Dodaj do ulubionych

co sądzicie o tym artykule

06.09.06, 12:27
Hej jestem strasznie ciekawa co sądzicie o tym artykule z Wyborczej
serwisy.gazeta.pl/df/1,34467,3590132.html
pewnie większość z was już go przeczytała a jak nie to polecam. jeszcze sama
sobie mysli na ten temat nie poukładałam więc na razie sie nie wypowiem ale
czekam na wasze opinie i napewno też sie odezwę.
Pozdrowionka
Obserwuj wątek
    • alinavolvo Re: co sądzicie o tym artykule 06.09.06, 20:56
      ciekawy artykol, bo prawdziwy. Najciekawsze, ze obie strony maja racje a winny
      problemowi jest system, nauczycieli nie obchodza problemy uczniow, bo maja
      swoje, uczen ma gleboko szkole i kolo sie zamyka... dla mnie to chore, ze
      szkola sobie a zycie spoleczne sobie :(
      • marcelina_b Re: co sądzicie o tym artykule 06.09.06, 22:44
        Zgadzam się. Też tak to widzę. Przeraziły mnie te wypowiedzi tamtej
        nauczycielki, że ją nie interesuje co się z tymi wyrzuconymi dzieciakami dzieje
        dalej. ja rozumiem, że każdy ma też swoje prywatne życie ale nauczyciel to
        jednak zawód w którym trzeba wykazać trochę więcej zaanagazowania w życie
        uczniów-tak mi się wydaje. Mam wrażenie że wiele problemów ma związek z tym co
        dzieje się w domu w życiu prywatnym i tak jest nie tylko wśród uczniów. Dlatego
        z ludzmi trzeba rozmawiać. Pewnie, że boli gdy nas się odrzuca, ale
        przynjamniej coś staramy się robić. Wtedy można poczuc się człowiekiem a nie
        maszynką do zarabiania kasy.
        Może ja za bardzo to wszystko idealizuje, może z czasem mój osąd się zmieni,
        nie wiem, zobaczymy
        • zuchna Re: co sądzicie o tym artykule 09.09.06, 10:05
          "Wyrzuconych" z mojego gimnazjum nie było aż osiemnastu (rzadko "wyrzucamy")-
          policzyłabym ich na palcach jednej ręki. Czasem sami odchodzą, rodzice ich
          zabierają - do szkół z zawodem, chyba takich jak ta przy Ułańskiej. Ale i tak
          ruch uczniowski (że tak to nazwę) jest duży: miałam 27-osobową klasę 1, 13 nie
          zdało do drugiej (tu uprzedzę wszystkich ewentualnie skłonnych do wieszania
          psów na naszym Gronie za to, że "nie uczą, tylko wymagają": dzieci nie umiały
          pisać, czytać ani rachować i -co ważniejsze- nie zamierzały się nauczyć). To
          przykład tylko jednej klasy. Nie wiem, co dzieje się z "wyrzuconymi", tymi
          zabranymi przez rodziców ani drugorocznymi. Jeśli akurat kogoś z nich spotkam
          (choćby na szkolnym korytarzu) to pytam, gdzie teraz jest. Życzę mu szczerze
          powodzenia. Ale nauczycieli ani dyrekcji nie wypytuję o nikogo. Mogłabym
          powiedzieć za Ewą D.: "Przestało mnie to obchodzić"- o ile kiedykolwiek mnie
          obchodziło.
          Świat już raz został zbawiony. I wystarczy. Czy Ewa D. albo ja rzeczywiście
          mamy się interesować losem uczniów, którzy już nie chodzą do naszych klas? A
          jeśli się dowiemy, że któryś z nich zaczął uprawiać prostytucję - to jak
          powinnyśmy zareagować? Coś zrobić czy tylko się zasmucić?
          Nie wymagajmy od siebie angażowania się w losy uczniów. Bądźmy dla nich ludźmi
          tu, w murach szkoły- na lekcji i w czasie rozmowy poza klasą.
          Nadmieniam, że kiedy czytam o nauczycielach, którzy pomiatają uczniami - jak ta
          pani, o której mówił chłopak ("gdzie ten nasz orzeł, nasz sokół?"), to myślę
          tak jak Panna Młoda w "Weselu": ino stać i walić w morde.
    • scher Re: co sądzicie o tym artykule 09.09.06, 18:29
      "Szkoła nie lubi Maciąga za to, że w czasie lekcji polskiego położył nogi w
      obuwiu sportowym na swojej ławce.
      - Ściągnij! - powiedziała polonistka, która dyktowała właśnie listę lektur.
      - Mnie trzeba poprosić, rozkazywać może pani mężowi - odpowiedział Maciąg."

      Absolutnie nie pozwoliłbym, żeby uczeń się tak do mnie zwracał.
      Z jednej strony artykuł dość dobrze opisuje trudne dzieciństwo chłopców i
      wskazuje na przyczyny zjawiska: biedę w rodzinach, ale też i skandaliczne
      zachowania niektórych nauczycieli, wyśmiewanie, obrażanie uczniów itp.

      Z drugiej jednak strony widać brak elementarnej dyscypliny w tej szkole. Ja
      rozumiem, że praca z takimi uczniami nie polega na stawianiu ich na baczność,
      żeby kłaniali się w pas nauczycielom. Nauczyciele jednak (przy wydatnym
      wsparciu dyrektora!) powinni bardziej naciskać na przestrzeganie tych
      elementarnych zasad kultury. Chłopcom trzeba by uświadamiać, że jest to dla
      niech tak naprawdę szkoła ostatniej szansy, że do tych elementarnych reguł
      muszą się stosować, jeżeli chcą ją ukończyć, że z tych elementarnych reguł
      nauczyciele nie zrezygnują.

      Za taką odzywkę do nauczycielki moim zdaniem uczeń nawet w takiej szkole
      powinien być ukarany. Nad tym nie można przechodzić do porządku dziennego. W
      placówkach dla naprawdę trudnej młodzieży, w placówkach resocjalizacji bywają
      jeszcze cięższe przypadki, a jednak praktyka dowodzi, że można wychowankom
      skutecznie wpoić, że regulamin placówki rzecz święta, a najdotkliwiej będą
      karane przejawy celowego nieposłuszeństwa i braku szacunku dla personelu.

      Jak można w ogóle wychować dziecko, niewymagając od niego szacunku dla siebie i
      wykonywania wydanych poleceń?

      "- Ściągnij! - mówiła. - Bo wezwę dyrektora!
      - Ciekawe jak? - pytał Maciąg. - Prawo zabrania nauczycielowi opuszczania
      uczniów w czasie lekcji."

      Wychodzi brak wiedzy prawnej nauczycieli i dyrekcji tej szkoły. Uczeń
      antychmiast w rozmowie w gabinecie dyrektora powinien mieć dobitnie
      uświadomione, że się myli. W przypadkach ewidentnej demoralizacji, wybryków
      chuligańskich podczas lekcji nauczyciel może opuścić klasę, aby podjąć
      działania zmierzające do przywrócenia porządku.

      "- Sam nie wiem, jak ona mnie z tego wyciągnie - śmieje się Xerox. - Bo czego
      ja musiałbym się teraz nauczyć, żeby wyjść na tróję? Chyba całego internetu na
      pamięć."

      Kolejny kwiatek świadczący o tym, że praca wychowawcza w tej placówce nie idzie
      w dobrym kierunku. Uczniom pozwolono nabrać przekonania, że poprawienie złych
      ocen to nie jest ich zmartwienie, tylko nauczycieli.

      "- Kiedyś dosrałem wychowawcy - opowiada Xerox. - Po ramieniu mnie poklepał.
      Przy całej klasie. W nagrodę za to, że w pierwszym semestrze nie opuściłem ani
      jednej godziny. Po głowie by mnie jeszcze pogłaskał, ale krzyknąłem: "Pedał!
      Widzicie, jaki pedał!". Chłopaki w ryk. Cofnął rękę jak poparzony."

      A powinien nie cofnąć ręki, przytrzymać ucznia mocniej za ramię, spojrzeć mu z
      dezaprobatą w oczy, aż ten spuści wzrok, a potem powiedzieć coś w stylu:
      następnym razem ukarzę cię za próby manipulacji, pamiętaj.

      "Dziś, kiedy ktoś chce nam podskoczyć, robimy mu trzodę. Chce pani zobaczyć
      jak?
      Chłopcy wyciągają komórki."

      Wystarczy egzekwować ściśle zasadę, że uczniowi nie wolno mieć włączonej
      komórki w trakcie lekcji.

      " Nic się nie liczy! Miałam ich uczyć analizy dramatów Szekspira, pisania
      wypracowań, dyskusji nad wierszami - mówi Krystyna Firlej-Kępa, polonistka. -
      Przez lata opracowałam sobie konspekt każdej lekcji. Teraz wszystko mogę
      wyrzucić do kosza, bo jak wygląda moja lekcja? Wchodzę do klasy, a tam Ku-Klux-
      Klan - trzydziestu chłopa w kapturach naciągniętych do połowy twarzy.
      Mówię: "Dzień dobry" - milczą. Sprawdzam obecność - nie odpowiadają. Mówię
      Romeo, mówię Julia - zaczynają chodzić po klasie: "Muka, Karczycho. Słuchacie
      mnie?" - pytam. Cisza. "To po co przyszliście do szkoły?". Tupanie. O
      Szekspirze można zapomnieć."

      Trzeba zacząć od podstaw. Po pierwsze wprowadzić i wyegzekwować zasadę, że
      uczeń ściąga kaptur. Po drugie musi odpowiedzieć dzień dobry i potwierdzić
      swoją obecność. Po trzecie gdy nauczyciel mówi, to panuje cisza, nie zaczyna
      się lekcji w hałasie, nie ma mowy o tupaniu. Przecież to są podstawy metodyki!
      NIE MA takiej klasy, w której prędzej czy później nie można doprowadzić do
      sytuacji, gdy możliwe jest przeprowadzenie normalnej lekcji.

      " Jeżeli dorośli nie radzą sobie z rzeczywistością, to jak mają sobie radzić
      dzieci? - zapytałem wtedy tę młodą nauczycielkę. - Bo co się stało? Napluli na
      klamkę? To trzeba rękę wytrzeć. Jak za przeproszeniem kupę, w którą pani
      wejdzie. Wychodzi was po dzwonku setka, nie mogę wysłać za każdym ochroniarza.
      Trzeba sobie radzić albo się zwolnić."

      Nie, panie dyrektorze. Z tej wypowiedzi widać, że nie ma pan pojęcia, jak to
      wszystko powinno wyglądać. Nauczyciele muszą być zespołem, monolitem,
      współpracującym ze sobą w rozwiązywaniu problemów z uczniami i rzeczą dyrektora
      jest to tak zorganizować. Nie wolno zostawiać każdego nauczyciela samego sobie,
      bez wsparcia ze strony całego zespołu.

      "- "Nie umiemy, musimy się nauczyć" - powiedziałem im wtedy. - Zrozumiemy
      sytuację, a znajdą się rozwiązania. Gdy córka dorastała, też się burzyłem.
      Zakazywałem, kontrolowałem, sprawdzałem. Bez efektu. Żona mi
      powiedziała: "Jeżeli ciebie tak boli jej odrywanie się od nas, pomyśl, jak jej
      jest ciężko się oderwać". Wczułem się w jej sytuację i automatycznie zrobiła
      się inna rozmowa. Krytykując, odtrącając - daleko nie zajdziemy."

      Dyrektor ma problemy typu skrajna demoralizacja, rażące nieprzystosowanie
      społeczne, chuligaństwo i świadomy brak chęci współpracy ze szkołą, celowe
      nieposłuszeństwo oraz celowe zakłócanie normalnej pracy placówki, a chciałby
      stosować takie same metody wychowawcze jak w przypadku swojej córki: lekko
      zbuntowanej nastolatki wychowanej w normalnej, kochającej się rodzinie.
      Łagodne przemowy i nazywanie emocji tu, panie dyrektorze, nie wystarczą.
      Przyjaznym, ale i twardym trza być. Po męsku sprawy stawiać. To są chłopcy w
      wieku poborowym albo prawie poborowym; trochę żołnierskiego drylu na pewno im
      nie zaszkodzi, a może się okazać zbawienne.

      "Napiszcie, dlaczego boli, gdy uczniowie wyzywają?" - prosiła nauczycieli."

      Ręce opadają. Nauczyciele będąc ofiarami łamania prawa przez zdemoralizowanych
      uczniów, zmuszani są do takiej psychologicznej wiwisekcji. I jeszcze im się
      wmawia, że to ma być lek na całe zło, bo wystarczy zrozumieć swoje i uczniów
      emocje, żeby już ich mimochodem, realizując program, uczynić ludźmi wrażliwymi
      na dobro, prawdę i piękno.

      ""Jak myślicie, dlaczego oni to robią?" - pytała.
      Odpowiadali: Są źli, zepsuci, leniwi, zdemoralizowani, interesowni,
      nieodpowiedzialni, głupi".
      "Wymieńcie pozytywne cechy uczniów".
      Nie potrafili.
      "Spróbujcie się wczuć w ich sytuację".
      Nie znali tych sytuacji.
      "Nie wiecie, kim są wasi uczniowie? - pytała. - Co jedzą na obiad? Co robią z
      czasem wolnym, o czym rozmawiają z rodzicami?".
      Nie wiedzieli."

      To jest druga strona medalu. Nie da się nawiązać kontaktu z dzieckiem, z
      nastolatkiem, kompletnie nic o nim nie wiedząc, nie przejawiając chęci do
      rozmowy z nim.

      Moje doświadczenia wskazują, że z każdym uczniem da się rozmawiać, jeżeli tylko
      pokażesz mu swoje granice i nie pozwolisz na łażenie sobie po głowie.
      Zawodówka, pogotowie opiekuńcze, dzieci na początku przestępczej drogi - każde
      łaknie rozmowy.

      Sz.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka