Gość: Fredzio
IP: *.zwm.osi.pl
19.10.09, 16:52
Po zainstalowaniu się w hotelu krótki spacer po okolicy, zaskakuje nas, że
hotel ten jest blisko starego miasta, dochodzimy do brzegu rzeki Mura,
przechodzimy przez most, przyglądamy się niezwykłej kawiarni … na środku
bardzo rwącego i szerokiego nurtu. Stajemy u stóp stromego, oświetlonego
zbocza, na którym stoi zamek - widok niezwykły. Podchodzimy też do niezwykłego
budynku Muzeum Sztuki nowoczesnej, w kształcie … hm … beznogiego żółwia,
pokrytego rojem pełzających robaczków świętojańskich (może ktoś kto to widział
opisze lepiej ?). W poprzednich przelotnych pobytach w Grazu nocując w
Oekotelu, właściwie poza miastem (w Kalsdorf), nie mieliśmy okazji tego
zobaczyć, choć kiedyś udało nam się zwiedzić m.in. Arsenał Miejski, coś
naprawdę niezwykłego, gmach w który przechowuje się komplet XVIII-wiecznego
uzbrojenia, białej i palnej broni, zbroi (m.in. zabawnej „pancernej” sukni
damskiej) dla 25000 mieszczan zobowiązanych do obrony miasta. W ogóle miasto
godne zwiedzenia.
Nazajutrz wyruszamy o 7.30 i gładko docieramy do granicy Włoch, które witają
nas deszczem, który gdy wychodzimy z budynku stacji paliw zamienia się w tak
potworną ulewę, że muszę maksymalnie zwolnić i zapalam tylne światło
przeciwmgielne. Na dodatek okazuje się, że po ostatnim myciu samochodu
niedokładnie wytarłem przednią szybę, tworzą się więc na niej matowe plamy z
którymi nie radzą sobie wycieraczki. W dogodnym miejscu zatrzymuję się i
wycieram szybę, ulewa powoli ustaje, można jechać normalnie. Ta część drogi
jest bardzo ciekawa widokowo i – technicznie: dwadzieściakilka (trzydzieści
?) tuneli, wiadukty też mają swój urok. Wjazd na autostradę przeraża z daleka
widokiem czynnych tylko dwóch bramek, co jest włoską specjalnością, ale po
zbliżeniu się okazuje się, że bilety można pobrać w ruchu od rozstawionych
poza bramkami bileterów w ostrzegawczych kamizelkach ( … kiedyś robiły to
śliczne panienki …), ruszamy z kopyta w znacznym ruchu - dziś ostatnia sobota
wakacji, ale jedziemy bez trudności, Pandzia dzielnie wyciąga bez popędzania
100-120, ma ochotę na więcej, bo gdy przez dłuższy czas nie patrzyłem na
szybkościomierz rozhulała się do 140. Mijamy z daleka bardzo korkotwórcze
bramki wyjazdowe na Wenecję, teraz jadąc w kierunku Mediolanu (A4) nie trzeba
tu zmieniać autostrady. Ale … niedługo potem na ekranach na drogą pojawia się
złowrogie słowo CODA i rzeczywiście ruch przed nami zagęszcza się, mrugają
światła awaryjne, ruch zwalnia do 5 km/g. I tak pełzaliśmy z okresowym
bezruchem przez pełne trzy godziny, aż zaczęliśmy się martwić, że nie zdążymy
do Peschiery przed 20.00, kiedy zamykają biuro Eurocampu. Potem powoli
przyspieszamy i ruch normalnieje, a co było powodem korka, jak przeważnie bywa
– nie wiadomo. Panienka w GPS najwyraźniej nie zna nowego odcinka autostrady,
bo coraz bardziej nerwowo (tak nam się wydaje) domaga się „zawrócenia w lewo”
(a na displeju zamiast drogi na wprost wirują dziwne linie), po
kilkudziesięciu kilometrach niespodziewanie przytomnieje i poleca „jedź tą
drogą”, prawidłowo rozpoznaje właściwy zjazd z autostrady i doprowadza nas do
kempingu, jak miała zaprogramowane.