuję.

                      Autostradą jechali dalej na wschód wyspy a ona nadal zachwycała się wspaniałymi
                      krajobrazami.
                      Dostrzegła maleńki kościółek – przyklejony do stoku góry wydawał jej się
                      niedostępny. Przejechali przez Lasithi: widziała tu mnóstwo wiatraków.
                      I tak dojechali do Agios Nikolaos – tak bardzo chciała tu przyjechać.
                      Uśmiechała się do siebie wychodząc z samochodu - realizowała kolejne ze
                      swoich marzeń.
                      - Będę tu z tobą toczył spór i wiem, że zwyciężę – usłyszała głos I.
                      - Dlaczego ma dojść do sporu między nami? I to akurat w Agios Nikolaos? –
                      bardzo ją to zaskoczyło.
                      - Sama zobaczysz – zaczął się śmiać. – Ale nie martw się: z pewnością dojdziemy
                      do porozumienia.
                      Niewiele z tego rozumiała.
                      Stanęli na schodkach, spojrzała w dół i ... zaniemówiła: absolutnie
                      rewelacyjny widok!
                      - Zaraz uduszę się z zachwytu! Czy widzisz to samo co ja? Czy widzisz to
                      bezdenne jezioro? - zapytała.
                      Położył rękę na jej ramieniu.
                      - Posłuchaj, to nie jest jezioro tylko morze i na dodatek ma dno, oczywiście,
                      że ma.
                      - Co ty opowiadasz? W każdym przewodniku czytałam, że to bezdenne jezioro!
                      Zaczął się znowu śmiać.
                      - Zaraz zejdziemy na dół i sama się przekonasz.
                      Znaleźli się na dole i spacerowali wokół tego czegoś: jeziora czy morza? Na
                      nadbrzeżu znajdowało się mnóstwo tawern i kafejek.
                      Przyglądała się łódeczkom, a woda była tak czysta, że....
                      - I., widać dno – powiedziała a on spojrzał na nią rozbawiony.
                      Szli dalej i doszli do niewielkiego mostku: pod nim płynęła woda z tego czegoś
                      a po prawej stronie już było morze.
                      - To nie jest jezioro. – stwierdziła z grymasem na twarzy. – Próbujesz mi
                      zabrać moje różowe okulary ale ja się tak łatwo nie poddam: wcale nie widzę
                      tego dna a to co tam to jest jezioro i już. Bezdenne jezioro, i pamiętaj o
                      tym. Bez względu na to co to jest i co kto tutaj widzi musisz przyznać, że
                      miejsce to wyjątkowo śliczne, szczególnie kiedy patrzy się na nie z góry, tak
                      jak my patrzyliśmy. Mam rację?
                      Pospacerowali wokół portu i przyglądali się statkom pływającym na pobliską
                      wyspę Spinalonga.
                      - Szkoda, że mamy tak mało czasu i nie możemy się na nią wybrać – stwierdziła.
                      - Tydzień dla Krety to jest nic. Co najmniej trzy tygodnie albo i cztery -
                      wtedy można powiedzieć, że zwiedziło się Kretę i okolice, a te okolice to
                      Spinalonga właśnie, to malutka i niezmanierowana przez turystykę wysepka
                      Gavdos.
                      - Wiem, bo o niej czytałam, podobnie jak i o Spinalondze. – popatrzyła na niego
                      nagle. – Nie myśl, że czegokolwiek żałuję. Uwielbiam twój kraj i chciałabym
                      zobaczyć jak najwięcej, ale wszystko w granicach rozsądku. Uważam, że mam
                      wspaniałe wakacje i jestem nimi zachwycona. Nie zobaczę na Krecie wielu rzeczy,
                      to zupełnie zrozumiałe, ale chcę, żebyś wiedział, iż niczego nie będę żałować i
                      nie będzie mi wcale przykro.
                      Pojechali kawałek na północ: do Eloundy. I. chciał jej pokazać jak wspaniale
                      wzniesiono tu hotele: na stokach gór, z przepięknymi widokami na morze.
                      • bebiak Gortyna, Faistos, Matala 26.03.06, 15:04
                        - A co zaplanowałeś na jutro? – zapytała nagle.
                        - Dlaczego pytasz? – był nieco zdziwiony bo dotąd takich pytań nie zadawała
                        - Bo mogę zaplanować jutrzejszy dzień. Popatrz, w tym biurze mają taką
                        wycieczkę: Gortyna, Faistos i Matala. Zaraz zejdę na dół i ją kupię. Pojedziemy
                        sobie autokarem i na dodatek ja to sfinansuję. Nie jesteś moim kierowcą a
                        jeździsz codziennie. Może tak być?
                        Ależ się nasłuchała!
                        - Będę nudny bo mówiłem ci to już nie raz, ale skoro nie pamiętasz to muszę
                        powiedzieć kolejny i nie próbuj mi przerywać. Ile razy w życiu ci mówiłem, że
                        uwielbiam jeździć samochodem? Wiele, prawda? Naprawdę wiele. Dobrze wiesz, że
                        jazda klimatyzowanym samochodem w ogóle mnie nie męczy, nawet w taki upał.
                        Plan tej wycieczki nawet mi się podoba i owszem, pojedziemy tak jutro, ale
                        samochodem i nie chcę słyszeć żadnych protestów ani dalszych twoich propozycji
                        w tym temacie. Z-r-o-z-u-m-i-a-ł-a-ś? - przeliterował to słowo dokładnie.
                        Oczywiście wiedziała, że nie ma żadnych szans aby go przekonać i nawet nie
                        próbowała.

                        Od razu z Rethymnonu jechali na południe wyspy.
                        Przejechali przez wioską Spili, przez miasteczko Timbaki – na jego przykładzie
                        I. opowiadał jej pokazując na liczne tunele foliowe, jak miejsce to
                        przeobraziło się z biednej w latach 70-tych wioski w zamożne dziś miasteczko.

                        Dojechali do Gortyny – to dawna stolicy Krety.
                        Popatrzyła na genialnie zachowaną Bazylikę Św. Tytusa oraz na odeon – również w
                        świetnym stanie.
                        Największe wrażenie wywarły na niej wspaniałe kamienne tablice z 500 r pne ze
                        spisanym prawem cywilnym, w tym również spadkowym i rodzinnym, ale i i
                        zawierającym elementy prawa finansowego i karnego.
                        W Polsce czytywała kwartalnik o kulturze antycznej i kiedyś opisywana w nim
                        była właśnie Gortyna. Z tego artykułu dowiedziała się jak wówczas, przed 2500
                        laty, wyglądała kolejność dziedziczenia według prawa ustawowego – tu z tablic
                        oczywiście niczego nie udało jej się odczytać: tzw. Kodeks z Gortyny napisany
                        był starym greckim dialektem doryckim.
                        - Możesz na te tablice patrzeć teraz ile chcesz – powiedział I. – ale kiedy
                        przyjedziemy tu następnym razem zrobię ci egzamin z zakresu tamtejszego prawa.
                        Uśmiała się z niego – pomysły miewał niesamowite.
                        Ależ upalnie było w tej Gortynie! Termometr pokazywał 35 stopni w cieniu. Przy
                        braku wiatru oraz palącym słońcu spacer po tym terenie nie należał do
                        najprzyjemniejszych: czasami trudno jej było oddychać ale oczywiście nie
                        przyznawała się do tego. Jaka temperatura była w samochodzie pozostawionym na
                        słońcu – woleli nie myśleć.
                        Posiedzieli chwilę w pobliskiej kafejce, silnik samochodu już pracował –
                        wsiedli do schłodzonego wnętrza, pojechali do Faistos.
                        Zauważyła, że ile kartek i drogowskazów tak różna pisownia tego miejsca:
                        Faistos, Phaistos, Festos.
                        Słuchali kreteńskiego radia: dziś ważny dzień w Helladzie – podano do
                        publicznej wiadomości ile osób przyjęto do danych wyższych uczelni. Grecy
                        bardzo się tym emocjonowali – I. też, stąd więcej dyskusji było w radiu
                        aniżeli muzyki ale i ta, oczywiście z Krety, czasami się pojawiała.
                        Spacerowali po Faistos – to znajdują się ruiny kolejnego pałacu minojskiego.
                        - Spójrz I., to rzeczywiście tylko ruiny – powiedziała.
                        Niewiele można było obejrzeć, niewiele z dawnego pałacu pozostało. Ale – co
                        dziwne – to tutaj właśnie a nie w Knossos doznała podobnych odczuć jak kiedyś w
                        antycznym Kamiros na Rodos czy jeszcze wcześniej: w Pompejach we Włoszech. To
                        tutaj poczuła obecność ludzi, którzy kiedyś tu żyli. Czy to dlatego, że weszła
                        do jednego z ówczesnych sklepów i zrobiła sobie zdjęcie? A może to z powodu
                        tych olbrzymich pithoi, które mogła tutaj oglądać? To wydawało jej się mało
                        prawdopodobne: wszak i w Knossos zachwycała się pithoi. Znowu, trzeci raz w
                        swoim życiu, miała wrażenie, że chodzi po czyimś domu i zagląda w każdy jego
                        prywatny kąt.
                        Tu I. opowiadał jej o dysku tutaj znalezionym, który znajduje się w Muzeum
                        Archeologicznym w Heraklionie - oglądała go wielokrotnie na różnych
                        fotografiach.
                        Upał dawał im się we znaki niesamowicie.
                        Znaleźli ławeczkę stojącą w cieniu śródziemnomorskiej sosny i tu odpoczywali.
                        Był to bardziej pół-cień niż cień ale i tym się cieszyli przyglądając się
                        widocznej stąd przepięknej dolinie oraz słuchając cykad. Tu też, podobnie jak
                        w Gortynie, nie było zupełnie wiatru i ona miała dość już wędrówek.
                        - Tak dobrze znoszę upały – myślała. – Ale tegoroczne temperatury na Krecie w
                        drugiej połowie września nawet mnie pokonują.
                        Weszli do sklepy znajdującego się na terenie wykopalisk - kupiła sobie tu
                        książki o miejscach, których była, pocztówki i komboloi. I. wynalazł jej
                        płytę z pieśniami z wysp Morza Egejskiego.
                        - A czy...? – nieśmiało zapytała go.
                        - Jasne, że jest!
                        Oczywiście chodziło jej, co w lot odgadł, o ten wspaniały utwór, który
                        pierwszy raz usłyszała w Atenach a tu, na Krecie, zdarzyło jej się wysłuchać go
                        po raz drugi.
                        - Masz go tutaj: to „Tzivaeri”.
                        Nabyła jeszcze płytę z pieśniami z Krety i ze swoich zakupów była bardzo
                        zadowolona.
                        Z góry popatrzyli na równinę Messara i pożegnali Faistos.

                        Znaleźli się w Matali – tak ziściło się jej kolejne marzenie.
                        Kiedy zobaczyła tę skałę zupełnie nie mogła uwierzyć, że tu jest i wydawało jej
                        się, że to tylko sen.
                        - To nie jest sen. – sama się przekonywała. – To nie może być sen.
                        Weszli na skałę: dawniej cmentarzysko romańskie a w latach 60-tych siedlisko
                        hippisów.
                        Zauważyła, że te widoczne z dołu czarne plamy to wejścia do czegoś co kojarzyło
                        jej się z jakimiś norami. Pochylając się nieco zaczęła wchodzić do tych nor.
                        Osłupiała: to były jakby dwupokojowe, wykute w skale, „apartamenty”!
                        Znajdowały się w nich kamienne łóżka niektóre miały nawet kamienne podgłówki!
                        Była zupełnie zszokowana – nie wiedziała, że tak to wygląda w środku.
                        I. źle się czuł w tym miejscu.
                        Opowiadał jej o latach 60-tych kiedy tutaj mieszkał.
                        - Zawsze wiedziałem, że nie powinienem tutaj przyjeżdżać i jak dotąd, przez te
                        wszystkie lata, udawało mi się to. Ilekroć byłem na Krecie nigdy nie
                        przyjeżdżałem do Matali a kiedy zapytałem cię o twoje marzenia chciałem aby
                        nie było wśród nich tego miejsca. Ale wymieniłaś Matalę a ja nie mógłbym cię
                        tutaj nie przywieźć wiedząc, jak tego pragniesz.
                        Była zaskoczona, potężnie zaskoczona i nie wiedziała zupełnie co ma powiedzieć –
                        nic nie przychodziło jej do głowy.
                        Opowiadał jej tu o czasach swojej młodości.
                        - Byłem wtedy wolny, naprawdę byłem wolny. Miałem mnóstwo kumpli a wino lało
                        się beczkami. Uwielbiałem takie życie. Nigdy nikomu nie udało się namówić mnie
                        na przyjazd tutaj – tobie nie potrafiłem odmówić, choć nie naciskałaś jak inni,
                        a jedynie wymieniłaś Matalę wśród swoich marzeń.
                        Położył się na jednym z tych łóżek i patrzył w sufit.
                        - Mówię ci to po to, żebyś zrozumiała jak okrutny jest dla mnie pobyt tutaj.
                        Nikomu nie powiem, że tu byłem bo i tak nikt by nie uwierzył. Wszyscy wiedzą
                        o przysiędze, którą sam sobie wieki temu złożyłem: moja noga nie stanie nigdy w
                        Matali.
                        Patrzyła na niego choć on nadal wpatrywał się w ten sufit.
                        - Wiedziałem, że tak okrutnie to przeżyję.
                        - Dlaczego mi o tym wszystkim nie powiedziałeś wcześniej?
                        - A chciałabyś tu przyjechać gdybyś wiedziała?
                        - Z tobą? Nie, na pewno nie.
                        - Właśnie dlatego, właśnie dlatego ci nie powiedziałem, ale cieszę się, że
                        zobaczyłaś miejsce gdzie byłem naprawdę szczęśliwy, gdzie byłem przede
                        wszystkim wolny.
                        Wstał i wyszedł z nory zostawiając ją samą zupełnie oniemiałą.
                        Jak on ją świetnie znał! Oczywiście, że nie zgodziłaby się tu przyjechać gdyby
                        o tym wszystkim wiedziała. Zrezygnowałaby z realizacji tego marzenia i nie
                        byłoby jej tego żal: zaczęłaby wierzyć, że wr
                        • bebiak Gortyna, Faistos, Matala - dokończenie 26.03.06, 15:05
                          Wstał i wyszedł z nory zostawiając ją samą zupełnie oniemiałą.
                          Jak on ją świetnie znał! Oczywiście, że nie zgodziłaby się tu przyjechać gdyby
                          o tym wszystkim wiedziała. Zrezygnowałaby z realizacji tego marzenia i nie
                          byłoby jej tego żal: zaczęłaby wierzyć, że wróci jeszcze kiedyś na Kretę i
                          wtedy sama sobie tu przyjedzie.
                          Wiedziała, że on tu mieszkał: opowiadał jej o tym w maju w Atenach, kiedy
                          siedzieli w małym saloniku oglądając stare zdjęcia. Opowiadał jej też o tym, że
                          potem Matalę zamknięto bo zaczęli się gromadzić tutaj narkomani i policja
                          zrobiła z tym porządek.
                          - Ale na Boga – pomyślała – zupełnie nie wiedziałam, że tak boi się powrotu do
                          tego miejsca i tak ten powrót odbierze.
                          Wyszła z nory i poszukała I. – siedział sobie na skałce i wpatrywał się w
                          morze.
                          Podeszła do niego.
                          - Posłuchaj – powiedziała nieśmiało nie wiedząc, czy przypadkiem mu nie
                          przeszkadza. - Czy zrobisz mi zdjęcie w takiej norze? A czy ja mogę sobie do
                          nich pozaglądać?
                          - Oczywiście, że tak: przecież to takie piękne miejsce, pod każdym względem
                          piękne. Chodź, zrobię ci kilka zdjęć.
                          Weszli do nory a on po zrobieniu zdjęć wrócił na swoją skałkę i znowu zanurzył
                          się we wspomnieniach.
                          Ona zaglądała do nor: niektóre były tak niskie, że musiała kucać, po innych
                          chodziła na stojąco. Zdecydowanie wśród tych, które obejrzała,
                          przeważały „apartamenty” dwupokojowe: w jednym pokoju trzy kamienne łóżka, w
                          drugim, tym bliższym wejścia – dwa.
                          Zaskoczyło ją, że w tych norach było niewiarygodnie czysto: żadnych papierków
                          czy choćby niedopałków papierosów. Nie wyczuwała tu również jakichkolwiek
                          nieprzyjemnych zapachów.
                          Wielkie wrażenie wywarła na niej Matala.
                          - Jak pięknie jest realizować nasze marzenia – pomyślała, ale nie powiedziała
                          tego głośno: przyjazd tutaj nie był marzeniem I., nie był nawet dla niego
                          miły, i nie powinna mu tego mówić.
                          Spojrzała z góry: na pobliskiej plaży było mnóstwo ludzi. W oddali dostrzegła
                          niewielką wysepkę – to Paximadha.
                          Podeszła do I. nadal siedzącego na swojej skałce i zupełnie nieobecnego.
                          - Chcesz zejść na dół? – zapytała.
                          Chciał.
                          Podała mu rękę.
                          Pochodzili po plaży: piasek był tak gorący, że nie sposób było spacerować bez
                          butów, a z powodu żaru lejącego się z nieba nie dało się tu długo spacerować.
                          Doszli do samochodu i zrobiło jej się niedobrze.
                          - Mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję – pomyślała. – Jak się od tego uchronić?
                          Popatrzyła na I. – wyglądał bardzo dziwnie i sama nie wiedziała czy spowodowały
                          to jego wspomnienia z Matali czy ten szalony upał. Oboje chodzili z odkrytymi
                          głowami, spędzili na słońcu wiele godzin i wszystko mogło się zdarzyć.
                          Zaczęła się o niego bać – nie ruszył samochodem póki wnętrze się nie
                          wychłodziło.
                          Utwierdziła się w przekonaniu, że nazajutrz do Samarii jechać im po prostu nie
                          wolno, bo to się może bardzo źle skończyć.

                          • orchidea27 Re: Gortyna, Faistos, Matala - dokończenie 26.03.06, 17:43
                            Jeszcze raz piękne dzieki Beniaku. :))) Wydrukowałam sobie to wszystko i
                            jeszcze raz przeczytam na spokojnie do poduszki. Już nie mogę się doczekać,
                            kiedy tam pojadę i zobaczę to wszystko. Chociaż na pewno WSZYSTKIEGO nie da sie
                            zobaczyc podróżując tydzień po wyspie.
                            A powiedz mi jeszcze ... udało ci sie dotrzec do jaskini w Skotino ? Czy
                            wróciłaś tam i czy jest ona naprawdę piękna ?
                            I jeszcze ciekawi nie jedna rzecz ... w różnych przewodnikach jako miejsce
                            narodzin Zeusa podawana jest albo Grota Dikti albo grota na górze Ida.
                            Początkowo myślałam, że to może dwie różne nazwy tej samej groty, ale teraz
                            wiem, ze nie. Więc gdzie się urodził Zeus ?
                            • bebiak Chania 26.03.06, 18:26
                              Chania była miastem, które musieli obejrzeć koniecznie.
                              Jechali na zachód Krety, autostradą, a ona wprost piała z zachwytu nad pięknymi
                              widokami namiętnie filmując wszystko to co widzi.
                              Ruch w Chanii był niesamowity: postali w korkach ale ich to nie drażniło. Przez
                              większość jej znajomych Chania uznawana była za najładniejsze miasto na wyspie
                              ale ona i tak wiedziała, że dla niej najładniejszym miastem pozostanie
                              Rethymnon.
                              Doszli do portu weneckiego a stamtąd wędrowali po falochronie w stronę
                              widocznej latarni morskiej. Stąd rozciągał się wspaniały widok na zabudowania
                              usytuowane po drugiej stronie zatoki – to najstarsza i najatrakcyjniejsza część
                              Chanii.
                              Falochron miejscami był dość wąski, co dodatkowo dostarczało jej wielkich
                              wrażeń: po obu stronach wspaniałe morze a pośrodku ona.
                              - Dlaczego ciągle się zatrzymujesz? – zapytał w końcu I.
                              - Tu jest na tyle wąsko, że nie bardzo umiem iść i oglądać to wszystko co stąd
                              widać, a sam widzisz jak tam, po drugiej stronie zatoki jest pięknie.
                              Po falochronie doszli do kafejki w pobliżu latarni morskiej.
                              - Czas na frappe – powiedziała. – Zobacz, cóż to za wspaniałe miejsce.
                              Cieszył się widząc, jak jest zadowolona - zawsze pragnął, żeby jej wakacje w
                              jego kraju należały do bardzo udanych. Kiedy widział szczęście na jej twarzy –
                              było mu doprawdy miło.
                              Kafejka znajdowała się na niewielkim wzgórzu skąd można było patrzeć na
                              otaczające to miejsce morze z wieloma niewielkimi ale doskonale widocznymi
                              skałkami, na stary port i na latarnię morską.
                              Zaskoczona była, iż z tego miejsca na drugą stronę można przedostać się
                              bezpłatną taksówką wodną: należała do tutejszej tawerny i w ten bardzo prosty
                              sposób można było tu dotrzeć. Nieco wcześniej zastanawiała się jak w nocy, po
                              kolacji, goście wracają stąd do miasta – wędrówka po falochronie wydawała jej
                              się nieco niebezpieczna, ale ta taksówka rozwiązywała ten problem.
                              Obeszli dokoła całą zatokę aż do muzeum morskiego i wieży Firkas: po prawo –
                              zatoka z wieloma łódkami i jachtami, po lewo – mnóstwo ślicznych budynków
                              posadowionych jeden nad drugim. Popatrzyli na Meczet Janczarów, wspięli się na
                              niewielkie wzgórze Kastelii i pospacerowali wąskimi uliczkami.
                              Usiedli na murku obok muzeum morskiego i patrzyli na latarnię morską,
                              falochron i Kastelli: z każdej strony ta część Chanii wyglądała
                              zachwycająco.
                              Zagłębili się w pełne uroku uliczki Starego Miasta: mimo niesamowitego upału
                              sporo ludzi tutaj spacerowało. Zaglądała do niewielki sklepików ze skórzanymi
                              wyrobami oraz ceramiką, przyglądała się balkonom, które ją zachwyciły,
                              obejrzała dwa napotkane minarety, musiała zajrzeć w każdy napotkany zaułek.
                              Pomyślała w pewnym momencie o I.: z anielską cierpliwością wszędzie z nią
                              chodził, choć Chanię znał tak świetnie i z pewnością nie interesowała go aż tak
                              bardzo jak ją.
                              - Dlaczego mam być niezadowolony? – powiedział kiedy podzieliła się z nim
                              swoimi myślami. – Mamy wakacje, Chania jest przepięknym miastem, w którym ty
                              nigdy nie byłaś. Jesteś wszystkim zainteresowana i to dla mnie zrozumiałe.
                              Zapewniam cię, że czuję się doskonale i ten spacer sprawia mi wiele radości:
                              jesteś tuż obok, taka szczęśliwa, a ja tym twoim szczęściem się raduję.
                              Wrócili do starego portu.
                              Obejrzała z bliska arsenali a I.opowiadał jej jego historię i szczegóły
                              związane z odbudową.
                              Słuchała z zachwytem – jak wszystkiego o czym jej opowiadał od lat.
                              I.miał ochotę na kąpiel w morzu i wjechali na pobliski półwysep Akrotiri, ale
                              na napotkanych plażach było tak mnóstwo ludzi, że odechciało mu się kąpieli.
                              - Co byś powiedziała na powrót do Rethymnonu może mniej wygodną niż autostrada
                              ale według mnie znacznie ciekawszą drogą? To taka jeszcze przedwojenna droga, z
                              której dziś niewiele osób korzysta – jedziemy nią?
                              - Jasne, że tak. Jak możesz oczekiwać, że powiem „nie”?
                              Świetny był to pomysł a droga - wspaniała: wiodła wybrzeżem a ona zachwycała
                              się pięknymi widokami. Co jakiś czas mijali senne wioski a ruchu tu wcale nie
                              było. Taką właśnie Grecję uwielbiała.
                            • bah77 Re: Zeus... 26.03.06, 19:00
                              > Więc gdzie się urodził Zeus ?

                              www.eneteia.pl/wydane/symbole_europy.htm

                              www.kb.neostrada.pl/sztuka/mitologia/poczatki.htm

                              Pzdr

                              bah77
                              • orchidea27 Re: Zeus... 01.04.06, 18:57
                                :))))) Te strony własciwie niczego nie wyjaśniają, bo jak tam jest napisane
                                > Matka Zeusa, Rea, z pomocą swej matki Gai (Ziemia) tuż po urodzeniu syna
                                > Według innej wersji mitu, Zeus urodził się w jaskini gór Ida (czy też Dikta).
                                > ukryła go przed jego ojcem Kronosem na Krecie.
                                A na tej drugiej stronie
                                > Reja ukryła Zeusa w jaskini na Krecie (być może w tej jaskini też go
                                > urodziła).
                                Chyba najlepiej, jak mówi Bebiak, zaptyac by trzeba samą Ree. :)))
                                • bah77 Re: Zeus... 02.04.06, 14:32
                                  Szukasz faktów w sferze mitów? ;-)))

                                  W Szwajcarii widziałem dokładnie oznakowane miejsce, w którym Moriarty zrzucił
                                  z urwiska Sherlocka Holmesa... :)

                                  bah77
                            • bebiak Re: Tak ogólnie o wakacjach na Krecie 26.03.06, 19:05
                              orchidea27 napisała:

                              > Jeszcze raz piękne dzieki Beniaku. :))) Wydrukowałam sobie to wszystko i
                              > jeszcze raz przeczytam na spokojnie do poduszki. Już nie mogę się doczekać,
                              > kiedy tam pojadę i zobaczę to wszystko. Chociaż na pewno WSZYSTKIEGO nie da
                              >sie zobaczyc podróżując tydzień po wyspie.

                              Nie, wszystkiego w ciągu tygodnia na pewno nie uda się obejrzeć i musisz jakiś
                              plan sobie ustalić. Kreta jest olbrzymia i wg mnie należy wybrać jedną z dwóch
                              możliwości:
                              1. nastawiasz się na spenetrowanie dokładnie pewnego jej obszaru nie widząc
                              niczego innego;
                              2. nastawiasz się na obejrzenie tego co, o czym jeśli chodzi o Kretę czytasz
                              całe życie, co oglądasz we wszystkich książkach, przewodnika czy filmach, o
                              czym rozmawiasz z tymi, którzy na wakacje jeżdżą do Hellady i trochę jej
                              liznęli.
                              Każda z tych dróg ma oczywiście wg mnie plusy i minusy - miałam tak wielki
                              dylemat przed pierwszym (na tydzień) wyjazdem, że musiałam sobie to tak
                              rozganiczyć. Nie jestem zamożna (na dodatek wynagrodzenie prowizyjne), stąd
                              wybrałam wariant nr 2: uznałam, że nie wiem czy dam radę jeszcze kiedykolwiek
                              na Kretę zawitać stąd może warto obejrzeć to, co na niej należy obejrzeć. I
                              zjeździłam ją na tyle na ile dałam radę, szczęśliwa, że wszystko to co
                              chciałam obejrzeć wówczas - obejrzeć się udało. Zabrakło czasu na muzeum w
                              Heraklionie, zabrakło całego dnia, żeby pojeździć/połazić po Lassithi, po
                              górach, zabrakło czasu na południe Krety tam w okolicach Ierapetry, na wiele
                              innych ślicznych miejsc. Ułożyłam sobie plan zwiedzania i go zrealizowałam, ale
                              nie znaczy to wcale, że poznałam Kretę czy dokładnie ją spenetrowałam - na to
                              potrzeba o wiele więcej czasu.
                              Kiedy zawitałam tam drugi raz - wakacje wyglądały inaczej. Byłam związana z
                              mężem i synem, a to oznaczało, że trzymamy się naszej od lat umowy: mniej
                              więcej w połowie się szwędamy, w połowie - byczymy się na plaży, basenie itp.
                              Cóż, panowie moi nie lubią się aż tak szwędać jak ja, ja nie cierpię wprost
                              byczenia się na plaży, a jeśli wspólne wakacje to.. kompromis:) W czasie tych
                              wakacji jeździliśmy na rowerach po bliższych i dalszych terenach od Limenas
                              Chersonissos oraz pływaliśmy na inne wyspy: ależ byłam szczęśliwa!

                              > A powiedz mi jeszcze ... udało ci sie dotrzec do jaskini w Skotino ? Czy
                              > wróciłaś tam i czy jest ona naprawdę piękna ?

                              Nie, od tamtych wakacji (2001) nie byłam już na Krecie, choć wielokroć do
                              Hellady zawitałam - na inne wyspy, bo tak mnie pognało:-) Nie widziałam jak
                              dotąd jaskini w Skotino choć kiedyś gdzieś wyczytałam, że jest ona jedną z
                              piękniejszych jaskiń - osobiście tego jednak nie sprawdzałam. To doprawdy
                              blisko z Limenas Chersonissos i uważam, że koniecznie winnaś się tam wybrać.
                              Kiedy zastanawiam się nad wakacjami w Helladzie wciąż mam dylemat: czy znowu
                              ta Kreta (przecież wiem, że muszę tam wrócić bom ją liznęła raptem) czy coś
                              innego - i wciąż to "coś innego" wygrywa, bo myślę: a jeśli nie będzie już
                              możliwy jakikolwiek wyjazd do Grecji?

                              > I jeszcze ciekawi nie jedna rzecz ... w różnych przewodnikach jako miejsce
                              > narodzin Zeusa podawana jest albo Grota Dikti albo grota na górze Ida.
                              > Początkowo myślałam, że to może dwie różne nazwy tej samej groty, ale teraz
                              > wiem, ze nie. Więc gdzie się urodził Zeus ?

                              O to należałoby pewnie zapytać Reę: tylko ona w 100% wie dokąd uciekła przed
                              swym mężem Kronosem:-)
                              W większości przewodników jak zauważyłam wskazuje się na Dikti, w
                              większości "podobno Dikti". Być może są jakieś naukowe opracowania, które
                              dowodzą, że na pewno tu bądź tam, ale ja o tym nie czytałam.
                              Zaraz jeszcze przytaszczę coś o Rethymnonie, oraz o południu wyspy.
                              Jeśli masz ochotę możesz pooglądać parę fotek z Krety i nie tylko Krety
                              (takich amatorskich) na betaki.friko.pl Taka moja osobista stronka o
                              wędrówkach po Helladzie (pod opisem każdej podróży jest galeria: pcozątkowo
                              galerie były małe i opisy krótkie, ale ostatnio zaczęłam się jakoś rozpisywać a
                              wciąż brak czasu, żeby te wcześniejsze opisy i galerie rozbudować).
                              I miej udane wakacje na Kreciku, tak udane jak ja dotąd miałam każde,
                              absolutnie każde w Helladzie:-)
                              Pozdrowienia. B.
                              • bebiak Chora Sfakion, Frangokastello, Agia Galini 26.03.06, 19:21
                                Jadąc w zachodnim kierunku wyspy w miejscowości Vrises skręcili na południe.
                                Jechali wspaniałą krętą drogą, patrząc na góry, doliny, wąwozy, przepaście.
                                Przyglądała się mijanym czasami małym wioskom oraz niezliczonym stadom kóz.
                                W pewnym momencie musieli się zatrzymać: upał był niesamowity, słońce świeciło
                                jak oszalałe, a stado kóz legło na szosie w cieniu rzucanym przez pobliską górę
                                zajmując trzy-czwarte i tak niezbyt szerokiej drogi. Musieli przepuścić
                                samochody jadące w drugą stronę, a kozy nie reagowały na dźwięki klaksonów.
                                - To są obrazki, które w twoim kraju uwielbiam! – mówiła rozbawiona.
                                Obejrzeli wspaniały wąwóz Imbros. Stąd widać było już Morze Libijskie.
                                Stojąc na czymś w rodzaju tarasu czy lepiej: wystającej skały popatrzyła na
                                drogę, którą jechali: była zupełnie niezabezpieczona a pobocza nie było – od
                                razu przepaść.
                                - Chyba nie chciałabym tędy jeździć kiedy będzie ciemno – pomyślała.

                                Pospacerowali po Chora Sfakion, już na samym południu wyspy. Uwielbiała takie
                                miejsca: ciche, spokojne, z małymi domkami. Doszli do portu – tu spotkali
                                garstkę turystów wychodzących ze statku powracającego z maleńkiej wyspy Gavdos.
                                Usiedli w kafejce i popijali ouzo ciesząc oczy pięknym widokiem na niewielki
                                port i zacumowane małe łódki. Ogarnęło ja słodkie lenistwo.
                                - To są moje wakacje w raju i tak cudownie wypoczywam. – powiedziała. -
                                Zupełnie jestem rozleniwiona, przez nikogo, nawet przez czas, nie poganiana.

                                Jechali wzdłuż południa wyspy mając po lewo góry a po prawo Morze Libijskie i
                                wspaniałe widoki. Zaskoczona zauważyła, że można tu spotkać mnóstwo kóz, ale
                                osiołków, jako środków transportu, prawie nie widać. Była zawiedziona –
                                uwielbiała osiołki i miała do nich wielki sentyment.
                                Z radia słuchali muzyki kreteńskiej i było im bardzo dobrze.
                                Dojechali do Frangokastello. Obeszli mury zamku weneckiego i zajrzeli na plażę:
                                woda w morzu była wspaniale ciepła.
                                Dostrzegła wystające z morza skałki i postanowiła do nich dojść choć I. nie
                                miał ochoty jej towarzyszyć. Usiadł na piasku obiecując, że zrobi jej piękne
                                zdjęcie – o ile ona tam w ogóle dojdzie.
                                - Dlaczego miałabym tam nie dojść? Spójrz, po tych mniejszych kamieniach
                                wystających z wody spokojnie jak po ścieżce można dość na sam koniec.
                                Przeskakiwała z kamienia na kamień i... wpadła do wody - wystarczyło nieuważne
                                postawienie nogi. Rozbawiła ją ta sytuacja. Zdjęła buty i skarpetki.
                                - Będę wędrować bez butów – stwierdziła. - To przecież żaden problem.
                                Niestety, nie było to takie proste: skałki okazały się być szalenie ostre dla
                                stóp i na dodatek bardzo śliskie. Mimo wszystko dotarła na sam koniec i była
                                bardzo z siebie zadowolona.
                                Zrobił jej zdjęcie – śmiesznie wyglądała stojąc na skałce z uniesionymi do góry
                                rękoma i otoczona z każdej strony wodą.
                                Wróciła na plażę.
                                Idąc do samochodu raz jeszcze przyglądali się potężnym murom zamku.
                                Otworzyła lekko okno z tyłu samochodu, położyła na górnej krawędzi szyby
                                skarpetki i zamknęła okno. Zaczął się śmiać
                                - I z czego się śmiejesz? W taki sposób będzie owiewał je wiatr i szybciej
                                wyschną. Nie wiedziałeś o tym?

                                Nadal jechali południowymi drogami wyspy. Fragmentami droga była tak wąska, że
                                musieli czekać aż przejedzie nadjeżdżający z przeciwka samochód ale nie było to
                                wielkim problemem: tu na południu samochodów nie było wiele. Przejeżdżali
                                przez takie miejsca gdzie góry były po obu stronach drogi i tworzyły tak
                                wysokie ściany, iż miała wrażenie, że przejeżdżają przez tunel. Ślicznie było
                                stąd widać położone niżej drogi, którymi wcześniej czy później musieli
                                przejechać: wśród tej spalonej słońcem ziemi drogi te ze świeżo położonym
                                asfaltem kojarzyły jej się z torem wyścigowym.

                                Powoli przejeżdżali przez małą i położoną w górach wioskę Rodakino a ona wciąż
                                miała wrażenie, że świetnie zna tę nazwę.
                                - Nie wiesz skąd mogę znać nazwę tej wioski? Znam ją – jestem tego pewna. Czy
                                jest tutaj coś ważnego, istotnego?
                                - Nie, niczego ważnego tutaj nie ma. To rolnicze tereny: najwięcej tu upraw
                                brzoskwiń i ich przetwórstwa – wyjaśnił
                                - Wiem! – wykrzyknęła z radością. – Wiem skąd znam tę nazwę! Od lat kupuję w
                                Polsce puszki z brzoskwiniami w syropie. Na wieczku mają wytłoczoną
                                nazwę: „Rodakino” i zawsze kiedy taką puszkę otwieram przyglądam się greckim
                                literkom.

                                W okolicach Mirthios stanęli na tarasie widokowym skąd rozciągał się piękny
                                widok na położoną zupełnie w dole, nad samym morzem, niewielką wioskę
                                Plakias.
                                Wjechali w głąb wyspy, bo tak prowadziła ich droga.
                                - Gdzie my jesteśmy? - zapytała.
                                - To wioska Spili.
                                Dojechali do Agia Galini: położona nad śliczną zatoczką z kaskadowo
                                posadowionymi niewielkimi budynkami – prezentowała się wspaniale. Spacerowali
                                wąskimi uliczkami pomiędzy starymi budynkami. Rozpoczęła się sjesta stąd
                                wokół zupełnie cicho.
                                I. zagłębił się we wspomnienia - nie był tutaj od dwudziestu lat.
                                - Tyle zmian tutaj zaszło przez ten czas - rozmyślał.
                                Pokonywali schodki, których tu mnóstwo, ona musiała zajrzeć w każdy zakątek. Od
                                czasu do czasu pomiędzy domkami zauważała błękit zatoki: tak, w Agia Galini
                                było jej cudownie i tak bardzo grecko.
                                Zeszli na dół, nad zatokę, pospacerowali wokół uroczego porciku.

                                • bebiak Rethymnon 26.03.06, 19:35
                                  Wieczory spędzali w swoim Rethymnonie: spacerowali najczęściej po Starówce - to
                                  miejsce wieczorami wyglądało wspaniale. Oglądali stare budynki: może nie
                                  najpiękniejsze jakie dotąd w Helladzie widziała ale doprawdy pełne uroku, ona
                                  wdychała zapachy dochodzące z niezliczonych tawern - zapachy kuchni greckiej
                                  obok zapachu morza były jej ulubionymi. Na dłużej zatrzymywali się pod
                                  weneckimi łukami znajdującymi się nad wąskimi uliczkami, patrzyli na
                                  wspaniałą fontannę Rimondi, na Meczet Nerantzies i piękny minaret. Znajdowali
                                  takie miejsca skąd mogli przyglądać się weneckiej fortecy – ślicznie wieczorami
                                  podświetlonej i górującej nad Starówką. Ich wieczorne spacery urokliwymi
                                  uliczkami tej części Rethymnonu dostarczały jej wiele radości i choć sporo osób
                                  tutaj spacerowało to dla niej mimo tłumów, to miejsce wydawało się być
                                  wspaniałym.
                                  W dzień Starówka była również piękna, ale wieczorami przy niezbyt silnym
                                  świetle latarń – wyglądała rewelacyjnie.
                                  Spacerowali wokół przystani, poszli do latarni morskiej, do portu.
                                  - Wiesz – mówiła przy jednej z pierwszych kolacji – Chciałabym znaleźć tutaj, w
                                  Rethymnonie, jedno miejsce. Banalne to ale nie śmiej się ze mnie: mam w domu
                                  fragment Rethymnonu ułożony z puzzli i od lat wisi na ścianie ciesząc moje
                                  oczy. Byłoby cudownie gdybym ten fragment mogła zobaczyć na własne oczy. To
                                  zupełny drobiazg, ale to świetne uczucie kiedy się patrzy na coś całymi latami
                                  a potem nagle się to widzi naprawdę. Doznałam tego kiedyś na Akropolu, doznałam
                                  na Rodos, czy w Meteorach, doznałam również na Monte Cassino. Z pewnością nie
                                  wiesz bo to miejsce dotyczy Polaków, ale tam, na Monte Cassino, jest również
                                  pewien napis, o którym dowiedziałam się sto lat temu i kilkakrotnie oglądałam
                                  różne zdjęcia z tego miejsca. Kiedy stanęłam tam w końcu kilka lat temu – nie
                                  bardzo mogłam uwierzyć, że to w ogóle widzę. Przedziwne to uczucie ale cudowne.
                                  A to miejsce z moich puzzli musi być gdzieś przy porcie: to tawerna, chyba
                                  tawerna, która nazywa się Erotokritos.
                                  Siedzieli w tawernie, która już do końca pozostała ich ulubioną, tu, w
                                  Rethymnonie. Oddalona od portu, od centrum Starówki, od turystycznych szlaków,
                                  omijana przez większość. Przychodzili tu Grecy, to co podawano było doskonałe,
                                  a poza tym właściciel był miłośnikiem Hadzitakisa i wciąż właśnie jego utworów
                                  można było tu posłuchać. Tylko raz poszli na kolację do innej tawerny niż
                                  ich „Papadosiako”.
                                  ----------
                                  Poszli na swój wieczorny spacer:znaleźli się w porcie.
                                  - Spójrz: tu masz swoją tawernę Erotokritos.
                                  Patrzyła na ten napis i nie wierzyła, że go widzi: od lat tak dobrze jej znany
                                  z puzzli wiszących na ścianie.
                                  - To taki drobiazg a tak wiele radości odczuwam. Coś niewiarygodnego.
                                  Doszli do wzgórza: popatrzyli na pięknie oświetloną o tej porze fortecę.
                                  Wchodzili po schodkach coraz wyżej i wyżej – znaleźli tu wspaniałą tawernę z
                                  rewelacyjnym widokiem na morze oraz śliczną muzyką.
                                  Jedli doskonałe ryby, sałatkę z ośmiornicy oraz melitsanosalatę.
                                  Popijali białe wino prosto z beczki i mieli się doskonale. Patrzyli na morze i
                                  fale a kreteńska muzyka wspaniale działała na ich zmysły.

                                  ----------------

                                  Poszła na Stare Miasto: zapadał zmierzch a wąskie uliczki tego miejsca przy
                                  świetle latarń były przecież pełne uroku.
                                  Zaglądała do niewielkich sklepików, kupowała jakieś prezenty. Sporo czasu
                                  spędziła w jednym ze sklepików w zapomnianej bocznej uliczce Starówki
                                  rozmawiając z przesympatyczną właścicielką.
                                  Miała na imię Irini, sporo podróżowała po Europie a i w Polsce była trzy razy w
                                  ciągu ostatnich dziesięciu lat: zachwycała się Krakowem, Toruniem i Gdańskiem
                                  przyznając, że Warszawa nie podobała jej się.
                                  Kiedy się rozstawały Irini wręczyła jej niewielki pakunek: były to czerwone
                                  świece.
                                  - Może jak je zapalisz w Boże Narodzenie pomyślisz chwilkę o mnie – dodała.
                                  Była wzruszona: takie spotkania sprawiały jej w Helladzie najwięcej radości.

                                  Zajrzała do dużego sklepu z wyrobami ze skóry – przypominał jej magazyn.
                                  - Ach, ten zapach – głęboko zaczerpnęła powietrza.
                                  Każdy kto tu wchodził dostawał szklankę z jakimś płynem – ona też.
                                  - Co to takiego? – zapytała.
                                  - Raki – usłyszała od rozbawionych Greków.
                                  Miała problem: Grekom nie powinno się odmawiać ale wypicie tak mocnego, dla
                                  niej mocnego, alkoholu nie było możliwe.
                                  Chodziła po tym magazynie zastanawiając się co powinna powiedzieć Grekom. Chyba
                                  zauważyli jej wahania.
                                  - Jest mi tak przykro, że jesteś chora – usłyszała nagle głos jednego z nich. –
                                  Z pewnością bierzesz jakieś lekarstwa.
                                  Rozbawiło ją to.
                                  - Dlaczego tak sądzisz? – była zdumiona.
                                  - Bo tylko ludzie chorzy nie piją raki.
                                  Wyjął jej szklankę z ręki i wypił jej zawartość.
                                  - Czy teraz czujesz się lepiej? – zapytał.
                                  Tak, zdecydowanie czuła się lepiej, bo nie miała już problemu z raki choć słabo
                                  to wszystko rozumiała.




                                  • bebiak Jeszcze dwa zdania o barach muzycznych w.... 26.03.06, 19:42
                                    ... Limenas Chersonissos (przypominam, że to rok 2001 i być może coś się
                                    zmieniło).

                                    Wieczorny spacer po tętniącej życiem promenadzie i niespodzianka, którą
                                    wcześniej wymyśliła wspólnie z P.
                                    - Posłuchaj Tygrysie, postanowiliśmy z tatą, że w ramach niespodzianki
                                    urodzinowej puszczamy cię dziś do prawdziwego dorosłego baru muzycznego.
                                    Wybierz sobie któryś i dobrze się tam baw tak długo jak tylko chcesz. Powrotną
                                    drogę do hotelu dobrze znasz i potrafisz wrócić sam.
                                    Wcześniej rozmawiała z Wasą i Nektariosem na temat tych barów.
                                    - Nie, nigdy nie słyszałem, aby były tam narkotyki, a już na pewno nie są
                                    wciskane na siłę młodym ludziom. Owszem, oni zachowują się tak jakby byli w
                                    jakiejś ekstazie, ale to bardziej kwestia drinków i muzyki, która na nich tak
                                    działa. Spokojnie i bez żadnych możecie Tygrysa tam puścić.
                                    Ale Tygrys ich zaskoczył – on wcale nie marzył o zabawie w takim barze!
                                    - Ja tylko lubię atmosferę tej promenady, ale do baru nie mam ochoty iść. –
                                    tłumaczył.
                                    Usiedli zatem w trójkę w nadmorskiej kafejce: popijając doskonałe drinki i
                                    jedząc desery lodowe – w ten sposób uczcili dzień 16-tych urodzin Tygrysa.
                                    • Gość: Kretka Re: Jeszcze dwa zdania o barach muzycznych w.... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 28.03.06, 13:04
                                      Zobaczyłam podklejony temat o Chersonissos i pomyslałam "pffff". Forum o Grecji
                                      i promuje się TAKIE COŚ? Ale teraz już rozumiem, czemu - Bebiakowy opis jak
                                      zwykle urokliwy. Ale do Chersonissos mnie nikt nie zaciągnie,
                                      nienienienienienienei:)
                                      • orchidea27 Re: Jeszcze dwa zdania o barach muzycznych w.... 01.04.06, 19:01
                                        Masz rację Kretko, ze Bebiakowe opisy są prześliczne. :))) Jeszcze bym więcej
                                        poczytała. A może ktoś podpowie mi, jak dojechać do tego miejsca, gdzie widac
                                        dwa morza ?
                                        • Gość: Kretka Re: Jeszcze dwa zdania o barach muzycznych w.... IP: *.acn.waw.pl 06.04.06, 21:05
                                          o, witam inną Kretkę, w pierwszej chwili myślałam, że to ja już tu pisałam :)))

                                          W tym kurorcie przyszło mi spędzić niespodziankową podróż poślubną. Te 2
                                          tygodnie były wspaniałe, nie tylko dlatego, ze miodowe :)

                                          Codzienne spacery po zmroku do 3 wioseczek nad kurortem i degustacje tawerniane
                                          wspominamy ze wzruszeniem. W Piskopiano bracia Alex i George wmuszający w
                                          klienta 8 darmowe ouzo czy raki, w "starym" Hersonissos wiekowy siwy dziadek
                                          Kostas z kafenio, który przysyłał nam świąteczne kartki z zasuszonymi dla mnie
                                          kwiatami bugenwilli...

                                          I świetna baza wypadowa do zwiedzenia np. Knossos, Agios Nikolaos, Lassithi,
                                          Vai, Toplou, Malii, Ierapetry, Heraklionu i muzeum archeologicznego, Festos,
                                          Gortyny, Matali itd itp.

                                          Jak się chce, można w ogóle nie żyć życiem kurortowym. Każdego wieczoru byliśmy
                                          w wioseczkach, w dzień na wycieczkach.

                                          Życzę miłych wakacji
                                          • orchidea27 Re: Jeszcze dwa zdania o barach muzycznych w.... 09.04.06, 12:28
                                            Ojej ... pocieszyłas mnie niepomiernie. To też bedzie moja podróz poślubna, ale
                                            w Limani Hersonissou spedzimy tylko tydzeń, w tym jeden dzień przeznaczony na
                                            rejs na Santorini. Fajnie, że jest tam gdzie pospacerować wieczorkiem, bo
                                            dyskotek nie lubie. Na drugi tydzień zamierzamy wynając samochód i powłóczyc
                                            sie po wyspie. Dzięki ci wielkie Kretko. :))))
                                        • Gość: Misia Re: Jeszcze dwa zdania o barach muzycznych w.... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.04.06, 14:06
                                          Kreta jest magiczna, byłam tam 8 razy (przez ostatnie 4 lata staram się spędzić
                                          każdą wolną chwilę właśnie na Krecie) i na tegoroczny długi weekend też się
                                          wybieram, właśnie do Chersonissos. Miejscowość nieciekawa latem, w sezonie, ale
                                          zyskująca zupełnie inny wymiar gdy tłumy turystów przegoni troszkę gorsza
                                          pogoda (czyli wczesną wiosną, jesienią i zimą). Dobre miejsce do
                                          stworzenia "bazy wypadowej", w zasadzie w każdą stronę wyspy łatwo stąd
                                          wyruszyć. Przesyt głośnych barów, nastawionych na turystów żądnych rozrywki,
                                          alkoholu i tańca.. Ale miejscowi ludzie mili, w większości Grecy i Albańczycy.
                                          Sam hotel Creta Maris - myślę, że jeden z lepszych na wyspie, a na pewno w
                                          Chersonissos. Elegancki, czysty, z własną plażą, bardzo dużo zieleni wokół
                                          bungalowów i budynku głównego - ale zawsze to OGROMNY hotelowiec, pełen ludzi!
                                          Myślę, że położenie hotelu na uboczu miejscowości jest sporą zaletą, a z
                                          drugiej strony wystarczy przejść plażą i już się jest w pobliżu portu i
                                          promenady z całą masą knajp, knajpeczek, barów i sklepików.
                                          Polecam knajpkę Niko's Place (koło fontanny trzeba wejść w uliczkę prowadzącą w
                                          stronę pogotowia), klimatyczne miejsce, w którym spotykają się rodowici
                                          Kreteńczycy, snujący opowieści o Chersonissos, które kilkadziesiąt lat temu
                                          było tylko małą wioską położoną na zboczu góry.
                                          Życzę udanych wakacji, tak naprawdę pozytywne nastawienie, uśmiech i dobry
                                          humor są ważniejsze, niż klimat miejscowości czy hotelu:))
                                          • orchidea27 Re: Jeszcze dwa zdania o barach muzycznych w.... 09.04.06, 12:31
                                            Dziękuje Misiu za piękny opis hotelu. Myślę, ze będzie mi się w nim miło
                                            mieszkało. Nie omieszkamy odwiedzic polecanej przez Ciebie knajpki Niko's
                                            Place.
                                  • Gość: Gość Re: Rethymnon IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.07.06, 16:31
                                    witaj,
                                    Wybieram sie do Rethymnon za dwa tygodnie...
                                    piszesz o tawernie „Papadosiako”. Gdzie ona sie znajduje i czy mozesz tez
                                    polecic inne miejsca w tym miescie, gdzie mozna zjesc greckie jedzenie za
                                    niewygorowana cene?
                                    pozdrawiam
                                    Maciej
                          • Gość: matala!! Re: Gortyna, Faistos, Matala - dokończenie IP: 83.238.108.* 31.01.07, 15:38
                            na zachętę dla wszystkich zastanawiających się, który region krety wybrać -
                            www.kreta.net w razie czego służę większą iloscią zdjęć i odpowiem na
                            pytania:)

                            Pozdrawiam i zyczę bajkowych Kreteńskich wakacji:)
    • Gość: basia Re: Hersonissos IP: *.imz.pl 10.05.06, 10:09
      Świetny hotel, dobre położenie.
      • Gość: lena24 Hersonissos IP: *.system / *.system-sat.pl 23.07.06, 11:20
        kto wybiera się do Hersonissos ok. 10 września ???
        Pozdrawiam
        nenka22@wp.pl
        • zetpt Re: Hersonissos 25.09.06, 08:18
          ja si ewybieram tylko ze 27 wrzesnia do hwrsonissos

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka