johnny-kalesony
16.07.07, 16:47
Dzisia jest ten dzień ... Czekam od wczesnych godzin rannych (jak to pisał
hrabia, idol mój don Witold - od tej godziny przejściowej, godziny
zawieszenia, kiedy czarna noc nie ustąpiła jeszcze a świt nie rozpostarł
swojego skrzydła nad światem).
Czekam. Czekam.
I nagle - dzwonek do drzwi. Ona. Koleżanka!
Wpuszcam ją bez słowa, w jakimś przedziwnym, nieopisanym odurzeniu. Spoglądam
tak niewidzącymi oczami na nią, ona spogląda na mnie.
Jest blondynką - śliczna biała główka, krągłe biodra, kształty - wiecie -
absolutnie perfekcyjne ... doskonałe ... platonsko wzorcowe ...
I nagle - odzywa się. Materdeju! Jaki głos. Odpływam, żegluję, jako ten Dar
Młodzieży.
Rozmawiamy o niejakim Joe, który popadł w konflikt interpersonalny z koleżanką
i był zmuszony udać się do Meksyku. Później - przechodzimy do abstrakcyjnego
tematu purpurowego zaćmienia ... Chwilę potem - o wietrze, który rozmawiał z
Marysią. Wreszcie - o niewidomego pochodzenia małym skrzydełku ...
Zahaczyliśmy jeszcze o jej biografię (ależ lisica, foxy, foxy lady!)
Piszę ten post, poniważ przed chwilą właśnie skończyliśmy rozmawiać.
Piszę, choć to, co chciałbym wyrazić jest nie do opisania.
Dzięki niej - rzecz jasna. Dzięki koleżance.
Co ja wam będę dłużej przynudzać - po prostu Stratocaster. Fender Stratocaster
Eric Clapton signature ...
Pozdrawiam
Keep Rockin'