Do załozenia wątku skłonila mnie wypowiedź Daleko od Siebie:
>>>>>>>żenimy się z kimś o kim myślimy i mówimy, że jest najważniejszy.
Zapewne myslimy i mowimy, choc i to nie zawsze. Myslimy i mowimy, bo taki
jest wzorzec, inaczej sie nie da.
W przypadku mego meża okazalo się, ze najwazniejsza jest jego mama.
W moim - podejrzewam, bo zeby miec pewność, trzeba by spojrzeć z wiekszego
dystansu - ze najważniejszy jest mój ojciec.
On wybrał sobie zone będącą przeciwieństwem mamusi, ja męża - przeciwieństwo
tatusia.
Kiedy oni dowiedzieli sie o naszym rozstaniu, spotkali się, podobno zeby
radzic nad naprawieniem sytuacji, i nawymyslali sobie tak okropnie, że
podobno każde z nich o malo nie dostalo zawału (oboje są lekarzami, hehe).
Mój ojciec i jego matka są toksyczni. Oboje zawsze dążyli do pelnej kontroli
nad synem - ona (technika: manipulacja, lodowaty spokój), nad córką - on
(technika: dzikie wrzaski, awantury, obrażanie , potem przeprosiny i
deklaracje wielkiej miłosci).
Ex w nowym zwiazku powtarza to, co robił ze mną, ale szczęśliwie sam to
zauważa i chodzi do psychologa, co dobrze mu robi.
Ja sie rozwijam duchowo (tak tak, to sie zdarza i nawet jest przyjemne),
troche romansuję, nie wiem, czy kiedykolwiek odważę się zamieszkać z
mężczyzną.
Oboje targamy z sobą bagaz tych NAPRAWDĘ PIERWSZYCH związków. Cięzko jest,
choc powoli coraz lżej

) ale czy starczy zycia, by sie z tym uporać?
A jak bylo u Was? Czy dostrzegacie jakis wpływ relacji z rodzicami na Wasze
związki?