kociak40
05.08.17, 22:11
Dzisiaj (sobota) wyszła z Warszawy piesza pielgrzymka do Częstochowy. Spowodowało to u mnie pewne wspomnienie przed kilkunastu lat. Dotyczy to mojego znajomego z pracy. Inżynier, konstruktor, specjalista od układów elektrycznych. Żonaty, mający dwoje dzieci, dwie małoletnie córki. W pobliżu jego domu zbudowano nowy kościół księży Redemptorystów.
To takie zgromadzenie zakonne niosące pomoc religijną ludziom ubogim duchowo. Założycielem był św. Alfons Liguori (samo imię też coś mówi dla dalszej sprawy). Kolega ten, ateista, trochę skarżył się mnie, że jego żona zadała się z tymi księżmi i chodzi na jakieś nauki.
Tak trwało to jakiś czas. W końcu jego żona oznajmiła mu, że idzie z pieszą pielgrzymką do Częstochowy. Poszła i już więcej nie wróciła, odeszła do tego księdza, który prowadził tą pielgrzymkę. Kolega został sam z dwójką małych dzieci. Czy ten ksiądz wystąpił z kościoła, czy też żyje na "kocią łapę" z jego żoną, tego nie wiem. Kolega przeprowadził rozwód cywilny i został kawalerem "z odzysku". Już go nie spotykam i nie wiem co było dalej. Wynika z tego, że pielgrzymki mogą komplikować całe życie, a nie tylko powodować choroby nóg.