Dodaj do ulubionych

Do Grghk - Kociak40

04.01.06, 01:46
Zbyszku!

Jak najkrócej i to w takim temacie, że oboje jesteśmy zgodni, bzdura to i
naciaganie naiwnych, ale dość dziwne.
Otóż, dotyczy to wróżenia, przepowiadania przyszłości przez wrożkę. Te
wypadki były na przestrzeni ~ 30 lat, dotyczyły tej samej wróżki i tej samej
osoby korzystającej z "usług". Zaczęło się to bardzo dawno temu, ja wtedy
byłem "młodzieniaszkiem" miałem motor "Junaka" i dobrego kolegę o rok
starszego od siebie. Często jeździliśmy kąpać się nad Bug, Narew, na Mazury.
Otóż jego matka, była znajomą mojej i to od niepamiętnych czasów, częst
przychodziła do mojej aby "pogadać". Tylko dla wyjaśnienia, ta kobieta nigdy
nie pracowała, była tz. "gospodynią domową przy mężu", a mąż jej był rencistą,
więc byli bardzo ubodzy. Pewnego razu, ta kobieta w rozmowie z moją matką
powiedziała, że wybiera się do jakiejś "dobrej" wróżki, do której "zdobyła"
adres (wtedy wróżki, musiały się ukrywać z tym procederem). Pamiętam, że
trochę pokpiłem sobie z tej jej decyzji, ze względu na dość wysoką cenę
takiej wizyty, zwłaszcza w jej przypadku. Po tej wizycie, w rozmowie z moją
matką (ja tylko zawsze słuchałem, do rozmowy się nie wtrącałem) powiedziała,
że wróżka ta, na samym początku tego "wróżenia", powiedziała jej, że przy jej
synu stoi śmierć (chodziło o jakieś polożenie asa treflowego, czy coś tam w
podobie) i syn może jej uniknąć jeśli będzie ostrożny, przezorny. Ten jej
syn, a mój kolega, śmiał się z tego, bo w takie "głupoty nie wierzy". Jednak
zauważyłem pewne zmiany w jego zachowaniu, a polegały one na tym, że przestał
pływać w głównym nurcie rzeki (bo może kurcz złapać - może), przestał jadać
duszone grzyby, których był smakoszem, jeśli sam nie bierał (bo można się
otruć - można), już nie pozwalał mi jechać motorem szybciej niż 80 km/h,
patrzył przez ramię na licznik (bo może kamień, kartofel, leżeć na drodze -
może) itd. Niby wszystko logiczne, ale wpierw tego nie było. W 8 miesięcy
później zginął w wypadku (24 lata) jadąc służbowo pociągiem. Wyjazd był z
Doworca Wschodniego w Warszawie, nocny pociąg, w bufecie jeszcze coś zjadł i
widać to mu zaszkodziło, bo po kilku godzinach jazdy, zasłonił sobie ręką
usta i wybiegł do WC. Toaleta była zamknięta, więc chciał otworzyć drzwi na
pomoście, drzwi były "pod bieg pociągu", więc jak tylko nacisnąl klamkę, pęd
powietrza wyrwał drzwi i on wypadł, i tak zginął. Oczywiście, nie
przywiązywałem żadnego znaczenia do tej wróżby, jego matka tak. Po jakimś
czasie, jakaś jej siostrzenica, czy jakaś kuzynka, 20 letnia dziewczyna,
miała wyjść za mąż, był jakiś termin, były już obrączki itd. Kobieta ta,
zaprowadziła tą dziewczynę do tej wróżki, aby poznała "przyszłe szczęście".
Właśnie po tej wizycie, do mojej matki, powiedziała, że wróżka twierdzi, że
dziewczyna ta nie wyjdzie za mąż za tego mężczyznę, ale za innego i to
dopiero za dwa lata. I tak się stało, nie znam przyczyny dlaczego ten już
zapowiedziany ślub nie doszedł do skutku, ale zwróciłem uwagę, że dokładnie
po dwóch latach, tak jak było "wywróżone" dziewczyna ta wyszła za mąż.
Zdenerwowało mnie to, bo "wiara" tej kobiety we wróżkę rosła, a ja nic nie
mogłem temu przeciwdziałać. Trzecia wróżba była tak absurdalna, że na 100%
miałem pewność, że wróżka "da tyłu", zresztą i ta kobieta też w to nie
wierzyła. A była to wróżba, że u tej kobiety pojawią się pieniądze i za 4
lata zbuduje sobie domek, co przy jej dochodach było to absurdem. Ja słysząc
tą rozmowę odzyskałem dobry humor. Niestety, w krótkim czasie kobieta ta na
swoje imieniny (robiła przyjęcia, skromne, ale zapraszała gości) byłem
świadkiem własnie na takim przyjęciu imieninowym, jak dostała w prezencie
od swoich zaproszonych znajomych, los Krajowej Loterii Pieniężnej (cały los
za 100 zł) i wyobraź sobie, ten los wygrał. Wtedy "wkurzyłem" się na tą
wróżkę, że może spełnić się jej wróżba w całości. Tak się stało, kupiła
działkę nad Bugiem i zbudowała parterowy domek (murowany, 2 pokoje, kuchnia)
i to dokładnie po 4 latach od "przepowiedni". Dlatego się "wkurzyłem" bo
argumentów nie miałem, aby wykpić wróżby. Tu nadmienię, że kobieta ta, jak
jej syn zginął, to bała się chodzić do tej wróżki, chodziła co kilka lat.
Była bardzo religijna (trochę dziwne, że do wróżki, będąc tak wierzącą osobą).
Kobieta ta, w dalszym czasie, zapragnęła udać się na wycieczkę do Rzymu aby
zobaczyć papieża. Zaczęła bawić dzieci, znajdywała tą pracę przez ogłoszenia
w gazecie, odkładała pieniądze (wygraną pochłonął ten plac i dom) i znowu
poszła do tej wróżki, aby dowiedzieć się, czy zdoła zarobić tyle, czy
pojedzie itd. Znowu w rozmowie z moją matką, powiedziała, że wróżka twierdzi,
że za dwa lata pojedzie, zobaczy papieża i nawet, że ją papież osobiście
dotknie. Ja już nic nie komentowałem, te dotknięcie było dla mnie, że wróżka
za wiele sobie "pozwala" i musi być "wpadka". Za dwa lata pojechała, była w
pierwszym szeregu jakiegoś sektora odgrodzonego sznurem, papież szedł pieszo,
nastąpił "napór" ludzi i ona została przewrócona, wypadła za tego sznura,
stłukła niegrożnie rękę, ochrona papieża podniosła ją, a sam papież też
schylił się i trzymając ją za drugą rękę, pomogł wstać. Dodatkowo, położył
jej rękę na jej głowie i spytała się, czy czuje się dobrze. Tego nie
widziałem, tak opowiadała ta kobieta mojej matce, pokazywała stłuczenie ręki,
pokazywała jak ją papież trzymał itd. Tym załamała mnie kompletnie. Dalej już
nie wiem co było z tą wróżką, moja matka zmarła, kobieta ta przestała
przychodzić, nie wiem co się z nią stało, czy jeszcze żyje, czy nie. Jestem
dość cyniczny do takich "spraw" i nie mogłem sobie pożartować z wróżki, a tak
chciałem.
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka