rybjan
06.12.07, 15:57
Położenie Dziwnowa miało duży wpływ na tamtejsze rybołówstwo.
Bałtycki koniec Polski, bliskość miejsc tarliskowych śledzia i
brak polskich tradycji rybackich na tym terenie powodowały, że był
to rejon specyficzny. Nie było tam ugruntowanych metod połowowych,
nie było wypracowywanych i udoskonalanych przez lata rodzajów
sieci. Napływowa ludność , nie związana z rybołówstwem wprawiała
się w rybaczenie metodą podpatrywania, prób i błędów.
Wzorem kaszubskich maszoperii sprzęt połowowy stanowił własność
rybaków. Spółdzielnia dawała kuter i odbierała rybę. Łowiono
głównie śledzia, bo ten był najbliżej. Łowiska dorszowe i
flądrowe były oddalone. Nie opłacało się gnać kilkadziesiąt godzin
za dorszem, bo paliwo wówczas też kosztowało, a metody
zabezpieczania ryb na kutrze nie gwarantowały utrzymania jakości
przez kilka dni. Łowiono więc śledzia, który zaraz po ustąpieniu
lodów koncentrował się na tarło u wybrzeży niemieckich. Po
kilku tygodniach, a czasami dniach „śledziowe żniwa” kończyły
się i pozostawało zwykłe ,mozolne oranie morza .
Sieci były drogie i najczęściej jedna sieć miała kilku
udziałowców. Był to sprzęt wyrabiany przez rybaków. Stosowali oni
różne ,swoje patenty, różne wielkości. Konstrukcję podpatrywali u
Niemców.
Łowiono wówczas w tzw tukę, czyli dwa podobne kutry ciągnęły
jedną sieć, a po zaciągu następowała zmiana kutra wydającego.
Taka metoda zapewniała możliwość obrobienia wyciągniętej ryby i
naprawy sieci. I tak na zmianę. Potem ryba była dzielona na dwie
części, a do wartości ryby spółdzielnia doliczała rybakom pewne
umowne kwoty za używanie i zużywanie ich sprzętu. Kutry musiały
być podobne , bo moc silnika decydowała o prędkości holowania
sieci(trału),a prędkość obu jednostek musiała być identyczna, bo
to gwarantowało prawidłowe rozpięcie sieci. Oba kutry musiały
mieć przemierzone i odpowiednio oznakowane liny trałowe, bo
w zależności od łowiska(głębokości, rodzaju dna) oba musiały
wypuścić taką samą ilość liny trałowej. Długości lin były
również uzależnione od rodzaju używanej sieci.
Ten konglomerat problemów, uzależnień, powiązań powodował, że
kutry parowały się na długi okres. Dobrze , by w jednakowym czasie
szły do remontu. Załogi musiały być zgrane i w pełni ufające
sobie. Załogi liczyły 4-5 osób. Gdy załoga była niekompletna kuter
nie mógł wyjść w morze. Dlatego potrzebna była i rezerwa, ale
przede wszystkim pewna , zaufana załoga stała.
Kłaniał się tu problem dyscypliny pracy. Spółdzielnia nigdy nie
miała w nadmiarze rybaków, bo nie wszyscy Dziwnowianie garnęli
się do pracy na morzu, a poza tym” z ulicy” nie można było wsiąść
na kuter .Potrzebna była książeczka rybacka, stosowne
przeszkolenia, a potem kursy zawodowe. Pracownicy napływowi
potrzebowali kwater i miejsc hotelowych.
Te problemy były podobne we wszystkich spółdzielniach. W jakimś
stopniu rozwiązywała je Zasadnicza Szkoła Rybacka w Darłowie.
Wypuszczała wyszkolone kadry z książeczką rybacką w garści. Byli
to młodzi ludzie, często jeszcze przed służbą wojskową. Młody
wiek ,brak rodzicielskiego nadzoru i najczęściej kupa forsy
powodowały, że dyscyplina pracy, a właściwie jej brak zdrowo
dokuczały stałym załogom kutrów.
W Dziwnowie utworzono hotel rybacki. Był to drewniany barak
stojący przy wjeździe do Belony. Po kilku sezonach barak poszedł w
ruinę, ale potem odnowiono go i urządzono w nim biurowiec dla
zarządu. Kutry stacjonowały w porcie zwanym zimowym. Stamtąd
wychodziły w morze. Rybacy schodzili się do portu, jak na obu
kutrach był komplet -szły po odprawie w morze. Czasami potrzeba
było pilnie kogoś zamustrować, więc na wyjściu zawsze był tzw
koordynator. Ściągał kierownika z domu i ten dokonywał
przemustrowania. Gdy jakiś maruder nie stawiał się na burtę ,
rozpoczynało się poszukiwanie. Szukano w domu, na kwaterze, albo w
hotelu. Do hotelu udawał się i kierownik i koordynator. Jeden z
rozmachem otwierał drzwi do korytarza w baraku, drugi szedł na
drugi koniec baraku i od zewnątrz pilnował. Raban czyniony w
baraku przez kierownika powodował, że z baraku uciekało wszystko
co żyje-nie tylko dziewczyny rybaków, ale i oni sami. Ci młodzi
chłopcy mieli jeszcze w pamięci swoje uczniowskie, pospieszne
ewakuacje z różnych miejsc związanych z wagarowymi czy
młodzieńczymi uciechami, wyrwani nagle ze snu wyrywali przez
okna baraku razem ze swoimi dziewczynami. Nie docierało do nich, że
oni są w baraku legalnie. Koordynator odławiał takiego delikwenta
i po krótkiej gadce dyscyplinującej, w trójkę wędrowali do portu.
Jak rybak był tylko zaspany- kutry szły w morze. Gorzej, jak
jeszcze był znietrzeźwiony. Wówczas załogi z obu kutrów tylko
zgrzytały zębami .Czasami bywało i tak, że w porcie pozostawało
kilka kutrów, na których można było pokompletować załogi,ale
kutry były rozparowane Była więc potrzeba zdyscyplinowania
towarzystwa ale i potrzeba poprawienia mobilności floty połowowej.
Przekonałem zarząd, że musimy ujednolicić sprzęt połowowy, by
każdy mógł pływać i łowić z każdym. Wszystkie sieci musiały być
identyczne, sieci winny stanowić własność spółdzielni . Odpadał
wówczas problem obaw o rwanie sprzętu podczas sztormowej, ale
rybnej pogody, odpadały problemy z przeparowywaniem jednostek.
Odkupiliśmy od rybaków ich sprzęt, ujednoliciliśmy go, narobiliśmy
zapasy nowoczesnych sieci. I to była czwarta rewolucja. Wszystkie
razem spowodowały, że dziwnowscy rybacy zaczęli łowić
zdecydowanie więcej. Potem wyjechaliśmy z Dziwnowa …