Dodaj do ulubionych

Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dzieci?

01.02.05, 13:20
Zadaję to pytanie, ponieważ nie rozumiem dlaczego, w takim dużym mieście jak
Poznań (nie wiem jak jest w innych miastach), w którym są dobre uniwersytety
i kilka prywatnych językowych szkół wyższych, gdzie uczy się mnóstwo
studentów anglistyki oraz filologii angieslkiej, oraz jest mnóstwo
bezrobotnych absolwentów tychże szkół; nie można znaleźć porządnej szkoły
językowej (angielskiego) dla małych dzieci (takich od 1,5roku czy 2 lat
wzwyż) albo prywatnego przedszkola anglojęzycznego z prawdziwego zdarzenia.
Jest tylko jedna szkoła Helen Doron z kilkoma oddziałami, na którą coraz
więcej rodziców
narzeka, że mają kiepskie materiały a wygórowane ceny, że zajęcia trwają za
krótko i powinny się częściej odbywać. I nie ma żadnej alternatywy oprócz tej
szkoły. Czyżby nikomu nie opłacało się wykazać żadnej inicjatywy? Od
jakiegoś czasu ja szukam tej alternatywy dla swojego dziecka (prawie 3-latek)
i nie mogę znaleźć. Wygląda mi to
tak, jakby w Poslce nie było żadnego bezrobocia a nauczyciele angielskiego
tak dużo zarabiają, że nikomu nie opłaca się zająć nauką małych dzieci.
Nie rozumiem też dlaczego w większości przedszkoli (także prywatnych, które
niby kładą nacisk na angieslki) uczą osoby, które mają zatrważająco niski
poziom językowy oraz wiedzę na temat pracy z małymi dziećmi. Uważam też, że
certyfikat taki jak FCE w żadnym razie nie powinien być uważany za
uprawnienie do nauki małych dzieci. Doskonale
wiem, jaki to jest poziom wiedzy, może zdać go niemal każdy, kto trochę umie
angielski. Nauką małych dzieci powinni zajmować się co
najmniej absolwenci anglistyki z pedagogiką wczesnoszkolną i przedszkolną
oraz dodatkowo po odpowiednich kursach. Czyżby takie osoby nie miały nigdy
problemów ze znalezieniem pracy, albo zarabiaja tak dużo, że nie opłaca się
im wykazać żadną inicjatywą i założyć własnej (chociażby malutkiej) szkoły
językowej dla najmłodszych? Przecież popyt na takie szkoły jest obecnie
zdecydowanie wyższy niż podaż!!! Nie rozumiem Was - angliści, dlaczego macie
takie podejście do sprawy! Uważam, że biorąc pod uwagę obecne bezrobocie,
zwłaszcza wśród absolwentów szkół wyższych, za wręcz skandaliczne, że rodzice
tacy jak ja muszą się prosić anglistów, aby zechcieli zaoferować coś naszym
dzieciom. Mam oczywiście na myśli fachowców, którzy wiedzą coś o dzieciach.
Przecież niemożliwe, aby w takim mieście jak chociażby Poznań tych fachowców
nie było?
Zatem moja prośba do anglistów: Wykażcie się wreszczie! Przecież to jest Wasz
interes!
A jeśli uważacie, że nie macie pojęcia o pracy z tak małymi dziećmi, to są
odpowiednie kursy, na których możecie uzupełnić wiedzę. Co ambitniejszych,
pewnie byłoby stać także na opracowanie profesjonalnych materiałów do nauki,
no nie? Nie wydaje mi się, aby to było aż takie trudne, najważniejsza jest
pomysłowość i wyjście naprzeciw dzieciom - klientom. Jeśli ktoś z Was wie coś
o zasadach podejścia do klienta CRM (Customer Relationship Menagement) to mu
to ułatwi odnalezienie drogi do sukcesu w prowadzeniu takiej szkoły,
oczywiście po opracowaniu oferty (materiałów do nauki) ściśle
odpowiadającego potrzebom klienta (małego dziecka) .


Obserwuj wątek
    • agawa79 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 02.02.05, 16:59
      Powiem Ci, dlaczego JA nie uczę dzieci: to żadna przyjemność użerać się z
      dzieciakami, które przychodzą na zajęcia, żeby spełnić chore ambicje swoich
      rodziców. Zarabiam wystarczająco dużo ucząc dorosłych (którzy uczą się z
      własnej woli), żeby nie musieć zajmować się dzieciarnią.

      >Angliści z pedagogiką wczesnoszkolną i przedszkolną oraz dodatkowo po
      >odpowiednich kursach

      :D Ciekawe, ile szanowna pani oferuje za lekcję osobie z takimi
      kwalifikacjami. :D
      • ada1077 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 04.02.05, 16:45
        Achaa, bardzo interesujące podejście, gratuluję dobrego samopoczucia i wysokiej
        samooceny... Czyli wychodzisz z założenia że małych dzieci uczyć nie warto?
        Tak? I uważasz ze większość anglistów się z Tobą zgodzi? Ja widzę tylko, że
        chyba masz mało wiadomości na temat korzyści rozpoczynania nauki u małych
        dzieci. A być może nie rozumiesz na czym polega nauka małych dzieci? Być może
        wyobrażasz to sobie rzeczywiscie jako użeranie się z maluchami, które nic nie
        rozumieją, zmuszanie ich do skupienia sie na lekcji? Wiesz, takie podejście, to
        owszem- dyskwalifikuje cię jako nauczyciela małych dzieci i bardzo dobrze dla
        tych dzieci, że nie masz zamiaru ich uczyć - to jest jedynie dla nich korzyść.
        Aby uczyć dzieci, trzeba oprócz umiejętności językowych mieć także odpowiednie
        podejście i trochę znać się na dzieciach oraz znać pewne zasady dotyczące nauki
        małych dzieci. A stawki za naukę dzieci uważam że powinny być porównywalne do
        stawek dla dorosłych i nie rozumiem twojego pytania. Oczywiście im wyższe
        kwalifikacje tym odpowiednio dostosowuje się cenę. A oprócz kwalifikacji,
        bardzo ważne jest odpowiednie podejście nauczyciela do sprawy. Nauczyciel
        powinien zarabiać nie tylko odpowiednio do tych kwalifikacji ale także wkładu i
        zaangażowania w to co robi! A praca z dziećmi ma swoje wady i zalety i na ten
        temat myślę powinny Ci udzielić informacji osoby dziećmi się zajmujące i nie
        traktujące ich jak jakieś potwory, które niczego nie są w stanie sie nauczyć.
        I wierz mi, to nie chore ambicje skłaniają rodziców do uczenia swoich dzieci
        angieslkiego, ale obecna rzeczywistość oraz inne indywidualne czynniki, które
        decydują o tym, że dla jednych uczenie dzieci jezyka jest bardziej istotne a
        dla innych mniej. Owszem, sa osoby które mogą uznać, że angieslki nie jest
        wcale potrzebny do sprawnego funkcjonowania w polskiej rzeczywistości, ale są
        też osoby, dla których angieslki i kontakty z obcokrajowcami są na porządku
        dziennym i dla tych osób szczególnie istotna jest nauka języka na odpowiednim
        poziomie także dla swoich dzieci.
        Acha, i jeszcze jedno: uczenie dzieci języków nigdy nie powinno odbywać się
        wbrew tym dzieciom. Dzieci powinny same tego chcieć i podchodzić do nauki z
        radością. A żeby takie podejście u dzieci powstało, po pierwsze: potrzebny jest
        odpowiedni nauczyciel; po drugie: dziecko musi mieć także poza zajęciami
        kontakt z angielskim (poprzez bajki, internet, rodziców znających język); po
        trzecie: angieslki musi się dziecku dobrze kojarzyć; po czwarte: należy
        zaczynać możliwie wcześnie, kiedy dzieci nie zdają sobie jeszcze sprawy z tego,
        że się ucza, jest to wiek ok 2 lat. Wówczas dziecko łapie język jakby
        samoistnie , w sposób bardzo naturalny i nie ma mowy o żadnym zmuszaniu!!! I
        właśnie w tym wieku tak bardzo istotne jest, aby dziecko miało możliwość
        słyszeć PRAWIDŁOWĄ(!!!) jak najbardziej naturalną mowę angielską i właśnie w
        tym wieku dzieci powinny być uczone tylko przez prawdziwych fachowców - mam
        nadzieję, że angliści po pedagogice i odpowiednich kursach takimi fachowcami
        mogą się okazać! Wierzę, że tacy angliści jednak istnieją i chwała Bogu, że
        osoby takie jak Ty nie biorą się za naukę małych dzieci!
        • magduniar3 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 04.02.05, 23:08
          Odpowiedziałam ci już na poprzednim forum, ale jeszcze raz się wypowiem - czy
          dzieci naprawdę muszą mówić jak native speakers? Być może dziecko będzie miało
          doskonałą wymowę ale wpłynąć to może niekorzystnie na język ojczysty. Często
          wczesne uczenie języków obcych prowadzi do utrwalenia złych nawyków w języku
          ojczystym - chodzi tu przede wszystkim o wymowę R, polskie R jest dużo
          trudniejsze. Tak więc na jednym możesz zyskać a na drugim stracić.
          Lingwiści toczą dyskusję do jakiego wieku możliwa jest nauka mówienia bez
          ojczystego akcentu.
          Jestem anglistką i matką trójki dzieci i naprawdę nie widzę powodu dla którego
          musiałabym uczyć mojego 2 latka angielskiego skoro on sobie z ojczystym jeszcze
          nie radzi.
          • happymama Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 06.02.05, 12:36
            Niestety nie zgodzę się z tą wypowiedzią (ale tak jak napisałaś - uczenie
            małych dzieci ma tylu zwolenników ilu przeciwników).Im dziecko młodsze tym
            łatwiej przyswaja języki obce. Chodzi tu o rozwój mózgu, który do 7 roku życia
            tworzy i doskonali (ogólnie mówiąc) połączenia i drogi w mózgu.Upraszczając,
            jeśli dziecko zacznie się uczyć j.obcego przed 7 r.ż. to dla tego
            języka "utworzy się" osobna droga", Po 7 r.ż. zostaje zaadaptowana już
            istniejąca dla np. j.ojczystego.Z doświadczenia wiem, że dzieci uczące się od
            najmłodszych lat j.obcego później mówią, ale potem mają większe i bogatsze
            słownictwo w obu językach.Poza tym te dzeci, które uczę nie mają żadnych
            kłopotów np. z "r", mają idealny akcent i uwielbiają się uczyć angielskiego. Te
            dzieci, które przychodzą do naszej szkoły np. w 1 kl. - są zniechęcone, "nie
            łapią" pewnych informacji pozawerbalnych i praca z nimi to czasem niezły krzyż
            Pański.Pozdrawiam.
      • angel.28 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 04.02.05, 23:48
        wiesz, Agawa, to troche nie tak jak piszesz. Wedlug mnie bardzo fajnie jest
        pracowac z dzieciakami, a im mlodsze, tym lepiej (najmlodsze jakie ucze maja po
        5 lat). Dzieciaki przychodza na zajecia pelne energii, od progu pytaja: a co
        dzisiaj bedziemy robic? taka praca daje bardzo duzo satysfakcji, zwlasza jak na
        koniec semestru jest wystep dla rodzicow i dzieci pokazuja czego sie nauczyly.
        A pozniej rodzice mowia ze one chetnie chodza na zajecia, ze lubia itp. Z
        drugiej strony sa niesamowicie szczere, zaden falsz nie wchodzi w gre a jak sie
        nudza to mowia o tym natychmiast. Jak im sie cos nie podoba to tez od razu
        wiadomo. Nie probuje Cie przekonac do pracy z dziecmi tylko chce napisac ze nie
        jest to zadne uzeranie sie. Wszystko zalezy od nastawienia, zapewniam Cie ze
        jest to bardzo wdzieczna praca. Ale chyba nie mialabym szans zeby uczyc dziecko
        Pani Ady, obawiam sie ze nie spelniam jej wymagan, mam tylko CAE. Niewazne, ze
        lubie to, co robie, ze dzieciaki chca przychodzic do mnie na lekcje, ze chyba
        dobrze je ucze. Nie jestem absolwentka anglistyki z pedagogika wczesnoszkolna
        po odpowienich kursach... ;-(((
        • agawa79 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 05.02.05, 09:25
          A ja uważam, że uczenie dzieci poniżej 5 lat to strata czasu, chyba, że chodzi
          o zabawę. Pięciolatek bardzo szybko nadrobi to, czego uczą się młodsze dzieci.

          Poza tym według mnie nie jest fajnie pracować z dzieciakami.:) Co ja poradzę,
          że na dzieci mam alergię i podoba mi się jedynie moje własne.;)

          A pani Ada jest właśnie przykładem rodzica, który działa na mnie jak płachta na
          byka - nie ma pojęcia o temacie, wymaga Bóg wie czego, i to jeszcze jakim
          przyjemnym tonem... Nie po to pięć lat studiowałam, robiłam kursy i
          certyfikaty, żeby się narażać na spotkania z rozhisteryzowanymi paniusiami.

          Nie uczę dzieci, bo NIE MUSZĘ. :)

          I jeszcze raz spytam o proponowane wynagrodzenie dla anglisty po pedagogice, i
          to nie jakiejś tam ogólnej, tylko przedszkolnej i wczesnoszkolnej. Bo ja akurat
          bardzo lubię pieniądze i szczerze wątpię, żeby ktoś za lekcje z dziećmi chciał
          płacić tyle, co na przykład pan prezes.

          Aha, angel: bardzo dobrze, że ktoś ma dobre podejście do dzieci, i chce się
          nimi zajmować. :) Widzisz, dla Ciebie to nie jest użeranie się, dla mnie
          jest. :) Twoje podejście mi się bardzo podoba, szczerze mówiąc, i choć
          masz "tylko" CAE, to ja, wysoko kształcona ;) anglistka wysłałabym do Ciebie
          moje Młode, jak już osiągnie odpowiedni wiek.
          • agawa79 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 05.02.05, 09:29
            PS. To, że się skończyło pedagogikę, nie znaczy jeszcze, że ma się podejście do
            dzieci. Jakiś czas temu zwolniłam nianię - studentkę pedagogiki - bo się
            kompletnie do tej pracy nie nadawała, dodam, że nie jestem wcale jakimś
            stresującym czy wymagającym pracodawcą. Podejście do dzieci (obcych, własne to
            inna bajka) albo się ma (jak angel czy moja nowa niania) albo się nie ma (jak
            ja). I żadne studia tego nie zmienią. Żadne.
            • agawa79 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 05.02.05, 10:00
              Jeszcze jeden PS.
              Złośliwości Ady pod moim zdresem są o tyle chybione, że ja sobie DOSKONALE
              zdaję sprawę z tego, że nie nadaję się na nauczyciela dzieci, co więcej,
              uważam, że powinno się wprowadzić zakaz uczenia dzieci przez takich anglistów
              jak ja.;)
              Co do satysfakcji z pracy, to dla mnie (powtarzam, dla mnie) większym wyzwaniem
              jest nauczenie języka od podstaw osoby pięćdziesięcioletniej. Naprawdę, nieźle
              się trzeba napocić.
            • happymama Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 06.02.05, 12:42
              Święta prawda. Byłam na pedagogice wczesnoszkolnej w 12 osobowej grupie i
              jedynie 3 osoby wiedziały co i jak i dzieci je ubóstwiały.Reszta głośno
              twierdziła, że jest na tych studiach "dla papierka" i nie zamierza pracować z
              dziećmi, bo je NIENAWIDZI (o zgrozo, teraz te dziewczyny nie dostały innych
              etatów i pracują w szkołach)
          • angel.28 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 05.02.05, 18:09
            dzieki za zaufanie, b. mi milo ;-)
            uczenie maluchow ponizej 5 lat moze nie jest strata czasu wg mnie ale zgadzam
            sie z Toba ze 5, 6 letnie dzieci szybko nadrobia to, co umieja ich koledzy
            uczeni od wieku 2, 3 lat.
            a ton pani Ady i jej wymagania...brrr! mam nadzieje nigdy nie spotykac takich
            rodzicow na swojej drodze...
            pozdrawiam
    • kociamama Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 05.02.05, 12:59
      Droga Ado,

      Mam dla Ciebie nastepujaca propozycje. SKoro znasz sie zarowno na prawach
      biznesu (typu reguly rzadzace rynkiem, prowadzenie firmy itd.) jak i na
      nauczaniu jezyka na etapie przedszkolnym (albo i przed- przedzskolnym)
      proponuje zebys sama zalozyla taka szkole. Beda plynac z tego same korzysci, bo
      nie tylko bedziesz miec pewnosc, ze Twoje dziecko beda uczyc profesjonalisci
      przez ciebie wyselekcjonowani, ale i przy okazji zarobisz na tym.

      POzdrawiam,
      Kociamama.
    • elli_nika Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 05.02.05, 19:13
      > narzeka, że mają kiepskie materiały a wygórowane ceny

      jeśli w Helen Doron jest dla ciebie drogo, to ile jesteś w stanie przy swoich
      wymaganiach co do lektora placić? Proszę o konkretną kwotę.
      • ada1077 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 05.02.05, 23:00
        Nie dla mnie zajęcia HDoron sa drogie tylko dla innych rodziców, których
        własnie tego typu narzekania słyszałam. Na temat ceny wypowiedziałam się
        niejako w ich imieniu. Ja osobiście nie narzekam na Helen Doron, jedyne moje
        zastrzeżenie to takie, że lekcje mogłyby trwać nie 30 minut a 45 i nie raz w
        tygodniu a dwa. Jestem gotowa zapłacić znacznie więcej.
        A ja myślę, że niepotrzebnie wyszło takie nieporozumienie z agawa79. Mój post
        trochę celowo był prowokacyjny w tonie. Ale nie o to mi chodziło, aby
        prowokować nauczycieli, którzy nie mają zamiaru uczyć małych dzieci, bo wolą
        uczyć dorosłych, tylko o to, aby się coś ruszyło w rynku szkół dla małych
        dzieci, aby nie mieć tylko jednej szkoły do wyboru (czyli właściwie żadnego
        wyboru) ze zresztą dość dobrze (ale nie idealnie, bo jak ktos zna te materiały
        z HD to wie o czym mówię) opracowaną metodą: kiepskie rysunki, książeczki
        raczej niezachęcające i jakość nagrania kaset. Uważam, że to już jest prawie
        monopol, jeśli nie liczyć wszystkich nauczycieli, którzy prywatnie u siebie w
        domach udzielają lekcji. Mi zależy jednak na SZKOLE, trochę na wzór Helen Doron
        (ale lepszej!), w której spotyka się i uczy przez zabawę i zajęcia manualne
        grupka dzieci i lekcje odbywają się zgodnie z określonym planem i materiałami.
        Dlatego też jeszcze nie zdecydowałam się na lekcje indywidualne, bo wolę, aby
        dziecko uczyło się w grupie.
        A odpowiedź agawy była po prostu dość nieprzyjemna, więc niech się nie dziwi że
        moja odpowiedź była równie nieprzyjemna. Nie jest to mimo wszytko miłe usłyszeć
        od osoby która zajmuje się nauczaniem (mniejsza z tym, że osób dorosłych), że
        dzieci to rozwydrzone bachory, z którymi nie warto się użerać. Agawa79 - to Ty
        sama jesteś klasycznym przykładem rodzica, ślepo zapatrzonego we własne dziecko
        i własne wymagania, którego prawdopodobnie żaden nauczyciel Twojego dziecka nie
        chciałby spotkac na swojej drodze. Tak więc nie powinnaś się dziwić także tym
        moim wymaganiom. Chociaz ja raczej nie potrafiłabym tak jak Ty uznać, że
        tolerowac to mogę tylko własne dziecko. No wiadomo, każda matka jest zapatrzona
        we własne dziecko, ale to nie znaczy że czyjeś dzieci nie są równie mądre czy
        fajne i nie można z nimi nawiązać fajnego kontaktu. Gdybym była nauczycielem
        (sama mam FCE i znam angielski, ale nie tak jak anglista), bardzo chciałabym
        pracować z dziećmi. Może z tym określeniem wymaganego wykształcenia anglisty
        odnośnie pedagogiki nieco przesadziłam, ale wynikało to z tego, że za często
        słyszę (od innych rodziców) w jaki sposób ich dzieci są uczone języka w
        przedszkolu i jakie kwalifikacje mają ci nauczyciele.
        Zdaję sobie sprawę, że mój post mógł się niektórym wydać kontrowersyjny, ale
        naprawdę wolałabym, aby do szkół i przedszkoli zatrudniano osoby znające
        angielski BARDZO DOBRZE i same biegle się nim posługujące! No chyba zgodzicie
        się ze mną, że FCE to za mało aby dać tego gwarancję? No i nie mnie oceniać,
        kto sie nadaje na nauczyciela dzieci czy też nie. Rodzic, który jest laikiem
        jeśli chodzi o ocenę umiejętności nauczyciela może się o tym coś dowiedzieć
        chyba dopiero wtedy, kiedy spojrzy w papiery. Wiadomo, że one też pewności nie
        dają i nie wątpię, że jest wiele anglistów którzy akurat pedagogiki nie mają,
        ale sie doskonale nadają do pracy z dziećmi. Tylko pytanie - skąd rodzic ma coś
        tekiego wiedzieć i obiektywnie ocenić, jeśli nie zna tego nauczyciela i nie
        widzi jak prowadzi te zajęcia (na codzień, a nie na lekcjach pokazowych!)? No
        czasami to chyba trzeba spojrzeć w te papiery. Chociaż zresztą to nie rodzice
        powinni być od zaglądania w papiery ale dyrektorzy (czy też właściciele) szkół
        i przedszkoli, którzy nauczycieli zatrudniają. Ale jak już wielu rodziców
        zdąrzyło się przekonać, ci dyrektorzy wolą zatrudniać osoby, które mają zarówno
        mniejsze wymagania finansowe jak i kwalifikacje, nad czym bardzo ubolewam, bo
        mnie akurat stać, aby płacić więcej.
        A propo założenia szkoły - myślałam o tym, ale mam inne bardzo dobre źródła
        dochodu, dzięki którym jestem gotowa "oddać tą pałeczkę" innym. Niech inni mają
        szanse, bo ja mam zdecydowanie wystarczająco pieniędzy.
        Ja może jestem za wygodna aby się tym zająć (bo przecież nie muszę), ale na
        pewno są gdzieś ambitni ludzie mający ochotę rozkręcić własny biznes i mój post
        powinien być dla nich zachętą.
        Mimo wszystko liczę na zmianę tonu tej dyskusji na nieco milszy.
        • elli_nika Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 05.02.05, 23:20
          Ok Ado, zadalas pytanie dlaczego tak mało szkół, dlaczego anglisci nie chca
          pracować z dziećmi itd. piszesz w swoim pierwszym poście, ze jest masa
          kolegiów, anglistyk i tym podobnych. To prawda. Weź jednak poprawkę na to, ze
          nie ma bezrobocia w tym zawodzie, i skoro pracują nawet panie po FCE, pracę
          znajdują (jakąś tam) bez problemu dziwnczyny po, nie czarujmy się, niezbyt
          wysokiej jakosci kolegiach, trudno wymagać od anglistów posiadających wymagane
          przez Ciebie kwalifikacje by pracowali za stawki oferowane przez szkoły,
          zwłaszcza te uczące małe dzieci, kiedy mamy tyle mozliwosci zarabianie
          pieniędzy inaczej (wykładanie w kolegiach jezykowych własnie, konsultacje
          jezykowe dla firm, tłumaczenia). Dlatego pytam, ile jesteś w stanie zapłacić,
          bo dobry anglista moze sobie zaśpiewac 100 pln za np.przygotowanie do egzaminu
          na anglistykę nie ruszając się z domu. Czy jesteś gotowa na takie koszty, byle
          miec lektora o odpowiednim tytule?
          Uwierz mi, do uczenia dzieci nie jest konieczna szczegółowa wiedza z zakresu
          gramatyki historycznej oraz np. paremiologii. Istotna jest biegła znajomość
          języka obcego, entuzjazm, odpowiednie wykształcenie/przygotowanie metodyczne,
          chęć nieustannego dokształcania się i rozwoju w kierunku pracy z dziećmi. I
          czasem lepszą nauczycielką angielskiego będzie dziewczyna po pedagogice
          przedszkolnej z dyplomem CAE i po odpowiednim szkoleniu niż nielubiąca pracy z
          dziecmi magister anglistyki, która swoje 'przygotowanie pedagogiczne" zdobyła
          na praktyce w państwowym liceum.
          • ada1077 a propo rynku pracy poza szkołami 08.02.05, 19:47
            elli_nika napisała:

            > Weź jednak poprawkę na to, ze
            > nie ma bezrobocia w tym zawodzie, i skoro pracują nawet panie po FCE, pracę
            > znajdują (jakąś tam) bez problemu dziwnczyny po, nie czarujmy się, niezbyt
            > wysokiej jakosci kolegiach, trudno wymagać od anglistów posiadających
            wymagane
            > przez Ciebie kwalifikacje by pracowali za stawki oferowane przez szkoły,
            > zwłaszcza te uczące małe dzieci, kiedy mamy tyle mozliwosci zarabianie
            > pieniędzy inaczej (wykładanie w kolegiach jezykowych własnie, konsultacje
            > jezykowe dla firm, tłumaczenia).

            Doprawdy nie ma bezrobocia wśród anglistów? I doprawdy myslisz, że angliści nie
            mają problemu ze znalezieniem DOBREJ pracy w normalnych firmach (nie szkołach)?
            I doprawdy wydaje Ci się, że można się utrzymać z tłumaczeń dla firm większości
            osób po studiach albo nawet tylko kolegiach językowych?
            - Chyba Ci się tak tylko wydaje i mało wiesz.
            Wiesz, ja akurat sama miałam możliwość uczestniczyć w rekrutacji do pracy osób
            po studiach językowych (magistrów - anglistów i germanistów) i niestety, ale
            poza językiem nie umieli nic, ale co ja tu mówie, niestety, ale języka także
            dobrze nie umieli - na pewno nie na wystarczajacym poziomie aby podjąć pracę na
            oferowanym im stanowisku tłumacza, który także miałby ogólne pojęcie
            ekonomiczno-biznesowe oraz to coś, co jest potrzebne, aby stać się dobrym
            pracownikiem. Natomiast doskonale nadał sie na tłumacza student akademii
            ekonomicznej. Jest rewelacyjnym pracownikiem i przy nim wielu anglistów i
            germanistów wysiadało. Angieslkiego nauczył się sam (nie na studiach
            językowych) no i co więcej, po jakimś czasie nauczył się także niemieckiego.
            Jest doskonałym tłumaczem i co więcej zna się na temacie. Tak więc to nie jest
            do końca tak jak Ci się wydaje, że anglista problemów ze znalezieniem pracy
            miec nie będzie. Otóż będzie miał, jeśli poza często wcale nie aż taką dobrą
            znajomością jezyka, nie będzie potrafił zafunkcjonować w normalnej firmie i
            zajarzyć tematu, którym się firma zajmuje.
            Kolejna rzecz, to co napisałaś, że angliści mogą się utrzymać także z tłumaczeń
            dla firm oraz Twoja sugestia, że praca w każdym innym temacie niż małe dzieci
            jest bardziej dochodowa?
            Doprawdy tak myślisz? WRONG!
            Otóż miałam okazję widzieć kilka tłumaczeń (dla naszej firmy) na tak
            skandalicznym poziomie, że często byłam zaskoczona, że coś takiego może napisać
            anglista, który prowadzi firmę zajmującą się tłumaczeniami!
            Naprawdę, nie jest łatwo znaleźć porządną firmę "tłumaczącą" i tutaj także
            poddałabym w wątpliwość, że niby dochody takich firm są takie wysokie.
            • ada1077 Re: a propo rynku pracy poza szkołami 08.02.05, 20:07
              Acha, zapomniałam jeszcze dodać, że w efekcie tych "miłych" doświadczeń z
              pseudotłumaczami po studiach językowych musielismy zacząć sami sobie tłumaczyć
              i po prostu zatrudnić człowieka, który potrafiłby załapać także słownictwo
              techniczne oraz zrozumieć temat.
              • elli_nika Re: a propo rynku pracy poza szkołami 08.02.05, 20:45
                Mam 2 fakultety oraz ukończyłam studia podyplomowe za granicą. Zajmuję się tzw.
                konsultingiem lingiwistycznym, moje zarobki róznią się w zależnosci od miesiaca
                ale oscylują w okolicach 15 tys. miesięcznie. Może dla Ciebie to mało - ja nie
                narzekam. Poza tym mam na tyle dobrą sytuację (prestiż, rekomendacje) że
                naprawdę mam co robić, a juz napewno nie muszę się dowartosciowywac obrażając
                jak Ty innych ludzi na forum. Zadałaś pytanie - odpowiedziałam. Uważam, ze
                powodem małej ilości nauczycieli angielskiego uczacych dzieci sa niewielkie
                pieniądze. Nie rozumiem powodu tych Twoich zupełnie niepotrzebnych wycieczek
                osobistych nie zaatakowałam Cię tu przecież. Nie wiem nic o Twoich
                kompetencjach i kwalifikacjach - moze są wysokie. Za to Twój poziom kultury
                osobistej i kultury dyskusji jest zatrważająco niski. Kłaniam się i życzę
                powodzenia w szukaniu dobrej szkoły dla dziecka.
                • ada1077 Re: a propo rynku pracy poza szkołami 09.02.05, 00:22
                  Przepraszam bardzo, ale czy ja w jakimś punkcie swojej wypowiedzi, próbowałam
                  Cię obrazić? Nie wiem w którym miejscu odniosłaś wrażenie, że moja wypowiedź
                  jest celowana w Twoją osobę. Ja przedstawiłam tylko swój punkt widzenia i
                  doświadczenia z niektórymi niekompetentnymi anglistami. Nie generalizowałam,
                  ale przedstawiłam własne doświadczenia. Gdybym generalizowała, to napisałabym,
                  że WSZYSCY angliści i tłumacze są niekompetentni. A przeciez nic takiego nie
                  napisałam! Napisałam tylko, że nie jest łatwo znaleźć porządną firmę zajmującą
                  się tłumaczeniami albo po prostu tłumacza. A fakt, że wśród całej masy firm
                  kiepskich lub średnich znajdą sie i takie, które są bardzo dobre. Trzeba się
                  jednak trochę naszukać a w trakcie tych poszukiwań często można być zaskoczonym
                  czyjąś niekompetencją, zwłaszcza kiedy spodziewamy sie osoby kompetentnej
                  (biorąc pod uwagę jej papiery). Może odebrałaś to jako obrazę osobistą, za co
                  przepraszam, może się źle wyraziłam (chociaż nie mogę się tego dopatrzeć, aż
                  musiałam jeszcze raz przeczytać to co napisałam), ale w żadnym punkcie swojej
                  wypowiedzi nie odnosiłam się do Twojej osoby. Może tylko odniosłam się do
                  Twoich wypowiedzi, kiedy sugerowałaś, że żadnemu angliście nie opłaca sie
                  zajmować nauką małych dzieci i że to taki niedochodowy interes. No masz racje,
                  że to nie musi być dochodowy interes, tym bardziej gdyby ktoś miał się zajmować
                  wyłącznie najmłodszymi dziećmi i nie miałby za dużego wzięcia, bo faktycznie,
                  trudno jest zebrać sporą grupę 2-3 latków. No ale już łatwiej jest zebrać grupę
                  4 latków, 5 latków a jeszcze łatwiej 6 latków. A w sytuacji, kiedy ktoś
                  decyduje się samodzielnie prowadzić szkołę językową dla kilku grup dzieci w
                  różnym wieku, to już mi nie próbuj wmawiać, że to takie nieopłacalne, bo w to
                  nie uwierzę. Dla niektórych może to być całkiem dobre źródło dochodów. Może nie
                  takie dobre jak Twoje, ale być może zadowalające, zresztą wiele tu zalezy od
                  indywidualnych predyspozycji i chęci.
                  Nie rozumiem jednego: na jakiej podstawie wysnuwasz takie oceny do mojej
                  osoby?! Rzucasz się na mnie zarzucając mi brak kultury wypowiedzi. A gdzie jest
                  Twoja kultura? Chyba za bardzo osobiście odebrałaś moje wypowiedzi, które ani
                  nie były generalizujące, ani też celowane w Twoją osobę.
                  Cały czas równiesz zadawałaś mi pytanie ile jestem gotowa płacić. Dorosły
                  człowiek płaci zwykle za zajęcia indywidualne ok 90 zł, za zajęcia w grupie ten
                  koszt jest dzielony przez ilość osób + pewna kwota, im więcej osób, tym koszt
                  lekcji dla jednej osoby jest relatywnie tańszy. Tak jest na wszystkich kursach.
                  Nie rozumiem jaki problem widzisz w tym, aby tak samo wyglądała cena kursów dla
                  małych dzieci? Uważam, że ceny kursów dla dzieci mogą i powinny być identyczne
                  i nie widzę w tym żadnego problemu. Uważam, że takie ceny byłyby korzystne dla
                  także przeciętnie zarabiających rodziców tych dzieci. Natomiast jeśli na coś
                  narzekałam w swoich postach, to właśnie na to, że takich kursów sie mało
                  organizuje. Ale jestem przekonana, że to się niedługo zmieni, bo zauważyłam
                  niedawno, że sprawdzone szkoły językowe uczące dorosłych i młodzież typu
                  Berlitz zaczęły sie interesować segmentem małych dzieci.
                  • elli_nika Re: a propo rynku pracy poza szkołami 09.02.05, 10:46
                    Ok - no to bez nerwów i wątków osobistych, a za to merytorycznie:

                    >Dorosły
                    człowiek płaci zwykle za zajęcia indywidualne ok 90 zł, za zajęcia w grupie ten
                    koszt jest dzielony przez ilość osób + pewna kwota, im więcej osób, tym koszt
                    lekcji dla jednej osoby jest relatywnie tańszy.

                    W większosci szkół struktura cen jest taka, ze ok. 1/3 ogólnej ceny kursu
                    przeznacza się na wynagrodzenie nauczycieli. Pozostałe 2/3 ceny to koszty
                    lokalu i inne koszty zwiazane z utrzymaniem, koszty administracji, marketingu
                    (ten jest dziś bardzo ważny - konkurencja spora), zakupu materiałów itd.
                    Oczywiście im starsza szkoła, i im więcej innych źródeł dochodu (np. współpraca
                    ze szkołami za granicą i sprzedaż ich kursów) tym więcej można przeznaczyć z
                    kwoty kursu na wynagrodzenie lektora, lub można obniżyć cenę, by być bardziej
                    konkurencyjnym na rynku. Niestety, gdyby szkoła miała się specjalizować w
                    zajęciach dla dzieci i zatrudniać bardzo dobrych nauczycieli (myślę, ze kwotą
                    bazową wynagrodzenia mogłoby być na początek 40 pln za zajęcia 30 minut)
                    zakładając, ze to 1/3 ceny koszt godziny to 120 PLN. Dla ilu osbó skalkulowac
                    grupę? Przy duzej rotacji myslę, ze dla 4. uważam że dobra grupa dziecieca to
                    ok. 6 dzieci, ale musimy załozyć rezygnacje. czyli koszt lekcji to 30 pln. Tyle
                    ile niektórzy rodzice płacą za miesiac zajęć w przedszkolu.
                    Piszesz o Berlitzu - moze to jest faktycznie jakieś wyjscie, by kursy dla
                    maluchów 'doczepic' do tych dla dorosłych. Bo otwarcie szkoły dla maluchów to
                    mały zysk i duże ryzyko.
                    • ada1077 Re: a propo rynku pracy poza szkołami 09.02.05, 10:57
                      No i tutaj myślę, że jest pora na zawieszenie broni, bo zgadzam sie z Tobą :)
                      Tylko jedno ale: przecież szkole Helen Doron się udało! Chyba nie były tak
                      zupełnie bezpodstawne moje sugestie, że konkurencji na wzór Helen Doron też
                      mogłoby się udać?
                      • elli_nika Re: a propo rynku pracy poza szkołami 09.02.05, 21:43
                        Tak, ale Helen Doron to już znana marka, otwierając szkołe otrzymujesz know-how
                        i wsparcie orgaznizacyjne. Odpada więc duza czesc wydaków na promowanie szkoły
                        na rynku. Zawsze franczyza czy zakup lincecji to zawsze mniejsze ryzyko niż
                        zaczynanie wszystkiego od zera samemu.
                        • ada1077 franczyza czy nowe materiały??? 11.02.05, 04:38
                          No właśnie, jest w tym dużo racji. Ale ja bym się zastanowiła nad jednym: Czy
                          firma Helen Doron jest jedyną na rynku w Europie czy nawet na świecie, która
                          sprzedaje licencje? Ja bym się nawet pokusiła, o poszukanie wśród konkurencji i
                          nawiązanie takich kontaktów, aby otrzymać to wsparcie organizacyjne i know-how.
                          Właściwie to własnie coś takiego cały czas miałam na myśli - wcale nie samemu
                          organizowanie wszystkiego od początku i tworzenie materiałów. Ale wiesz,
                          czasami żałuję, że jednak nie jestem doktorem anglistyki po pobycie w Stanach,
                          bo być może wtedy byłabym zdolna opracować odpowiednie materiały oczywiście
                          współpracując z innymi specjalistami z zakresu pedagogiki, anglistyki,
                          psychologii itd. Ale może to jeszcze przemyślę, być może wcale nie muszę być
                          doktorem anglistyki, bo jeszcze ważniejsza jest ta współpraca i pomysły. I moim
                          zdaniem coś takiego nie byłoby do nieprzeskoczenia.
                          I mimo wszystko uważam, że jeśli ktoś w Polsce pokusi się o opracowanie
                          odpowiednich materiałów do nauki dla małych dzieci (albo może znajdzie lepsze,
                          na zasadzie franczyzy, jeśli takie są???), to zbije na tym majątek, ponieważ
                          materiały Helen Doron oraz system nauki ma kilka dość istotnych mankamentów,
                          otóż:
                          1. po pierwsze: brakuje w tych materiałach czegoś takiego jak moment
                          zatrzymany oraz co też jest ważne: tłumaczenia lub wyjaśnień po polsku. Mnie
                          osobiście np mógłby wystarczć moment zatrzymany, bo wtedy zdążyłabym dziecku
                          sama przetłumaczyć lub wyjaśnić co oznacza dany zwrot. I chcę tutaj zaznaczyć,
                          że pomimo, iż założycielom Helen Doron się wydaje, że dziecku wystarczy
                          puszczanie płyty w tle, to ja się z tym nie zgodzę. Otóż np. moje dziecko jest
                          bardzo ciekawe właśnie tłumaczenia. Jeszcze nie ma 3 lat (w kwietniu skończy)
                          ale już od dawna pyta się mnie: "a jak się mówi na to po angielsku?" lub "what
                          is this"?
                          Ja bym się nie czepiała i może nawet uznała, że wystarczy te pół godziny z
                          nauczycielką w tygodniu a potem słuchanie w domu, gdybym nie widziała, że dla
                          mojego dziecka jest dość ważne i sam często jest sfrustrowany, że jednak nie
                          rozumie do końca tych płyt, poza wyrwanymi z kontekstu słówkami, lub prostymi
                          zwrotami, które zdążył poznać na lekcji. Ale raczej wiele tego niestety nie
                          poznaje przez te pół godziny, a na płycie (na danym dziale) jest dużo więcej
                          słów i zwrotów niż usłyszał na lekcjach. Nie sądzę, aby dzieki temu pół godziny
                          zajęć w tygodniu był w stanie potem bez problemu rozumieć co śpiewają na
                          płycie. Ja zauważyłam jedno - dzieko bardzo potrzebuje wyraźniego powtórzenia
                          danego zwrotu oraz przetłumaczenia, bo nie wszytko da się na migi pokazać lub
                          przez pokazanie obrazka, które zresztą w książkach Helen Doron są wyjątkowo
                          kiepskie (mało estetyczne bazgroły, udające ze to niby dziecko rysowało).
                          2. Po drugie: uważam, że zajęcia raz w tygodniu po pół godziny, biorąc pod
                          uwagę system nauki z użyciem takich materiałów jak książeczki z mało
                          interesującymi ilustracjami oraz płyty, w których brakuje momentu zatrzymanego
                          oraz (ale nad tym jeszcze bym się zastanowiła czy to byłoby konieczne)
                          tłumaczenia na język polski - to jest stanowczo za mało, bo takie zajęcia nie
                          mogą dawać wyraźnych efektów.
                          Podsumowując powiem tylko, że Helen Doron, ok, może dać zadowalające efekty,
                          ale pod warunkiem, że rodzice sami znają angielski i dużo do dziecka mówią,
                          tłumaczą mu. Ja mogę to potwierdzić na własnym przykładzie, że moje dziecko
                          najwęcej łapie, kiedy ja się dość sporo włączam do tego systemu. Ktoś, kto
                          zdaje się wyłącznie na tą szkołę i jej zalecienia typu słuchanie płyty 2 razy
                          dziennie (bez włączania się w ten "system") niestety nie zauważy zadowalających
                          efektów. I zresztą zupełnie się nie dziwie, że to co ktoś tu już napisał (teraz
                          nie pamiętam), że rynek angielskiego u małych dzieci jest taki kaprysny, że
                          grupy się szybko rozsypują - nie dziwie się przy TAKIEJ metodzie. Rodzice nie
                          widzą wyraźnych efektów a tym samym sensu, aby to kontynuować i wtedy uznają,
                          że lepiej poczekać na naukę w "normalnym" systemie, z nauką słówek oraz
                          tłumaczeniami na język polski. Wcale się temu nie dziwię. Zarazem uważam, że
                          2,5-3 latki już na tyle dużo rozumieją i potrafią powtarzać, że u nich mógłby
                          zdać egzamin system z momentem zatrzymanym, powtórkami (i chyba także z
                          tłumaczeniami na polski, zwłaszcza dotyczy to słuchania w domu, kiedy rodzic
                          jest bez odpowiednich materiałów pod ręką, dzięki którym możliwe jest pokazać
                          dziecku np. po obrazku, że apple to jabłko). Tylko oczywiście ten system mógłby
                          być realizowany tylko przez zabawę, w atrakcyjnej dla dziecka formie.
              • aga.p.p Re: a propo rynku pracy poza szkołami 08.02.05, 21:07
                Oj Ada, zachowujesz się jak ktoś, kto myśli że jest wybitnym filologiem, a kogo
                wywalili z anglistyki po pierwszym roku bo uwalił wszystkie egzaminy. Lektorzy
                sa źli, bo nie mają w nosie 3-latki, tłumacze są beznadziejni, bo nie znają
                terminologii. Potrafisz pięknie generalizować...

                Wiesz dlaczego jest tak mało dobrych szkół dla dzieci? Bo to kompletnie
                nieopłacalny interes. Już nakłady na uruchomienie zwykłej szkoły są ogromne - a
                dzieciakom trzeba do tego zapewnić doskonałych nauczycieli (a tacy nie pracują
                charytatywnie) i furę pomocy naukowych, które niszczą się dużo szybciej niż to
                co kupuje się dla "dorosłych". Żeby wyjść na swoje, szkoła musiałaby kosmicznie
                wywindować ceny, a nie muszę chyba mówić jak by się to odbiło na potencjalnych
                klientach. Do tego dochodzi brak stałości klienteli - małolatom szybko się
                nudzi i rodzice szukają dla nich innej rozrywki. A nudzi się bynajmniej nie z
                powodu nudnych nauczycieli. Po prostu na tym etapie materiał i formy są mocno
                ograniczone.

                Jestem w stanie zrozumieć Twój punkt widzenia - w końcu jak się ma wybitne
                dziecko, to chce się dla niego wybitnych usług. Ale to tylko Twój punkt
                widzenia. Z drugiej strony tak kolorowo już nie jest:)

                Natomiast jeśli chodzi o tłumaczenia - nie każdy mgr filologii jest
                przygotowany do pracy tłumacza. Ba, znam nawet takich, którym nie pomogła
                specjalizacja - tak im brakuje talentu. Ale to, że w Twojej firmie nie
                zatrudnili anglisty wcale nie oznacza, że angliści mają problemy ze
                znalezieniem pracy:)) A już na pewno nie każdy anglista marzy o tym by zostać
                nauczycielem lub tłumaczem. Większość moich znajomych pracuje na kierowniczych
                stanowiskach w międzynarodowych firmach lub prowadzi własne firmy. A wszyscy
                zarabiają niezłą kasę nie tylko dlatego, że doskonale znają język, ale także, a
                może nawet przede wszystkim, dlatego że doskonale znają kulturę kilku obcych
                krajów.

                pzdr,
                Aga
                • ada1077 Re: a propo rynku pracy poza szkołami 09.02.05, 00:47
                  aga.p.p napisała:

                  > Oj Ada, zachowujesz się jak ktoś, kto myśli że jest wybitnym filologiem, a
                  kogo
                  >
                  > wywalili z anglistyki po pierwszym roku bo uwalił wszystkie egzaminy.

                  Nie rozumiem o co Ci chodzi? Niestety, ale nie trafiłaś z tą złośliwością.
                  Nigdy nie studiowałam anglistyki, chociaż znam angielski. A jeśli już tak
                  bardzo Cię interesują moje dane osobiste to powiem Ci, że ukończyłam ekonomię,
                  dla ścisłości: marketing i zarządzanie.

                  Lektorzy
                  > sa źli, bo nie mają w nosie 3-latki, tłumacze są beznadziejni, bo nie znają
                  > terminologii. Potrafisz pięknie generalizować...

                  Czy gdzieś generalizowałam pisząc: WSZYSCY? Ja tylko opisałam własne
                  doświadczenia. Zresztą gdybyś dokładnie czytała wszystkie moje wypowiedzi, to
                  być się doczytała także, jak bardzo chwaliłam sobie szkołę Helen Doron (poza
                  drobnymi mankamentami, zresztą niezależnymi od lektorów) i jak bardzo popieram
                  inicjatywę kilku , co prawda nielicznych osób, które jednak są zainteresowane
                  tematem nauczania małych dzieci.

                  Kolejny raz powtórzę: zanim ktoś zdecyduje sie odpowiadać mi na posty, niech
                  przeczyta wszystkie, a jeśli trzeba to nawet dwa razy, aby mieć całokształt i
                  nie wysuwać pochopnie błędnych wniosków oraz ocen mojej osoby. Rozumiem, że dla
                  niektórych moje wypowiedzi wydają się bardzo osobiste, ale każdy dopatrzy się
                  tego, co chce zobaczyć.
                  Chcę więc zaznaczyć, że ja tutaj nikogo przecież nie atakuje, więc nie rozumiem
                  ataków na moją osobę. Dlaczego tak bardzo razi Was to, że wyrażam swoją krytykę
                  wobec niekompetencji niektórych anglistów. Przecież ta krytyka dotyczy tylko
                  tych niekompetentnych. Skoro tutaj są same kompetentne osoby, to nikt nie
                  powinien poczuć się urażony!

                  • aga.p.p Re: a propo rynku pracy poza szkołami 09.02.05, 01:05
                    Absolutnie nie interesują mnie Twoje dane osobiste. Ale skoro już się
                    pochwaliłaś, to wiedz, że technicznie rzecz biorąc powinnaś mieć lepsze
                    przygotowanie do uruchomienia szkoły dla dzieci niż angliści. Nauczanie a
                    zarządzanie szkołą to dwie różne sprawy.

                    Co do generalizowania i żądania żeby wszyscy dokładnie czytali Twoje posty, to
                    może sama jeszcze raz, na spokojnie przeczytaj sobie jak zaczęłaś ten wątek.
                    Cytuję: "Nie rozumiem Was - angliści, dlaczego macie takie podejście do sprawy!
                    Uważam, że biorąc pod uwagę obecne bezrobocie, zwłaszcza wśród absolwentów
                    szkół wyższych, za wręcz skandaliczne, że rodzice tacy jak ja muszą się prosić
                    anglistów, aby zechcieli zaoferować coś naszym dzieciom." I zaraz potem piszesz
                    o fachowcach. Ktoś już tu zauważył, że fachowcy nie muszą szukać pracy - więc
                    do kogo te pretensje. No i kolejny cytat: "Wykażcie się wreszczie! Przecież to
                    jest Wasz interes!" I jeszcze: idźcie na kursy żeby się douczyć. Nie, to nie
                    jest nasz interes. Nie musimy spełniać czyichś zachcianek, tym bardziej, że dla
                    większości z nas kasa i pieniądze są gdzieś indziej. Nie dziw się więc, że tyle
                    osób jest oburzonych Twoim sposobem wypowiedzi. Intencje pewnie miałaś dobre,
                    ale nie do końca Ci wyszło.

                    pzdr,
                    Aga
                    • ada1077 Re: a propo rynku pracy poza szkołami 09.02.05, 03:39
                      > osób jest oburzonych Twoim sposobem wypowiedzi. Intencje pewnie miałaś dobre,
                      > ale nie do końca Ci wyszło.
                      >

                      Wiesz, pochwaliłam się, ponieważ to było koniecznie ze względu na Twoją
                      sugestię, że niby jestem niedoszłą absolwentką anglistyki. Na coś takiego sobie
                      nie pozwolę. Było to wyjątkowo złośliwe z Twojej strony i chyba zdajesz sobie z
                      tego sprawę ;)
                      Anglistyki studiować nie muszę, chyba że w ramach hobby, dla własnej
                      satysfakcji jako kolejny fakultet. Chociaż nie jest mi to aż tak bardzo do
                      szczęścia potrzebne.
                      Ok, Twoje na wierzchu jeśli chodzi o ton mojego pierwszego postu, zdaję sobie
                      sprawę, że mógł niemile zabrzmieć..Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że
                      pisząc ten post byłam w "bojowym" humorze spowodowanym wędrówką po kilku
                      przedszkolach oraz zdobytymi informacjami na temat tych przedszkoli. Już
                      tłumaczyłam w pewnych miejscach, poniżej głównego postu, że może nieco
                      przesadziłam ze swoimi wymaganiami. Widać rodzice muszą obniżyć znacznie
                      poprzeczkę swoich wymagań.
                      Natomiast wybaczcie mi to, że ukierunkowując swoje zarzuty uzyłam kilka razy
                      słowa: Was - Angliści. Nie miałam na myśli Was - jako wszystkich, ale tylko
                      tych, których te zarzuty powinny dotyczyć, czyli osób, które zatrudniają się do
                      pracy z dziećmi, kiedy się do tego kompletnie nie nadają (miałam na myśli
                      zarówno osób po anglistyce, które dzieci nie lubią, jak i tych, które dzieci
                      niby lubią, ale angielskiego dobrze nie znają!). Uznałam równiez, że skoro jest
                      przecież tylu fachowców, którzy dużo lepiej umieją angielski niż te panie w
                      przedszkolach i być może równie dobrze (lub lepiej niż te panie) nadają się do
                      pracy z dziećmi (bo je lubią) to dlaczego tacy angliści nie są zatrudniani w
                      przedszkolach (chociażby tych prywatnych) lub w szkołach językowych?
                      Ale nie musicie mi odpowiadać - rozumiem, że po prostu mało jest takich
                      anglistów, którzy mają ochotę podjąć taką małoopłacalną pracę. Chociaż ja nadal
                      utrzymuję i uważam, że praca z dziećmi (zwłaszcza w własnej firmie) jednak
                      mogłaby być opłacalna, oczywiście pod pewnymi warunkami i zdecydowanie macie
                      rację, że do tego potrzeba także trochę ekonomicznego i marketingowego pojęcia.
                      Prowadzenie własnej firmy to nie lada wyzwanie - to fakt...
                      Wątkiem pobocznym była także moja próba zachęty do zakładania szkół językowych
                      dla najmłodszych przez osoby kompetentne (anglistów z kwalifikacjami), ale
                      spotkało się to z wyjątkowo agresywną reakcją, bo wszyscy zaraz zrozumieli, że
                      sugeruję, że wszyscy są niekompetentni. No szkoda, że tak źle zostałam
                      zrozumiana...
                      No ale pomijając sprawę zakładania szkół dla najmłodszych.
                      Ja przepraszam bardzo, jeśli to kogoś urazi, ale mam awersje do wszystkich
                      pseudoanglistów jak te panie w przedszkolach czy podstawówkach, które uczą
                      angielskiego, pomimo że ani nie lubią pracy z dziećmi ani też angielskiego
                      dobrze nie znają. To samo sie tyczy tzw "tłumaczy" i im podobnych.
                      No takie osoby to mogą spotkać się z moim atakiem i nie tylko moim, bo myślę,
                      że wiekszości rodziców, którzy mają odwagę coś powiedzieć!
                      I nie są to mrzonki tylko realny problem, zresztą jak widać już kilka osób na
                      tym forum się ze mną zgodziło, że do nauki małych dzieci zatrudniane są
                      przeważnie osoby niekompetentne, bo te mają mniejsze wymagania finansowe. Tych
                      kompetentnych nie ma tam, gdzie być powinni!
                      No to jest paranoja!
                      Jeśli to sie nie zmieni, to kiepsko widzę przyszłe umiejętności językowe
                      naszych dzieci. Czyżby musiały być skazane na taką drogę jak większość z nas,
                      że angielskim posługiwać sie na przyzwoitym poziomie będą mogły dopiero w
                      szkole średniej lub na studiach, jeśli w ogóle będą mogły?
                      I nie rozumcie tego, że ja tu komuś sugeruję, że ma pracować za taniochę w
                      państwowych szkołach czy przedszkolach. Sugeruję tylko, że z tym koniecznie
                      trzeba coś zrobić i szukać alternatywnych rozwiązań. Dla mnie tymi
                      alternatywnymi rozwiazaniami są szkoły prywatne i kursy - szczególnie dla tych
                      najmłodszych, gdzie jest tak mały wybór szkół. A skoro potrzeba jak widac jest,
                      to wydaje mi sie, że także tym co na ta potrzebę odpowiedzą, się to opłaci!

                      ufff.. Mam zatem pytanie: czy teraz jest już wszystko jasne drodzy Angliści???
                      Nie atakuję Was tym razem!
                      • aga.p.p Re: a propo rynku pracy poza szkołami 09.02.05, 11:49
                        Ech, nie chciałam, żeby mój pierwszy post zabrzmiał złośliwie - stawiałam na
                        ironię i jeśli odebrałaś to inaczej to bardzo mi przykro. Widać ja też muszę
                        poćwiczyć formę wypowiedzi:)
                        Fajnie, że teraz piszesz pseudoangliści. Dla mnie anglista, to mgr filologii
                        angielskiej, a nie ten kto po prostu angielskiego uczy. A fakt faktem,
                        dyrektorzy róznych jednostek często zatrudniają do tej roboty byle kogo (np.
                        studentów innych kierunków, bo to krewni i znajomi królika, którzy oglądają
                        BBC, znaczy się angielski znają perfekt /to też była ironia;)/). Na szczęście
                        za moment nie będzie to już możliwe.
                        Jeśli nadal szukasz dla swojego malucha przedszkola, w którym uczą
                        angielskiego, popytaj o takie, które umożliwiają odbywanie praktyk studentom.
                        Wiem, że takie miejsca wybierają ludzie, którzy naprawdę lubią dzieci, a do
                        tego nie zdążyli się jeszcze wypalić. Wtedy przez kilka tygodni dziecko ma
                        lepszą zabawę niż przez cały rok bylejakich zajęć:)
                        Albo skrzyknij się z innymi mamami i zostawcie ogłoszenia na wydziałach
                        anglistyki - jeśli zapewnicie miejsce to i nauczyciel się znajdzie. Trzeba
                        tylko jasno określić swoje wymagania. No i mieć trochę wiary w studenów:)

                        Powodzenia i pozdrawiam,
                        Aga
                        • ada1077 Re: a propo rynku pracy poza szkołami 09.02.05, 12:44
                          Nie ma sprawy. Faktycznie okazuje się, że często bardzo wazne jest umieć sie
                          postawić w czyjejś sytuacji. Chyba wszystkim nam przyda się praca nad tą
                          umiejętnością.

                          A wiesz, zrobię dokładnie tak jak mówisz. Najpierw zacznę szukać anglisty (może
                          rzeczywiście lepiej studenta) do zajęć indywidualnych, a jeśli się uda to
                          zorganizuję grupę dzieci. Miejsce spotkań na pewno będzie zapewnione i na pewno
                          takiemu angliście się to opłaci nawet, jeśli będzie musiał dojeżdżać.
                          Pozdrawiam
                          Ada
        • happymama W obronie HD 06.02.05, 12:49
          Może robię się nudna, ale na prawdę zdajemy sobie sprawę z tego, co
          niedoskonałe i staramy się to poprawić (a właściwie nie my, tylko poprzez nas -
          Helen Doron. Stare książki są poprawiane i na nowo publikowane w przepięknej
          oprawie graficznej i kolorach, a kasety zastąpione płytami CD. Acha, i jeszcze
          jedno - zajęcia 1 raz w tygodniu wystarczają, ponieważ dziecko ma kontakt z
          j.ang. słuchając płyty 2 razy dziennie (i tak na prawdę w domu się uczy).
    • agawa79 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 06.02.05, 10:19
      Droga Ado,
      bredzisz.
      Nie jestem zapatrzona w moje dziecko, a różnica między moim a innymi jest taka,
      że na zachowanie swojego mam wpływ, a na zachowanie innych, którym rodzice
      zawczasu nie włożyli do głowy, co trzeba, takiego wpływu nie mam, i nie dziw,
      się, że coś mnie trafia, jeśli 9-letnia gówniara odwraca się do mnie tyłem i
      zakłada nogi na swoje biurko, bo jej mamusia i tatuś kazali uczyć się
      angielskiego, a ona woli gadać z koleżankami przez telefon. Moje dziecko jest
      takim człowiekiem, na jakiego je wychowam, a niestety, dzieci bogatych
      rodziców, którzy nie mają dla nich zbyt wiele czasu, często - choć nie zawsze -
      są rozwydrzone i chamskie. Ja nie "toleruję" mojego dziecka, przeciwnie, kocham
      je bardzo i je wychowuję, czego niestety zaniedbała większość rodziców, z
      którymi miałam do czynienia.
      Nigdzie nie użyłam też sformułowania "bachory", czytaj więc uważnie następnym
      razem.

      I nie analizuj moich wad, z których świetnie zdaję sobie sprawę, bo się zrobisz
      śmieszna.

      Co do tonu mojej wypowiedzi, to cóż, był on odpowiedzią na napastliwy ton
      pierwszego postu. Gwałt niech się gwałtem odciska, a ja ponawiam moją wypowiedź
      o rozhisteryzowanych paniusiach.

      Kocianno - z ust mi ten pomysł wyjęłaś.
    • agawa79 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 06.02.05, 10:26
      Wracając do tematu. Szkół dla małych dzieci nie ma, bo regularne lekcje dla
      małych dzieci, przy braku stałego kontaktu z językiem, po prostu nie mają
      sensu - z powodów, które tu już były wymienione - i niejeden metodyk to
      potwierdzi.
      A jeśli tak bardzo komuś zależy na "lekcjach" z trzylatkami, to niech skrzyknie
      grupkę dzieci, zatrudni wykwalifikowanego lektora po pedagogice, zapłaci za
      matriały, i po kłopocie.
    • happymama Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 06.02.05, 12:26
      Tak się składa, że jestem absolwentką pedagogiki wczesnoszkolnej oraz
      podyplomowych studiów dla nauczycieli j.ang. na wydz. filologicznym UŚ w
      Sosnowcu.Mam kilkuletni staż w szkole podstawowej i przedszkolu, uwielbiam
      pracować z dziećmi, zwłaszcza małymi (ponieważ aby je uczyć trzeba wiedzieć jak
      i mieć dobre przygotowanie metodyczne + olbrzymie zaplecze pomocy
      dydaktycznych). Na 5-letnie studia filologiczne mnie nie było stać (z wiadomych
      przyczyn) ale obecnie to co robię daje mi olbrzymią satysfakcję (a i rodzice
      nie narzekają - wręcz przeciwnie-dzieciaki od kilku lat chętnie przychodzą na
      angielski i nie chcę wychodzić z lekcji).Jak to się stało? Otóż nie wiem jak w
      Poznaniu, ale u nas szkoła Helen Doron ma dużo zwolenników i polecam ją
      każdemu.A metoda - ma w sobie to coś i daje rozultaty.Pozdrawiam.
      • ada1077 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 06.02.05, 18:49
        Cieszę się, że jednak są tu nauczyciele lubiący pracę z dziećmi i dzięki temu
        do tej pracy się nadający. Faktem jest, że miłość do dzieci i odpowiednie
        podejście jest najważniejsze, ale zaraz za tym powinny iść umiejętności
        językowe (tego stanowiska nie zmienię). Już mniejsza o to, jakie dowody tych
        umiejętności nauczyciel przedstawi, chociaż dobrze jeśli jednak je przedstawi -
        chociaż niewątpliwie najważniejszym dowodem powinno być to, czego się dzieci
        nauczyły. Naprawdę, nie mam tu ochoty prowadzić dalej tej dyskusji w tonie
        dalszego wzajemnego się obrażania. Zatem wypisuję sie z tego wątku. Dyskutujcie
        sobie dalej sami. Postaram się zrozumieć Agawę, że wygodniejsze i bardziej
        dochodowe jest nauczanie dorosłych i to najlepiej tylko bogatych wiekowych
        prezesów, którzy angielski kiepsko kumają, ale za to chętnie płacą za kolejne -
        nieefektywne lekcje. No rozumie się - tacy klienci są najlepsi, po co więc
        tracić czas na dzieciaki?
        Ja też już nie chcę tracić czasu na ta dyskusję.
        Agawa79 - życzę Ci powodzenia i efektów w pracy z dorosłymi i jak najwyższych
        dochodów.
        • amused.to.death Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 06.02.05, 20:35
          > Zatem wypisuję sie z tego wątku. Dyskutujcie sobie dalej sami.

          To dopiero podsumowanie.
          • ada1077 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 07.02.05, 00:03
            No ok, mogę dyskutować dalej, ale w innym tonie. Nie mam ochoty dyskutować z
            osobami które niedokładnie czytają moje posty bądź też nie rozumieją ich treści
            jak należy i są z gruntu nastawione na atak-odwet. Ten sam temat został podjęty
            na forum NAUCZYCIELE. Osoby na poziomie, które mają ochotę ciągnąć ten wątek,
            zapraszam do dalszej dyskusji. Tylko proszę, czytajcie dokładnie moje posty,
            jak ktoś nie załapie od razu o co w nich chodzi, niech przeczyta po dwa razy.
            • amused.to.death Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 07.02.05, 00:50
              > jak ktoś nie załapie od razu o co w nich chodzi,

              jak ktoś nie załapie, to nie załapie również, że nie załapał:))

              Ada, mam pytanie, stricte do twojej sytuacji: co dały Twojemu dziecku lekcje u HD?
              Pytanie bynajmniej nie złośliwe, i bez żadnych podtekstów. Jestem ciekawa po prostu co zaobserwowałaś u takiego małego dziecka jako rodzic?
              • ada1077 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 07.02.05, 02:48
                No cieszę się, że wreszcie ktoś zadał mi to pytanie :)
                No więc moje dziecko chodzi na HD od kiedy skończyło 1,5 roku. Mogę
                powiedzieć, że po roku tego chodzenia można stwierdzić, że to coś dało, bo:
                1. Dziecko rozumie jak się do niego mówi proste zdania po angielsku, potrafi
                wykonać polecenia po angielsku (te które zna z lekcji oraz te których ja go
                uczę w domu) oraz odpowiedzieć na pytania typu: What is your name?, Who are
                you?, Can you see a cow anywhere? Where is the sheep? Find a duckling, Touch
                your head itp. Jest tego dużo więcej.
                2. Dziecko zna sporo słówek po angielsku, łapie je w lot, wystarczy że ze dwa
                razy usłyszy (dla porównania - znajoma 6 letnia dzieczynka, zresztą bardzo
                mądra i w swojej grupie rówieśniczej jedna z tych co umieją sporo, już tak
                szybko nie zapamiętuje, umie dużo mniej, chociaż też miała angielski w
                przedszkolu - ale państwowym i po efektach widać, że kiepską metodę stosowano
                do jej nauki).
                Zatem dla mnie widocznym efektem jest to,że synek ciągle jest głodny wiedzy,
                interesują go bajki i w ogóle mowa angielska, chłonie te słówka, często się
                mnie pyta pokazując na różne przedmioty: What is this? I ja mu muszę odpowiadać
                po angielsku, z czego on się bardzo cieszy (jak to się tylko może cieszyć
                dziecko 2,9 miesięcy - okazując tą radość wręcz głośnym śmiechem). Jeszcze
                bardziej się cieszy, kiedy ja nie zdążę mu odpowiedzieć i on sam sobie
                wcześniej odpowie, np This is a knife, this is a screwdriver itp. Natomiast
                jest niepocieszony, kiedy mu nie umiem odpowiedzieć. Przy tym mówi bardzo
                wyraźnie jak na niespełna 3 latka.
                To tylę o efektach.

                Tak więc jeśli tego miałabym nie widzieć jako korzyści płynące z tak wczesnej
                nauki to chyba byłabym ślepa. A gdybym sobie postanowiła tą naukę odpuścić, to
                byłabym głupia... Oznaczałoby to po prostu niewykorzystanie i zmarnowanie
                niesamowitego potencjału dzieci, typowego tylko dla dzieci w wieku 1,5-6 lat.
                Po ukończeniu 7 roku życia mózg już nigdy nie będzie taki chłonny wiedzy i nie
                będzie miał takich zdolności do zapamiętywania, wręcz w lot i co więcej, te
                informacje w tym wieku zostają zapisywane w pamięci długotrwałej! Zatem
                najszybciej i przy najmniejszym wysiłku uczą się dzieci od 0-7 lat. W tym wieku
                też najłatwiej jest wprowadzić u dziecka dwujęzyczność.
                A czego się nauczy teraz pozostanie mu już do końca życia. A tym co w to nie
                wierzą, mogę na dowód i przykład podać przykłady mojej babci czy innych
                starszych osób (ale większość ludzi także młodszych tak ma), że to czego się
                nauczyło we wczesnym dzieciństwie (np wierszyków) pamiętają przez całe życie.
                Podobnie jest z językami obcymi. Oczywiście lepiej nie dopuścić do sytuacji,
                kiedy się wcale nie używa języka, bo może się zdarzyć, że człowiek zapomni
                nawet własnego okczystego języka, ale zwykle nawet Ci co nie używali długo
                ojczystego języka wcale, kiedy się ponownie "zanurzą" w swoim zapomnianym
                języku, przypominają go sobie.
                • happymama Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 07.02.05, 09:51
                  Nic dodać nic ująć.Tak trzymać.Mały ma szczęście, że ma taką Mamę. Pozdrawiam.
                  • ada1077 :)))))))))) 07.02.05, 11:27
                    :0) Ja także pozdrawiam ! I życzę wszystkim mamom samej pociechy z dzieci oraz
                    radości z obserwowania i aktywnego uczestniczenia w ich rozwoju :)
                    • ada1077 Re: :)))))))))) 07.02.05, 12:16
                      A zapomniałam jeszcze dodać, że Tobie agawa79 też tego życzę. Troche wyluzuj i
                      nie szukaj wszędzie zaczepki...
                    • happymama Nowy podręcznik dla 3-latków 08.02.05, 08:59
                      Chciałam Wam wszystkim podziękować. Wasze posty nasunęły mi pomysł i wczoraj
                      zaczęłam pisać książkę dla dzieciaczków. Może do wakacji skończę.
                      POZRAWIAM
                      • ada1077 Re: Nowy podręcznik dla 3-latków 08.02.05, 15:03
                        Cieszę się ogromnie! :) Będę czekać z niecierpliwością na Twoją książkę. I
                        właśnie o to mi chodziło w tej całej dyskusji, aby zachęcić ambitnych ludzi do
                        działania w temacie angielskiego dla najmłodszych. Bo niestety obecnie rynek
                        polski jakoś nie może się pochwalić dużym wyborem dla tego segmentu klientów, o
                        którym tutaj tyle pisałam. Jestem pewna, że Ci się uda i życzę powodzenia z
                        całego serca! A te soby, które twierdzą, że angielskim dla małych dzieci
                        zajmować sie nie warto będą miały po prostu nieźle utarty nos ;-) Ale fakt,
                        zajmować sie tym powinny tylko osoby, które dzieci kochają.
                        pozdrawiam
    • magdarak Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 25.02.05, 12:05
      ada1077 napisała:

      > Zadaję to pytanie, ponieważ nie rozumiem dlaczego, w takim dużym mieście jak
      > Poznań (nie wiem jak jest w innych miastach), w którym są dobre uniwersytety
      > i kilka prywatnych językowych szkół wyższych, gdzie uczy się mnóstwo
      > studentów anglistyki oraz filologii angieslkiej, oraz jest mnóstwo
      > bezrobotnych absolwentów tychże szkół; nie można znaleźć porządnej szkoły
      > językowej (angielskiego) dla małych dzieci (takich od 1,5roku czy 2 lat
      > wzwyż) albo prywatnego przedszkola anglojęzycznego z prawdziwego zdarzenia.
      > Jest tylko jedna szkoła Helen Doron z kilkoma oddziałami, na którą coraz
      > więcej rodziców
      > narzeka, że mają kiepskie materiały a wygórowane ceny, że zajęcia trwają za
      > krótko i powinny się częściej odbywać. I nie ma żadnej alternatywy oprócz tej
      > szkoły. Czyżby nikomu nie opłacało się wykazać żadnej inicjatywy? Od
      > jakiegoś czasu ja szukam tej alternatywy dla swojego dziecka (prawie 3-latek)
      > i nie mogę znaleźć. Wygląda mi to
      > tak, jakby w Poslce nie było żadnego bezrobocia a nauczyciele angielskiego
      > tak dużo zarabiają, że nikomu nie opłaca się zająć nauką małych dzieci.
      > Nie rozumiem też dlaczego w większości przedszkoli (także prywatnych, które
      > niby kładą nacisk na angieslki) uczą osoby, które mają zatrważająco niski
      > poziom językowy oraz wiedzę na temat pracy z małymi dziećmi. Uważam też, że
      > certyfikat taki jak FCE w żadnym razie nie powinien być uważany za
      > uprawnienie do nauki małych dzieci. Doskonale
      > wiem, jaki to jest poziom wiedzy, może zdać go niemal każdy, kto trochę umie
      > angielski. Nauką małych dzieci powinni zajmować się co
      > najmniej absolwenci anglistyki z pedagogiką wczesnoszkolną i przedszkolną
      > oraz dodatkowo po odpowiednich kursach. Czyżby takie osoby nie miały nigdy
      > problemów ze znalezieniem pracy, albo zarabiaja tak dużo, że nie opłaca się
      > im wykazać żadną inicjatywą i założyć własnej (chociażby malutkiej) szkoły
      > językowej dla najmłodszych? Przecież popyt na takie szkoły jest obecnie
      > zdecydowanie wyższy niż podaż!!! Nie rozumiem Was - angliści, dlaczego macie
      > takie podejście do sprawy! Uważam, że biorąc pod uwagę obecne bezrobocie,
      > zwłaszcza wśród absolwentów szkół wyższych, za wręcz skandaliczne, że rodzice
      > tacy jak ja muszą się prosić anglistów, aby zechcieli zaoferować coś naszym
      > dzieciom. Mam oczywiście na myśli fachowców, którzy wiedzą coś o dzieciach.
      > Przecież niemożliwe, aby w takim mieście jak chociażby Poznań tych fachowców
      > nie było?
      > Zatem moja prośba do anglistów: Wykażcie się wreszczie! Przecież to jest Wasz
      > interes!
      > A jeśli uważacie, że nie macie pojęcia o pracy z tak małymi dziećmi, to są
      > odpowiednie kursy, na których możecie uzupełnić wiedzę. Co ambitniejszych,
      > pewnie byłoby stać także na opracowanie profesjonalnych materiałów do nauki,
      > no nie? Nie wydaje mi się, aby to było aż takie trudne, najważniejsza jest
      > pomysłowość i wyjście naprzeciw dzieciom - klientom. Jeśli ktoś z Was wie coś
      > o zasadach podejścia do klienta CRM (Customer Relationship Menagement) to mu
      > to ułatwi odnalezienie drogi do sukcesu w prowadzeniu takiej szkoły,
      > oczywiście po opracowaniu oferty (materiałów do nauki) ściśle
      > odpowiadającego potrzebom klienta (małego dziecka) .
      >
      >
      Nie zdążyłam przeczytać wszystkich listów, ale jako1.była
      poznanianka,2.anglistka.3. matka niegdyś mnałych dzieci - odnoszę nieodparte
      wrażenie poparte praktyką, że nie ma sensu ani potrzeby uczenia tak małych
      dzieci. Rodzice, poskromcie ten wyścig szczurków!
      • bronia10 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 27.02.05, 00:28
        Jaki wyścig szczurów? Ja też nie czytałam wszystkich wypowiedzi, ale zapytam
        się: co ma wspólnego wyścig szczurów z nauką języków małych dzieci? To samo
        można by powiedzieć, że pchaniem dziecka do wyścigu szczurów jest czytanie
        niemowlętom i nieco starszym dzieciom książek do snu. No bo po co dziecku tak
        wcześnie zaśmiecać głowę niepotrzebnymi informacjami????? Ludzie - opanujcie
        się. Dlaczego macie coś przeciwko tym rodzicom, którzy robią cos wiecej dla
        swoich dzieci bo np mają na to więcej czasu albo po prostu ochoty? Czy to Was
        boli?????
        • dvoicka Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 27.02.05, 17:56
          moje zdanie jest troche inne
          próbowałam uczyć małe dzieci i wiem, że jest to bardzo trudne
          potrzebne są bardzo wysokie kwalifikacje i bogate zaplecze, albo przynajmniej
          jedno z dwojga
          wysokie kwalifikacje, dlatego, ze w tym wieku dzieci bardzo dobrze nasladuja i
          zle jest je uczyc zlej wymowy a bogate zaplecze dlatego, ze dzieci bardzo szybko
          sie nudza i trzeba co chwile zmieniac zadania i zajecia
          w dodatku widzę, że z moich znajomych niewielu czerpie z tego satysfakcje
          w tej szkole HD, ktora znam rotacja nauczycieli tez jest spora, bo to jest
          zwyczajnie meczace realizowac ciagle te same lekcje
          a bez zaplecza, jakie oferuje HD trudno jest samemu zorganizowac materialy i
          jeszcze byc konkurencyjnym cenowo
          i wydaje mi sie, ze to moga byc przyczyny tego, ze takich szkol jest niewiele a
          tanie lekcje w przedszkolach sa czasem na zatrwazajaco niskim poziomie
          a jesli chodzi o zarzut wobec HD, ze lekcje 45 min sa za krotkie, to wydaje mi
          sie ze dla dzieci w tym wieku to wcale nie jest za krotko
          ten oddzial HD, ktory znam oferuje lekcje 2x w tygodniu, dla dzieci, ktorych
          rodzice sobie tego zazycza
          • nat26 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 01.03.05, 19:53
            musze tu czesciej zagladac, bardzo ciekawie:) pozdrawiam wszystkich
    • kinkygirl Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 08.03.05, 12:02
      > Jeśli ktoś z Was wie coś
      > o zasadach podejścia do klienta CRM (Customer Relationship Menagement) to mu
      > to ułatwi odnalezienie drogi do sukcesu w prowadzeniu takiej szkoły,
      > oczywiście po opracowaniu oferty (materiałów do nauki) ściśle
      > odpowiadającego potrzebom klienta (małego dziecka) .
      >

      khem,
      akurat klientem to rodzic jest, a nie dziecko.

      koleżanka po marketingu? ;)
      • ada1077 Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 09.03.05, 05:30
        kinkygirl - to było tylko takie porównanie. Wiadomo że rodzic płaci, ale to
        dziecko korzysta. Więc porównując dziecko do klienta zrobiłam to celowo,
        ponieważ to dziecko jest tutaj korzystającym, chociaż nie kupującym. Trochę
        uprościłam tą sytuację. W przypadku dostosowywania oferty pod klienta bierze
        się pod uwagę jego potrzeby, nie tylko te które czuje w danym momencie, ale
        także te które mógłby poczuć np. po zapoznaniu się z tym co mu się już oferuje.
        W sytuacji nauczania dziecka to wygląda tak, że dziecko jeszcze nie zdaje sobie
        sprawy z korzyści jakie otrzymuje - to rodzic mu to wszystko funduje - jest to
        taki prezent, z którego dziecko tak naprawdę skorzysta dopiero w przyszłości. A
        ponieważ to potrzeby dziecka i jego korzyści w związku z zakupem muszą być
        przede wszystkim brane pod uwagę, to kiedy się dostosowuje ofertę programową
        należy myśleć o dziecku trochę jak o kliencie. Porównując to do oferty szkół
        jezykowych dla małych dzieci chodzi mi oczywiście o plan nauczania, materiały
        dostosowane do wieku oraz stopnia zaawansowania oraz odpowiednie podejście
        nauczyciela. Zresztą w podejściu marketingowym ofertę dostosowuje się na
        bierząco pod klienta, od czasu do czasu wyskakuje się z jakąś nowością. Dobry
        marketingowiec stara się ciągle przykłuwać uwagę klienta, nie pozwoli mu
        znudzić się ofertą i przejść do konkurencji albo zupełnie zrezygnować z zakupów
        w danej "firmie". Wydaje mi się, że trochę takiego marketingowego podejścia
        przydałoby się szkołom językowym oraz nauczycielom, którzy ją tworzą,
        szczególnie nauczycielom małych dzieci. Ja tylko chcialabym tutaj dodać, że
        małe dzieci wcale nie wymagają większych nakładów materiałów niż dorośli ale
        zdecydowanie wymagają większego sprytu i koncentracji nauczyciela. Dzieci myślą
        bardzo szybko a dorosłym czasem trudno jest za dzieckiem nadążyć. Nie mniej
        nauka małych dzieci polegać powinna właśnie na nadażaniu za dzieckiem oraz
        nakierowywaniu jego uwagi na to, co stanowi dla dziecka wartość edukacyjną.
        • ta-szka Re: Dlaczego tak mało szkół angiels dla małych dz 11.03.05, 13:06
          Nauczanie dzieci jest bardzo pracochlonne. Zeby przeprowadzic 30 minutowa
          jednostke "lekcyjna", nalezy zaplanowac mniejwiecej 15 zabaw/gier/cwiczen. DO
          kazdej takiej zabawy potrzebne sa specjalne materialy - dla nauczyciela oznacza
          to duzo ciecia, klejenia, kolorowania itd, a takze po prostu szukania
          inspiracji. 1-osobowa szkola uczaca dzieci ma niestety ograniczony "przerob" -
          juz tlumacze - nie jest w stanie przeprowadzic 50 lekcji w tygodniu (to tylko
          przyklad)- interes tez wobec tego nie jest wielki. Za to satysfakcja
          ogromna!!!!:)

          ta-szka z 1 osobowej szkoly j.francuskiego dla przedszkolakow

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka