fedorczyk4
05.11.06, 16:43
czsami, ale rzadko się wpisuję bo nie czuję się ani katoliczką, ani
agnostyczką. Szukam logicznej drogi w życiu. Nawet nie dla siebie, bo juz
sama sobie ją sobie na własny urzyrek wytyczyłam na bazie wiedzy i przekonań,
ale dla moich dzieci. Mnie wychowało jakieś dziwne coś, konglomerat
zreformowanej przez komunizm wiary chrześcijańskiej i naturalny opór wobec
wszystkiego do czego się mnie zmusza. Przyjmuję tylko to co mi odpowiada. Ale
jakoś dziwnie zgadza mi sie to z podstawami chrześcijaństwa. Nie sądź,
wybaczaj, zrozum, zawsze pomagaj. Cholera, tylko dlaczego nie potrafię
definitywnie zerwać z Kosciołem. Czy to wynika z uwarukowań socjo-
psychologicznych mówiacych o tym że kazdy potrzebuje "wyższego autorytetut"
czy z braków wiedzy pedagogicznej, bo znacznie łatwiej jest odwołać sie do
przykazania, niz tłumaczyć dziecku że nie należy kłamać, bo to się koniec
końców zawsze odwróci przeciw kłamiącemu. I tu należy podać przykłady, skoro
to nie jest aksjomat. Generalnie lubię wiarę jako taką, nie lubię (i to
bardzo) religii jako prób administracyjno-duchowych wywierania wpływu na
jednostę i jej rozumowanie. Ale to nie rozwiązuje moich problemów
wychowawczych. Nadal nie wiem jak mam przekazywać dzieciom pewne tradycje
które wydają mi sie dobre jako takie, nie przekazując im tej hipokkryzji
instytucjonalnej kórą przekazuje globalnie polski i nie tylko, Kościół.