errormix
19.08.11, 10:53
O tym, że to koniec zdawałem sobie sprawę już od pewnego czasu, ale za każdym razem odsuwałem tę myśl od siebie. Dziś wiem, że się zwyczajnie bałem, ale wtedy tłumaczyłem to sobie na tysiące różnych sposobów. Wydawało mi się, że jeśli nie będę o tym myślał, to tego nie będzie. Że uda mi się skraść życiu jeszcze jeden dzień. Dzień, w którym wszystko może się jednak odmienić.
Aż przyszła wiosna. Początek marca. Szedłem chodnikiem obok jakiegoś parku. Było mokro, ponuro, zimno. Minęła mnie jakaś wtulona w siebie zakochana para. Było dość wczesne popołudnie, ale robiło się już szaro.
Pamiętam, że usiadłem wtedy na ławce. Rozejrzałem się dookoła i nagle, w jednej chwili zdałem sobie sprawę, że muszę się rozwieść. To było jak impuls. Nie chciałem tego, bałem się tego, ale ta myśl, którą chowałem gdzieś w głębi mózgu, wylazła nagle ze mnie i usiadła wtedy obok mnie na tej ławce.
Złapałem za telefon, zadzwoniłem do znajomej prawniczki, by doradziła mi dobrego adwokata specjalizującego się w rozwodach. Pamiętam, że pierwsze co powiedziała, to: "O Boże, tak mi przykro".
Dziesięć minut później byłem już umówiony na spotkanie w kancelarii.
Wszedłem, przywitałem się i wypaliłem: "Chcę się rozwieść". Adwokat spojrzał wtedy na mnie, wydał z siebie długie "hmmmmmm" i odparł: "To najpierw sobie zapalimy i wypijemy lampkę koniaku, a później pogadamy".