syn był na długi weekend u taty. w środe go zabrał, w niedzielę
poinformował, ze dziecko od piatku jest na antybiotyku, ale juz mu
lepiej. na moje pytanie czemu nie dał znać wczesniej odpowiedział,
ze co ja bym na to poradziła. szlag mnie lekko trafił, bo ja go
informuję o każdej chorobie czy wizycie u lekarza, badaniach itd.
odbieram młodego, w domu patrzę, a on cały w jakiejś wysypce (plecy,
brzuch) i drapie się jak najety

co sie okazało- tatuś go 5 dni nie
kąpał, bo był chory przecież, a że miał goraczkę to sie pocił... co
najlepsze była z nim też babcia - farmaceutka i ciocia... na moje
stwierdzenie, że chorego sie owszem nie kapie przez 2 godziny w
wannie, ale szybki prysznic jak najbardziej, stwierdził, że przecież
umie zająć się dzieckiem... ręce opadły, bo argumenty mi się
skończyły. nie ograniczam kontaktów młodego z ojcem, bierze go na 2
weekendy w miesiącu, bo tak chce, w tygodniu "nie ma czasu, bo
pracuje". nigdy nie używałam dziecka jako karty przetargowej, ale
takie metody po porstu mi przeszkadzają. nie jestem pedantem czy
przesadnym czyścioszkiem, ale jak mi młody mówi, ze panowie nie myja
rak po sikaniu, bo nie dotykają ubikacji, bo mu tak tata powiedział,
albo, ze u nas w domu jest niefajnie, bo się trzeba kąpać codziennie
to naprawdę nie wiem co odpowiadać...