agata.stad
01.05.11, 10:57
witajcie.
pisze dlatego, ze nie czuje sie juz dobrze sama z soba. a przede wszystkim dlatego, ze przestaje rozumiec mojego partnera. potrzebuje spojrzenia z boku. obiektywizmu obcych osob. i slow ktore pomoga mi nie zepsuc czegos z wlasnej glupoty.
ale od poczatku. poznalam go kilka lat temu. bylam po tzw. przejsciach. on w trakcie tychze. znalismy sie z podstawowki. w tamtych czasach bylismy dobrymi kumplami ale nie iskrzylo i na etapie kumpelstwa pozostalismy. po latach spotkalismy sie przypadkiem. wiele rozmawialismy, moze za wiele bo znow sie zblizylismy do siebie. potrzebowalam byc kochana i chcialam kochac. on takze, totez szybko poplynelismy w naszej relacji daleko. byc moze za daleko... ale o tym pozniej.
kazdy miesiac byl kolejnym dla rozwijajacej sie przyjazni, dla wydawalo sie kielkujacego uczucia. w miedzyczasie jednak on sie rozwodzil. bylam przekonana ze kiedy uporzadkuje swoje sprawy, nasze beda ukladac sie lepiej. strasznie przezywal rozwod. nie raz zapytalam go wprost, czy zaluje ze ten rozwod ma miejsce, czy nadal kocha zone. zaprzeczal, podnosil glos, ze nie a ja nic nie rozumiem. byc moze nie rozumialam jego podejscia, ale sama bylam po rozwodzie i wydawalo mi sie ze jesli uwalniam sie od toksycznej osoby to odnosze suukces a nie porazke. a on traktowal rozwod jak porazke... zyciowa, emocjonalna, finansowa. nastoletnie dzieci manipulowaly nim w sposob ktory mi sie nie podobal ale nie wtracalam sie. tyle tylko ze na kazdy telefon ktoregos z synow rzucal wszystko. w cczasie rozowdu nie mieszkal u mnie, nawet nie probowal. mieszkal caly czas rozwodu z zona i dziecmi. dla mnie taka sutuacja byla niezrozumiala, on tlumaczyl to tym ze chce byc blisko dzieci, ze chce wiedziec co sie dzieje a poza tym ze kiedy wprowadzi sie do mnie to rozwod skonczy sie orzeczeniem o jego winie. przyjelam to do wiadomosci. mial prawo postepowac jak uznal za konieczne. ale jednoczesnie ranil mnie nieswiadomie. mimo to postanowilam czekac. cierpliwosc to szlachetna cecha. i niezbedna kiedy sie kocha. rozwod trwa przeciez tylko jakis czas. tyle ze w trakcie rozowdu oddalalismy sie od siebie. on mial wciaz poczucie straty, krzywdy co sprawialo ze czulam sie jak .... srodek zastepczy za zone z ktora sie nie udalo. tym bardziej ze przestal byc czuly, cieply. nie wychodzilismy nigdzie poniewaz bal sie ze ktos nas zobaczy. zaczelismy sie "dusic" w tej relacji ograniczonej jego zachowaniem i strachem, siedzac w mieszkaniu . nadal czekalam na koniec tego rozwodu wierzac ze ksonczy sie ta niedobra sytuacja ale poznawalam go z innej strony. zrobil sie wyliczony, chlodny, cyniczny. czasem mialam wrazenie ze odreagowuje na mnie zle emocje, ze mam role worka treningowego. cieplo jakie znalam ucieklo, a troska o mnie i w konsekwencji moje poczucie bezpieczenstwa przestalo istniec. tym bardziej ze mialam wowczas problemy ze zdrowiem i rezultacie w pracy. on byl tak zajety soba ze nawet jesli pytal, nie sluchal co mowie, nie kodowal informacji tak wiec nawet jesli obiecal kupic mi np. lek w aptece, zapominal ze w ogole mial to zrobic. wolne dni spedzalismy w domu, znudzeni. proponowalam wyjazd chocby na wies , zeby sie zrelaksowac, ale on twierdzic zaczal ze nie ma ochoty, sily, motywacji.
tak mijaly kolejne miesiace, poniewaz w trakcie rozprawy moj przyjaciel i zona szukali sposobow jak sie obrzucic blotem. w normalnych relacjach dawno byloby po sprawie. ale oni chyba tak lubili. walczyli z soba cale zycie . tak minely dwa lata. wyrok sadu mimo tej ich walki- bez orzekania o winie.
wydawalo sie ze wszystko wroci do normy. nie wrocilo, mam wrazenie ze moj kolega jest kims innym niz czlowiek z ktorym sie zwiazalam. jest zlosliwy, zimny, obliczony. czy dlatego ze ich walka nadal trwa? bo trwa. teraz o majatek. oni walcza a ja mam dosc. nie chce byc katalizatorem, workiem bokserskim, darmowym terapeuta i tylko tyle. liczylam ze te rozwodowe stresy mina u niego, ze zaczniemy sie cieszyc soba. ale on nie umie juz cieszyc sie chyba niczym. wszystko go denerwuje, na nic nie ma ochoty. czasami mysle ze teraz okryje swiat faceta wieku sredniego, czyli wolny i szalony rozwodnik ktory zaliczy wszystko co sie rusza. dlaczego? zauwazylam jak ekscytuja go spojrzenia mlodych kobiet.
zapewne ktos powie po co wpakowywalam sie w taka relacje. kiedy czlowiek sie zakochuje jest slepy. i nie rozgrzeszam sie tymi slowami. sama wiem ze....... Milosc jest slepa, tym bardziej ze na poczatku odkrylam ze ten cieply, sympatyczny chlopak z podstawowki jest nadal w tym doroslym mezczyznie. byl. a rozwod sprawil ze stal sie kims zupelnie innym. nastawonym na siebie i nieempatycznym czlowiekiem. w zyciu osobistym, w interesach, wobec znajomych.
kocham go ale nie widze naszej przyszlosci jesli on bedzie mnie traktowal jak terapeute i gosposie a nie partnerkę.probowalam z nim rozmawiac, ale bezskutecznie. jak cos jest nie po jego mysli wychodzi trzaskajac drzwiami. kiedys duzo rozmawialismy, dyskutowalismy, wspolnie rozwiazywalismy problemy. dzis nie umiemy....nie rozumiem tego. nie wiem co zrobic, poniewaz kocham go ale nie chce by nasza ralacja byla taka jak teraz.
poradzcie cos, prosze, potrzebuje chocby obiektywnych slow. dziekuje.
ps. jezeli ktos chce obrzucic mnie wylacznie blotem z racji swoich przezyc, frustracji i pogladow, to prosze zeby sobie darowal. obrazanie innych tylko dlatego zeby sobie poprawic nastroj nie jest dowodem madrosci ale glupoty.