Dodaj do ulubionych

Trochę przewrotnie :)

23.11.05, 12:08
Oto ja w wieku 24-25 lat.
Piąty rok studiów, na naszym roku 12 kobiet i 120 mężczyzn. A ja nikogo nie
mam i boję się, że zostanę starą panną, a do tego zaczynają mi świrować
hormony - chcę mieć rodzinę i dziecko, dziecko, dziecko! Cały organizm mi woła
o dziecko.

Z tej całej masy chłopów oczywiście znajduje się kilku takich, którym się
podobam, za jednego z nich rok później wychodzę.

Od początku wiadomo, że będzie to trudny związek - jesteśmy wychowani w
różnych kościołach, rodzinom obojga się to nie podoba. Do tego ja chcę mieć
dziecko, On nie, ale wiadomo, że Panowie dojrzewają do dzieci później, więc
się nie przejmuję, bo ostatecznie nie muszę rodzić dziecka już teraz, może to
być za parę lat. Na co dzień "okazuje się", że mamy całkowicie różne sposoby
na życie i całkiem odmienne oczekiwania, wartości, priorytety.
On uwielbia siedzieć sam ze mną w domu - ja uwielbiam gości.
On jest w gruncie rzeczy ateistą - ja jestem silnie związana z kościołem.
Mam Przyjaciółkę, której On serdecznie nie znosi. Zresztą z wzajemnością.
Moi Rodzice wychowali mnie "wolnościowo" i nie wtrącają się do tego, jak żyję
- służąc w razie prośby pomocą. Jego Rodzice uważają, że naturalnym jest,
jeśli wiedzą o stanie naszego konta, o częstotliwości i jakości naszego
"pożycia małżeńskiego" i tymi samymi informacjami obdarzają mojego Męża, który
potem przekazuje to mnie. Nie wspomnę o wtrącaniu się w drobniejsze rzeczy,
typu wystrój mieszkania ("kto to widział, żeby wszystko było na kremowo z
czarnymi dodatkami?! To trzeba ożywić kolorystycznie!" - moja Teściowa).
Dla Niego słowo "bezpieczeństwo" oznacza wysoki status majątkowy - mi nigdy na
pieniądzach nie zależało - uważam, że można być szczęśliwym, żyjąc miesiąc w
miesiąc od pierwszego do pierwszego.

Oczywiście jesteśmy z mężem w sobie zakochani i uważamy, że to są wszystko
nieistotne drobiazgi, które jakoś da się dotrzeć. Docieramy głównie seksem -
oboje młodzi i niewyżyci. Na ulicy chodzimy trzymając się za ręce, patrząc
sobie w oczy. "Dorabiamy się" kociaka i szczeniaka - taki erzac dziecka.
Samodzielne - służbowe - mieszkanko, meblowanie go, urządzanie na nasze potrzeby.

Na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku - przecież wiadomo, że ludzie
nie są idealni i zawsze jakieś różnice są. Prawda?
Obserwuj wątek
    • julka1800 Re: Trochę przewrotnie :) 23.11.05, 12:25
      no no ... zaczyna sie niezlesmile)
    • brzoza75 Re: Trochę przewrotnie :) 23.11.05, 13:36
      e tam przewrotnie bardzo znajomosmile))
    • akacjax Re: Trochę przewrotnie :) 23.11.05, 14:22
      Teraz tak to widzisz, a wtedy...zapatrzona pewnie byłaś, przymykałaś oko na to, co Ci się nie podobało, pewnie jak u wszystkich wtedy tolerancja była ogromna.

      Tylko wraz z przygasaniem żaru, z przemianą miłości szalonej, zauroczonej w taką zwykłą, szarą codzienną spadał poziom tolerancji, do tego rozdźwięki rozkwitały...pojawiały się nowe wynikające z sytuacji...
      Skąd my to znamy? smile
      I aby uprzedzić złośliwe komentarze typu: widziały gały co brały..dodam, że zawarcie małżęństwa to umowa-podpisana, że każda ze stron dołoży wszelkich starań by było dobrze...
      I co zrobić z tym, że ludzie się zmieniają?
      • brzoza75 Re: Trochę przewrotnie :) 23.11.05, 15:07
        akacjo ostatnio natrafiłam na listy, kartki sprzed ślubu a nawet kilka z czasu
        po ślubie...zapewnienia, obietnice, słowo wybacz parę razy, to były sygnały, ja
        tego nie widziałam, nie chciałam, bo byłam zakochana, nic nie mogłam poradzić
        tylko czekałam na chwilę kiedy już nie będe miała siły, a ta nadeszła, zachowam
        je jeszcze przez pewnien czas...
    • berek_76 Re: Trochę przewrotnie :) 23.11.05, 14:59
      Tak bardzo podobnie...
      Tak bardzo różnie...
      Nihil novi sub sole.

      -----------------------
      Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
    • maheda :) Wiecie, to tylko taka "nowelka" 23.11.05, 15:21
      A że akurat prawdziwa... no cóż, może się ją będzie niektórym dzięki temu lepiej
      czytać wink

      Korekta tylko do wieku - nie 24-25, tylko 23-24. Mój Boże, jakaż ja byłam
      młoda... aż mi się wierzyć nie chce, ile lat przeciekło.

      smile Dodam może jeszcze, że na studiach był Ktoś, na początku kolega, potem
      "psiapsiół" (o ile istnieje męska forma rzeczownika "psiapsiółka"), później
      Przyjaciel - z którym mnie nigdy żaden seks ani nawet pocałunek nie połączyły,
      ale do którego mogłam przyjść o każdej porze dnia i nocy (oboje mieszkaliśmy w
      akademikach), z którym rozumieliśmy się na tyle dobrze, że nie wchodziło w grę
      oszukanie ani nawet naciągnięcie prawdy w żadnym kierunku, bo oboje się świetnie
      wyczuwaliśmy. Zresztą szalenie atrakcyjny facet, ja wtedy też nie najgorsza.
      Czy Go kochałam - nie wiem. Pewnie tak, i to ze wzajemnością. Ale była to
      miłość, jaką każdy z nas ma do samego siebie. Kiedy wiadomo, że ta osoba jest,
      jesteśmy z nią związani niezależnie od naszej woli, jesteśmy na samych siebie
      skazani. smile Nie wyobrażałam sobie, żebym mogła kiedykolwiek z Nim zerwać
      kontakt, a jak już wyszłam za mąż, i kontakt zerwać próbowałam, to dostałam od
      Niego taki op****ol, że wylazły mi z głowy głupie pomysły.
      Kontakt jest więc do dziś, nigdy nie wyszło nic poza ramy Przyjaźni. Co więcej -
      mamy za sobą przegadanych wiele godzin z Jego Żoną, która na początku była
      bardzo o mnie zazdrosna, ale po około dziesięciu latach przestała w końcu być.

      Wspominam o Nim, bo ta nasza przyjaźń miała olbrzymi wpływ na mój stosunek do
      Męża. Wydawało mi się, że skoro jeden człowiek potrafił mnie tak fantastycznie
      rozumieć, wyczuwać, to powinien to również umieć mój Mąż. Co więcej - powinien
      to potrafić kilka razy lepiej (aczkolwiek lepiej, to już by się chyba nie dało).

      Cała ta sytuacja była jasna dla nas wszystkich - mieliśmy razem zajęcia (mój
      były Mąż, On i ja) w grupie, mieszkaliśmy w akademikach, dzieliliśmy pasje
      (góry, żagle, kino).

      Oczywiście niejednokrotnie słyszałam od swojego już wtedy Męża - "ja nie jestem
      Nim i nigdy nie będę". I tutaj na pewno popełniłam olbrzymi błąd, i na pewno
      swojego Męża skrzywdziłam, wiecznie porównując z Nim, oczywiście na niekorzyść
      mojego Męża.

      Byłam osobą, która szczerze i prawdziwie chciała zostać ze swoim Mężem, nie
      zamierzałam robić żadnych skoków w bok, żadnych zdrad. Chciałam się z Nim
      dotrzeć, porozumieć, poukładać życie.
      Tyle, że jeszcze przed ślubem zaczęło mi przychodzić już do głowy, że może nie
      dam rady, że zbyt wiele nas dzieli, że za mało Go kocham.

      Tutaj popełniłam pierwszy, kardynalny błąd - nie rozmawiając z Nim o tym.
      Owszem, zaznaczałam problemy, ale zbyt słabo, za mało dobitnie i nie
      powiedziałam Mu wprost "słuchaj, boję się, że nie damy sobie rady z dzielącymi
      nas różnicami, że JA sobie nie poradzę".

      ciąg dalszy nastąpi, jeśli macie ochotę na oderwanie się od własnych kłopotów wink
      • porucznikk Re: :) Wiecie, to tylko taka "nowelka" 23.11.05, 22:53
        ciekawe
    • maheda No i ciąg dalszy. Kto lubi czytać opowiadania? :P 24.11.05, 11:55
      Ślub.
      Już przed ślubem zaczęły się pewne tarcia - bo Mąż (a raczej Narzeczony), mimo,
      że zadeklarowany ateista, ślubu w kościele katolickim brać nie chciał. Jeśli mi
      zależy - proszę bardzo - ale w ewangelickim, w którym się był wychował.

      Poszliśmy do mojego proboszcza przy kościele akademickim. Ksiądz H. znał mnie od
      lat pięciu z racji tego, że mocno się udzielałam w życiu kościelno-akademickim,
      poszliśmy do Niego z prośbą o przeprowadzenie nas przez gąszcz przepisów.

      Powiedzieliśmy otwarcie, jakie są zapatrywania nas obojga - no i całe szczęście,
      że rozmowa odbywała się na świeżym powietrzu, a nie w kancelarii.

      Ksiądz proboszcz, jak usłyszał z czym przyszliśmy, zaczął krzyczeć, że skoro
      Narzeczony jest ateistą, to jakim prawem wysuwa jakiekolwiek żądania odnośnie
      kościoła, w którym zawierany będzie ślub. Narzeczony - krewki chłopak - się
      zacietrzewił i spytał, jakim prawem ktoś obcy ma decydować o jego życiu. W tym
      momencie Ksiądz spurpurowiał, krzyknął, że mowa nie tylko o jednym życiu, no i
      prawie skoczyli sobie do oczu. Weszłam między nich, powiedziałam Księdzu, że
      przyjdziemy później, Narzeczonego wzięłam pod pachę i szybko wyszliśmy z terenu
      kościoła.

      Narzeczony po kilku minutach ochłonął, po czym poinformował mnie, że do tego
      konkretnego księdza więcej już nie pójdzie, i mam się zastanowić, co dalej z tym
      fantem robić.

      Po miesiącu czy dwóch wprowadziliśmy się do mieszkanka służbowego, które
      Narzeczony dostał wraz z pierwszą pracą. Zmieniła się parafia, zmienił się
      ksiądz proboszcz, postanowiliśmy tego "nowego" nie wtajemniczać w fakt, że
      Narzeczony jest ateistą - stanęło na tym, że jest ewangelikiem.

      Jak teraz patrzę wstecz, to sama nie wiem, czy się śmiać, czy płakać nad sobą.

      Po pierwsze - jeśli tak bardzo mi zależało na ślubie kościelnym, to nie
      powinniśmy razem mieszkać - aby być w porządku wobec wyznawanej przeze mnie
      religii; a przynajmniej oto wspólne mieszkanie tylko do tego powinno się
      sprowadzać - do współzamieszkiwania tego samego terenu.
      Po drugie - jeśli już były tego typu problemy, powinniśmy poprzestać na ślubie
      cywilnym, a najwyżej po kilku latach zadecydować o ew. ślubie kościelnym -
      chociaż nie miałoby to żadnego sensu z punktu widzenia religii i wiary.

      Swoją drogą - ten "nowy" Proboszcz, to święty człowiek. Starszy już ksiądz, ale
      na plebanii brak gospodyni, bo on sam sobie dawał radę z gotowaniem, z
      prowadzeniem gospodarstwa, a gospodyni by Go kosztowała, to nie chciał.
      W dziurawych butach chodził, a do domów ludzi biednych często zaglądał i
      kupował, jeśli trzeba było, jedzenie, wyprawki dla dzieci do szkoły, odzież,
      lekarstwa...

      No i ów właśnie pamiętam, że sam załatwiał dyspensę od formy zawarcia
      małżeństwa. I od Niego właśnie się dowiedziałam, że są dwie takie dyspensy.
      Jedna - od formy, z zastrzeżeniem, że dzieci będą wychowywane w KK, a druga - od
      formy, bez tego zastrzeżenia. O tym nie wiedziałam, nie słyszałam i stanowiło to
      dla mnie szok - bo zawsze wydawało mi się, że KK wydaje jedynie dyspensę od
      formy, z obowiązkiem wychowania dzieci w KK - a okazało się to nieprawdą.

      Jeśli chodzi o mnie - nie wyobrażałam sobie wychowywania dzieci w kościele
      ewangelickim, bo nie byłam w tym kościele wychowana. Nie mam żadnych uprzedzeń,
      do szkoły podstawowej chodziłam z dziećmi pochodzącymi z różnych rodzin i nie
      traktowałam ich nigdy inaczej. Po prostu trudno wychowywać dziecko w tradycji,
      której się nie zna. No i oczywiście wiedziałam, że Narzeczony jest ateistą, do
      kościoła nie chodzi, nie wierzy - nie mógłby więc wychować dziecka w żadnej
      wierze. Poprosiłam więc o dyspensę jedynie od formy. Narzeczony podpisał
      dokument, w którym oświadczył, że jest istotnie świadom tego, że ja zobowiązuję
      się do wychowania dzieci w KK.

      Ślub w KEw się odbył, z udziałem rodziny, przyjaciół i znajomych obydwu stron
      (tylko On nie przyjechał, mimo zaproszenia - uważał, że się dla siebie nie
      nadajemy i że "na naszym złotym weselu to na pewno nie zatańczy" - jak
      powiedział mojemu Narzeczonemu).

      Po półtorej roku przyszła na świat nasza córka i wtedy zaczął się bal.
      "Okazało się", że chrzest będzie się mógł odbyć jedynie w KEw-A, bo Mąż nie
      przekroczy progu KK ani nie da na ten KK złamanego grosza, a wiadomo, że Chrzest
      kosztuje. Jak Mężowi zamachałam przed nosem dokumentem, który podpisał, ten się
      tylko zaśmiał i stwierdził, że chyba znałam Jego poglądy na tyle, żeby wiedzieć,
      że nie będzie traktował tego zobowiązania poważnie? Po czym spytał, gdzie ja tam
      widzę oświadczenie, że się na taki chrzest w KK zgodzi? I że ja ze swojej strony
      zrobiłam wszystko, żeby Chrzest w KK się odbył - nie udało mi się - i w związku
      z czym obydwie strony są w porządku.

      Może bym i walczyła, ale ostatnie trzy miesiące ciąży przeleżałam (ciąża
      zagrożona), Mała urodziła się poprzez "stare" cesarskie cięcie - czyli pionowe -
      w związku z czym miałam porozcinane całe mięśnie brzucha, a potem Mała raczyła
      mieć kolki. Ponieważ zaś w mieszkaniu byłam sama (Mąż w pracy, a w
      jednopokojowym mieszkanku trudno dokwaterować np. Mamę), to zaszczyt noszenia
      całymi dniami tego czterokilogramowego tobołka spadał na mnie, co było jak
      najbardziej zakazane przez lekarza. Ale co miałam robić - pozwolić, żeby Mała
      się zapłakała na amen? A zasypiała tylko "na lotnika" - jak leżała brzuszkiem na
      moim przedramieniu. Najlepiej, jak chodziłam.

      Wiem, powiecie, że mogłam wyjechać do Rodziców. Ale sęk w tym, że ja wiedziałam
      - że jeśli do Rodziców pojadę, to nigdy do swojego Męża nie wrócę. Już w ciąży
      chciałam od Niego odejść, bo rozpowiadał na prawo i lewo, czy kto chciał
      słuchać, czy nie, jak to "wrobiłam Go w dziecko". Wypadek przy pracy - fakt.
      Ale czemu ja Go wrobiłam - do tej pory nie wiem i już mnie to nie obchodzi.
      Zresztą wielu Jego kolegów wtedy się od Niego odsunęło. Kilku zaczęło natomiast
      przychodzić do nas z żonami, bardzo życzliwie się do mnie odnosząc.
      Wtedy też zaczęła się niechęć Jego Rodziny względem mnie - no bo jakże mogłam
      tak niecnie potraktować Ich_Syna_I_Brata.
      • brzoza75 Re: No i ciąg dalszy. Kto lubi czytać opowiadania 24.11.05, 12:03
        jasmile
        • maheda To mogę co jakiś czas podrzucać nowy odcinek? ;) 24.11.05, 12:04
          • brzoza75 Re: To mogę co jakiś czas podrzucać nowy odcinek? 24.11.05, 12:10
            jesli chodzi o mnie taksmile
            • maheda Re: To mogę co jakiś czas podrzucać nowy odcinek? 24.11.05, 12:11
              No i wystarczy smile
              Nie ma obowiązku czytania wszystkich postów wink
              Do następnego odcinka zatem i miłego dnia smile
              • scriptus Re: To mogę co jakiś czas podrzucać nowy odcinek? 24.11.05, 12:41
                Problemy wyznaniowe rozbiły wiele małżeństw, ale kilka znam takich, którym sie
                udało jakoś te różnice przezwyciężyć.


                Optymista, to źle poinformowany pesymista.
                • maheda Re: To mogę co jakiś czas podrzucać nowy odcinek? 24.11.05, 12:50
                  Zauważ, że tutaj nie chodziło głównie o problemy wyznaniowe.

                  Chodzi tutaj o zwykłą nieuczciwość. Najpierw moją względem Niego (wyszłam za mąż
                  bez poinformowania Go, że mogę "zaraz wrócić"), a potem Jego względem mnie
                  (podpisał, ale ja "powinnam wiedzieć", że nie na serio).
                  • czekolada72 Re: To mogę co jakiś czas podrzucać nowy odcinek? 24.11.05, 13:11
                    Podrzxucaj, podrzucaj, tylko nie kaz czekac 24 h
                  • bursztynowe Re: To mogę co jakiś czas podrzucać nowy odcinek? 24.11.05, 16:14
                    to tylko wtórności ogólengo niedopasowania..
                    równie dobrze moglibyści się spierać o ustawienie szczoteczek do zebów w
                    łazience czy kolejność zmywania: najpierw łyżki, czy widelce...
                    Każdy pretekst jest dobry...

                    i co dalej, co dalej?
    • maheda wieczorne dokończenie dzisiejszego odcinka 24.11.05, 17:15
      W kwestii Chrztu był nieprzejednany. Moi Rodzice zapowiedzieli, że nie pojawią
      się na Chrzcie w KEwA, bo nie taka była umowa, i nie widzą powodu, dla którego
      mieliby niewerbalnie przyzwolić na takie łamanie umów - krótko mówiąc, dla
      którego mieliby przyjechać. Dwójka moich Przyjaciół nie przyjechała, wymawiając
      się mi stanem zdrowia Przyjaciółki, a Mężowi mówiąc, że nie podoba Im się
      sposób, w jaki postępuje. Prawdziwy powód zapewne leżał gdzieś pośrodku.
      Matką chrzestną została siostra mojego męża, natomiast mieliśmy problem ze
      znalezieniem ojca chrzestnego - chciałam, żeby był katolikiem.
      Po odrzuceniu z różnych powodów krewnych, zaczęliśmy się zastanawiać nad
      Przyjaciółmi. Któregoś popołudnia zadzwoniłam więc na drugi koniec Polski, do
      Niego (katolik-ortodoks), z pytaniem, czy nie zechciałby...
      Usłyszałam w słuchawce pełne dumy "no pewnie, że tak!", ale zastopowałam Go,
      wytłumaczyłam, że to nie KRzK, tylko inny, i tak dalej.
      Usłyszałam tylko pytanie, czy jestem absolutnie pewna, że jako przedstawiciel
      innego kościoła, będzie mógł być ojcem chrzestnym? Ponieważ w KEwA chrzestnymi
      mogą być osoby będące chrześcijanami - niezależnie od wyznania, które
      reprezentują - potwierdziłam; dodając, że nie wiem, czy z Jego poglądami będzie
      chciał brać udział w tej uroczystości, i że ja to zrozumiem. Usłyszałam słowa,
      których do śmierci nie zapomnę. "To jest Twoje dziecko i tylko to się dla mnie
      liczy."
      Na Chrzest przyjechała rodzina Męża, przyjechała moja Siostra, przyjechał
      oczywiście On.
      Moja Siostra przywiozła prezenty również od moich Rodziców, którzy nie chcieli
      "nie przyjmować do wiadomości" wszystkiego, co się dzieje.

      Po 4 miesiącach wróciłam do pracy, a Małą zaczęła się opiekować Pani, która po
      pewnym czasie stała się "trzecią Babcią", do tej pory utrzymujemy kontakt,
      odwiedzamy się. Swoją drogą - mieliśmy faktycznie olbrzymie szczęście, że na Nią
      trafiliśmy. Od początku traktowała Małą jak własną wnuczkę i tak jest też dotąd
      smile Dorobiła się w międzyczasie swoich własnych, ale Mała jest najstarsza, i w
      dodatku jedyna płci żeńskiej, więc stanowi oczko w głowie wink

      Kilka miesięcy po Chrzcie Małej umarł mój Tato, zaraz później moja Babcia - dwie
      osoby, które znały i rozumiały mnie najlepiej z całej mojej Rodziny.
      Najgorsze, że moja Mama straciła w krótkim czasie męża i mamę. Na szczęście mam
      jeszcze rodzeństwo, więc miał się kto Mamą zaopiekować. Oczywiście gdy pojawiały
      się problemy, Mama (która do tej pory była przyzwyczajona do cedowania ich na
      naszego Tatę) dzwoniła do mnie, ale to naturalne. Trochę byłam przytłoczona tym
      wszystkim, bo tutaj dziecko, tutaj nieporozumienia z mężem, tutaj nowa rola
      doradcy własnej Mamy... ale wszystko się dotarło, czas zacierał ból, wszyscy
      nauczyliśmy się żyć w nowej sytuacji.

      I jak się wszystko w miarę ustabilizowało, a Mąż zaczął na tę stabilizację
      narzekać (umierał zawodowo i była to prawda), wymyśliłam przeprowadzkę do innego
      miasta, jeszcze dalej od wtrącających się do wszystkiego Teściów. Mąż
      przyklasnął temu, po czym zabraliśmy się za szukanie tam pracy, szukanie
      mieszkania itede.

      smile C.d.n., ale na pewno już nie dziś smile
      • tricolour Mam pytanko. 24.11.05, 18:49
        Z całej opowieści wynika, że nie wiadomo po kiego diabła wychodziłaś za mąż
        skoro od początku wszystko było pod górkę.

        To może chociaż wiesz po co nam to opowiadasz?

        tongue_out
        • bursztynowe Re: Mam pytanko. 24.11.05, 19:04
          Ja tu widzę kompletny brak skłonności do kompromisu. W gruncie rzeczy z obu
          stron. Na zasadzie "ma być tak jak powiedziałem/łam", oraz "a nawet jak
          ustąpię, to i tak ci to wypomnę". Bo duma, miłość własna itp
          Daleko się na tym nie zajedzie...

          Jak śpiewała Sade "Love is stronger than pride" i to jest najlepszy miernik
          uczuć...
          • maheda No i trafiłe(a)ś w samo sedno! 24.11.05, 19:15
            Oczywiście doszłam do tego kilka lat później, ale nie da się ukryć, że oboje
            postępowaliśmy szalenie egoistycznie.
            Do tego zawsze potrafiliśmy znaleźć dla samych siebie jakąś wymówkę, i zwalić
            winę na tę drugą stronę.
            Ale to się tak łatwo ocenia albo z dystansu lat, albo patrząc na to wszystko z boku.
            A i do własnych błędów niełatwo się przyznać, przynajmniej mi.
            • maheda A swoją drogą 24.11.05, 19:25
              popsułe(a)ś mi pointę wink

              W każdym razie - podsumowując wszystko, plus oczywiście dodając brak chęci
              pójścia na kompromis (ergo egoizm do potęgi) - oczywiście małżeństwo się nam
              posypało pięknie, mimo, że nikt niczego konkretnie nie zrobił złego.

              Co ciekawe - w drugim małżeństwie mój były Mąż jest szczęśliwy. Co ciekawe - w
              drugim związku ja również jestem szczęśliwa.

              Pojawia się pytanie - czy zatem problem leżał w naszym egotyzmie, czy może w
              niedopasowaniu do siebie?
              O tubki po paście do zębów się nie kłóciliśmy nigdy smile Może czasem o papier
              toaletowy (czy ma wisieć wychodzącym kawałkiem z góry czy z dołu) smile

              Dziwne, ale tym razem te bzdury nie mają totalnie dla mnie znaczenia. Jeśli ktoś
              tubki z pastą nie zakręci, to ją zakręcam i nie wnikam, czy to mój planowany
              mąż, czy może dziecko; no i wcale mnie to nie wzrusza.
              O ciuchy porozrzucane po całym domu też nie drę szat, tylko wkładam je do szafy.

              Pytanie - czy to ja w końcu dojrzałam i dorosłam (czego nie można wykluczyć),
              czy może związałam się z niewłaściwą osobą?!

              A może jedno i drugie naraz?
              • bursztynowe Re: A swoją drogą 25.11.05, 09:40
                To wspaniałe, że jesteś w stanie dostrzec własne błędy (bo cudze widzi się z
                łatwością), wyciągnąć wnioski i... iść dalej, co więcej, z sukcesem.

                Pewnie na to złożyło się kilka rzeczy. W szczególności, pierwszy związek był
                swego rodzaju poligonem doświadczalnym, i chcąc niechcąc, z góry był skazany na
                porażkę...
                • maheda Re: A swoją drogą 25.11.05, 10:17
                  Wiesz, to nie do końca tak, że widzę swoje wady. Widzę swoje wady - ale w
                  przeszłości. Trudno jest mi przyznać się do tego, że i teraz są one obecne.
                  Najchętniej posprzątałabym je pod dywan i udawała, że ich nie ma - zwłaszcza, że
                  są niepiękne sad No, ale się nie da.
                  Czasem wstaję rano i zastanawiam się, jakim cudem ten Drugi ze mną wytrzymuje.

                  A wiesz - odnośnie Twojej sygnaturki, z którą się absolutnie zgadzam, bo z
                  próżnego i Salomon nie naleje - przeczytałam jakiś czas temu kilka książek,
                  wszystkie na temat zgody na własne życie albo na temat świadomości życia.
                  W jednej z nich autor stwierdza: "Tragedia często polega na tym, że podejmujemy
                  kluczowe decyzje życiowe, niewiele lub wcale nie zdając sobie sprawy, jaki wpływ
                  będą miały na kształt i kierunek naszego życia. Tak między innymi można
                  zrozumieć powiedzenie, że ludzie często przechodzą przez swoje dni i lata na
                  Ziemi jak we śnie. Podejmują decyzje bez zdawania sobie sprawy, że je podejmują.
                  Podejmują zobowiązania, których konsekwencji sobie nie wyobrażają. Kierują się
                  bardziej impulsem, nawykiem, tradycją niż racjonalnym myśleniem." /N.Brandon/

                  Co o tym myślisz?
        • maheda Proszę bardzo 24.11.05, 19:13
          Bo dziewczyny chciały coś poczytać, żeby oderwać się od własnych problemów smile
          • tricolour Aaaaaa... 24.11.05, 19:59
            ... to teraz jasne.

            Bo ja taki wrednawy jestem i lubię patrzeć przewrotnie - szczególnie w wątku,
            który jest przewrotny z definicji.
            Takie spojrzenie strasznie ułatwia życie.

            smile
            • maheda Re: Aaaaaa... 24.11.05, 20:07
              Jeśli słowo "strasznie" jest tu użyte adekwatnie, to współczuję tym, którym ono
              w ten sposób ułatwia big_grin
              • tricolour "Strasznie" użyte było w rozumieniu... 24.11.05, 20:35
                ... nowoczesnym, nie oldschoolowym.

                Czyli BARDZO. Tak bardzo, że aż strach.
                • maheda Aaaaa... 24.11.05, 20:48
                  Teraz jasne. Bo ja taka wrednawa jestem i lubię się czepiać, zwłaszcza tych, co
                  się też czepiać lubią suspicious
                  • tricolour Oczywiście. 24.11.05, 20:57
                    Kto atakuje, ten godzi sie obrywać.

                    To jedna z dwóch zasad prowadzenia wojny.
                    • maheda Zgadza się :) 24.11.05, 21:23
                      Mój Tato mnie tego nauczył. Że jeśli ktoś traktuje mnie w jakiś sposób, pozwala
                      tym samym na traktowanie siebie identycznie i nie może mieć o to do mnie
                      pretensji smile
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka