bursztynowe
11.08.05, 10:57
Tak mi chodził pomysł tego topiku po głowie już od jakiego czasu...
A mianowicie...
Gdy udamy się do dowolnego zakładu karnego i porozmawiamy
z "pensjonariuszami", okazuje się, że wszyscy, niemal co do jednego siedzą za
niewinność.
Podobnie jest u i nas. Żale do naszych eks przeplatają się pretensjami,
nierzadko okraszone są całkiem poważnymi oskarżeniami. Natomiast my sami, jak
lelije, jesteśmy nieskazitelni i niewinni. Czy rzeczywiście? Zykle bowiem
jest tak, że wina za rozpad rozkłada się mniej więcej po połowie. I chyba
warto poznać tę "swoją" połowę.
Może wywalmy z siebie (raz a dobrze, tak by już do tego nie wracać, a
jednocześnie by móc wyciągnąć wnioski na przyszłość), co było nie tak w
naszych nieudanych związkach. Nie tak, ale z naszej winy. Gdzie to właśnie my
przyczyniliśmy się do rozpadu, albo nie spełnialiśmy oczekiwań partnera (no
bo on na pewno nie spełniał naszych).
Zdaję sobie sprawę że nie jest to łatwe zadanie. Mechanizmy wyparcia,
samousprawiedliwianie się itp działają bardzo silnie w każdej psychice, ale
potraktujmy to jako terapię, odcięcie swoistej pępowiny.
Warunki:
1. odpowiedzi typu "bo byłam za dobra" są ... delikatnie mówiąc ... po prostu
je pomińmy. Ale "za bardzo się starałam" już może być, bo może to oznaczać
zagłaskiwanie parntera, bądź osaczanie emocjonalne.
2. Magnuna i e.mes proszone są o niezabieranie głosu ze względu na liczne
wcześniejesze przypadki samobiczowania (buziaki). Tendecje masochistyczne
prosimy realizować na formum BDSM.
3. Ja się dopiszę po południu, bo teraz nie zdąże. Ale obiecuję.
Uwaga start .... kto odważny.... i szczery...