icoterazz
23.06.11, 11:22
Witam,
potrzebuje porady.
Z żoną nie układa nam się od około 7 lat, mam 3 dzieci. Próbowaliśmy wielu rzeczy - nie pomagało. Ja byłam gotowy do wielu zmian, żona do żadnych. Każde nasze niepowodzenie było moją winą. Trudno jest naprawiac relacje, kiedy robi to tylko jedna strona.
Każde z nas zaczęło zyc własnym życiem. Zona zaczęła sie realizowac w swoim zawodzie, niewiele czasu poświecając dzieciom i domowi, bo od tego od ponad 10 lat ma gosposie, która przychodzi codziennie. Ja skupiłem się na swojej pracy. Zacząłem pracować poza miejscem zamieszkania (70 km), przyjeżdzam do domu w weekendy i w jeden dzien w srodku tyg.
Wiele razy rozmawialiśmy, że to już nie ma sensu, że obydwoje się nie kochamy, że bez sensu zyć w takiej próżni i zawieszeniu, że nawet dla dzieci bedzie lepiej jak sytuacja miedzy nami sie unormuje.
w tym czasie ja poznałem kogoś, ona również. Jej chyba ta znajomość nie wyszła, mi wrecz przeciwnie. Kocham kobietę, którą poznałem, chcę z nią być. Zona o tym wie.
W końcu zdecydowałem się na złożenie pozwu - wczesniej powiadomiłem o tym żone,która stwierdziła, że ok., że nareszcie bedziemy mogli poukładać sobie życie. Pozew bez orzekania o winie, porozumienie rodzicielskie.
I tu nastąpił zwrot w zachowaniu małżonki, która nagle stwierdziła, że jednak rozwodu nie chce, że powinniśmy żyć własnym życiem ale utrzymywać pozory "dla dobra dzieci". (12l,8l,6l)
Ja sobie takiej farsy nie wyobrażam, nie chce okłamywać dzieciaków.
obdzwoniła całą moją i swoją rodzinę robiąc z siebie największą ofiarę świata.
Dzieciom powiedziała, że będzie sobie podcinać żyły ( zona z wykształcenia jest pedagogiem specjalnym).
w odpowiedzi na pozew napisała, że chce ratować związek dla dobra dzieci, że chce terapii (wczesniej ustalaliśmy, że nie ma to dla nas sensu), że mnie kocha ( w domu , w rozmowach mówi, że nie wie co do mnie czuje) i że chce oddalenia wniosku. Że jest mi gotowa wszystko wybaczyć.
Tylko ja tego najzwyczajniej nie chcę, a im bardziej ona wciska dziecim do głowy takie bzdury, tym bardziej patrzec na nią nie mogę. Bo że mści się na mnie, to ok ale dlaczego na dzieciach?
zapytałem dlaczego tak robi, to powiedziała, że nad sobą nie panuje. Powiedziałem, że przecież mnie nie kocha, ale ona uważa, że "dla dobra dzieci" powinniśmy zacisnąć zęby.
Mnie się wydaje , że zależy jej na kasie, na zachowaniu gosposi, która robie w domu wszystko plus zajmuje się dziećmi (zona notorycznie powtarza, że nie poradziłaby sobie sama z 3 dzieci i pomoc gosposi jest niezbędna), lub robie to ja. Ona pracuje jako pedagog 4 dni w tygodniu, po 5 godzin w szkole.
ja robie i zrobie wszystko zeby dzieciom niczego nie zabrakło i jak jestem w ich zyciu czynnie, tak nadal bede. Zona uważa, że powinienem po rozwodzie utrzymywac również ją, "bo tak".
termin rozprawy mamy na poczatek lipca. wiem, że sprawa nie zakończy się za pierwszym razem ale jedyne czego się boję to oddalenia pozwu.
nie sypiamy ze sobą od ponad 2 lat - ja stawałem na uszach, kolacje, wyjazdy, rozmowy - nic.
mam dość.
jakie mam szanse na rozwód?