Chodzi mi od pewnego czasu po głowie pożegnanie z forum...
Nie żebym Was nie polubił, żebym był jakoś zniechęcony, czy inaczej źle
nastawiony. Po prostu formuła zużyła się.
Mnie trauma rozwodu dopadła z osiem lat temu, tak dawno, że nawet nie pamietam
juz tego przykrego wydarzenia, poza bardziej pikantnymi szczegółami... Tu
spieszę dodać, że najbardziej pikantną rzeczą było pytanie sądu, czy godzę sie
na rozwód, ja na to stanowczo "NIE", a sąd ogłosił rozwód.
Doszedłem wtedy do wniosku, że nie mogę zbytnio liczyć na zyczliwość innych
ludzi i postanowiłem wziąć sie za siebie.
Dwa lata zajęła mi praca nad zawartościa własnej głowy pod kierunkiem miłej
psycholożki. Wspaniale wspominam tamte dni - przez dwa lata może dwa razy mnie
za coś pochwaliła, a konsekwentnie konfrontowała z przyziemną rzeczywistością.
Nauczyła mnie brać odpowiedzialnośc w zakresie adekwatnym do zajmowanego, w
danej sytuacji, miejsca... W małżeństwie sam pchałem się na piedestał,
chciałem być najważniejszy - więc "największa" wina za całą tragedię.
Piszę o tym, bo większość forumowych problemów powinno rozwiązac się w
gabinecie specjalisty, a nie w internetowej piaskownicy. Stąd czasem moje
zniecierpliwienie i złośliwości, bo dorosli ludzie chcą zmienić swoje życie
bazując na opowieściach innych nieudaczników - celowo piszę nieudaczników (i
sam sie do nich zaliczam), bo nie udało się zbudować trwałego związku.
Gdyby to forum odnieść do czasów studenckich, to analogicznie wykłady powinni
prowadzić amatorzy, a ćwiczenia - konstruktorzy, którym runęły budowle. Jest
jednak dokładnie odwrotnie...
Życzę wszystkim wytrwałości w budowaniu kolejnych związków. Zachęcam do
korzystania z pomocy psychologa w takim samym stopniu w jakim korzystamy z
gabinetu stomatologa

)
Bądźcie szczęśliwi.
Waldek.