pam-param
12.11.04, 11:32
Moje Drogie,
Mam pytanie odnośnie przyjmowania progesteronu w zagrażającym poronieniu. W
ramach wstępu - historia mojej ostatniej ciązy:
10 dni temu poroniłam w 8. tygodniu. W 6. tyg. miałam robione usg - pęcherzyk
ciążowy bez widocznego zarodka. Tydzień później - ciągle brak zarodka,
pęcherzyk nie zwiększył wymiarów, do tego lekarz dopatrzył się czegoś
niepokojącego na zewnątrz macicy i dał na wszelki wypadek skierowanie do
szpitala z podejrzeniem ciąży pozamacicznej. Dzień później powtórzyłam usg w
innym gabinecie, u lekarza, który ma b. dobry ultrasonograf - tam z kolei
widać było w dużym powiększeniu zarodek (z pulsującym serduszkiem!) i nie
było widać nic na zewnątrz macicy. Oczywiście nie muszę mówić, że całą noc
przed tym ostatnim usg przeryczałam - ciąża pozamaciczna to straszna
diagnoza. Dzien po ostatnim usg - plamienia. Myślałam, że może w trakcie usg
jakieś naczynko pękło, że to może plamienia z szyjki, i miałam nadzieję, że
samo przejdzie. Niestety, nasilały się. Pojechałam zatem do szpitala, tam od
razu przyjęli mnie na oddział. Do końca dnia tylko tam siedziałam (i okropnie
się denerwowałam) - żadnych badań, leków (poza no-spą). Następnego dnia usg -
brak zarodka w pęcherzyku, ścianki pęcherzyka zamazane. Lekarz powiedział, że
raczej nic z tego nie będzie. I że zatrzyma mnie na tydzień w szpitalu,
żeby "poobserwować". Wypisałam się na własną prośbę - obserwować moge się w
domu, w tym czasie zrobię trzykrotne b-hcg i usg po tygodniu (w szpitalu nie
robią b-hcg, więc musiałabym gdzieś jeździć). Jeszcze tego samego dnia - ból
brzucha, jak przed miesiączką, i nasilające się plamienie, które późnym
wieczorem przekształciło się w krwawienie - jak okres. Już wiedziałam, że po
moim dziecku. Następnego dnia do ginekologa - stwierdzone poronienie.
Potwierdzone spadającym do zera b-hcg. Macica oczyściła się sama, nie
musiałam mieć łyżeczkowania.
I teraz przechodzę do zasadniczego pytania:
w szpitalu pytałam lekarza, czy takie plamienie może być spowodowane np.
niedoborem ciałka żółtego i czy mogłoby pomóc przyjmowanie progesteronu. Na
co powiedział mi coś, co bardzo mnie zdziwiło: że "są lekarze, którzy wierzą
w ten progesteron", ale on twierdzi, że to nic nie pomaga w takim przypadku.
To samo pytanie zadałam lekarzowi (doktor n.med., specjalista endokrynolog,
więc na hormonach się zna!). Zapytałam też, czy mogłam jakoś zapobiec temu
poronieniu czy też zatrzymać je w trakcie, np. przyjmując duphaston. I czy
mogę na przyszłość ustrzec się przed tym, uzupełniając ew. niedobór
progesteronu. To co odpowiedział, zbiło mnie mocno z tropu, bo często czytam
na forum o przepisywaniu progesteronu w przypadku zagrażającego poronienia.
Lekarz powiedział mianowicie, że mogłabym się nawet wykąpać w progesteronie,
a nic by to nie pomogło ani by nie wspomogło ciałka żółtego. Poronienia
wczesnej ciąży z przyczyn wad genetycznych zarodka czy niedoboru ciałka
żółtego (a tych jest ponoć większość; często ponoć nawet nie wiemy, że
byłyśmy / jesteśmy w ciąży, a poronienie brane jest za opóźniony okres!) nie
można powstrzymać. Powiedział, że lekarze w takich przypadkach podają
progesteron, żeby kobieta miała świadomość, że coś się robi w jej sprawie. Że
działa to raczej na zasadzie placebo. Jeżeli ciąża ma się poronić, to i tak
się poroni, a jeżeli nie - to nie. Że najważniejszy jest spokój, odpoczynek i
pozytywne myślenie.
No i nie wiem, co teraz myśleć o tym wszystkim. Ten lekarz jest na pewno
dobrym fachowcem i nie mam podstaw, żeby myśleć o nim jako o konowale. Poza
tym to samo usłyszałam wcześniej od innego lekarza. Tymczasem tutaj spotykam
się z dziesiątkami postów o dobroczynnym wpływie duphastonu. Czy spotkałyście
się z taką opinią lekarza, jaką i ja usłyszałam, tzn. że duphaston nie ma
takiego cudownego działania, jakiego byśmy oczekiwały?
Pozdrawiam,
Basia