dokowski
12.01.05, 20:20
Zauważyłem, że odpada bardzo wiele przykrych aspektów relacji szef-podwładny.
Nie istnieje problem lizusostwa. Naturalny u mężczyzn odruch uprzejmości i
komplementowania umila kontakty z kobietami. Komplementowanie mężczyzny
(przez mężczyznę) zawsze wygląda na wymuszone, pedalskie lub lizusowskie.
Chcąc się podlizać mężczyźnie trzeba się zmuszać do tego, gwałcić swoja
psychikę a potem gardzić sobą za to. Aby podlizywać się kobiecie w ogóle nie
trzeba się zmuszać.
Nie istnieje problem molestowania. Naturalny odruch komplementowania i
uprzejmości nie musi być tłumiony, gdyż nie grozi podwładnemu podejrzenie o
molestowanie. Szefowa przyjmie dokładnie tyle komplementów, na ile ma ochotę,
a jak da facetowi do zrozumienia, że jest jej niemiłe jego naskakiwanie, to
podwładny z pewnością tego nie powtórzy.
Nie istnieje problem wydawania poleceń. My mężczyźni zachodu od wieków, a
może nawet od tysiącleci, wychowani jesteśmy w tradycji służenia damom. Nawet
zwykły domowy damski bokser, w pracy lub w stosunku do obcych kobiet
odruchowo staje się jakby służącym: podnosi co kobiecie upadnie, otwiera
przed nią drzwi, zapala dla niej zapalniczkę, czeka na jej rozkazy i gorliwie
je wykonuje. Europejska kobieta ma tę naturalną swobodę rozkazywania
mężczyznom w swoim otoczeniu, nie krępuje jej fakt, że może zrobić coś sama
lepiej i ma łatwiej, ale zwyczajowo i zdawkowo prosi mężczyzn o usłużenie.
Mężczyzna często krępuje się wydać podwładnej, szczególnie starsze od siebie
damie, jakieś polecenie. Natomiast starszy mężczyzna w naturalny sposób
naskakuje młodej kobiecie, a ona mu rozkazuje z pełną swobodą.
Nie ma poniżenia wynikającego z deklasacji. Mężczyźni tworzą hierarchię w
każdej niemal sytuacji, stosunki między mężczyznami niemal zawsze cechuje
tzw. pochyła płaszczyzna – niemal zawsze jest jasne, który z nich stoi wyżej
w której hierarchii. Podwładny w pracy prywatnie może być nauczycielem brydża
swojego szefa lub mentorem w jakiejś organizacji, np. w kole myśliwskim.
Także zupełnie prywatnie stosunki często obciążone są hierarchią, która
obowiązywała kiedyś ma studiach, w szkole a nawet na podwórku – kto dobrze
się bił i grał w gałę, ten długo jeszcze będzie wodził rej w towarzystwie
swoich dawnych kolegów, którzy teraz są już dyrektorami. I tutaj pojawia się
największy problem. Kiedy w jakiejś sytuacji, ktoś stojący wyżej w aktualnej
lokalnej hierarchii zachowa się zbyt poniżająco wobec osoby, która w innym
miejscu stoi wyżej w hierarchii, wtedy odbierane jest to jak deklasacja, jak
zaprzeczenie wszystkim tym hierarchiom, w których osoba poniżona stoi wyżej.
Deklasacja jest ciężkim ciosem, prawie zawsze prowadzi do wrogości, do zemsty
w postaci deklasacji tam, gdzie ma się przewagę, albo do całkowitego zerwania
wszelkich kontaktów, nie mówiąc już o ciężkim stresie. Ten mechanizm
doskonale opisał kiedyś Jacek Fedorowicz kiedy uzasadniał, że stosunki
międzyludzkie w PRL opierały się właśnie na takiej eskalacji pogardy i
nienawiści – urzędnik deklasował klienta, np. ekspedientkę, który z zemsty
deklasował urzędnika wtedy, gdy przychodził on do sklepu. Poniżony gdzie
indziej kelner mścił się na swoich klientach. Pogardzany przez znajomych cham
z awansu społecznego mścił się poniżając jako dyrektor lub partyjny sekretarz
inteligentów w pracy.
Jeżeli szef ma wyższe wykształcenie niż podwładny, pochodzi z rodziny o
wyższym statusie, jest bogatszy od podwładnego, jest od niego wyższy i
bardziej wysportowany, przystojniejszy i inteligentniejszy, to jest idealna
komfortowa sytuacja, w której podwładnemu nie grozi deklasacja. Jeden wydaje
swobodnie polecenia, drugi je wykonuje gorliwie – to pełna harmonia, idealny
układ, żadnego stresu. Jednak często zdarza się inaczej. Bywa, że podwładny
ma wyższe wykształcenie, ale wybrał inny, lepiej płatny zawód. Bywa, że szef
ma pochodzenie chamskie (zwane przez socjalistów robotniczo-chłopskie) a
podwładny jest dobrze wychowanym, kulturalnym człowiekiem z rodziny
szlacheckiej lub mieszczańskiej. Bywa, że szef jest złośliwym pokurczem bez
poczucia humoru, prywatnie stoi na dole każdej hierarchii w każdym
towarzystwie, w którym się znajdzie ... jeżeli taki szef zacznie w pracy
wydawać polecenie w formie lub treści deklasującej „lepszych” od siebie
podwładnych, wtedy staje się obiektem nienawiści.
Takich problemów nie ma w sytuacji, gdy szefem jest kobieta. Kobieta
praktycznie nie może sprawić, aby jej podwładny poczuł się zdeklasowany. Jak
mówi przysłowie, nawet „dostać od kobiety w twarz, to nie dyshonor” (jeżeli
szefowa jest obleśnym, starym kaszalotem, to wszystkie jej podwładne są
kobietami, a między kobietami nie występuje zjawisko hierarchii ani
deklasacji), tak więc mężczyzna mając nawet chamską szefową nie czuje się
deklasowany, zawsze może dać szefowej do zrozumienia, że znosi to wszystko,
bo jest zakochany, bo nie stracił nadziei, że kiedyś wreszcie pozwoli mu się
bzyknąć.
Jest tylko jedno niebezpieczeństwo ze strony kobiety, która jest szefem.
Jeśli jest głupia i nieprofesjonalna, może potraktować „zaloty” poważnie, tak
jakby prywatnie, i nagle rzuci się na podwładnego rozpalona, pełna pożądania,
które w jej odczuciu on w niej cały czas rozpalał, wtedy może okazać się
namacalnie, że szefowa wcale mu się tak bardzo nie podoba, jak się jej
zdawało.
W ostatecznym jednak rozrachunku warto jednak zaryzykować, bo atak na
rozporek obleśnej szefowej jest jednak mało prawdopodobny. Suma zalet
zdecydowanie przeważa.
Kobiety powinny mieć w pracy stanowiska kierownicze, a nie mężczyźni.
Kwalifikacje nie powinny grać roli, bo przecież każda szefowa może mieć
asystenta specjalistę, który podpowie jej co trzeba. Chodzi o to, żeby to
kobiety wydawały polecenia, opieprzały pracowników, przyjmowały przeprosiny i
obietnice poprawy – organizacja, zarządzanie i wydajność pracy natychmiast by
wzrosły.