jedrus1-a
27.01.06, 00:56
Komu szkodzi sól?
Link ogólny:
serwisy.gazeta.pl/nauka/0,0.html
link szczegółowy:
serwisy.gazeta.pl/nauka/1,34148,3132767.html
Andrzej Hołdys 26-01-2006, ostatnia aktualizacja 26-01-2006 18:56
Niezwykły proces rusza w przyszłym tygodniu za oceanem. Producenci soli
domagają się od naukowców, by udowodnili, że sól rzeczywiście podwyższa
ciśnienie krwi i zwiększa ryzyko zawału. Ci jednak odmawiają ujawnienia danych
Pozew do sądu przeciwko badaczom złożył Salt Institute - organizacja
lobbystyczna reprezentująca interesy firm produkujących sól i handlujących
nią. Jej prawnicy twierdzą, że nie ma jednoznacznych dowodów na to, że
produkt ten stanowi zagrożenie dla układu krążenia. Dlatego domagają się, aby
instytucje odpowiedzialne w USA za zdrowie publiczne, w tym przede wszystkim
Narodowe Instytuty Zdrowia oraz nadzorujący je Departament Zdrowia, przestały
twierdzić w swoich publikacjach, że obywatele powinni ograniczyć spożycie
soli.
Sól niedobra - nie jedzcie
Sądowa bitwa, której celem jest rehabilitacja soli jako produktu zdrowego i
nieszkodliwego, rozpoczęła się w październiku 2002 roku, kiedy to amerykański
Narodowy Instytut Serca, Płuc i Krwi (NHLBI) - jedna z placówek naukowych
podległych amerykańskiemu Departamentowi Zdrowia - przedstawił nowe, bardziej
restrykcyjne normy spożycia soli. Badacze zalecali zatem obywatelom, aby
dziennie zjadali nie więcej niż 6 gramów soli - tyle mniej więcej mieści się
na łyżeczce do herbaty. W kolejnych rekomendacjach z 2003 roku twierdzili
też, że dobrze byłoby zredukować konsumpcję tego produktu jeszcze o połowę.
Te rady pojawiły się w wielu ulotkach i dokumentach, zostały powtórzone w
setkach artykułów prasowych i skopiowane w innych krajach.
Na jakiej podstawie lekarze z NHLBI twierdzą tak kategorycznie, że sól w
nadmiarze szkodzi sercu? Według nich przemawiają za tym wyniki wielu
wcześniejszych badań, przede wszystkim jednak tego ostatniego o nazwie DASH-
Sodium Trial. To ono stało się główną kością niezgody między światem nauki a
biznesem.
W badaniu przeprowadzonym sześć lat temu wzięło udział 412 osób, którym
podawano w diecie trzy różne dzienne dawki soli - 4, 6 i 8 gramów. Dodatkowo
wszystkich podzielono na pół i jednym serwowano zwykłą amerykańską dietę,
drugim zaś kazano jeść dużo warzyw, owoców i niskotłuszczowego nabiału. Opis
badań ukazał się w styczniu 2001 roku w "New England Journal of Medicine"
wraz z konkluzją, że łączne działanie dwóch czynników - diety warzywno-
owocowo-nabiałowej i dawki soli kuchennej poniżej 6 gramów - doprowadziło w
ciągu paru miesięcy do znaczącego obniżenia ciśnienia krwi u badanych. W ślad
za tymi wynikami poszły zalecenia dietetyczne dla obywateli i lekarzy, które
stały się przedmiotem sporu z Salt Institute.
A gdzie dowody, że niedobra?
Producenci soli nie żądają wcale, by naukowcy odwołali swoje badania.
Domagają się natomiast pokazania surowych danych, na podstawie których
wyciągnięto tak niekorzystne dla soli wnioski. Tych danych uczeni nie chcą z
kolei ujawnić. Odpowiadają, że nie ma takiej potrzeby, ponieważ artykuł
ukazał się w renomowanym piśmie i został wysoko oceniony przez recenzentów -
słowem, badania zostały zweryfikowane w jedyny obowiązujący w nauce sposób i
innej weryfikacji już nie potrzeba.
Biznes nie przyjmuje tej argumentacji i stąd cała awantura. Nauka nie jest
sztuką dla sztuki, a oceny badaczy mogą mieć dla nas poważne konsekwencje
finansowe. Dlatego wszystkie dane powinny ujrzeć światło dzienne, aby każdy
mógł ocenić ich wartość - przedstawiają swój punkt widzenia przedsiębiorcy.
Kiedy prośby pisane do NHLBI nie pomogły, złożyli pozew do sądu przeciwko
Departamentowi Zdrowia, który dał pieniądze na badania. Jeśli wygrają, wtedy
wynajęci przez Salt Institute konsultanci, czyli naukowcy z drugiej strony
barykady, będą jednymi z pierwszych, którzy zlustrują eksperyment.
Szansa, że ta lustracja się powiedzie, jest spora. W sprawie szkodliwości
soli nie ma bowiem zgody i właściwie każde badanie, a wykonano ich do tej
pory setki, jest kwestionowane przez oponentów. Każdy znajdzie tu fakty
potwierdzające jego ulubioną hipotezę wedle zasady "dla każdego coś miłego".
Obywatel czeka na radę
Na początku, czyli 30-40 lat temu, wszystko było jasne: sól szkodzi. Jednak z
każdą kolejną pracą ogłoszoną przez naukowców wątpliwości przybywało. Pod
koniec lat 80. lekarze w Szkocji po zbadaniu 7300 mężczyzn ogłosili, że
owszem, potas, w który bogate są owoce i warzywa, prawdopodobnie obniża
ciśnienie krwi, ale odwrotnego działania soli nie zauważyli. Dziesięć lat
później powtórzyli badania, otrzymując ten sam wynik.
Także naukowcy z uniwersytetu w Kopenhadze, którzy w 1998 roku dokonali
ponownej analizy 114 wcześniejszych badań, doszli do wniosku, że korzyści
płynące z ograniczenia spożycia soli są dla ludzi z normalnym ciśnieniem krwi
zerowe, a dla tych z nadciśnieniem - znikome. Pogląd ten został wsparty
autorytetem takich szacownych organizacji jak Amerykańskie Towarzystwo
Nadciśnienia i Chorób Serca czy Amerykańskie Towarzystwo Chorób Serca,
podobnie uważają niektóre stowarzyszenia medyczne w Europie.
Z drugiej strony są największe badania w USA prowadzone od ponad 30 lat przez
Narodowe Instytuty Zdrowia (w ich skład wchodzi NHLBI) - za każdym razem
pokazują, że sól wyraźnie podwyższa ciśnienie krwi. I ten pogląd jest dziś
obowiązujący w amerykańskiej polityce zdrowotnej, choć uczeni zdają sobie
sprawę z tego, że na wszystkie pytania dotyczące działania soli na ludzki
organizm nie znaleźli jeszcze odpowiedzi. - Zwykłych obywateli to jednak nie
interesuje. Chcą jednoznacznej rady, a skoro jesteśmy przekonani, że sól
szkodzi, mówimy to. Wierzę, że w ten sposób ratujemy życie wielu ludziom -
mówi Claude Lenfant, dyrektor NHLBI.
Koncerny mnożą wątpliwości
Wielu zgadza się z takim podejściem - mówić, że sól szkodzi, nawet jeśli nie
ma co do tego stuprocentowej pewności. Potępia zaś działanie firm, które
próbują podkopać autorytet nauki w imię własnego interesu.
- Badacze są łatwym celem dla takich ataków, bo przecież zajmują się
odkrywaniem tego, co nieznane. Taki jest urok nauki, że rzadko daje ona
jednoznaczne odpowiedzi. By być pewnym w stu procentach, że jakaś substancja
szkodzi, trzeba by nią nafaszerować tysiące ludzi i czekać, aż się potrują.
Tego robić nie wolno, więc nigdy nie uda się usunąć wszystkich wątpliwości -
mówi Chris Mooney, autor wydanego niedawno bestselleru "The Republican War of
Science" opisującego, jak za prezydentury George'a W. Busha wielkie koncerny
zaczęły coraz śmielej atakować naukę, starając się podważyć wyniki
niekorzystnych dla nich badań. Zatrudniają w tym celu zastępy własnych
badaczy, których głównym zadaniem jest wyszukiwanie słabych punktów w pracach
naukowych.
- Pozew złożony przez Salt Institute jest modelowym przykładem takiego
postępowania - twierdzi Mooney. - Tę drogę przetarły w latach 70. firmy
tytoniowe, starając się obalić wyniki badań dowodzących szkodliwości tytoniu.
Jak to ujął ponad 30 lat temu jeden z szefów koncernu tytoniowego Brown &
Williamson: "Nasza robota polega na produkowaniu wątpliwości". W ich ślady
poszedł przemysł chemiczny, farmaceutyczny, spożywczy, naftowy i wiele
innych.
Wszystkie badania są nasze
Ta broń nazywa się Data Quality Act. Jest to przyjęty przez Kongres w 2001
roku przepis zobowiązujący wszystkich autorów badań, które są finansowane z
funduszy publicznych, do skrupulatnego archiwizowania danych. A jeśli te
badania posłużyły do tworzenia polityki państwa, na przykład ustalenia norm
zanieczyszczeń środowiska, każdy obywatel może się domagać wglądu do nich.
Zapytacie, cóż złego