Niestety, pewnie już sie domyślacie. Moje milczenie było związane z
nieobecnością w domu. Wróciłam dziś po południu i dopiero teraz odważyłam się
zajrzeć do internetu... Odjęło mi mowę ze wzruszenia, jak zobaczyłam, ile
wiadomości do mnie... Specjalnie do mnie... Tyle emocji... tak bardzo Wam
dziękuję za wszystkie dobre słowa i myśli...
Narobiłam ostatnio tyle szumu wokół siebie, że winna jestem Wam relację,
chociaż nie jest to relacja, którą chciałybyście usłyszeć...
Okazało się, że zarodek prawie nic nie urósł, pęcherzyk na 7 i pół tygodnia,
zarodek na niecałe 6, oczywiście brak tętna...
Od razu skierowanie do szpitala (św. Zofia ), jeszcze wieczorem cytotec, dziś
przed południem zabieg. Zajeła się mną moja pani dr, okazało sie, ze dziś
była w szpitalu, sama przeprowadziła zabieg. Lepszej opieki nie mogłam chyba
mieć. Wypisali mnie po 17 i było po wszystkim. Fizycznie czuję się bez
zarzutu, okazało się nawet, że zabieg był prawie nieinwazyjny, bo cytotec
prawie wszystko załatwił za lekarza... Wystarczyło "posprzątać". Wybaczcie
moją dosłowność...
Przez pół nocy w szpitalu nie spałam i przemyślałam sobie wszystko bardzo
dogłębnie. Pokrótce - szkoda czasu na depresję, a konkretnie na czas stracony
na wychodzenie z niej, kiedy człowiek już wie, że chce żyć, ale jeszcze nie
wie jak. Ja wiem, że chcę i wiem dla kogo. Mój mąż jest najlepszym
człowiekiem na świecie i przekonałam się o tym po raz kolejny. Postanowiłam
narzucić sobie nieco dyscypliny, bo zapuściłam sie zarówno psychicznie (patrz
moje histerie ciążowe, przecież tak sie nie da) jak i fizycznie (zero
kondycji, nadwaga, złe odżywianie). Mam więc sporo rzeczy do poprawienia w
życiu i muszę zacząć jak najszybciej. Tu nie ma czasu na depresję.
Jutro kończę trzydzieści lat, a życie zaczyna się a nie kończy po
trzydziestce, prawda? Mam jeszcze parę lat na próbowanie, w końcu może mi się
uda, a jeśli nie, to mam nadzieję, że przez te parę lat osiagniemy na tyle
stabilizację, żeby móc zaadoptować dzieciaczka... To zawsze chcieliśmy
zrobić, ale myślałam, że adopcja byłaby obok posiadania także własnego
dziecka/dzieci. Teraz widzę, że to nie takie oczywiste, tj. że po prostu nie
wiem, co będzie. Nie poddaję się. Żal mi tylko, ze jeśli nawet wrócę na to
forum, to Was już tu nie będzie... Będę za Wami tęsknić, chociaż też wcale
nie wiem, jak wyglądacie, wiem o Was bardzo niewiele, ale trudno mi sie z
Wami rozstać. To przykre... NIe odejdę tak całkiem, bo muszę wiedzieć, co u
Was. Może czasem nie będzie mnie dłuzej, bo nie wiem, czy jednak nie dopadną
mnie szpony depresji tak jak poprzednim razem (chociaż będę z nią walczyć),
ale będę tu zaglądać. W razie czego macie mój adres gazetowy - używam tej
skrzynki jako prywatnej. Widziałam, ze anuteczek założyła podforum, zajrzę
tam, jak odzyskam trochę wigoru, może wystarczy się wyspać... Miało być
krótko... No coż, nie wiem, czy ktoś to w ogóle doczyta do końca... Na koniec
tylko chcę powiedzieć, że nie rozpaczam. Mam nadzieję, ze nie zacznę, ze to
nie jest szok, tylko, ze naprawdę udało mi się nie załamać. Jestem coraz
silniejsza i juz nie tak łatwo pozbawić mnie równowagi. Chociaż ktoś lub coś
bardzo się stara...
Jesteście moje

I dziekuję Wam.
Całuję, Agata
PS. Przepraszam za chaos myślowy, ale to wszystko kłębi mi się po głowie,
tyle myśli, uczuć, tyle spraw...