Dodaj do ulubionych

szczescie...

13.01.02, 22:35
"- Szczęście... - stęknął. - Nikt nawet dobrze nie wie, co to takiego i czym
to mierzyć. Ciekawe, czy dałoby się sformułować matematycznie problem
szczęścia... I czy te cholerne funkcje Yoggla przydałyby się chociaż przy jego
rozwiązaniu? Zwrócił twarz w kierunku ściany kontroli.
- No? Co to jest szczęście, durny elektroimbecylu z przebłyskami autonomicznej
świadomości? - rzucił wyzywająco i opadł na fotel.
Przypomniał sobie, że mówienie na glos do siebie jest pierwszym objawem
"modnej" ostatnio formy zaburzeń psychicznych, lecz nie zmartwił się tym
zbytnio. Było mu wszystko jedno.
- To z przemęczenia - mruknął. - Z przemęczenia bezczynnością.

Ściana kontroli jarzyła się, jak nigdy, miriadą rozbłysków i pulsujących
linii. Albert wiedział, że śni. Na jawie nie spotykało się czegoś podobnego.
Spokojnie, a nawet z zainteresowaniem śledził mrowie przebiegów i usiłował
odgadnąć, jaki to program przetrawia właśnie maszyna z jego snu. Podobnie
jednak, jak śniony tekst drukowany wymyka się zazwyczaj próbom odczytania,
ożywając pod wpływem koncentracji uwagi śniącego i zmieniając się w rozsypankę
bezsensownych słów, tak i obraz połączeń rozsnuwał się jak zerwana pajęczyna i
przestawał cokolwiek znaczyć...

Brzęknął sygnał awarii. Dopiero gdy powtórzył się dwukrotnie, coraz głośniej i
natarczywiej, Albert spostrzegł, że przychodzi z jawy, spoza kotary snu. Ocknął
się i popatrzył półprzytomnie w głąb labiryntu paneli. Czerwone światło migało
w obrębie zespołu sceptronów alternatywnych. A więc nie awaria, lecz brak
decyzji, brak odpowiedniej informacji, pozwalającej rozstrzygnąć zadany
problem... Jaki problem? Albert odwrócił się i spojrzał na ścianę kontroli.
Przeraził się. Zobaczył obraz ze swojego snu: starganą pajęczynę, sieć
bezładnych na pozór sprzężeń, sięgających długimi wąsami łączy międzysekcyjnych
hen, poza ramy objęte blokiem metanalizy... Jakiś potworny, monstrualny
program, ogarniający wszystkie działy i poziomy Scientaxu, targał trzewiami
machiny. Oszalałe światła przeciążenia wybieraków drgały w nieustannej czkawce
wielokrotnych przełączeń, usiłując podzielić się pomiędzy dziesiątki
oczekujących na sprzężenie wejść i wyjść...
- A to co znowu? Kto wymyślił coś takiego? - zdumiał się Albert.
Z ciekawości włączył kontrolę wejść i... zamarł: wszystkie wejścia były wolne!
Cały ten obłąkańczy taniec świateł zrodził się we wnętrzu machiny! Tu brał swój
początek i zamykał się w obszarze elektromózgu!
- Chyba... któryś z techników bawi się z nudów programowaniem! - pomyślał
Albert, chwytając się z nadzieją tej myśli, by odsunąć od siebie absurdalne
przypuszczenie, że stało się to najgorsze.
- Nie, już raczej jakiś inżynier. Co za potwornie wymyślny problem!
Osiemdziesiąt pięć procent obwodów zaangażowało!
Wiedział jednak, że to zupełnie nieprawdopodobne: takie zabawy były przecież
najsurowiej zabronione regulaminem. Chyba że ktoś z obsługi zwariował. Ktoś z
obsługi albo... sam Scientax! W tej chwili wzrok jego padł na stojący na stole
mikrofon. Zimny dreszcz przebiegł mu po karku. Chwycił mikrofon. Był włączony.
- Profesorze Ambro!
Nikt nie odpowiedział. Ambro musiał skończyć już przedtem, a wszystkie wejścia
były przeciek zablokowane.
- Kontrola główna! - ryknąl do mikrofonu. - Kto programował ostatnie
zagadnienie?
- Program z kolektora uniwersalnego na kanał trzeci specjalny, z absolutnym
pierwszeństwem - odpowiedział automat.
- Jaki problem?
- Zdefiniować pojęcie "szczęścia" ? odrzucił beznamiętnie automat.
Albert zerwał się z fotela i skoczył w kierunku awaryjnego wyłącznika.
- Proces logiczny zahamowany. Czy podać osiągnięty stan pracy? - rozległo się
z głośnika.
- Cofam blokadę linii, cofam pierwszeństwo! Skaso...
Albert zawahał się.
- Nie kasować. Podać wyniki...
- Zanalizowano problem w płaszczyźnie ekonomiczno-społecznej, psychologicznej
oraz z punktu widzenia literatury i sztuki ? recytował głośnik. - Obfitość
materiału wewnętrznie sprzecznego. Na podstawie literatury pięknej sformułowano
trzysta sześćdziesiąt dwa tysiące pięćset dwie definicje, w tym ponad sto
pięćdziesiąt tysięcy par zdań wzajemnie sprzecznych. W płaszczyźnie
socjoekonomicznej odkryto osiemdziesiąt dwie klasy teorii dobrobytu, które to
pojÍcie można na podstawie pewnych źródeł uznać za dobry parametr mierzący
szczęście. Matematyczny model zagadnienia biorący za podstawę, iż szczęście
jest pierwszą pochodną stanu posiadania, zdefiniowano jako sigma od zera do
nieskończoności z iloczynów potrzeb przez współczynniki ich zaspokojenia i
przez współczynnik obiektywnej rzeczywistości tych potrzeb...
- Dość! - przerwał Albert. - Dość! I natychmiast skasować te brednie!
Maszyna zamilkła, Albert opadł na fotel i zamknął oczy.
- Idiota ze mnie. Oto skutki bezmyślnego gadania przy otwartym mikrofonie na
linii absolutnego pierwszeństwa! Nie myśleć, byle tylko nie myśleć... Jeżeli ta
maszyna dostaje obłędu od takich rozważań, to co dopiero człowiek..."

J.A.Zajdel, z opowiadania "Dyzur"
Obserwuj wątek
    • czarodziejka Re: szczescie... 21.03.02, 00:50
      kwieto napisał(a):
      > Jeżeli ta maszyna dostaje obłędu od takich rozważań, to co dopiero człowiek...

      no wlasnie! ;oP

      dzieki za cytat ;o)

      pzdrwm

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka