Dodaj do ulubionych

Zapraszam na kozetkę...

11.08.05, 10:57
Tak mi chodził pomysł tego topiku po głowie już od jakiego czasu...
A mianowicie...
Gdy udamy się do dowolnego zakładu karnego i porozmawiamy
z "pensjonariuszami", okazuje się, że wszyscy, niemal co do jednego siedzą za
niewinność.
Podobnie jest u i nas. Żale do naszych eks przeplatają się pretensjami,
nierzadko okraszone są całkiem poważnymi oskarżeniami. Natomiast my sami, jak
lelije, jesteśmy nieskazitelni i niewinni. Czy rzeczywiście? Zykle bowiem
jest tak, że wina za rozpad rozkłada się mniej więcej po połowie. I chyba
warto poznać tę "swoją" połowę.

Może wywalmy z siebie (raz a dobrze, tak by już do tego nie wracać, a
jednocześnie by móc wyciągnąć wnioski na przyszłość), co było nie tak w
naszych nieudanych związkach. Nie tak, ale z naszej winy. Gdzie to właśnie my
przyczyniliśmy się do rozpadu, albo nie spełnialiśmy oczekiwań partnera (no
bo on na pewno nie spełniał naszych).

Zdaję sobie sprawę że nie jest to łatwe zadanie. Mechanizmy wyparcia,
samousprawiedliwianie się itp działają bardzo silnie w każdej psychice, ale
potraktujmy to jako terapię, odcięcie swoistej pępowiny.

Warunki:
1. odpowiedzi typu "bo byłam za dobra" są ... delikatnie mówiąc ... po prostu
je pomińmy. Ale "za bardzo się starałam" już może być, bo może to oznaczać
zagłaskiwanie parntera, bądź osaczanie emocjonalne.
2. Magnuna i e.mes proszone są o niezabieranie głosu ze względu na liczne
wcześniejesze przypadki samobiczowania (buziaki). Tendecje masochistyczne
prosimy realizować na formum BDSM.
3. Ja się dopiszę po południu, bo teraz nie zdąże. Ale obiecuję.

Uwaga start .... kto odważny.... i szczery...
Obserwuj wątek
    • mindsailor Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:10
      nie zgadzam się z tym, że wina za rozpad związku leży po dwóch stronach. u
      mnie była to tylko moja wina!
      właśnie układam sobie w głowie, co było źle z mojej strony i dlaczego stało się
      tak, jak sie stało. dużo tego jest...
      • kocur.czarny Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:21
        Blad robisz. W rozpadajacym sie zwiazku nie ma jednostronnej winy. Jesli ty
        popelnialas bledy, ktore doprowadzily do rozpadu, to on popelnil blad
        zaniechania - kazdy popelnia bledy, a on przeciez powinien te bledy pomoc ci
        naprawiac. WYbierajac inna droge wzial na siebie czesc winy.
        • mindsailor Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:35
          on nie popełnił tego błędu. walczył cały czas, a ja nie dałam temu żadnej
          szansy. on zrobił, co mógł, naprawdę. cała wina jest moja. ja nawet nie chciałm
          o tym rozmawiać, uciekłam - wyprowadziłam sięsad
          przed samym rozwodem, ba! nawet po, wiedziałam, że wystarczy tylko, abym
          chciała to naprawiać, a bysmy spróbowali jeszcze raz. to ja nie dałam nam nawet
          cienia sznasy.
          nie chcę już tego rozpamiętywaćsad((
          • kocur.czarny Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:44
            Mialas pewnie powody. Nic sie nie dzieje bez powodu. Wiec nie powinnas tak
            myslec.
            • mindsailor Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:46
              chyba mnie zaćmiło i to był jedyny powód. na głupotę nie ma wytłumaczenia
              • anybody1 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:47
                gdybyś czuła sie całkowicie spełniona w tym małżeństwie, to czy wtedy też by
                sie to stało?
                • mindsailor Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:49
                  nie, napewno nie. ale czułam sie niespełniona z mojej winy. nie dojrzałam do
                  miłości, a do małżeństwa w szczególnościsad
    • e07 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:12
      Byłam za dobra, to fakt. Robiłam w domu wszystko sama: śniadanko przed pracą,
      kolorowe sandwiche do pracy, dwu, trzydaniowy obiadek po powrocie, czyściutko
      jak w laboratorium, zakupy z piwkiem itp. Po prosto lokal ktegorii S. Dzieci
      tez wychowywałam sama, szczególnie drugie. (Pracuję, mam wyższe wykształcenie,
      żeby nie było, ze nic innego nie miałam do roboty).
      1.Tylko, że robiłam awantury, że sie np. spóźnił, lub, że w niedzielę idzie do
      pracy.
      2. Chciałam, żeby wiekszość wolnego czasu spędzał ze mną (to dla niego problem,
      bo komputer)
      3. Nie zauważyłam, ze potrzebuję czasu i odpoczynku dla siebie, co odbiło sie
      na moim zdrowiu i poziomie nerwowości.
      4. Nie akceptuję jego stosunków z jego rodziną w takiej formie, w jakiej on
      sobie życzy.
      To wszystko podobno można określić słowem Zaborczość, ale nie jestem
      przekonana...
      Efekt: "on juz nie może ze mna wytrzymać", "chce wreszcie być w życiu
      szczęśliwy"
      • buba77 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:20
        E07, a bylaś szczęśliwa?
        • e07 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:52
          Tak, byłam. Branie obowiązków na swoje barki nigdy nie było dla mnie problemem,
          robiłam to z miłości. Tylko nie wzięłam pod uwagę, że on nie jest taki jak ja,
          że to dla niego nie jest ważne. Oczekiwałam tego samego od niego. Robiłam to
          wszystko dla nas, żeby mieć wieczorem czas dla nas, a nie, żeby on miał czas
          dla siebie.

          Tak było, bo on mi powiedział "wiem, że sobie świetnie poradziszz dziećmi jak
          odejdę" Tu ma rację - obowiązków zbyt wiele mi nie przybędzie. Tylko, czy dam
          radę, bo nie mam dla kogo...
    • buba77 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:19
      Też uwazam, ze dwoje jest odpowiedzialnych. Czasami nawet troje. Mam na mysli
      alkohol.
      Ja moge powiedziec, juz po usamoubiczowaniu, ze z mojej strony nie za bardzo
      potrafilam, to co tak często powtarzasz, byc po prostu szczesliwa. Brakowalo mi
      dystansu i musialam za wszystko brac odpowiedzialnosc. Czulam, ze za duzo musze
      znosic, ze za duzo mam na glowie i że ciąle nie daje rady. Wiele sobie
      zarzucalam. A trzeba bylo wziąc sie z życiem za bary i... życ. Oczekiwalam
      wiekszego zaangazowania exa w sprawy rodzinne. Nie doczekalam sie. Tak trudno
      czegoś nie oczekiwać, ale to chyba najlepsze?
      Teraz sprobuje sama. I niestety paralizuje mnie strach.
    • kvinna1 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:24
      Kto u mnie ponosi wine?
      Dedyzje, jednostronną, bez prawa do apelacji, bez ratowania podjął mąż. Tego
      jest winien. Ale nigdy nie powiedziałam, ze on jest winien tego ze znalazl
      inną, ze otworzyl oczy na inne kobiety. Zawsze byl mężem i ojcem idealnym! i
      nikt w rodzinie nie ma prawa mówic, ze bylo inaczej bo nie bylo. To co robi mi,
      nam teraz, jest straszne i bolesne i za to chetnie bym go udusila, ale przez 15
      zawsze byl najlepszy. I niech mi nikt nie mówi ze uprawiam samobiczowanie, albo
      cos w tym stylu.
      A co bylo nie tak? - pogon za mieszkaniem, samochodem, kinem, kolejna kolacja
      nam miescie, wszystko bylo jak trzeba, wspólnie, tylko my jakos obok siebie.
      Zgubilismy sie. To chyba jeden z najglupszych powodów. Zrobilismy to sami,
      jakby na wlasne zyczenie. Przez zaslepienie tym, co mozna poprostu kupic.

      I teraz przyjdzie nam zaplacic. Szkoda tylko dzieci.
    • anybody1 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:42
      hm... mój ex ma/miał ciężki charakter. najważniejszy na świecie, wszystko
      kręciło się wokół niego, jeśli coś mu nie wychodziło, winni byli wszyscy
      (czytaj: ja), tylko nie on. taki typ "marsowy" ze zmarszczoną brwią, przy
      którym trzeba chodzić na paluszkach, bo nigdy nie wiadomo kiedy zagrzmi. i
      robiłam to.
      no i ten mężczyzna spotkał nagle drugą miłość swojego życia ("kocham Ciebie,
      ale ją też kocham").
      ale bardzo rzadko jest tak, że winna jest tylko jedna strona, na pewno miałam
      jakiś swój udział w tym, że dał się "uwieść" 20-letniej, zapatrzonej w niego
      pannie. bo NIBY chodziłam na paluszkach, głaskałam po główce, pewna że nie ma
      na świecie lepszego faceta. tylko czy do końca?
      nie będę przepraszać za to jaka jestem, bo wiedział jaka jestem na długo przed
      ślubem. ale faktem jest że:
      1. za często szłam na kompromis "dla świętego spokoju", dochodziło do tego, że
      przepraszałam za coś, co zupełnie nie było moją winą, tylko po to żeby mieć
      spokój. przyzwyczaiłam go do tego.
      2. za często wychodziło na moje, i chociaż nigdy nie padło "a nie mówiłam", to
      jednak nie pozwoliłam mu tego nie zauważyć.
      3. niczym mi nie imponował, podświadomie uważałam go za "głupszego" (to trochę
      za mocne słowo), traktowałam trochę jak duże, rozpieszczone dziecko, które
      trzeba traktować z pobłażaniem. zawsze wszystkow iedzialam lepiej, lepiej
      wszystko potrafiłam zorganizować. on, cholernie ambitny, mający potrzebe bycia
      we wszystkim najlepszy, mnógł czuć sie tym sfrustrowany, nawet jeśli
      nieświadomie.
      4. z powyższego wynika, że nie do końca w niego wierzyłam i prawdopodobnie
      podświadomie w to wyczuwał, nawet sie nie dziwię że to wpatrzone w niego
      dziewczę zyskało jego miłość.
      5. pozwoliłam mu siedzieć przed komputerem niemal 24 h/dobę i przez długie
      wspólne lata mu nie powiedziałam że mi to przeszkadza. właściwie to nawet nie
      byłam świadoma że mi to przeszkadza do momentu kiedy sobie uświadomiłam nagle i
      bez uprzedzenia że to jest nie do wytrzymania.
      6. jestem współwinna temu, że popadliśmy w rutynę. mijaliśmy sie właściwie w
      drodze do/z pracy, jedliśmy wspólnie obiad, on siadał do komputera, ja
      zajmowałam się sobą, potem szliśmy spać. czasem oglądaliśmy wspólnie film. nic
      poza tym , nawet wizyt u znajomych, wyjścia do kina, teatru itd. nigdzie nie
      jest napisane że to powinna być jego inicjatywa. wina tak samo moja jak i jego.
      7. zabójczo rutynowy sex. też współwinna. fakt, że przypominał sobie o tym
      dopiero jak wstawał od komputera (około 2 w nocy) nie jest dla mnie
      usprawiedliwieniem.
      • buba77 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 11:57
        Anybody, a nie wydaje Ci się, że zarzucasz sobie momentami, ze nie prowadzilaś
        z mężem takich damskich gierek? Takich jak to kiedyś matki uczyly córki? To
        dotyczy np. nie mowienia wlasnego zdania, bo druga strona poczuje sie
        stłamszona. Dla mnie to chore i niedzisiejsze. Dla mnie to u Was doszlo do
        zaniedbania porozumiewania sie i mówienia co komu jest potrzebne. W końcu
        oddaliliście sie calkiem.
        • anybody1 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:20
          nie, to nie tak. ja mówiłam jakie jest moje zdanie zawsze i wszędzie. tyle że
          często to było jak "walenie grochem o ścianę", on wiedział swoje i zawsze
          najlepiej, dlatego w pewnym momencie odpuściłam, wolałam mieć spokój. w końcu i
          tak wychodziło na moje... smile[to taki smutno-cyniczny uśmiech]

          rzeczywiście, wzajemne porozumienie zawiodło. najgorsze jest to, że oboje nie
          zdawaliśmy sobie z tego sprawy. w pewnym momencie czegoś zabrakło i w jednej
          chwili urosło do takich rozmiarów, że nie było ratunku. i wtedy też nie
          próbowaliśmy znaleźć tego czego brakuje, bo oddaliliśmy się już od siebie tak
          bardzo, że po prostu nie pitrafiliśmy ze sobą rozmawiać na tematy inne niż
          sprawy codzienne.
          zresztą przyznaję się (to chyba kolejna moja wina), że nigdy nie uważałam go, i
          nadal nie uważam, za partnera do rozmowy dla mnie. nigdy mu tego nie
          powiedziałam, ale jestem przekonana że to wyczuwał.

          ta panna była najlepszym co mogło nam sie przytrafić.
          • anybody1 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:47
            i powiem jeszcze, że teraz jestem szczególnie wyczulona na brak rozmowy. i na
            rozmowy jałowe, o niczym, na odczepnego. bardzo zwracam uwagę na to, czy facet
            słucha, co do niego mówię, a jeśli słucha, to czy słucha "biernie", jednym
            uchem wpuszczając, drugim wypuszczająć, czy stara się zrozumieć i wyciąga
            wnioski.
            sama też staram się słuchać bardzo uważnie. boję się tylko że ja tych wniosków
            wyciągam za dużo...
      • e07 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:06
        Sex, pominęłam problem, to znamienne...
        rutyna, która u mnie powodowała niechęć. Też mimo mnie i moich potrzeb. Często
        jak już spałm lub zasypiałam ,to mine budził. Ja wtedy nie wykazaywałąm
        inicjatywy. Jeśli robiliśmy coś razem (kino, czy choćby wspólny film w TV, po
        którym nie siadał do komp.), to tak. i wtedy było super.
        Ogólnie według niego jestem chyba najgorszą kochanką świata, zimną, obojętną,
        bez inicjatywy, itd.
        • anybody1 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:33
          e07 napisała:

          > Często
          > jak już spałm lub zasypiałam ,to mine budził. Ja wtedy nie wykazaywałąm
          > inicjatywy.

          dokładnie tak. a we mnie bunt, że cały dzień siedział przed tym cholernym
          komputerem i o tym nie pomyślał, tylko budzi mnie o 2 w nocy i jest zawsze tak
          samo jak zwykle. a ja nie będę na jego skinienie, też mam swoje potrzeby, o
          których czasem mógłby pomyśleć. i pewnie to nie była najlepsza droga, bo o
          takich rzeczach powinno się rozmawiać, ale moja niechęć rosła i rosła...
          • e07 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:42
            Z tym, że u mnie wojny o jego czas przy komputerze trwają od kiedy pamiętam. On
            świetnie wiedział, że dla mnie to problem. Swiadomie to bagatelizował.
            Potem, zdając sobie sprawę, że sex jest dla niego b. ważny, częśto ulegałam.
            Właśnie ulegałam, jak tania ... , dla świętego spokoju i coraz częściej bez
            własnej satysfakcji. To też moja wina, nie powinnam tak postepować.
            • anybody1 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:50
              cholera, dokładnie tak samo...
              po rozwodzie nagle odkryłam że nie jestem zimną rybą i to było niesamowite
              zaskoczenie...
              • e07 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:00
                Zrobiłam dużo błędów, mówię to wszystkim i jemu przede wszystkim, ale z
                pewnością nie zgodzę się z jego opinią, że całe zło naszego związku, to ja. że
                ztrułam nasz związek. Uczę się akceptować swoje wady i dawać sobie do nich
                prawo. jestem na etapie, że nie chcę nawet próbować się przekonywać, czy
                jeszcze kiedykolwiek będę w stanie być z kimś.
              • kasiar74 Re: Zapraszam na kozetkę... 15.08.05, 11:20
                anybody może twój mąz byl kipeskim kochankiem?wink
    • pchelka Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:30
      Jeszcze do niedawna całą winę brałam na siebie.
      Że byłam za mało kobieca, za mało tolerancyjna, za wiele czasu poświęcałam
      synom, za mało eksowi, nie dość konsekwentnie walczyłam z pierwszym meżem, tak,
      żeby ex był z tego zadowolony, że jeżeli dochodziło do przemocy to ja ja
      prowokowałam, że ex pił i znikał tygodniami, bo byliśmy dla niego za mało
      atrakcyjni itp., ze nie nawiązałam odpowiednich kontaktów z synem exa, których
      i jemu nie udawało się nawiązać...

      I dopiero na terapii dowiedziałam się, ze moja winą było to, że na to wszystko
      pozwalałam....
    • bursztynowe Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:44
      1. Systematyczny spadek zaangażowania emocjonalnego w związek. Ucieczka w pracę
      i inne (najlepiej pozadomowe) formy aktywności (jakkolwiek życie towarzyskie po
      ślubie niemal zamarło, za wyjątkiem dwoch przyjaciółek eksi). W ocenie eksi
      dyskwalifikowało mnie to dokumentnie. Oczywiście mam liczne uzasadnienia i
      usprawiedliwienia, ale nie jest to przedmiotem topiku.
      2. Niedostateczne okazywanie uczuć, w szczególności w ocenie partnerki. Biorąc
      pod uwagę jej wysokie potrzeby w tym zakresie, poziom okazywanych przez mnie
      uczuć niewątpliwie musiał być dla niej bardzo dotkliwy.
      3. Za mało cierpliwości. W szczególności w przypadku powtarzania po raz kolejny
      tego samego. W efekcie coraz liczniejsze konflikty.
      4. Trudności z akceptacją skoków nastrojów eksi (od "bardzo cie kocham"
      do "wkurwiasz mnie")- zjawisko zawsze dla mnie niezrozumiałe i niepojęte.
      5. Prawdopodobnie (bo nie mam pewności) nadmierna skłonność do kompromisu,
      zdecydowany niedobór zdecydowania - co być może odbierała jako brak
      zaangażowania. Jest to o tyle trudne, że eksia ma dosyć silny charakter, moi
      również ...
      6. I w ogóle wrodzona wredota...

      W efekcie oddaliliśmy się na odległość rzutu kamieniem, co jest niezłym
      wynikiem, bo w tej sytuacji nie każdy kamień dochodzi celu.

      W mojej ocenie odpowiedzialność za rozpad związku rozkłada się niemal modelowo
      po połowie. Zarówo ja zalazłem eksi za skórę, jak i ona mnie. Co gorsza
      (lepsza?) mam tego świadomość od samego początku końca...
      • gosiaas25 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:47
        Bardzo chętnie się dopiszę smile))
        mój udział w zdradzie exa - hmmm
        coś pomiędzy 0% a 0%
        • bursztynowe Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:53
          a jak sądzisz, czemu eksio skoczył w bok? jako szczęśliwy i spełniony małżonek?
          • mindsailor Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:55
            nie tędy droga. nie zawsze zdrada jest wtedy, kiedy sie cos nie układa, wierz mi
            • anybody1 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:00
              nie jestem pewna. u mnie nie było powolnej agonii, kłótni, obrzucania się
              błotem. prawie do samego końca była sielanka. serio. misiu/pysiu/kotku, buzi-
              buzi i cała ta reszta. wszystko się walnęło w ciągu 3 dni. ja wyjechałam, a jak
              wróciłam, to właściwie było już po wszystkim. i tez mi się wydawało że NIE MA
              powodu. przeciez jest nam tak dobrze... a to była tylko siła przyzwyczajenia...
              trzeba było czasu, żeby zrozumieć że tak na prawdę nie spełnialiśmy się w tym
              małżeństwie. ani on ani ja. to, że się nie układa, nie zawsze widać na pierwszy
              rzut oka. czasem to siedzi bardzo głęboko.
              • mindsailor Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:21
                a u mnie była to tylko moja niedojrzałość i głupota.
                i , jak u Ciebie, nie było żadnej agonii, oddalania się od siebie, żadnego
                kryzysu. po prostu krótka piłka i poszłam jak w dym...
                my nie mieliśmy czasu, aby sprawdzić, czy sie spełniamy w małżeństwie, czy nie.
                trwało za krótkosad( więc u mnie te przyczyny odpadają
                • gosiaas25 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 15:15
                  tak jak piszesz mindsailor
                  tylko, że to nie daje odpowiedzi, niestety, prawda??
                  niedojrzałość, brak odpowiedzialności, chwila zapomnienia...
                  a po drugiej stronie zostaje człowiek
                  • mindsailor Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 08:17
                    nie dajesad
                    i nie była to chwila zapomnienia, niestetysad
          • gosiaas25 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:57
            na to pytanie szukałam odpowiedzi przez wiele miesięcy, u samego exia też
          • e07 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:08
            Mój też miał skok w bok. Twierdził, że potrzebował zkimś być, rozmawiać o pracy
            i innnych problemach. Z tym, że ja ciągle błagałam, żeby znalazł czas na
            rozmowy ze mną - nie miał go. Dla niej tak.
            Moim zdaniem, tak jak rozpad więzi jest winą obojga ( choć niekoniecznie po 50
            %), tak zdrada, to zwykłe tchórzostwo i całkowita wina osoby zdradzającej.
            Kropka.
            • anybody1 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:13
              u mnie problem sie nasilił w momencie, kiedy zmieniłam pracę i bardzo byłam z
              niej zadowolona.
              on w tym samym czasie też zmienił pracę, tylko że szczerze jej nienawidził.

              i w tej sytuacji, zamiast przyjść do mnie po wsparcie, potraktował mnie jak
              rywala. i w tym czasie pojawiła sie jego nexia...
      • anybody1 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:06
        aha, przypomniałeś mi o błędzie nr 8. też jest wspólny, ale bardzo ważny:
        zamkneliśmy się razem w klatce. zawsze wszystko robiliśmy razem, mieliśmy tych
        samych znajomych, wszędzie razem chodziliśmy, nie było opcji pt. wychodzę
        sama/sam z koleżankami/kolegami, nie było marginesu na swój własny, prywatny
        świat. 10 lat zawsze razem...
    • eevita Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:47
      Nie, nie..żadnego poczucia winy we mnie nie wzbudziciesmile) nawet jesli były
      jakies powody do rozstania z mojej strony, to eks sie nigdy o nie dowiedziałsmile)
      Czyli tak jakby ich nie było, nieprawdaż?smile Dlatego to tylko jego wina i juz...
      I tej wersji będę sie trzymała aż do końca...smile
      • bursztynowe Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:01
        a mówią, że podobno przyznanie się do błędu jest powiedzeniem, że jest się
        mądrzejszym teraz nie było kiedyś...
        • bursztynowe Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:28
          ... niż było kiedyś...

          sorry
    • e.mes Ja się pytam, gdzie ta równość jest?! 11.08.05, 12:54
      bursztynowe napisał:

      > Warunki:

      > 2. Magnuna i e.mes proszone są o niezabieranie głosu ze względu na liczne
      > wcześniejesze przypadki samobiczowania (buziaki).

      A prosiłam... Prosiłam... Prosiłam, prawda? Nie dość, że się mnie czepia, to
      jeszcze głos mi zabie....
    • anybody1 wiecie co.... 11.08.05, 12:56
      właśnie zdałam sobie sprawę, że nie mam już prawie żadnych pretensji do exa
      (poza kłamstwem), i że na prawdę mam to CAŁKOWICIE za sobą... smile
      bursztynowe, powinieneś pobierać opłaty za terapię smile
      • e07 Re: wiecie co.... 11.08.05, 13:02
        ile to trwało? Bo ja stawiam właśnie pierwsze kroki na drodze przez rozwód.
        • anybody1 Re: wiecie co.... 11.08.05, 13:10
          w tej chwili jestem 3 lata po rozwodzie.
          zrozumiałam go (i to, że sielaka w której żyliśmy, to była fikcja)prawie
          natychmiast, zaraz jak zaczęłam logicznie mysleć.
          po pół roku już byłam pewna że dobrze się stało, ale ciągle miałam straszny żal
          że załatwił to w taki kiepski sposób, że okazało się że nie ma tej klasy, którą
          wydawało mi się że ma.
          ale wybaczyłam dopiero teraz.
    • emka69 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 12:59
      Ja nie znoszę kompromisów i ograniczania mojej wolności. Niestety dowiedziałam
      się o tym po ślubie. Teraz żyję tak jak chcę i nikt mi nie mówi co mam robić.
      Myślę, że największym moją winą było wyjście za mąż.
    • bezecnymen Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:04
      nie będe liczył %, kto bardziej a kto mniej winien...
      szybko w naszym małżeństwie okazało się, że mamy kompletnie rózne cele życiowe
      i styl życia codziennego...a przed slubem wyglądało że jestesmy całkowicie
      zgodni....
      dorabianie sie u mnie było gdzies tak pośrodku, u niej zdecydowanie na czele,
      sex i codzienne umizgi, u mnie na początku u niej całkowicie zbędne, wspólne
      zakupy, dla mnie żadna przyjemność, dla niej ważne, życie towarzyskie, a
      dokładniej obracanie się w światku zasobnych finansowo nowobogackich, dla mnie
      smiertelnie nudne, dla niej ważne, dla mnie związek miał być partnerski,
      łącznie ze wspólnym kucharzeniem, dla niej ja mam być głową rodziny a ona szyją,
      nie cierpiałem jej długaśnych monologów, przestawałem słuchać, wychodziłem
      albo...włączałem komputer, do syna jako drugi: zajmij sie jakąs męska robotą a
      nie bawieniem z dzieckiem i td itp... w końcu po tekście: z tobą nie da się
      zyć, powiedziałem, to ułóż sobie życie po swojemu, co zrobiła nie czekając na
      powtórną propozycjęsmile
      • phokara Zbrodnia i Phokara. 11.08.05, 13:09
        Moja wina jest to, ze stworzylam tego mezczyzne na obraz I podobienstwo swoje. Na
        usprawiedliwienie mam tylko fakt, ze nieswiadomie.

        Moja wina jest to, ze tak strasznie chcac pokazac mu swiat (idealny swiat moich mysli)
        zapomnialam, ze nigdy nie bedzie mogl go ogladac moimi oczami.

        Moja wina jest, ze pozwolilam mu wierzyc, ze jestem silna kobieta. Oszukiwalam go? caly
        czas. Siebie zreszta tez.

        Moja wina jest, ze wmawialam mu wiele dobrych cech I wartosci, ktorych on po prostu nie ma w
        sobie (co nie jest jego wina)

        Moja najwieksza wina jest to, ze starajac sie "ulepic" go, zeby byl szczesliwym facetem ?
        rozwalilam go totalnie. W drobny mak. I teraz on nie ma pomyslu, jak sie z tego wygrzebac. Bo
        nie wie czego chce ? oprocz tego, ze chce wrocic.
        Tylko ja juz nie chce.

        I szczerze mowiac mysle, ze przy mojej calej winie ? jego wszystkie kochanki to nic.
        Ilez mozna spiewac "gorne C" bez bolu gardla?

        Zycze mu zeby spotkal dobra kobiete (normalna wreszcie) ktorej da szczescie, przy ktorej
        bedzie potrafil byc mezczyzna I bedzie mogl byc z siebie dumny. I przy ktorej nie bedzie musial
        robic rzeczy, ktore nie sa powodem do dumy.

        Acha,
        Moja glowna wina (ze spraw stricte przyziemnych) jest to, ze zgodzilam sie pracowac na drugim
        etacie w jego firmie. Po godzinach, w weekendy, po nocach. A w nocy to ja sie powinnam z nim
        kochac, a nie padac na pysk przy biurku. I to jedyna wina, ktora sie dzieli rowno 50:50.

        Ps
        Cholernie niewygodna ta kozetka, uwiera w serce. Nie wroce juz na nia.
        • anja_pl wygoda? 11.08.05, 13:15
          phokara napisała:

          > Ps
          > Cholernie niewygodna ta kozetka, uwiera w serce. Nie wroce juz na nia.

          dlatego ja na nia nie wchodzę
          • kasia9873 Re: wygoda? 11.08.05, 13:22
            Ja również nie wejdę. Wyleżałam się na swojej niewygodnej kozetce wystarczająco
            długo, na kolejną wchodzić nie będę.
            Tak jak jest teraz jest OK.

            • anja_pl Re: wygoda? 11.08.05, 13:24
              ja jeszcze nie zeszłam z kozetki u kardiologa,
              psycoanalityk poźniej...
        • yurata2005 Re: Zbrodnia i Phokara. 12.08.05, 10:26
          Phokara...Przepraszam... ale tak się mówi do mężczyzny którego wciąż sie
          kocha... Uściski
      • anybody1 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:19
        jak długo trwało Twoje małżeństwo?
        • e07 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:23
          Mnie pytasz?. 13 lat, teraz jest 14 i pozew w sądzie.
        • bezecnymen Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:23
          mnie pytasz anybody?
          14lat
    • vertigo5 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:38
      Błędnie uznałem, że skoro przysięgała mi wierność, miłość itd. aż do sosnowej
      deski w ziemi, to nasze małżeństwo jest czymś niewruszalnym.
      Na pewno w wielu rzeczach pozwoliłem rozpanoszyć się rutynie.
      Nie przepadałem za niektórymi z jej znajomych i dawałem jej to do zrozumienia.
      Nie zorientowałem się w porę, że moje zarobki w granicach średniej krajowej to
      dla niej niemalże minimum socjalne.
      Nie lubiłem prac domowych i majsterkowania.
      W łózku była rutyna za którą wina jednakże rozkłada się po połowie.

      Przez kilka lat jednak zapewniała mnie, że mnie kocha, że jest szczęśliwa.
      Potem nagle się coś spieprzyło. Mój kolejny błąd był taki, że uwierzyłem, że za
      rozpadem małżeństwa (choć ja chciałem w tym widzieć tylko kryzys) nie kryje się
      inny facet. Przez rok próbowałem naprawiać związek: terapia, psycholog
      (odmawiała spotkań) pisanie listów, obsesyjne dbanie o dom i inne rzeczy...

      A potem nagle okazało się, że jednak jest facet. Starszy od niej o 25 lat,
      formalnie żonaty, a przy tym absolwent kilku konkubinatów, z dziećmi i
      wnukami... . No i z ogromnymi pieniędzmi... . Tak w ogóle to znana postać...

      sad
      • e07 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 13:52
        No tu, to mnie zaciekawiłeś....
    • kocur.czarny Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 15:14
      Na kozetce
      1. Miekkosc - gdybym nie poddal sie presji "norm" zwiazku nie byloby.
      2. Niezauwazanie emocji partnerki, egoizm, stawianie jej na drugim planie za
      moimi pasyjkami.
      3. Nie chcialem patrzec na swiat jej oczami, aby sprobowac go zaakceptowac i
      docenic. A tego przeciez szukamy u kobiety - pokazania nam innej strony zycia.
      Na usprawiedliwienie mam jedynie to ze ona tez nie bardzo chciala go pokazywac.
      Brak zaufania??? Skonczylo sie zimnym zwiazkiem i zyciem we wlasnych,
      zamknietych swiatach.
      4.Brak umiejetnosci rozmowy - tu wina 50-50.
      5. Uleganie pokusom materializmu - moze gdybym pracowal mniej, mial bym wiecej
      tego czego wszystkim tu brakuje. W dodatku jak sie pracuje wylacznie dla
      pieniedzy w korporacji bez-sensu jest to frustrujace. A to sie przenosi na
      otoczenie
      6. Biernosc - dlaczego na to co w.w. pozwolilem????
      • e07 Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 09:14

        Czarny Kocurze, gdyby nie to, że mój mąż jeszcze nie dojrzał do zobaczenia
        jakiejkolwiek winy w w sobie, pomyślałabym, że to jego post...
        I nie jest to pierwszy post, kiedy czytając pomyślałam: tak jak u mnie
        Czy naprawdę, problemy w związkach są aż tak podobne? Czasem mnie to przeraża.
        No, ale to nie na temat.
    • julka1800 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 15:54
      zglosze sie na kozetke ale... pozniej
      dzis mam za dobry humor zeby przypominac sobie co takiego zawaliłam
    • biedroneczka33 Re: Zapraszam na kozetkę... 11.08.05, 21:50
      ojej jak tu wysoko....no ale juz sie wczlapalam wiec poloze sie wygodnie ..moze i mnie jakies wyrzuty sumienia dopadna..tylko tak naprawde to nie chce rozdrapywac starych ran...minelo juz tyle lat ze jakos oswoilam sie z tym ze jest tak a nie inaczej ..sad((
    • bellima Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 09:18
      mogę się położyć na kozetce pod warunkiem, że mi ktos rozmasuje kręgosłup przy
      okazji bo coś mnie pobolewa smile))


      > 1. odpowiedzi typu "bo byłam za dobra" są ... delikatnie mówiąc ... po prostu
      > je pomińmy.

      nawet nie zamierzałam tego mówić, albowiem zdanie "ja jestem za dobry!" to stałe
      hasło mojego ex .smile))) , brrrrrr, jak fajnie być tą złą połową smile))
      • scriptus Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 09:43
        Ja się zgłaszam na ochotnika do masowania...
        dobrze to umiem ;DDDDDDDDD referencje?? zapytaj mojej żony ;DDDD


        może się zastanowi, dlaczego chcę masować kręgosłupy obcym Paniom ;DDDD
        • scriptus Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 09:49
          Przyjdę jeszcze na tę kozetkę, mój kręgosłup też wymaga masowania wink))
          Ale może nie dzisiaj... zasiądę przy kompie znowu któregoś wieczora, to wysypię
          swoje grzechy na klawiaturę...
        • e07 Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 10:03
          Gdyby mój mąż miał czas na masowanie mi krękosłupa pewnie nie byłoby rozwodu...
          • scriptus Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 10:18
            Zobacz E07, jaki ze mnie drań. Na masowanie kręgosłupa mojej żonie mam zawsze
            czas, a i tak jestem na krawędzi ;-(
            • e07 Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 10:33
              Może powinieneś udoskonalić technikę?...
              • scriptus Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 11:38
                Czy to Ci powiedziała moja żona??
                Patrz, a mi zawsze mówiła, że dobrze to robię, aż popadłem w samouwielbienie crying
    • akacjax Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 09:38
      bursztynowe napisał:


      Zykle bowiem
      > jest tak, że wina za rozpad rozkłada się mniej więcej po połowie. I chyba
      > warto poznać tę "swoją" połowę.

      A może to błędne założenie?

      • bellima Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 09:43
        sugerujesz, że obok tej kozetki nie siedzi fachowy specjalista psycholog?smile
        -w tam razie taka sesja może być niebezpieczna i szkodliwa dla pacjenta.uncertain
    • julka1800 Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 09:49
      chcialam sie zglosić ale w radio znowu lecą "Chlopcy ..."
      niech mi ktos powie ze to nie szlagier
      • kasia9873 Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 10:01
        Julka Ty lepiej powiedz, czy mieszkasz w Warszawie?
        • julka1800 Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 10:15
          Kasia, mieszkam tuż pod, ale pracuje w Stolicy
          Co ty na to?
          • kasia9873 Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 10:20
            To może jednak ten taniec na lodzie, my dwie i Scriptus?
            • e07 Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 10:37
              Też jestem z Wa-wy. Taniec na lodzie, to lubię w TV, ale gdyby np. kręgle?
              • kasia9873 Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 10:43
                Kręgle? No nie wiem. Nigdy nie próbowałam. Czy ta kula do pchania nie jest aby
                za ciężka na wątłe kobiece ciało?

                Chociaż ostatnio pewien Pan, gdy uścisnęłam mu dłoń powiedział "Ale ma Pani
                silny uścisk, aż mnie zabolało. Taka siła w kruchym ciele".
                • julka1800 Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 11:12
                  dziewczyny, co Wy? łyżwy super! wezme syna zawsze chcial sie nauczyć

                  kregle! do prawdziwe wyzwanie, po 3 godzinach urywa sie reka a poznokcie, ech
                  nie bede was straszyć
                  • e07 Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 11:17
                    A kto Ci każe 3 godziny?! Przecież to ma byc przyjemność, a nie kamieniołmy!
                    • anja_pl Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 11:34
                      e07 napisała:

                      > A kto Ci każe 3 godziny?! Przecież to ma byc przyjemność, a nie kamieniołmy!

                      jak przyjemność, to mogą być i 3 godziny tongue_outtongue_outtongue_out
                    • scriptus Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 11:36
                      kasia9873 napisała:

                      > To może jednak ten taniec na lodzie, my dwie i Scriptus?

                      e07 napisała:

                      > A kto Ci każe 3 godziny?! Przecież to ma byc przyjemność, a nie kamieniołmy!

                      To mi się zaczyna podobać... zatańczę z dwiema pięknymi Paniami na śliskim
                      podłożu, przez 3 godziny, grając jednocześnie w kręgle. Daaawno nie miałem tak
                      atrakcyjnego wieczoru wink))

                      Idę wiązać muchę!
                      • julka1800 Re: Zapraszam na kozetkę... 12.08.05, 11:57
                        nikt mi nie kaze tak jest ekonomiczniej
                        jam praktyczna dziewczynkawink)

                        jak sie uwalić /cokolwiek to znaczy/ to raz a porzadnie, jak na kregle to do
                        bólu
    • tachazit Re: Zapraszam na kozetkę... 16.08.05, 13:14

      Jeśli o mnie chodzi to największą winą z mojej strony było to, że nigdy tak
      naprawdę nie kochałam mojego męża. Tak bardzo bałam się zostać sama, że robiłam
      wszystko żeby udowodnić sobie i światu, że jesteśmy dobraną parą. Tak bardzo,
      że prawie w to uwierzyłam. Jestem wściekła na siebie, że zrozumiemie tego
      zajęło mi tyle czasu.

      Byliśmy i jesteśmy bardzo zżytymi ze sobą przyjaciółmi, ale to nie jest
      materiał na wspólne życie. Nigdy nie wyobrażałam sobie mieć z nim dzieci.

      Więcej grzechów w tym temacie nie pamiętam.
      • bursztynowe Re: Zapraszam na kozetkę... 16.08.05, 17:31
        Zaintrygowalas mnie.
        Caly czas wydawalo mi sie, ze podstawa jest przyjaźń. Że bez tego na dłuższą
        metę nie uda się.


        No i co teraz?
        smile
        • tachazit Re: Zapraszam na kozetkę... 16.08.05, 17:51
          bursztynowe napisał:
          > No i co teraz?
          > smile

          No życie leci dalej.
          W moim przypadku okazało się, że przyjaźń nie jest podstawą, lecz (jak to się
          mówi w logice) koniecznym, lecz niewystarczającym elementem związku.

          • buba77 Re: Zapraszam na kozetkę... 16.08.05, 23:33
            A moze niektorzy z nas pragną i szukają tego "czegoś", czego akurat w ich
            zwiazku nie znajdują. Moze bycie z kims dluzej niz 2 lata (tyle moze trwac
            milosc w rozowych okularach) jest dla nich za trudne? Za trudno im jest
            poszukać glębiej, przerwać kryzys, rutynę. Mamy w sobie pustke i probujemy ja
            wypelnic m.in. zmieniajac partnerow. Myślimy, ze gdzie indziej będziemy
            szcześliwsi i przeprowadzamy sie. Że z kims innym bedzie nam lepiej - i
            zdradzamy, porzucamy.
            • bursztynowe Re: Zapraszam na kozetkę... 17.08.05, 08:46
              z ten ktos da nam to czego sami nie mamy; uzupelni braki, zalata dziury w
              głowie, przylepi kwalki gliny tu i tam, a nasza figurka nabierze wymarzonego
              ksztaltu. Zalatwi za nas nasze sprawy sprawy...

              Stanie sie lekiem na cale zlo...
      • kocur.czarny Re: Zapraszam na kozetkę... 17.08.05, 00:02
        Znam zblizone scenariusze. Napisalas, ze nie wyobrazalas sobie miec z nim
        dzieci. Masz?
        • tachazit Re: Zapraszam na kozetkę... 17.08.05, 11:19
          Nie, nie mamy dzieci.
      • akacjax Re: Zapraszam na kozetkę... 17.08.05, 12:36
        Czy mogę zapytać dlaczego nie wyobrażałaś sobie mieć z nim dzieci?

        I pytanie drugie, czy od początku wiedziałaś, że go nie kochasz, czy
        uświadomiłaś to sobie, gdy pokochałaś innego?
        • tachazit Re: Zapraszam na kozetkę... 17.08.05, 15:33
          akacjax napisała:

          > Czy mogę zapytać dlaczego nie wyobrażałaś sobie mieć z nim dzieci?
          Bo go nie kochałam.

          > I pytanie drugie, czy od początku wiedziałaś, że go nie kochasz, czy
          > uświadomiłaś to sobie, gdy pokochałaś innego?
          Wiedziałam. Może nie od początku znajomości, ale na pewno w dniu ślubu.
          • anja_pl Re: Zapraszam na kozetkę... 17.08.05, 15:39
            tachazit napisała:

            > Bo go nie kochałam.
            >
            > Wiedziałam. Może nie od początku znajomości, ale na pewno w dniu ślubu.

            to po co wychodziłaś za mąż??
            niszcząc w ten sposób jego i siebie, oraz całe grono osób wam życzliwych
          • akacjax Re: Zapraszam na kozetkę... 17.08.05, 15:44
            Masło maślane, albo błędne koło.
            Gdy decydujesz się na ślub to przeważnie wybranek mógłby być ojcem Twojego
            dziecka(takie uwarunkowania daje sobie kobieta-chyba, że to juz przeżytek).
            Mówisz, że w od ślubu stwierdziłaś, że go nie kochasz, to wychodziłaś za mąż z
            rozsądku?
            I jaki jest teraz stan Waszego związku-już po rozwodzie, bo umknęło mi?
          • scriptus Re: Zapraszam na kozetkę... 17.08.05, 19:05
            Tachazit, to Twoje stwierdzenie najmniej mi się podoba, chyba oszukałaś
            partnera.... crying
            • tachazit Re: Zapraszam na kozetkę... 18.08.05, 09:38
              Na to wychodzi. Teraz rzućcie we mnie kamieniem. Każdy kto nie oszukał kogoś i
              samego siebie.

              Poza tym dopiero teraz (po latach) zrozumiałam, że nasze małżeństwo 'z
              rozsądku' było dla mnie bezpiecznym schronieniem przed emocjami, przed
              odrzuceniem, przed przeżywaniem miłości. Tak było wygodniej, zupełnie tak jak
              tu na forum - niby życie. Bezpieczne, ale niepełne.
    • afryka75 Re: Zapraszam na kozetkę... 30.08.05, 11:28
      Winą moją było to, ze byłam sobą. A to exowi całe życie przeszkadzało.
      I to, ze pomimo, ze starałam sie dla niego zmieniać,i były efekty, nigdy nie
      zdołałam zmienić siebie do końca,na taką dokładnie, jaką by chciał miec przy
      sobie ex.
      Że nie ucichłam do końca, że nie zmieniłam sie do końca z emocjonalnej i pełnej
      życia dziewczyny w cichutką i łagodną istotę.
      I że ośmielalam sie mówić o moich problemach, i że czasem lubiłam sobie
      popłakać, i że chciałam wiedziec co u niego.
      A najwkększą winą było to, że dziwiło mnie, czemu on musi mieć przyjaciółki od
      serca, i czemu musi spotykać się z nimi sam na sam, i zwierzać im, a nie mi.
      I z tych powodów przestał mnie kochać.
      • zwierciadlo0 Re: Zapraszam na kozetkę... 06.01.06, 22:20
        Boje sie, dzis nie. Zbyt wszystko swiezesad
        Ale watek bez ktorego nie mozna isc dalej. Bardzo wazny.
        Dziekuje.
        • ak70 Re: Zapraszam na kozetkę... 09.01.06, 09:10
          A ja owszem, bo próbujemy się jeszcze dogadać i niedawno dowiedziałam się co
          (sorry!) spieprzyłam. Otóż:
          1. Nigdy nie odcięłam pępowiny z matką, ona zawsze była obecna w naszym życiu i
          tak naprawdę żyłam pomiędzy dwoma rodzinami nie chcąc z żadnej zrezygnować. Po
          radę chodziłam do matki i do męża, a w rezultacie słuchałam matki (to chyba
          uzależnienie, ale może wynikać z faktu, że musiałyśmy stworzyć obóz przeciwko
          ojcu, który miał problemy z piciem i był cholernym cholerykiem, na dodatek na
          stanowisku, więc w domu tez chciał rządzić). NIGDY NIE DECYDOWAŁAM SAMA!!
          2. Sex... hmmm... on chciał często i tak jak w pornosach, które na okrągło
          oglądał, a ja... cóż... dla mnie sex był przejawem uczucia, potrzeby bliskości,
          a nie mechanicznym aktem mającym na celu "ulżenie sobie". On chciał
          przebieranek, gierek, ja - zmęczona dziećmi, pracą i domem - przytulenia,
          głaskania, masowania, bezpieczeństwa, odprężenia... Nawet zaczęłam grac w jego
          gry, ale zawsze coś było nie tak, zawsze były uwagi. Zniechęcona zupełnie
          straciłam ochotę... no i to jest MOJA wina.
          3. Chciałam wszystko robić razem, być przy nim zawsze (robiłam awantury o
          późniejszy powrót z pracy), zupełnie zabrałam mu Jego Kawałek Pola.
          Rozpanoszyłam sie wszędzie, nie pozwalałam na prywatność, kolegów,
          zainteresowania.
          4. Dzieci... to tez trudny temat. On miał swoją wizję wychowania, ja swoją. Nie
          pozwalałam mu na decydowanie, zawsze decydowałam JA (no dobra w 99%
          przypadków). To był błąd, ale wtedy wydawało mi się, że to on nie ma racji.
          Teraz wiem, że negowanie jego stanowiska (a czasem przy dziecku) było POMYŁKĄ,
          której owoce teraz zbieram sama.
          5. Nie wiem co jeszcze... acha! Byłam za mało kobieca... za mało sie stroiłam,
          za mało interesowałam fatałaszkami, nie malowałam paznokci, nie nosiłam
          miniówek i dekoltów...
          6. Zawsze koło mnie kręcił się jakiś facet. A to ex chłopak, a to żonaty kolega
          z pracy, z którym chodziłam do sex-shopu kupować afrodyzjaki dla jego żony.
          Dostawiał sie do mnie - fakt! Ale moim błędem, a raczej słabością było to, że
          mi sie to podobało i opowiadałam o tym mężowi (tu następuje samobiczowanie), bo
          chciałam, aby był o mnie zazdrosny (sic!). No i był... ale teraz twierdzi, że
          się wypalił... i w zasadzie trudno mu się dziwić.
          Zniszczyłam coś fantastycznego... mój mąż czekał na mnie prawie 7 lat, bo
          chciał być ze mną (ja w tym czasie spotykałam się z innym chłopakiem). Doczekał
          się... czy zepsuło nasz związek moje przeświadczenie, że tak będzie już zawsze,
          że zawsze będzie na każde moje zawołanie? Że nie potrafiłam tego docenić? Że
          nie dbałam o nasz związek i o niego? A może to on "przyklepał" przysięgą
          małżeńską i stwierdził, że to własność o którą nie należy się juz starać?
          Eee... chyba to jednak Moja Kulpa sad(((((((((((((((
          • porucznikk Re: Zapraszam na kozetkę... 09.01.06, 11:00
            ak70 napisała:

            > Eee... chyba to jednak Moja Kulpa sad(((((((((((((((
            Ty grzesznica, on anioł? Tak w życiu sie nie zdarza. Prawda oscyluje wokół
            granicy świadomości, oczywiście Twojej i jego.


            • ak70 Re: Zapraszam na kozetkę... 09.01.06, 11:06
              Nie twierdzę, że on anioł, bo przecież - jak wiesz - nieźle po nim jechałam na
              innych wątkach, ale ten tutaj miał na celu samobiczowanie i wywalenie swoich
              grzeszków na widok publiczny co też uczyniłam, abyście mogli zważyć na szali
              (choć wiem, że to nierealne, zresztą: czy to ważne czyja wina? ważne, aby
              spróbować posklejać, jeśli jeszcze nie jest za późno).
              Buziak!!
          • porucznikk Re: Zapraszam na kozetkę... 09.01.06, 13:31
            ak70 napisała:

            > Sex... hmmm... on chciał często i tak jak w pornosach, które na okrągło
            > oglądał, a ja... cóż... dla mnie sex był przejawem uczucia, potrzeby
            bliskości,
            Jeśli sądzisz, że facetom to nie jest potrzebne jesteś w błędzie. Nie dyskutuję
            na temat różnicy form.
            > On chciał
            > przebieranek, gierek, ja - zmęczona dziećmi, pracą i domem - przytulenia,
            > głaskania, masowania, bezpieczeństwa, odprężenia... Nawet zaczęłam grac w
            jego
            > gry, ale zawsze coś było nie tak, zawsze były uwagi. Zniechęcona zupełnie
            > straciłam ochotę...
            Powiem coś o moim pokręconym małżeństwie: pornosy oglądalismy razem ... iii...
            czasem wątpiłem, kto z nas dwojga jest babka, kto facet. Potem zarzuciliśmy te
            igraszki. Nie pamiętam już kiedy ani czemu.
            > 5. Nie wiem co jeszcze... acha! Byłam za mało kobieca... za mało sie
            stroiłam,
            > za mało interesowałam fatałaszkami, nie malowałam paznokci, nie nosiłam
            > miniówek i dekoltów...
            Mnie by to nie przeszkadzało. Nawykłem do munduru.
            > 6. Zawsze koło mnie kręcił się jakiś facet. A to ex chłopak, a to żonaty
            kolega
            >
            > z pracy, z którym chodziłam do sex-shopu kupować afrodyzjaki dla jego żony.
            > Dostawiał sie do mnie - fakt! Ale moim błędem, a raczej słabością było to, że
            > mi sie to podobało i opowiadałam o tym mężowi (tu następuje samobiczowanie),
            bo
            >
            > chciałam, aby był o mnie zazdrosny (sic!). No i był... ale teraz twierdzi, że
            > się wypalił... i w zasadzie trudno mu się dziwić.
            Rozumiem Cię doskonale, ponieważ ja z żony sam uczyniłem towarzysza broni.
            Często jej się to nie podobało. Czasem nawet dość głośno protestowała. Cóż, nie
            jestem aniołem. Jak to wojskowy, robiłem porządek.
            > mój mąż czekał na mnie prawie 7 lat, bo
            > chciał być ze mną (ja w tym czasie spotykałam się z innym chłopakiem).
            Zachowałaś sie jak moja żona. Zawsze byłem jej wierny, a ona puściła mnie
            kantem.
            > czy zepsuło nasz związek moje przeświadczenie, że tak będzie już zawsze,
            >
            > że zawsze będzie na każde moje zawołanie? Że nie potrafiłam tego docenić?
            Siedząc na ławce przed salą rozpraw, w pewnym momencie odczułem coś jak ukłucie
            w sercu, poczułem sie nagle rozpaczliwie sam. Przecież gdy było mi ciężko,
            zawsze obok znajdowała się ona, powinna zasiąść przy mnie na państwowej ławce.
            Nie przyszła, przegrałem z kochasiem. Paradoks.
            por.
            • ak70 Re: Zapraszam na kozetkę... 09.01.06, 13:43
              > > mój mąż czekał na mnie prawie 7 lat, bo
              > > chciał być ze mną (ja w tym czasie spotykałam się z innym chłopakiem).
              > Zachowałaś sie jak moja żona. Zawsze byłem jej wierny, a ona puściła mnie
              > kantem.
              Ja go nie puściłam kantem... on już po prostu miał chyba dość czekania, aż go
              dostrzegę i docenię. Jak dostrzegłam i doceniłam już nie byliśmy razem i
              zrobiło sie za późno...
              • porucznikk Re: Zapraszam na kozetkę... 09.01.06, 13:59
                ak70 napisała:

                > > > mój mąż czekał na mnie prawie 7 lat, bo
                > > > chciał być ze mną (ja w tym czasie spotykałam się z innym chłopakie
                > m).
                > > Zachowałaś sie jak moja żona. Zawsze byłem jej wierny, a ona puściła mnie
                >
                > > kantem.
                > Ja go nie puściłam kantem... on już po prostu miał chyba dość czekania, aż go
                > dostrzegę i docenię.
                Pewnie Cię częstował nie tym, czego byś chciała. Ma tak wielu maminsynków.
                > Jak dostrzegłam i doceniłam już nie byliśmy razem i
                > zrobiło sie za późno...
                Konkubinat to też jakieś wyjście.
                por.

            • porucznikk Re: Zapraszam na kozetkę... 09.01.06, 13:50
              Moje wynurzenia odnoszą się do pkt.6. Zapomniałem wyczyścić, a przecież sam nie
              znoszę nazbyt długich postów. Przepraszam.
              por.
      • porucznikk Re: Zapraszam na kozetkę... 09.01.06, 10:19
        afryka75 napisała:

        > A najwkększą winą było to, że dziwiło mnie, czemu on musi mieć przyjaciółki
        od
        > serca, i czemu musi spotykać się z nimi sam na sam, i zwierzać im, a nie mi.
        W każdym z nas drzemie maly chłopiec, czasem okrutnie obity, może się Ciebie
        bał? Wiadomo, mężczyźnie nie wypada..
        por.
    • nangaparbat3 Re: Zapraszam na kozetkę... 08.01.06, 00:47
      Gospodyni ze mnie jak z koziej dupy trąba.
      • porucznikk Re: Zapraszam na kozetkę... 09.01.06, 14:40
        Wobec tego graj.
        por.
        • nangaparbat3 Re: Zapraszam na kozetkę... 10.01.06, 17:25
          a to jest jakieś rozwiązanie smile))))
    • joasia69 odgrzebałam wątek.... 06.04.06, 12:11
      nie widziałam tego wątku nigdy. Nie wiem dlaczego. Ak70 mi powiedziała,że
      kozetka pojawiła sie kiedys na forum.

      Kładę się więc:
      1. Zabrakło miłości, z obu stron niestety.
      2. Chciałam Go zmienić....a tego robić nie wolno!
      3. Seks przestał Go interesować po 5 latach małżeństwa. Zaczęłam mieć myśli, że
      skoro nie chce się kochać to znaczy, że nie jestem interesującą kobietą.
      4. Udowodniłam sobie, że jednak potrafię się podobać....
      5. W moim domu była cisza....bo po co i o czym można rozmawiać po 10 latach
      małżeństwa???
      6. Na tydzień przed jego wyjazdem dowiedziałam się, że żeniąc się ze mną
      wiedział, że będzie nieszczęsliwy....po co więc się żenił?? Odpowiedzi na to
      pytanie nie znam do dzisiaj.
      7. Podobno za dużo wymagałam...
      8. Podobno byłam wiecznie niezadowolona...
      9. Podobno nigdy mnie nie rozumiał....
      10. Los naszego małżeństwa zależał tylko od mojej decyzji! Ja zdecydowałam o
      rozwodzie. On jej się podporządkował.
      11. Jeśli dzieci proszą tatę o coś....mają prosić mamę, ona dostaje alimenty na
      ich utrzymanie, więc od taty prosze się odczepić. Jeśli mama dalej by byłą żoną
      taty, dzieci by miały wszystko. Skoro żoną nie jest....prosze podziękowac mamie
      za taki stan rzeczy.

      Tak na prawdę wina jest 50:50.
      • azb11 Re: odgrzebałam wątek.... 06.04.06, 12:54
        O ironio losu ! Punkty od 5 do 9 to jakbym czytała o sobie....
        Tez mi napisał na odchodne po 10 latach małżeństwa , że nigdy nie był
        szczesliwy, nigdy go nie rozumiałam ani on mnie. Że to pomyłka i nigdy nie
        powinniśmy sie byli spotkać. Bolało jak cholera...zwłaszcza że nie umiał mi
        tego powiedzieć jak nikogo nie było na horyzoncie.

        Kolejne rzeczy to że:
        1. On był i i pozostanie wiecznym chłopcem, który chce zyc pełnią życia a przy
        mnie niestety to niemozliwe
        2. Ze mną nie dało się rozmawiać o niczym i dlatego miał mnóstwo przyjació(ek)
        o których ja nic nie wiedziałam a jak się dowiadywałam (SMS, maile) które go
        rozumiały. MIałam pretensje że jesli nie ma nic do ukrycia to czego nie mówi i
        o ich istneniu? - I tak byłabym zazdrosna.
        3. Zawsze byłam wyrachowaną racjonalistką i materialistką która nie potrafi
        zrobić nic szalonego .
        4. Na koniec - ja go wykończyłam psychicznie i to jego podstawowy powód
        odejścia. Fakt mam chore nerwy - skutki tego w moich zachowaniach były
        zarzutami. Miałam duzo lat żeby cos "z tym zrobić". Bo w końcu to mój problem
        był i jest , a teraz to kmpletnie go juz to nie obchodzi i zwisa mu co ze mną
        będzie (z dziecmi chyba tez bo zostały ze mną)

        Też uwazam ze wina lezy po środku, ale z takich problemów sie wychodzi jak się
        chce walczyć. Tylko trzeba umiec dostrzec co sie robiło źle. Niestety nie
        każdemu to jest dane.
        • afryka75 Re: odgrzebałam wątek.... 06.04.06, 15:58
          azb11 napisała:

          > O ironio losu ! Punkty od 5 do 9 to jakbym czytała o sobie....
          > Tez mi napisał na odchodne po 10 latach małżeństwa , że nigdy nie był
          > szczesliwy, nigdy go nie rozumiałam ani on mnie. Że to pomyłka i nigdy nie
          > powinniśmy sie byli spotkać. Bolało jak cholera...zwłaszcza że nie umiał mi
          > tego powiedzieć jak nikogo nie było na horyzoncie.
          >
          > Kolejne rzeczy to że:
          > 1. On był i i pozostanie wiecznym chłopcem, który chce zyc pełnią życia a
          przy
          > mnie niestety to niemozliwe
          > 2. Ze mną nie dało się rozmawiać o niczym i dlatego miał mnóstwo przyjació
          (ek)
          >
          > o których ja nic nie wiedziałam a jak się dowiadywałam (SMS, maile) które go
          > rozumiały. MIałam pretensje że jesli nie ma nic do ukrycia to czego nie mówi
          i
          > o ich istneniu? - I tak byłabym zazdrosna.
          > 3. Zawsze byłam wyrachowaną racjonalistką i materialistką która nie potrafi
          > zrobić nic szalonego .
          > 4. Na koniec - ja go wykończyłam psychicznie i to jego podstawowy powód
          > odejścia. Fakt mam chore nerwy - skutki tego w moich zachowaniach były
          > zarzutami. Miałam duzo lat żeby cos "z tym zrobić". Bo w końcu to mój problem
          > był i jest , a teraz to kmpletnie go juz to nie obchodzi i zwisa mu co ze mną
          > będzie (z dziecmi chyba tez bo zostały ze mną)
          >
          > Też uwazam ze wina lezy po środku, ale z takich problemów sie wychodzi jak
          się
          > chce walczyć. Tylko trzeba umiec dostrzec co sie robiło źle. Niestety nie
          > każdemu to jest dane.

          Azb, teraz to ja jestem w szoku- te Twoje cztery punkty, to również moje winy.
          Dokładnie, dosłownie, i w każdym szczególe. Moglybyśmy wymieniać
          doświadczenia smile
          To samo- przyjaciółki wszysto rozumiejące, pretensje, że nie moze przy mnie żyć
          pełnią wolności, wykańczanie psychiczne...
          No i że 10 lat się ze mną męczył, ze się przez te wszystie lata mnie bał. I
          dopiero teraz po odejściu przypomina sobie, co znaczy słowo szczescie.

          Wiem, ze moja wypowiedź mało kozetkowa jest wink , ale zbieżność sytuacji mnie
          poruszyla....
          • kurka_wodna2 Już leżę i mruczę, 09.04.06, 12:33
            mruczę sobie ,mruczę o tym,że zdarzyło mi się skorzystać z podgrzewanego obiadu
            po nastu latach.
            wrr
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka