ggaabbrryyssiiaa
02.12.09, 16:09
Cześć!
Jestem tu nowa, znalazłam te forum przez gogle i chciałam się z kimś podzielić
moją sytuacją.
Otóż jestem 17 lat po ślubie, wydawałoby się że sielanka żyć nie umierać,
niczego nie brak, dzieci udane (córka 10 i syn 16 lat). Ale tak naprawdę nie
jestem szczęśliwa, mąż się o wszystko obraża dochodzi do tego że po miesiącu
się nie odzywa, śpimy w osobnych pokojach.
Ja pracuję od 9 do 17, przychodzę do domu gotuję obiad, lekcje z córką, trochę
ćwiczeń na pianinie- córka chodzi do szkoły muzycznej, przychodzi wieczór. Mąż
wraca o 23 albo później i uważa że ja nic nie robię, jestem leniwa i takie tam
rzeczy. Oczywiście nie jestem zwolennikiem przesadnej czystości i w domu mam
tak normalnie, porządki w soboty a w ciągu tygodnie tyle o ile.
Ostatnio pokłóciliśmy się o to że powiedziałam mu że jak się do mnie nie
odzywał to przynajmniej sam robił sobie śniadania i jeszcze mi kawę podał.
Wydarł się na mnie że powinnam iść na emeryturę, a ja przecież tylko
żartowałam. Kiedyś by odpowiedział że moje kanapki mu lepiej smakują a teraz o
takie głupoty się kłóci. Najgorsze jest to że w przyszłym roku kończymy budowę
domu, pięknego i dużego. Mieliśmy się na lato przeprowadzać, ale jaki to ma
sens. Przez całe małżeństwo zawsze wyciągałam pierwsza rękę, mam tego dosyć.
Co by się nie działo, słyszę że to moja wina.
Kiedyś podobna sytuacja miała miejsce, wyjechaliśmy wtedy we dwójkę w góry aby
poprawić nasze stosunki, ale w tej chwili to już nawet wyjazd nic nie pomoże.
Zastanawiam się co robić, czy na trochę się rozejść tak na próbę czy dać sobie
już w ogóle spokój?