bene_gesserit
28.07.09, 02:13
Tym pietnastu kobietom, ktore nie skumawszy o co cho, wystosowaly
do prasy publicznej list o tym, jak bardzo nie chca parytetow.
Doczekaly sie:
Krytykując główny postulat czerwcowego Kongresu Kobiet, autorki
oczekiwały, że wywołają debatę na ten temat. Zdziwiły się, że
zapadło pełne zażenowania milczenie i nikt się merytorycznie do
niego nie odniósł (...)
Zażenowanie budzi to, że panie sprzeciwiające się parytetom nie
zrozumiały, o co w tym chodzi. A nie chodzi - wbrew temu, co piszą -
o "obowiązkowy udział po 50 proc. obecności przedstawicieli obu
płci we wszystkich ważniejszych ciałach", ale o umieszczanie równej
liczby kandydatek i kandydatów na listach wyborczych. A więc celem
nie jest przymusowy 50-procentowy udział każdej z płci w ciałach
wybieralnych, tylko danie wyborcom szansy głosowania na kobiety.
Tym samym o rozszerzenie możliwości wyboru, które nie ma nic
wspólnego z przymusem.
Notabene, bardzo często, ilekroć mowa o prawach kobiet, np. o in
vitro, przerywaniu ciąży, a teraz o parytecie, kiedy twierdzimy, że
kobiety powinny mieć do czegoś prawo, natychmiast strona przeciwna
sugeruje, że nie mówimy o prawie czy uprawnieniu, tylko o zmuszaniu
kobiet do czegoś. A potem się z wymyślonym przez siebie zarzutem
dyskutuje.
(...)
Jednak największy problem z listem jest taki, że sygnatariuszki,
uznając nierówności płci za faktycznie istniejące, nie proponują
niczego konkretnego, aby ten stan zmienić. Tak naprawdę opowiadają
się za pozostawieniem status quo. A to jest coś, z czym trudno nam
się zgodzić.
Caly (fajny) list tutaj:
tinyurl.com/lojn86