Hej.
Jestem tu nowa, i na dodatek niezbyt kulturalna, bo nie przywitałam się (nie lubię powitalnych wątków). To powód moich wątpliwości, czy wysyłać ten post. Drugi jest taki, że treść będzie "nie po linii". Ale muszę, bo się uduszę - czasem człowiek tak ma

Przez parę dni przeczytałam tu sporo wątków, w których przewija się motyw zdrady. Zwykle jako czynu niewybaczalnego, niepojętego, takiego który burzy Wasz światopogląd i odbiera wiarę w ludzi. I jak to czytam to mam ochotę spytać: "Ludzie - skąd wy spadliście??" To nie jest pytanie pogardliwe - nie odbierajcie tego tak - to jest niedowierzanie. I nie wiem czy wam tej naiwności zazdrościć, czy wręcz przeciwnie. Nie, chyba nie zazdroszczę.
Tytuł mojego wątku jest nieco prowokacyjny, ale w uproszczeniu - to właśnie chcę napisać.
Ludzie się zdradzają. Nie wyjątki. Nie degeneraci bez uczuć. Nie męskie świnie i kobiece suki. Po prostu ludzie. A powodów jest milion. Od wybryku po pijaku, poprzez chwilowe zauroczenie, silniejsze od rozumu, poprzez potrzebę poczucia znów dreszczyku którego się nie czuło już od lat, aż po zakochanie lub coś co się nim chwilowo zdaje. A po drodze mnóstwo mądrzejszych lub głupszych przyczyn. Nie będę silić się na znalezienie "wystarczająco dobrych przyczyn", bo nie jest moim celem usprawiedliwiać zdradę. Bo to tak jakbym chciała usprawiedliwiać mróz, że szczypie w nos.
Powiecie, że to nieprawda. Że WIĘKSZOŚĆ nie zdradza. Usiadam i policzyłam. Na potrzeby tego wątku. Otóż większość zdradza.
W mojej byłej pracy było 12 osób łącznie ze mną. Z tego 8 w związkach, w tym 5 w małżeńskich. Z tych ośmiu cztery miały romanse, piąta była jednego z tych romansów uczestniczką, a o pozostałych trzech po prostu aż tyle nie wiem. Wszystkie cztery zdradzające osoby były w związkach małżeńskich. Wiem - słaba to próbka statystyczna, ale tak jest - gdzie się nie rozejrzę. Tylko czasem trzeba się dobrze przyjrzeć i klapki z oczu zdjąć.
Powiecie teraz, że mam dziwne otoczenie i że w Waszym większość nie zdradza. No to rozejrzyjcie się i policzcie sami.
Jeśli nadal wychodzi Wam mniejszość - zróbcie pewne absurdalne założenie.
Wyobraźcie sobie na chwilę, że można zdradzić raz - jeden raz - bez żadnych konsekwencji. Nie tylko konsekwencji realnych, ale i tych moralnych. Czyli nie tylko: mąż/żona się nie dowie i nas nie rzuci, ale również: będę mógł dobrze spać w nocy, rano patrzeć w lustro i nigdy nie będą mnie męczyć żadne ale to żadne wyrzuty sumienia. Gdyby tak było - ilu z Was by nie zdradziło? Nie wtedy kiedy jesteście tak zakochani, że możecie góry przenosić, ale za pięć lat, piętnaście, trzydzieści... Myślę że niewielu.
Bo z tych "dobrych" - tych którzy nie zdradzają - wielu jest wiernych nie dlatego że "świata nie widzą i nigdy by im przez myśl..." Tylko ze strachu. Bo się wyda. Bo byłbym świnią. Bo tak nie wolno. Można mieć argument: i dobrze, moralność jest dobra, właśnie o tę moralność nam chodzi. Ok. Nie mówię, że nie. Ale nawet jeśli tego nie zrobi, bo nie pozwoli mu sumienie, bo kocha - to jednak gdzieś tam na innym, wewnętrznym poziomie by chciał(a). Miał(a) taką myśl. Może nawet wyobrażał(a) jakby to było. Bo tacy jesteśmy, my ludzie. I to samo w sobie nie jest ani dobre ani złe. Po prostu tak jest. A z drugiej strony - przecież zdrada zaczyna się w głowie - czyż nie?

I czasem pozostaje wyłącznie w głowie - jedynie dlatego że tam jest niemal bezkarna. Myślę że wiecie co chcę powiedzieć.
Możecie też powiedzieć - ok, większość zdradza, ale to nie znaczy, że mam chcieć kogoś takiego. Znajdę kogoś kto mnie nie zdradzi. I ja powiem - super - szukaj. Ja też nie chcę być zdradzana. Ja też nie chcę zdradzać. Ale nigdy nie powiem nigdy.