Jestem na portalu od ponad dwóch lat, od ponad roku po rozwodzie. Myślałam, że uporałam się już z emocjami wobec exa ale jak się okazało, tylko myślałam.
Tydzień temu zmarł mąż mojej przyjaciółki i serdeczny przyjaciel exa. Śmierć nagła, niespodziewana, więc szok ogromny. Przyjaciółka nie ma praktycznie rodziny, która by ją wsparła i pomogła przejść przez to wszystko. Ma tylko starą ciotkę lat 78 i 10 letnią córkę, nota bene chrześnicę mojego ex. Kiedy tylko dowiedziałam się o tym co ją spotkało, rzuciłam się z wszechstronną pomocą. Jestem z nią od tygodnia, załatwiam sprawy związane z pogrzebem, pomagam przejść przez piekło sekcji sądowej i ponownej identyfikacji ciała przed kremacją. Kiedy Ania zadzwoniła do mojego exa z wiadomością o śmierci jego przyjaciela, stać go było tylko na powiedzenie, że jest wstrząśnięty i się rozłączył. Nie zaproponował jej wsparcia, pomocy, kompletnie nic. Rok temu, popełnił samobójstwo jego drugi kolega, który również go krył i wspierał, kiedy ex zdradzał i doprowadził do rozpadu rodziny. W tamtym przypadku, ex latał, pomagał załatwiał, mało tego, stara się zastąpić ojca dwóm dorosłym synom kolegi, swojego mając od ponad dwóch lat głęboko w dupie. Powiedzcie mi, że nie zwariowałam, że to normalne, że trzęsie mnie kiedy myślę jak się ten pajac zachowuje. Umiera jego przyjaciel, ojciec jego chrześnicy a ten podwija ogon pod siebie i znika. Cholera kiedy mi przejdzie? Kiedy przestanę emocjonalnie reagować na jego wyskoki? Mam ochotę dać mu w pysk.