23.07.12, 15:49
od rozwodu mineło 7 miesięcy, niedługo rok jak nie jesteśmy razem... od dobrych 4 lat w małżeństwie nie było wesoło i początkowo jak odszedł sama siebie zaskoczyłam...bo na codzień zrezygnowana uzalezniona od niego zakompleksiona nie uroniłam ani jednej łzy, szybko stanęłam na nogi znalazłam pracę uwierzyłam w siebie odetchnęłam z ulgą że wreszcie uwolniłam się z tego marazmu ciągłych pretensji braku uczuć...więc dlaczego teraz kiedy jestem już z kimś kogo myślę że kocham z kim jest mi wspaniale kto zaakceptował i pokochał moje dziecko...budzę się i płaczę, powinnam być szczęśliwa a nie jestem...nie ma dnia żebym nie myślała o byłym mężu...nie potrafię tego wytłumaczyć bo wiem, że nie byłabym z nim szczęśliwa...powinnam być właśnie teraz a nie jestem...
Obserwuj wątek
    • argentusa Re: ...... 23.07.12, 15:54
      Będę brutalna - być może Ty lubisz być nieszczęśliwa. A poza tym, moim zdaniem za wcześnie weszłaś w nastepny zwiazek. Niepoukładana, niepogodzona ze soba i światem. To pachnie trochę polowaniem na koło ratunkowe. I pewnie dlatego wcale nie jest Ci dobrze.
      ...
      Nie bardzo wiem jak możesz sobie pomóc. I dodatkowo, jeśłi dziecko co chwila będzie widziało,że mama kogoś poznaje, a potem nie jest zadowolona to niestety może sobie wdrukować ten, a nie dobry i właściwy wzorzec związków.
      Przykre to.
      Ar.
      • nangaparbat3 Re: ...... 23.07.12, 17:30
        Mnie pachnie trollem. I temat, i sposób pisania podobny całkiem do tej dziewczyny co od 9 lat placze. Jeśli sie myle, to przepraszam, radzilabym plakać razem, zrozumiecie sie.
        • martakj Re: ...... 23.07.12, 21:44
          U mnie też minęło 7 miesięcy od kiedy nie jestem z mężem (od rozwodu trochę krócej), sytuacja bardzo podobna, ale ja nikogo nie mam.
          Radziłam sobie super, aż tu nagle dół, olbrzymi.
          Poszłam do psychologa, powiedziałam, że może gdybym miała kogoś to było by łatwiej, lepiej. Odradził, powiedział, że dopóki sobie w głowie nie poukładam to mam się nie pakować w związki, bo będę samą siebie krzywdzić i dziecko. Małe jest prawdopodobieństwo, że mając kogoś innego w sercu i myślach, ułożę sobie nowy, szczęśliwy związek.
          Choć może innym się to udaje, ja wypowiadam się tylko za siebie smile
          • dolcevita76 Re: ...... 23.07.12, 22:08
            martakj napisał(a):

            > Małe jest
            > prawdopodobieństwo, że mając kogoś innego w sercu i myślach, ułożę sobie nowy,
            > szczęśliwy związek.
            > Choć może innym się to udaje, ja wypowiadam się tylko za siebie smile

            O, proszę bardzo, ja to przerabiałam, żeby udowodnić i sobie i światu, że nie jestem taka ostatnia, bo mnie mąż zostawił. Poznałam cudownego człowieka, który przez 4 miesiące spotykania się, zdążył pokochać i mnie i moje dzieci. Niestety kochał tylko on, ja nie umiałam, bo cały czas miałam męża w sercu. Nowy Pan miał być lekiem na całe zło. Skrzywidziłam i jego i trochę dzieci, bo zdążyły przyzwyczaić się do niego.
            A dzisiaj zobaczyłam byłego męża i stwierdziłam, że nawet mnie już nie pociąga. Ostatnio widziałam go z kochanką i nawet serce nie drgnęło. Teraz wiem, że mogę zacząć uczciwie nowy związek.
      • smarhta Re: ...... 24.07.12, 01:23
        Bede brutalna: moze Ty lubisz byc zlosliwa? Moze czujesz sie lepiej, jak komus dokopiesz, ze jest nieszczesliwy na wlasne zyczenie i w ogole sam sobie winny?

        Nie przesadzasz z ta "diagnoza"? Znasz kogos, o kim naprawde wiesz, ze lubi byc (a nie tylko pokazywac, ze jest) nieszczesliwy?

        Wbrew pozorom rozumiem i sama potrafie powiedziec cos komus "brutalnie". Ale to wtedy, kiedy widze, ze jest na cos oczywistego zupelnie slepy, ze zaglaskiwanie go tylko pograza. To, co zrobilas, to dokopanie lezacemu tak... bezinteresownie. Bez dopytania, jak czegos nie rozumiesz, bez znajomosci problemu, z dopisywaniem intencji i motywow, ktorych naprawde tam moze nie byc.
      • bez_przekazu Re: ...... 26.07.12, 19:41
        jak tak dalej pojdzie to spieprzy tez zwiazek,facet bedzie mial dosc i odejdzie. poza tym, takie sa skutki wchodzenia w zwiazki z innych pobudek niz uczucie.

        argentusa napisała:

        > Będę brutalna - być może Ty lubisz być nieszczęśliwa. A poza tym, moim zdaniem
        > za wcześnie weszłaś w nastepny zwiazek. Niepoukładana, niepogodzona ze soba i ś
        > wiatem. To pachnie trochę polowaniem na koło ratunkowe. I pewnie dlatego wcale
        > nie jest Ci dobrze.
        > ...
        > Nie bardzo wiem jak możesz sobie pomóc. I dodatkowo, jeśłi dziecko co chwila bę
        > dzie widziało,że mama kogoś poznaje, a potem nie jest zadowolona to niestety mo
        > że sobie wdrukować ten, a nie dobry i właściwy wzorzec związków.
        > Przykre to.
        > Ar.
    • smarhta Re: ...... 24.07.12, 01:08
      Podobno zaloba trwa rok. To naturalne. Dopiero jak trwa dluzej, to znaczy, ze cos sie dzieje, ze cos trzeba z tym robic, isc do psychologa czy cos. A zal po rozstaniu jest rodzajem zaloby, czesto nawet trudniejszym, jesli dochodzi poczucie opuszczenia.

      No i zaloby podobno nie da sie "przeskoczyc". Jak nie uronilas lzy na poczatku, to uronisz pozniej. Nie da sie i nie powinno sie nawet probowac przed tym tak zupelnie uciec.

      Moze rzeczywiscie weszlas w kolejny zwiazek za wczesnie. Ale moze sie uda? Ja tez weszlam w kolejny, za wczesnie, nie zaluje jak na razie.

      Tez tak miewam, jak Ty. Tez mnie dopada dol. Irracjonalny, bo przeciez nie chce powrotu, nie chce tez utraty tego, co mam teraz. Wiem, ze z nim nie bylabym szczesliwa, pare slow za duzo powiedzial, jak odchodzil. Wiem teraz, do czego jest zdolny... Nie umialabym mu zaufac, pokochac. Ale dolek czasem wraca. To chyba zal po prostu? Zal, ze nie wyszlo, ze tak glupio, ze juz sie nie spelnia jakies tam marzenia, ze to jednak ciezko siebie sama od nowa budowac, ze sie tak zawiodlam na najblizszej osobie...


      No wiec dolek bywa. Ale bywam tez szczesliwa. Jeszcze nie na stale, nie ciagle...
      Ale coraz czesciej bywam szczesliwa, a coraz rzadziej wraca dolek (:
      I za kazdym razem trwa krocej (:
      • maria220 Re: ...... 24.07.12, 07:36
        dziękuję Smartha... dzis obudziłam się juz w lepszym nastroju...nie chcę stracić tego co mam przez swoje chore doły... biorę sie za siebie i zaczynam doceniać każdą chwilę, bo takich chwil jak te teraz nie miałam w swoim małżeństwie zbyt wiele... macie rację że pewnie zbyt szybko weszłam w nowy związek bo rany ciągle są świeże, ale z 2 strony wiem że gdyby nie wsparcie, które mam teraz byłoby ze mną źle...
        • argentusa Re: ...... 24.07.12, 10:32
          A teraz jest dobrze?
          Jak bardzo źle musi być, żeby stanąć samemu przed lustrem i przyjąć, żen ie można krzywdzić innych jak się jest samemu pokiereszowanym -to o tym piszę w kontekście koła ratunkowego. A co jesłi pan będący ewedentnie plastrem traktuje tę znajomosć dużo poważniej, a o jeśłi dzieci isę przywiążą (jak pisze dolce) ... Bo samej mi źle to reszta też może obrywać?
          Retorycznie.
          Ar.
          • smarhta Re: ...... 25.07.12, 02:09
            Przy zarzutach tego kalibru prosze o konkrety. Konkretne podstawy, na ktorych oparlas swoje wnioski.

            Albo zapytam inaczej: czy jesli porzuce teraz swojego partnera sugerujac sie tym, ze wg Ciebie na pewno nam sie nie uda, bo za wczesnie weszlam w nowy zwiazek i w zwiazku z tym na pewno go skrzywdze, to czy na pewno zrobie dobrze, a Ty na pewno poczujesz sie wtedy lepiej?
            • argentusa Re: ...... 25.07.12, 06:30
              Smartho,
              ja niepytam Ciebie. Pytam autorkę wątku.
              Chyba, że jesteś Nią.
              Ar.
              • smarhta Re: ...... 25.07.12, 08:23
                Pytasz publicznie, nie na priv.
                Zadajesz pytania sformulowane w ogolny sposob: "jak bardzo trzeba byc...", a nie np "jak bardzo jestes". Pytania odnosza sie do sytuacji, w jakiej i ja sie znajduje. Dodajesz, ze to pytania retoryczne. Wiec wyrazam tu, na publicznym ogolnodostepnym forum, swoje zdanie na ten temat.

                Zreszta moje pytanie jest aktualne: czy jesli "odkleje plasterek", pod wplywem tego forum i Twoich wypowiedzi, w wyniku czego owze "plasterek" a takze ja oraz moje dziecko, ktore zdazylo sie juz przyzwyczaic i uznac "plasterek" za czlonka rodziny, bedziemy nieszczesliwi - czy powtorzysz swoje wczesniejsze przekonania z rowna pewnoscia siebie?

                Nie za latwo osadzasz innych i ich sytuacje? Nie dopuszczasz do siebie mysli, ze ten latwy, szybki i pobiezny, a przy tym kategoryczny osad moze zwyczajnie zaszkodzic, zamiast pomoc?
              • kalpa Re: ...... 25.07.12, 08:24
                żałoba po stracie czasem trwa o wiele dłużej niż rok.. I wcale nie musi być żałoba płynąca łzami, bo to tylko pewien okres żałoby... Najtrudniej czasami jest rozstać się z wyidealizowanym obrazem ex i to chyba najczęściej trzema nas w więzieniu.

                Taniec i wiatr to moje żywioły!
                • triss_merigold6 Re: ...... 25.07.12, 09:20
                  Ale ten wyidealizowany obraz chyba się sypie już w trakcie rozpadu małżeństwa i w trakcie czekania na rozwód?
                  • martakj Re: ...... 25.07.12, 09:35
                    wyidealizowany obraz - chyba coś w tym jest.
                    Rozwodzimy się ponieważ coś jest nie tak (delikatnie mówiąc), w naszych związkach. Ja uważam, że wina jest zawsze po jednej, jak i drugiej stronie (chyba, że chodzi o np. przemoc).
                    A jak już jest po rozwodzie i zamiast myśleć dlaczego nie chciałam być z moim partnerem, nasuwają się myśli jaki to był cudowny (nie przesadzajmy, czasami jest super smile.
                    Może to zupełnie normalny etap po rozwodzie.
                    • smarhta Re: ...... 25.07.12, 23:56
                      Wina? Zawsze po obu stronach?
                      Z tym sie nie moge zgodzic...
                      Wspolodpowiedzialnosc za relacje - to tak, po obu stronach. Tu sie nawet moge zgodzic, ze zawsze. Chocby nawet miala sie ograniczac do nietrafionego wyboru, czy tez decyzji o odejsciu lub pozostawaniu w zwiazku, jesli juz na nic innego nie mialo sie lub nie ma wiecej wplywu. Ale odpowiedzialnosc to nie to samo co wina.

                      Jesli jedna strona robi cos, co krzywdzi druga strone i jesli jest to oczywiste, ze jest to zachowanie krzywdzace, to nie robmy z ofiary takiego zachowania kogos, kto jest temu winien. Wylacznie winna jest wtedy osoba krzywdzaca. I nie ma znaczenia, czy to przemoc fizyczna, psychiczna, zdrada, opuszczenie drugiej osoby, czy tez inny rodzaj krzywdy.

                      Dlaczego tak mysle?
                      Proste: nikt nie jest w stanie mnie zmusic do zachowan krzywdzacych wbrew mojej woli. Jesli kogos skrzywdze, w sposob ewidentny, taki, ze wiadomo, ze to bedzie krzywda, to jest to wtedy wylacznie moja wina. Wiec nie przyjuje do wiadomosci linii obrony krzywdzicieli polegajacej na obarczaniu chocby czesciowa wina ich ofiar. Jednak takie podejscie wymaga raz, odpowiedzialnosci za siebie, dwa, pewnej "twardosci", odpornosci na manipulacje "biednych" krzywdzicieli, co to "niechcacy" zrobili komus krzywde, bo ich "ponioslo" albo "sie pogubili". A tymczasem prawda jest taka, ze probuja po prostu przerzucic czesc odpowiedzialnosci za swoje czyny na ofiare, zeby sie lepiej poczuc lub byc mniej surowo osadzani przez innych.

                      Wedlug mnie slogan o winie lezacej zawsze po srodku jest po prostu srodkiem manipulacji i tyle...
                      • martakj Re: ...... 26.07.12, 07:04
                        Smarhta absolutnie się z Tobą zgadzam.
                        Mi też chodziło o relację, jak napisałaś, współodpowiedzialność za relacje.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka