felietonista
09.06.04, 11:18
Jak łatwo człowiek potrafi się rozgrzeszyć...
Dzisiejszy świat nie jest dla miłych, uprzejmych „mięczaków”. Dzisiejszy
świat jest dla zdecydowanych, asertywnych ludzi, potrafiących rozpychać się
łokciami w tłumie.
Dziś nikt nie myśli o nikim – dziś przede wszystkim myśli się o sobie.
Zdecydowanie sprawdza się zasada „umiesz liczyć – licz na siebie”.
Pracownik nie doczeka się pochwały, nie mówiąc już o jakiejkolwiek
gratyfikacji finansowej, dopóki się o nią nie upomni. Dostanie ją w tak
zwanym „najlepszym wypadku”, a i w tym momencie nie powinien być skromny. Nie
można liczyć, że ktoś dojrzy nasz wysiłek i sam zastanowi się ile tak
naprawdę jesteśmy warci. Dziś obowiązuje prawo rynku – trzeba się targować.
Lepiej chcieć więcej, żeby było z czego zejść, albo żeby nie mieć moralnego
kaca w przypadku, gdy dają nam tyle ile chcemy. Od razu nam wtedy świta, że
skoro poszło tak łatwo, to coś tu jest nie tak – pewnie tak naprawdę powinno
być więcej, a szef jest zadowolony, że nie mam wyższych wymagań.
Prywatnie też nie można na sobie polegać. Nawet jeśli jesteś z kimś zżyty
bardziej niż z innymi, nawet jeśli wydaje ci się, że to coś więcej niż
zwyczajne koleżeństwo, nawet wtedy nie można być do końca pewnym drugiej
osoby. W najmniej oczekiwanym momencie okazuje się, że i w takim przypadku
możesz zostać okłamany, chociaż darzyłeś tego kogoś przecież takim zaufaniem.
Pół biedy, jeśli ktoś boi się zrobić ci jakąś przykrość. Gorzej, jeśli taki
zawód spotyka cię z czystego wygodnictwa albo ze złości na innych.
Będąc po tej drugiej stronie – tego, który jest tym „zdrajcą”, różne są
motywy i podejścia. Są tacy, którzy po prostu tacy są i się nad tym nie
zastanawiają. Są też inni, którym zdarza się to sporadycznie, aczkolwiek nikt
nie jest idealny, więc się to jednak zdarza. Próbują ukryć pod pewnym fałszem
fakty, które mogłyby zaszkodzić ich wizerunkowi wobec tych okłamywanych
właśnie, z nadzieją, że się nie wyda i za parę dni wszystko będzie po
staremu.
Ale bywają sytuacje, że fałsz wyłazi na jaw i wtedy przychodzi moment zadumy –
„jak ja właściwie sobie to wyobrażałem? Dlaczego nie stać mnie było na
odrobinę prawdy? I co teraz? Ja teraz wyglądam? Czy lepiej niż gdybym
przyznał się do błędu? Właściwie to podłość – zawieść zaufanie kogoś, z kim
tak dobrze się układało. Wiem, że z czasem rany się zagoją, ale blizna
pozostanie – ktoś nie będzie już ufał mi do końca. Ale tak właściwie to co
się takiego stało? Gdzie jest napisane, że muszę być przez wszystkich lubiany
i chwalony. Co właściwie z tego mam? Kompletnie nic, poza satysfakcją, że
jestem dobrym człowiekiem, z którym zawsze można się dogadać i który dzięki
temu jest łatwy do wykorzystania. Pewnie, że chwalą mnie jako dobrego
pracownika, bo skoro jestem w pełni dyspozycyjny, wywiązuję się ze swoich
obowiązków i do tego chcę niewiele, to jak tu mnie nie chwalić? Jasne,
pochwała też ważna rzecz, ale kac moralny pozostaje.
Chrzanię to – jak nie zrobię tego dziś tylko jutro, to nic się nie stanie.
Nawet jeśli inni poczekają na to, na co czekają o jeden dzień dłużej. Ja
czekałem na swoje ponad 2 miesiące i nikt się tym nie przejmował. Trudno –
jak mnie ktoś znielubi – nie muszą mnie wszyscy lubić. Zaczynam mieć tego
wszystkiego dosyć”.
Oto proces jak ze szlachetnego człowieka robi się zgryźliwy i momentami
złośliwy maruda. Tylko dlatego, że sam nie potrafi zawalczyć o swoje wprost,
bezpośrednio u źródeł. I jak łatwo znajduje powód do rozgrzeszenia. Czy tak
postępuje uczciwy człowiek? Ale z drugie strony co ma zrobić, jeśli nie
zawsze potrafi wprost powiedzieć co naprawdę myśli? Koło się zamyka – świat
się degeneruje. Zgryźliwy mięczak dalej będzie robił co mu każą, górą będzie
ten, kto potrafi się rozpychać.