Dodaj do ulubionych

Kto był naprawde najwazniejszy?

02.09.06, 08:59
Do załozenia wątku skłonila mnie wypowiedź Daleko od Siebie:
>>>>>>>żenimy się z kimś o kim myślimy i mówimy, że jest najważniejszy.

Zapewne myslimy i mowimy, choc i to nie zawsze. Myslimy i mowimy, bo taki
jest wzorzec, inaczej sie nie da.
W przypadku mego meża okazalo się, ze najwazniejsza jest jego mama.
W moim - podejrzewam, bo zeby miec pewność, trzeba by spojrzeć z wiekszego
dystansu - ze najważniejszy jest mój ojciec.
On wybrał sobie zone będącą przeciwieństwem mamusi, ja męża - przeciwieństwo
tatusia.
Kiedy oni dowiedzieli sie o naszym rozstaniu, spotkali się, podobno zeby
radzic nad naprawieniem sytuacji, i nawymyslali sobie tak okropnie, że
podobno każde z nich o malo nie dostalo zawału (oboje są lekarzami, hehe).

Mój ojciec i jego matka są toksyczni. Oboje zawsze dążyli do pelnej kontroli
nad synem - ona (technika: manipulacja, lodowaty spokój), nad córką - on
(technika: dzikie wrzaski, awantury, obrażanie , potem przeprosiny i
deklaracje wielkiej miłosci).
Ex w nowym zwiazku powtarza to, co robił ze mną, ale szczęśliwie sam to
zauważa i chodzi do psychologa, co dobrze mu robi.

Ja sie rozwijam duchowo (tak tak, to sie zdarza i nawet jest przyjemne),
troche romansuję, nie wiem, czy kiedykolwiek odważę się zamieszkać z
mężczyzną.

Oboje targamy z sobą bagaz tych NAPRAWDĘ PIERWSZYCH związków. Cięzko jest,
choc powoli coraz lżej smile) ale czy starczy zycia, by sie z tym uporać?

A jak bylo u Was? Czy dostrzegacie jakis wpływ relacji z rodzicami na Wasze
związki?
Obserwuj wątek
    • a.niech.to Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 09:20
      Nanga napisała:

      > Czy dostrzegacie jakis wpływ relacji z rodzicami na Wasze
      > związki?
      Nie pytaj, bo cierpnie skóra. Nasze małżeństwo niosło w sobie zaczyn porażki (a
      tak) od początku. Spotkało się dwoje pogiętych w niewłaściwych miejscach.
      Wzorzec nigdy nie bywa monolitem, tym trudniej go odrzucić, aby zostać sobą.
      Dziwię się, że przetrwaliśmy ze sobą ładnych parę lat. Trochę cudu, a trochę
      dobrej woli.
      Tak na marginesie kliknę Ci o moim odkryciu, że z dysfunkcyjnego domu wyniosłam
      wiele zalet. Szkoda, że akurat takich, które dla mojego męża są skojarzone z
      wadami i vice versa. DDF i DDA. Finito.
      • a.niech.to Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 09:22
        Teraz sobie (nie tylko) wypisuję laurkę, żeby nie pójść trop w trop, trzeba
        było chłopa.
        • nangaparbat3 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 09:29
          Co to jest DDF?
          • a.niech.to Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 10:10
            Dziecko z rodziny DysFunkcyjnej
            albo Dyskusyjny klub Filmowy?
          • a.niech.to Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 10:10
            DoDekaFonia!
            • nangaparbat3 :DDDD 02.09.06, 10:49
              jest jeszcze DyDelF

              A czy Ty znasz kogoś, kto w W OGÓLE, W NAJMNIEJSZYM STOPNIU nie jest DDF?
              Bo ja sie już przekonałam, ze jak tylko pomyslę o jakiejś rodzinie, ze w ogóle
              nie jest DF, to zaraz potem dowiaduję się, że ....
              Aż sie z tym niezręcznie czuję czasem.
              • akacjax Re: :DDDD 02.09.06, 11:10
                Nikt nie jest wolny od tego, więcej nawet gdyby taka rodzina była, to relacje między rodzicami a dziećmi, między samymi dziećmi są różne.(czyli nie ma mowy o jednolitym wzorcu).
                Jednak rodzina mocna od zarania, mocna w swoich więzach obroni się łatwiej przed skutkami problemów.
                No i trzeba dopisać współczesność do przyczyn. Nie umiemy wśród tylu bodźców, nowych wzorców, trendów itp. zobaczyć naszego niedostosowania się.

                Nasza ewolucja nie nadąża, my jesteśmy daleko w tyle, a chcemy żyć wyprzedzając siebie samych.
        • libra22 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 09:41
          Tak naprawdę rozwiązać to potrafi terapia chyba. Mało jest w końcu "normalnych"
          domów.
          Jak patrzyłam na rodziców eksa ( a szczególnie jego matkę - manipulatorka pod
          hasłem miłości, ciagle niezadowolona, i "co ludzie powiedzą") to się
          cieszyłam, że on taki w miarę normalny. Do czasu. Jestem przeciwieństwem jego
          matki i nie wiem do końca, czy także to nie wpłynęło na jego odejście.
          Ja też nie jestem z "normalnego" domu, ale było dużo lepiej niż u eks. Oboje
          jesteśmy DDA (ale też u mnie lżejsza "odmiana" niż u niego).
          Pewne sprawy z tym związane uświadomiła mi pani psycholog, ale za mało było
          spotkań, zeby to rozwiązać.

          Znacie książę "Chcę być kochana tak jak chcę"? Tam padło takie stwierdzenie, że
          choćby pod naszym oknem stało iluśtam adoratorów pod identycznymi czarnymi
          parasolami, to i tak wybierzemy podobnego do tego, który nas ostatnio
          unieszczęśliwił (to samo dotyczy także wyboru kobiety przez mężczyznę). Wynika
          to z nieprzerobionych układów z rodzicami.
          Na szczęście świadomość siebie oraz tego jak i na co reagujemy może zmienić
          to "fatum"wink
          Czego wszystkim nam życzęsmile

          Chyba Nanga napisała o tym, ze zajeła się swoim rozwojem (przepraszam, jeśli
          pomyliłam) - i to jest to. Ja też się staram.
          • a.niech.to Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 10:13
            libra22 napisała:

            > choćby pod naszym oknem stało iluśtam adoratorów pod identycznymi czarnymi
            > parasolami, to i tak wybierzemy podobnego do tego, który nas ostatnio
            > unieszczęśliwił (to samo dotyczy także wyboru kobiety przez mężczyznę).
            Wynika
            > to z nieprzerobionych układów z rodzicami.
            > Na szczęście świadomość siebie oraz tego jak i na co reagujemy może zmienić
            > to "fatum"wink
            Prawda, sprawdzałam.

    • akacjax i oto w ramach tego, co dalej..terapia:) 02.09.06, 09:33
      I słusznie, bo zanim zdecydujemy co, dalej, warto zapytać -dlaczego tak było, czy schemat będziemy powtarzać....
      Po pytaniu dlaczego, warto siegnąć głebiej-skąd to się wzięło.
      Wydaje mi się, ze gdzieś na tym forum był post, w którym umniejszano role rodziny, jako źródła naszej dysfunkcji. (może zbyt szumnie napisałam-ale ktoś napisał, że miał szczęśliwą rodzinę, a jednak sam nie nie stworzył dobrego związku, ale to nie jest tak do końca, bo poczucie szczęścia w rodzinie dla dziecka nie jest tożsame z rodzina prawidłową-moge wyjaśniać dalej swoją teorię, jak ktoś chcesmile.
      A jednak nasze korzenie decydują w większym stopniu o nas, niż czasem byśmy chcielisad

      Mieliśmy tu wątek dyskutujacy wobec tego artykułu, może ktos jednak nie czytał. To tylko wierzchołek góry lodowej.
      kiosk.onet.pl/charaktery/1228664,1250,artykul.html
      • akacjax Re: poprawka +link do starego wątku 02.09.06, 09:48
        najpierw errata (zamiast: "wobec tego artykułu", miało być: "wokół tego tematu + artykuł...")
        no i ten wątek odgrzebany:
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=24087&w=28168606&a=28168606
        • a.niech.to Re: poprawka +link do starego wątku 02.09.06, 10:17
          Umiałabym na temat przywołanego wątku nieco powiedzieć. Pewne sprawy widzę dość
          klarownie. Nie powiem, żebym była nimi zachwycona.
      • nangaparbat3 Akacjo? 02.09.06, 14:38
        Wreszcie znalazlam chwile, zeby spokojnie przeczytac ten artykuł.
        Troche sie zdziwiłam, bo i ja, i ex wykazywalismy cechy DDRR - a przeciez nasi
        rodzice nie rozwiedli się, a moi - bo co do moich to po prostu jestem pewna -
        wciąż bardzo sie kochają. Kłóca ze sobą, a potem godzą, wciąż jeszcze się
        całuja jak para małolatów i sypiaja ze sobą, tesknią, kiedy się dwa dni nie
        widzą.
        Nie wiem, jak to rozumieć.
        • akacjax Re:Nanga! 03.09.06, 11:43
          Moi rodzice też się nie rozwiedli, ale atmosfera jaka od zawsze panuje wywoływała chwilami we mnie-dziecku takie uczucia jakby chcieli się za chwile rozwieść. To, co w ich oczach było kłótnią (raczej w skali kłótni-niewielką) mnie dawała takie poczucie niepewności.
          Nie wiem skąd takie uwrażliwienie-może przekazała mi to moja mama, która w swoim życiu została postawiona w sytuacji opuszczenia?

          Daleka jestem od zachwalania rozwodzenia się dla dobra dzieci, raczej zachęcałabym do mediacji, do pracy nad komunikacją.
          Dorosli zapominają, że dzieci są mądre w taki naturalny, pierwotny sposób, wrażliwe, czułe na wszystko, co maja wokół siebie.
          I inaczej odbiera dziecko rzucane hasła-nie podoba się to się rozwiedźmy, a inaczej dorosły, który wie, że to tylko słowa rzucone w kłótni.

          Myślę, że podobny strach przed opuszczeniem i niepewność może wywołać np. choroba i pobyt w szpitalu (dlatego tak ważne jest by rodzic był z dzieckiem w szpitalu, ale gdy to rodzic choruje-może być trudniej).

          Takich czynników może być wiele, a zapewne i wrażliwość dziecka spowoduje różną reakcję.

          Oczywiście tym sposobem mozna stwierdzić, że wszyscy mamy taka dysfunkcję, jednak u jednych wychodzi to na jaw, u innych zostaje zwalczone, przerobione, czy coś podobnego i nie ma takiego ujemnego wpływu na życie.
          • nangaparbat3 Akacjo, dziekuję! 03.09.06, 21:18
            Napisalaś tak:

            >> Myślę, że podobny strach przed opuszczeniem i niepewność może wywołać np.
            choroba i pobyt w szpitalu (dlatego tak ważne jest by
            rodzic był z dzieckiem w szpitalu, ale gdy to rodzic choruje-może być trudniej).


            Kiedy to przeczytałam uswiadomiłam sobie, że gdy miałam 3-4 lata moja mama byla
            bardzo poważnie chora. Groziła jej smierć, podejrzewano raka. Nie wiem, ile
            dokładnie to trwało, na pewno wiele miesiecy. Mna opiekowali sie tata i babcia,
            oboje lekarze, więc musieli rozmawiac na temat tej choroby - o ile mogę to
            sobie wyobrazić, to bylo piekło. Oboje bardzo kochali mame i była dla nich
            najwazniejsza osobą w zyciu (cały wielki temat na osobne roztrząsania).
            Własciwie mama była zawsze jedyna osobą dajaca mi emocjonalne oparcie, spokój,
            poczucie bezpieczeństwa.
            Wiem, ze wyjechała z naszego miasta, zeby sie leczyć, operowano ja - to musialo
            trwać.
            Ja nic, ale to absolutnie nic z tych czasów nie pamietam, to co wiem, to z
            opowiadań. ale pamietam, ze jako dziecko drapałam się po całym ciele, ręce i
            nogi to był strup obok strupa. Wiesz, poryczłam sie teraz nad ta małą
            dziewczynka, ktorą wtedy byłam. Pierwszy raz w zyciu. Dobrze, ze wreszcie.
            Bedę musiała wypytać członków rodziny, ktorzy wtedy z nami byli, jak to
            wlaściwie było.
            jeszcze raz Ci dziekuję. Niby o tym wszystkim wiedziałam, ale dopiero kiedy
            przeczytałam to w Twoim poscie, dowiedziałam sie tego naprawdę.
            I wiesz, cała moja młodość to lęk przed porzuceniem. Okropny, Paralizujacy.
            Wyszłam z tego, ale długo by mówić.
            Mam duzo pracy, po urlopie nie chce mi sie do niej zabrać, siedzę w tym necie i
            cały czas mam wyrzuty, ze właśnie czas marnuję, ale Ty tym jednym zdaniem
            sprawiłaś, że te wszystkie godziny spedzone przed monitorem nabrały sensu.
            Wiem, ze wtej chwili, dzieki Tobie, zaczęło się we mnie dziać cos bardzo
            ważnego.
            Dziekuję.
            • a.niech.to Nango! 03.09.06, 22:05
              Strach przed odrzuceniem stanowił i dla mnie niebagatelny problem przez znaczną
              część życia.Uwolniłam się od niego na tyle, że obecnie funkcjonuję jak inni
              ludzie: odrzucenie nie jest przyjemne, ale też nie stanowi o mojej wartości ani
              nie decyduje o kształcie mojego życia. Podjęłam uciążliwą psychoterapię, gdzie
              w warunkach laboratoryjnych stawianabyłam wobec rożnych form odrzucenia,
              niejednokrotnie bardzo okrutnych, wyrafinowanych, czasami brutalnych. Nauczyłam
              się nowych reakcji, które zastąpiły jedyną znaną mi z dzieciństwa, totalnej
              paniki bez perspektywy na kierowaną zmianę dramatycznej sytuacji. Obecnie
              potencjalne odrzucenie nie stanowi dla mnie specjalnego zagrożenia. Umiem sobie
              wyobrazić wywołane we mnie przez nie reakcje emocjonalne i dobrać do nich
              optymalne środki zaradcze. Dzięki temu osiągnięciu poczułam się wolnym
              człowiekiem, stanowiącym odrębną, zintegrowaną wewnętrznie jednostkę.
              Sądzę, że to jedno z moich większych osiągnięć życiowych.
              • libra22 siła 03.09.06, 23:27
                a.niech.to napisała:
                Sądzę, że to jedno z moich większych osiągnięć życiowych.

                i masz rację - ja jestem pełna podziwu
                gratuluję
                • a.niech.to Re: siła 04.09.06, 06:48
                  libra22 napisała:

                  > jestem pełna podziwu
                  Daj spokój, bo wlezę pod biurko, co w moim wieku może być z lekka
                  niebezpieczne. Mniejsza o przyczyny.
              • nangaparbat3 Re: Nango! 03.09.06, 23:51
                Aniechciu, zazdroszczę Ci, że w odpowiednim momencie mogłaś korzystac z
                terapii - chociaż i to nie nalezy do przyjemności, fakt.
                Ja się z tym uporałam sama, kiedy zostałam brutalnie, nieoczekiwanie, bez
                znieczulenia zadnego porzucona dla innej kobiety.
                Zrozumiałam wtedy, ze mogę to przeżyć, że swiat się nie kończy, a wprost
                przeciwnie, otwiera szeroki i wolny.
                Ale parę dobrych lat zycia mi to zabrało.
            • buba77 Re: Akacjo, dziekuję! 06.09.06, 23:00
              a ja się poryczałam na Twój postsmile
              Moi rodzice się nie rozwiedli, to normalna rodzina, a ja obserwuję w sobie
              reakcje jak DDA, DDRR i co tam jeszcze. Mnie się wydaje, że pomimo różnych nazw
              i innych "niedoborów" w rodzinie powstają w nas podobne rany.
              W szpitalu byłam ja. A jakie szpitale były kiedyś? Wolę nie pamiętać. I mało
              pamiętam, tak jak Ty, Nanga, z tego trudnego okresu.
              Nanga, mam nadzieję, że pamiętasz o naszej choreoterapii.
              No, czytam dalej
              • nangaparbat3 Re: Akacjo, dziekuję! 06.09.06, 23:06
                Witaj, Buba,
                zawsze byłaś mi jakas bliska, no i wyszlo szydlo z worka, podobne
                doświadczenia z dzieciństwa, podobno tak się ludzie dobierają.

                Oczywiscie ze pamiętam o choreoterapii, pamieta tez pani choreoterapeutka.
                Ja teraz mam w pracy trzy zwariowane lotniska (jedno to u mnie norma), jak
                tylko sie przez to przetoczę, wznawiam poszukiwania tego pana, o ktorym była
                mowa.
                Serdeczności
                N.
                • buba77 Re: Super, Nanga, dziekuję! 06.09.06, 23:09
                  smile
                  • nangaparbat3 Re: Super, Nanga, dziekuję! 07.09.06, 00:06
                    A jaki jest emotikon na przytulenia chęć? I czy to wypada wink
    • kruszynka301 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 09:59
      w pierwszym związku byłam przeciwieństwem teściowej (kobieta uległa, system patriarchalny, mąż świętość) - eks odszedł do dziewczyny patrzącej w niego bezkrytycznie, bezwolnej, identycznej jak teściowa.

      W obecnym związku jestem wierną kopią teściowej (dla mnie to komplement, teściowa sama mi to powiedziała, jest świetną kobietąwink.

      Może to nie wpływ relacji z rodzicami, ale wyniesiony z domu obraz rodziny - każdy podświadomie przenosi model rodzinny do swojego związku.

      Moja teoria jest taka, że im bardziej przybliżone są modele rodzin (to samo środowisko, ten sam stan majątkowy, podobne role kobiety i mężczyzny), tym większe prawdopodobieństwo stworzenia udanego związku.

      Z eksem, wywodzącym się z zupełnie innego środowiska, non stop musieliśmy sobie nawzajem objaśniać, co mieliśmy na myśli, nawet po kilku latach związku.
      Z obecnym już w pierwszym dniu poznania, rozumieliśmy się w pół słowa, natychmiast. Właśnie to zdecydowało o błyskawicznym zamieszkaniu ze sobą, bo przecież nie było jeszcze mowy o miłości.
      • akacjax Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 10:08
        A ja o sobie powiem, że byłam skutkiem dysfunkcji związku moich rodziców. (Nie chodzi o DDA, ale o takie zwykłe toksyczności na codzień-oni to mieli z własnych rodzin, z dzieciństwa, a skutki wypłynęły gdy stworzyli związek).

        Tylko ja nie rozstałam się z powodu różnicy charakterów, ale z powodu zachowań m., które ujawniły się w czasie...W tym roku minęło 20 lat od ślubu.Gdybym była mądrzejsza z domu-to albo bym od w taki związek nie weszła, albo po 4 latach byłby koniec.
        • a.niech.to Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 10:20
          akacjax napisała:

          > Gdybym była
          > mądrzejsza z domu-to albo bym od w taki związek nie weszła, albo po 4 latach
          b
          > yłby koniec.
          Unikam takich myśli, bo niczemu konstryktywnemu nie służą, jedynie
          niepotrzebnie jątrzą rany.
          • akacjax Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 10:28
            Dla mnie ta myśl nie "ciągnie się żalem za mną" jest po prostu stwierdzeniem wynikającym z dokładnego rozliczenia się z moją postawą w związku.
            To jest temat zamknięty, żadne gdybanie.

            Po prostu czasem trzeba zauważyć swoje błędy, więcej przyjąć swoją winę zwłaszcza , gdy niepodjęcie pewnych działań skutkuje na innych(tu myślę o wpływie dysfunkcyjnego związku na dzieci).
            • pudeleczko_75 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 11:04
              wpływ rodziny na nasze związki ..... temat jak dla mnie

              wychowana byłam w fantastycznej i kochającej się rodzinie, oczywiście rodzice
              tez czasem się kłócili, tata trochę chorował, ale pamiętam miłość, szacunek i
              ogromne ciepło. mam bardzo bardzo dobre relacje ze starszym bratem, wspieramy
              się (właśnie się ożenił i wypoczywają).
              moi rodzice zginęli - tydzień przed wypadkiem siedziałam z mamusią i
              powiedziała, że jest bardzo szczęśliwa z moim ojcem, że zawsze była i nareszcie
              po wykształceniu nas, kiedy widzi, że sobie poukładlismy swoje życia są
              spełnieni i mogą zająć się jeszcze bardziej sobą... nie udało im sie. ważne
              jest, że pmiętamy to co mówili i jak się kochali po 33 latach małżeństwa.
              rodzina mojego męża - mama zmarła gdy był nastolatkiem, ojciec alkoholik
              zdradzał ją, całe życie nie bierze odpowiedzialności za swoje czyny, potem
              macocha, cala rodzina dysfunkcyjna - gdy go poznałam, nie kontaktował się nimi
              prawie wcale, mając młodszych przyrodnich braci. dużo włożyłam pracy w poprawę
              tych relacji i udało mi się to – lubiłam się z nimi (nawet z ojcem jak był
              trzeźwy) spotykać.
              bardzo się bałam zycia z moim mężem z jego popapraną przeszłością, ale
              wierzyłam w to, że będzie chciał założyć normalną rodzinę, mieć dzieci.
              wydawało mi się tez, że wywodząc się z takiej rodziny, mając przez to pewne
              problemy nie będzie chciał powtórzyć błędów ojca - powtórzył niestety i
              rozpadło sie nie tylko nasze małżeństwo ale też jego relacje z ludźmi. Straszne
              jest to, że zrobił dokładnie to za co cale dorosłe życie miał żal, ba pewnie
              czasem wręcz nienawiść do swojego ojca. Zawsze powtarzał, ze ojciec zniszczył
              ich rodzine, nie potrafił się nimi zająć, że był nieodpowiedzialny i nie ponosi
              konsekwencji za swoje czyny.

              W każdym razie nie twierdzę, że wychowanie i rodzina go popchnęły do zdrady, bo
              to byłboby schematyczne i takie proste, a życie nie przynosi gotowych
              podpowiedzi i rozwiązań, ale faktem jest ze z nas dwojga on nie miał wzorca w
              domu.
              • akacjax Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 11:13
                A Ty nie maiałaś odporności.
                I to jest własnie to. Nie zawsze szczęśliwa rodzina zahartuje.sad
                Czy rodzice znali Twojego wybranka i jego sytuację?
                • pudeleczko_75 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 11:16
                  akacjax napisała:

                  > A Ty nie maiałaś odporności.
                  > I to jest własnie to. Nie zawsze szczęśliwa rodzina zahartuje.sad
                  > Czy rodzice znali Twojego wybranka i jego sytuację?

                  nie wiem na co nie miałam odporności?
                  rodzice - tak znali go, 4 lata bylismy razem, gdy zyli. duzo rozmów
                  przeprowadziłam z rodzicami i oni go bardzo akceptowali i dopóki zyli - byli
                  dla niego dużym oparciem.
                  • akacjax Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 11:25
                    Jeżeli dla dorosłego człowieka zakładającego rodzinę nadal rodzice są dużym oparciem lub zupełnie obcy ludzie są oparciem...to już jest trudna sytuacja.
                    Bo w życiu na codzień trzeba się opierać o siebie.sad

                    Dysfunkcyjne rodziny hartują na trudy życia.
                    To psycholodzy często nazywają zyskiem. Tylko sami nie wiedzą, czy bezwzględna wartość owego zysku ma sznase porównania z bezwzględną wartością stratsad

                    • pudeleczko_75 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 11:32
                      dysfunkcyjne rodziny hartuja na trudy życia, ale te, w których jests miłośc i
                      szacunek też. to, że nie złamała mnie ani smierć rodziców, ani zdrada meza -
                      chociaż boli tak, że chce sie wyc, to własnie siła, która mi przekazala rodzina
                      i wsparcie najbliższych.
                      a mojego męża nikt chyba nie nauczył,czego w zyciu się nie robi. zdrada może
                      zdarzyć się każdemu, ale nie każdemu podwójne zycie i codzienne klamstwa. on
                      jest teraz bardzo zaskoczony, ze ja nie chcę z nim byc - bo u niego zamiatano
                      problemy pod dywan i się głosno nie mówiło, że ktos coś zrobił nie tak.......
                      • akacjax Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 11:47
                        Problem bywa w tym, ze wydaje nam się, że każdy nadaje się do związku (złożenie jest takie, że chcemy związku trwałego oczywiście, nie tymczasowego-do chwili, gdy cos nie wyjdzie).
                        Widząc starania rodziców, dbałość o związek obu stron, wydaje nam się, że zawsze tak jest.
                        Czy przyszło Ci na myśl, że m. będzie szedł swoją rodzinną ścieżką-nieodpowiedzialności? Mnie to nie przyszło do głowysad
                        Moja rodzina była toksyczna, choć na pozór-wszystko było ok.(i trzymali mnie pod kloszem-nie pokazali problemów).
                        Nie, nie załamałam się, ale ile kosztuje mnie przetrwanie...cóż nadal pozostaje problem...co dalejsmile
                        • pudeleczko_75 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 11:55
                          nie przyszło mi nigdy do głowy, ze moze zechcieć zrujnowac to, co przez lata
                          budowalismy, że powtorzy błedy , które tak bardzo niszczyły jego rodzine. nie
                          pije tak jak ojciec, wydawał się zawsze bardzo odpowiedzialny (dbaie o dom,
                          zalatwianie spraw, praca - duza odpoweidzialnośc i umijetnośc radzenia sobie w
                          niej) ale jakoś z naszym małzeństwem zrobił to co zrobił.

                          dla mnie jak ludzie nie chcą być razem to kończą związek/małzeństwo za to
                          kompletnie nie rozumiem tego co zrobil i robi mój eks - chce nadal być
                          małzonkiem, twierdzi, że nie było mu źle ze mna, a jednoczesnie zdradzał,
                          klamał no i będzie miał dziecko z inna - co nie przeszkadza mu mówić, że nam
                          sie jeszcze może udać.
                          dziwna logika.
                          • nangaparbat3 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 12:51
                            pudeleczko_75 napisała:

                            > nie przyszło mi nigdy do głowy, ze moze zechcieć zrujnowac to, co przez lata
                            > budowalismy, że powtorzy błedy , które tak bardzo niszczyły jego rodzine. nie
                            > pije tak jak ojciec, wydawał się zawsze bardzo odpowiedzialny (dbaie o dom,
                            > zalatwianie spraw, praca - duza odpoweidzialnośc i umijetnośc radzenia sobie
                            w
                            > niej) ale jakoś z naszym małzeństwem zrobił to co zrobił.
                            >
                            > dla mnie jak ludzie nie chcą być razem to kończą związek/małzeństwo za to
                            > kompletnie nie rozumiem tego co zrobil i robi mój eks - chce nadal być
                            > małzonkiem, twierdzi, że nie było mu źle ze mna, a jednoczesnie zdradzał,
                            > klamał no i będzie miał dziecko z inna - co nie przeszkadza mu mówić, że nam
                            > sie jeszcze może udać.
                            > dziwna logika.


                            Nie taka dziwna. Jak świat światem mężczyźni mieli więcej niż jedną kobietę,
                            sankcjonujac to zresztą prawem i przeomcą.
                            W Ameryce Łacińskiej jest wciąż zwyczajem, ze facet ma dwie zony, dwa domy, dwa
                            komplety dzieci. W meksyku to się nazywa "casa grande" i "casa chica" - duzy i
                            maly dom. Oczywiscie musi miec dość forsy. Oczywiscie jedna rodzina
                            jest "nielegalna".
                            Mnie to nawet juz nie oburza, taki obyczaj i tyle.
                            No w każdym razie wolalabym czułego męża dzielic z inną kobietą niż mieszkać z
                            ladą chłodniczą.
                            I jeszcze jedno: internet pęka w szwach od żonatych mężczyzn szukajacych
                            przygód. Moi koledzy w chwilach szczerości opowiadają, co sie dzieje na
                            słuzbowych wyjazdach.
                            Jedyny facet, co do którego jestem pewna, ze nigdy nie zdradził zony (no, pewna
                            na 99,99%) to mój brat.
                            Oczywiscie wolałaby, żeby tak nie było. ale jest.
                            Tu trzeba chyba jeszcze dodać, że w miarę usamodzielniania się kobiet ...
                            • pudeleczko_75 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 12:56
                              nangaparbat - kazdy z nas ma świadomość, że poligamia istnieje. kazdy z nas
                              wie, co dzieje się na wyjazdach służbowych.
                              co inego jednak zgodzić się na to w swoim własnym zyciu - ja się nie zgadzam,
                              nie pasuje mi to.
                              smile

                              • a.niech.to Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 13:14
                                pudeleczko_75 napisała:

                                > nangaparbat - kazdy z nas ma świadomość, że poligamia istnieje.
                                Jeśli to stary, uświęcony zwyczaj mnie to nie przeszkadza.
                                > kazdy z nas
                                > wie, co dzieje się na wyjazdach służbowych.
                                Ja nie wiem.

                                • pudeleczko_75 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 13:16
                                  jak to nie wiesz, nie jeżdziesz na wyjazdy słuzbowe?
                                  hmmm a może nie chcesz wiedziećsmile)))
                                  • a.niech.to Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 13:59
                                    I jedno, i drugie.
                              • nangaparbat3 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 14:01
                                pudeleczko_75 napisała:

                                > nangaparbat - kazdy z nas ma świadomość, że poligamia istnieje. kazdy z nas
                                > wie, co dzieje się na wyjazdach służbowych.
                                > co inego jednak zgodzić się na to w swoim własnym zyciu - ja się nie zgadzam,
                                > nie pasuje mi to.
                                > smile
                                No pewnie. I dlatego się rozwodzisz. Masz do tego absolutne prawo i tylko Ty
                                możesz wiedzieć, co dla Ciebie będzie lepsze.
                                Ja po prostu musiałam to z siebie wyrzucic.
                            • a.niech.to Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 13:11
                              nangaparbat3 napisała:

                              > I jeszcze jedno: internet pęka w szwach od żonatych mężczyzn szukajacych
                              > przygód. Moi koledzy w chwilach szczerości opowiadają, co sie dzieje na
                              > słuzbowych wyjazdach.
                              Na służbowych wyjazdach bywają kobiety z sieci? Co to jest za praca/firma? A
                              jeśli owe panie występują w określonym charakterze, co to za część sieci? Jakie
                              to www?
                              > Jedyny facet, co do którego jestem pewna, ze nigdy nie zdradził zony (no,
                              pewna
                              >
                              > na 99,99%) to mój brat.
                              Cieszyłby się niemałym powodzeniem na naszym forum. Gdyby tylko chciał..bez
                              względu na wszystko..z jednym zastrzeżeniem: mógłby nie mieć rąk i nóg, byle
                              nie był kaleką.
                              • nangaparbat3 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 14:18
                                a.niech.to napisała:
                                > > Jedyny facet, co do którego jestem pewna, ze nigdy nie zdradził zony (no,
                                > pewna> na 99,99%) to mój brat.
                                > Cieszyłby się niemałym powodzeniem na naszym forum. Gdyby tylko chciał..bez
                                > względu na wszystko..z jednym zastrzeżeniem: mógłby nie mieć rąk i nóg, byle
                                > nie był kaleką.
                                A wiesz, on jest delikatnie mowiąc zamożny, przystojny (bardzo) i jeszcze
                                uroczy do tego.
                                Kobitki go emablują, wcale sie im nie dziwię, a on ma swoją żonę (zaczęli jak
                                byli w ogolniaku, teraz są 40+, i nigdy żadnego kryzysu rozstaniowego nie
                                było), dzieci, jakis czas temu mial poważne klopoty w pracy, kiedy się
                                skończyly, powiedzial: Tylko dzieci i zona mnie trzymały.
                                On mi opowiada o swoich kolegachh z pracy czy buisnessowych, wiekszość już
                                dawno wymienila zone na nowszy model, inni mają kochanki, jeszcze inni nowy
                                model i kochankę.
                                I wiecie co jest najsmieszniejsze? Ci faceci przestaja wyrabiać, za duże
                                obciążenie, za szybkie tempo -
                                No ale to jest specyficzne bardzo srodowisko, w moim jeszcze tak nie jest
                                szczęśliwie.
                        • ak70 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 12:07
                          Hmm... hmmm... tak czytam, poczytuję... juz o tym pisalam na swoim watku, o
                          uzaleznieniu od mamy, o wtracaniu sie moich rodzicow w moje malzenstwo i o tym
                          do czego to doprowadzilo...
                          Pewnie powinno to byc takie proste jak w Biblii : "zostawi ojca i matkę, weźmie
                          sobie żonę i odtad beda jednym ciałem"... ale to nie jest takie proste. Bo
                          jednym rodzice pozwalaja odejsc i ciesza sie szczesciem dzieci i wspieraja ich
                          kiedy dzieci o to prosza... a inni tracac kontrole nad dzieckiem (czesto
                          jedynym jak to niestety bylo w moim przypadku) traca tez sens zycia, bo nie
                          maja sie o kogo troszczyc (a oduczyli sie troszczyć o siebie), nie mają sie
                          czym zająć (no bo nie bylo czasu na hobby), nie mają z kim porozmawiac (bo ze
                          wspolmalzonkiem nigdy nie umieli, albo dawno juz sie oduczyli). Wiec dzwonia
                          codziennie zapytac co slychac, kiedy wysluchaja, mowia: moim zdaniem powinnas
                          zrobic tak i tak"... po czym obrazaja sie jesli robisz inaczej. Tak bylo u mnie
                          i do tej pory moja mama nie potrafi pogodzic sie z brakiem kontroli nade mna i
                          brakiem (choc nie do konca) wplywu na moje zycie. To co robila bardzo
                          denerwowalo mojego meza, ale ja - w swoim uzaleznieniu - nie widzialam problemu.

                          Teraz - po przejsciach - patrze na to inaczej... przeszlam wiele, wiele
                          doswiadczylam... nie wiem czy moj zwiazek przetrwa, bo moje wczesniejsze
                          zachowanie zostawilo piętno na psychice męża, ktory nie potrafi wybaczyc moim
                          rodzicom ich zachowania. I choć kontakty miedzy nimi sa praktycznie zadne, caly
                          czas mowi mi jacy oni sa żli, beznadziejni, itp. Z kolei mnie - choc częściowo
                          go rozumiem - jest trudno to zaakceptowac, bo to w koncu moi rodzice i boli
                          mnie jego zawzietosc. Nie sadze, aby czas byl dla takich uczuc laskawy...
                          dlatego nie wiem czy uda nam sie pojsc dalej razem z takim bagazem.

                          Dlatego wiem, ze wplyw rodzicow na dzieci jest bardzo duzy... zarowno w tym
                          pozytywnym, jak i negatywnym sensie.
                    • buba77 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 06.09.06, 23:52
                      Akacja, to idealnie mieć oparcie w sobie, ale to może być tylko częściowe
                      oparcie. Żyjemy wśród ludzi i ich oparcie jest ogromnie ważne. Czy nie jest
                      przypadkiem tak, ze nie potrafisz sobie tego oparcia wziąć? a to też ważna
                      umiejętność.
                      Myśle, ze Pudełeczko dostała od swoich rodzicow potencjał siły i pokonywania
                      trudności na całe życie. A zahartowanie w rodzinie funkcyjnej polega wyłącznie
                      na tłumieniu uczuć. Niektórym to może nie przeszkadza, za to innym jest bardzo
                      trudno żyć z takimi ludźmi. I tacy ludzie tworzą toksyczne zwiazki.
                      Pudełeczko, Twój m nie docenił albo nie wytrzymał szansy jaką mu dałaś. A
                      pewnie jedno i drugie.
                      • pudeleczko_75 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 07.09.06, 08:20
                        buba dzieki.
                        uważam, ze samo oparcie w sobie czasem nie wystarcza - niestety czasem zycie
                        przynosi takie sytuacje, w których nie jestesmy w stanie poradzić sobie sami.
                        Dlatego ludzie dookoła - przyjaciele i rodzicna są tak ważni. Tak wązne jest
                        umiec tworzyć zdrowe, oparte na zaufaniu więzi miedzyludzkie.
                        Ja nie wstydze sie prosić o pomoc, gdy jej potrzebuje, teraz zdecydowałam się
                        na wizyty u psychologa i to nie dlatego, że sama bym tego wszystkiego nie
                        poukładala, ale dlatego, ze chcę to poukładac szybciej. To też chyba siła...
                        ale czasem juz mam dosyc tej swojej wewnetrznej siły, chciałabym być słabsza -
                        dla słabszych wszycy mają wiecej wyrozumiałości.
                        A ja nie zamierzam się załamywać. taka jestem.
                        i szkoda mi mojego m..który teraz został sam, bez przyjaciół, bez rodziny
                        praktycznie, ma tylko swoją prace i..oparcie w sobie...
              • nangaparbat3 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 12:38
                pudeleczko_75 napisała:


                >
                > W każdym razie nie twierdzę, że wychowanie i rodzina go popchnęły do zdrady,
                bo
                >
                > to byłboby schematyczne i takie proste, a życie nie przynosi gotowych
                > podpowiedzi i rozwiązań, ale faktem jest ze z nas dwojga on nie miał wzorca w
                > domu.

                Wiesz, ja myslę że wzorce nie są tak ważne, co poczucie bezpieczeństwa i
                wlasnej wartosci. Że im bardziej z nimi coś się dzieje, ty trudniej zyć tak,
                jakbysmy chcieli i jak się staramy, bo ja jednak zawsze zakładam dobra wolę, no
                przynajmniej na początku wink
                • pudeleczko_75 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 12:47
                  nangaparbat3 napisała
                  Wiesz, ja myslę że wzorce nie są tak ważne, co poczucie bezpieczeństwa i
                  > wlasnej wartosci. Że im bardziej z nimi coś się dzieje, ty trudniej zyć tak,
                  > jakbysmy chcieli i jak się staramy, bo ja jednak zawsze zakładam dobra wolę,
                  no
                  >
                  > przynajmniej na początku wink

                  je tez zawsze tak zakładam. i bedę zakladala nadal, bo cóz innego robic?
                  ale czasem już mam dosyć - moje poczucie bezpieczeństwa zmalało do zera, a
                  poczucie wlasnej wartości - zawsze miałam, teraz może trochę zachwiane, ale to
                  odbuduję. trzeba.
                  • nangaparbat3 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 14:28
                    pudeleczko_75 napisała:

                    > nangaparbat3 napisała
                    > Wiesz, ja myslę że wzorce nie są tak ważne, co poczucie bezpieczeństwa i
                    > > wlasnej wartosci. Że im bardziej z nimi coś się dzieje, ty trudniej zyć t
                    > ak,
                    > > jakbysmy chcieli i jak się staramy, bo ja jednak zawsze zakładam dobra wo
                    > lę,
                    > no
                    > >
                    > > przynajmniej na początku wink
                    >
                    > je tez zawsze tak zakładam. i bedę zakladala nadal, bo cóz innego robic?
                    > ale czasem już mam dosyć - moje poczucie bezpieczeństwa zmalało do zera, a
                    > poczucie wlasnej wartości - zawsze miałam, teraz może trochę zachwiane, ale
                    to
                    > odbuduję. trzeba.

                    Tobie trudno sie dziwić, Ty za bardzo oberwałaś, raz za razem.
                    Nie przeżyłam tak wielkiej tragedii jak Ty, ale wiele bylo w moim zyciu nagłych
                    i niespodziewanych mniejszych katastrof. W jakis sposob czlowiek się z tym
                    oswaja, i zostaje z czymś, co mój znajomy nazywa "pokorą wobec rzeczywistości".
                    W Biblii brzmi to "czlowiek ma swoje plany i zamiary, a dzieje sie wola Pana".
                    Wszystko jedno, jak to sformulować - ważne żyć i cieszyć się swiatem wiedząc,
                    ze wszystko się może zdarzyć.
                    Ty na pewno umiesz. Rodzice wyposazyli Cie w kapitał, ktorego nikt i nic Ci nie
                    odbierze smile))
    • berek_76 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 11:07
      Jego mama. Dla niego.
      A dla mnie? Chyba ja sama sad
      -----------------------
      Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
      • libra22 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 12:18
        Widząc błędy związku moich rodziców, po rozpadzie mojego małżeństwa
        uświadomiłam sobie z przerażeniem, że pewne z nich powieliłam. Mam nadzieję, że
        świadomość tego zachowam w sobie na zawsze. Na ewentualne nowe.
        Mój eks powielił jeszcze gorzej - zrobił to samo, co kiedyś jego ojciec, a syna
        naszego utożsamił z sobą ( i dlatego twierdził, że małemu nie stanie się
        krzywda, bo on w takiej samej sytuacji nie cierpiał wcale). Tylko że on chyba
        nie zdaje sobie z tego sprawy. Szkoda, bo choć czasem jeszcze odzywa się złość
        na niego, że nie walczył, chciałabym, aby był sczęśliwy i aby był z kimś
        fajnym, bo to bedzie dobre dla naszego syna.
        • a.niech.to Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 13:02
          libra22 napisała:

          > czasem jeszcze odzywa się złość
          > na niego, że nie walczył,
          Zachował się z godnością: chcesz odejść to idź. Miał rwać rzadki włos z głowy i
          bić nią o mur? Zastanów się, do czego potrzebne by Ci było takie zachowanie?
          > chciałabym, aby był sczęśliwy i aby był z kimś
          > fajnym, bo to bedzie dobre dla naszego syna.
          Składam autograf i pieczętuję.
    • chalsia Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 23:11
      taka gdzieś mądrość ludowa była, żeby kandydat na męża przyjrzał się przyszłej
      teściowej, bo przyszła żona stanie się taka jak jej matka.
      Zapewne działa to też i w drugą stronę.
      A z ciekawostek - już po rozstaniu z mężem dowiedziałam się od niego, że nie
      trawił mojej mamy jak również mojej rodziny z jej strony. Jednak przez 16 lat
      związku praktycznie co niedzielę razem ze mną zaliczał pyszny domowy obiadek
      autorstwa mojej mamy.
      To się chyba nie da inaczej określić jak odwaga cywilna na poziomie minus sto.
      Albo niedojrzałość.
      Chalsia
      • nangaparbat3 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 02.09.06, 23:27
        chalsia napisała:
        > A z ciekawostek - już po rozstaniu z mężem dowiedziałam się od niego, że nie
        > trawił mojej mamy jak również mojej rodziny z jej strony. Jednak przez 16 lat
        > związku praktycznie co niedzielę razem ze mną zaliczał pyszny domowy obiadek
        > autorstwa mojej mamy.
        > To się chyba nie da inaczej określić jak odwaga cywilna na poziomie minus
        sto.
        > Albo niedojrzałość.
        > Chalsia

        Chyba pierwszy raz sie z Tobą nie zgodzę. Miał Ci powiedzieć, że nie znosi
        Twojej Mamy? Odmówić rodzinnych obiadkow? Tak surowo bym tego nie oceniała.
        • chalsia Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 03.09.06, 00:32
          > Chyba pierwszy raz sie z Tobą nie zgodzę. Miał Ci powiedzieć, że nie znosi
          > Twojej Mamy? Odmówić rodzinnych obiadkow? Tak surowo bym tego nie oceniała.

          Nie trzeba mówić, że się nie znosi. I nie musi to też oznaczać całkowitego
          zerwania kontaktów i odmowy rodzinnych obiadków - można by było razem chodzić
          np. raz w miesiącu a nie 4 (a ja bym sobie sama do rodziców też mogła wpaść).
          Wymaga za to odwagi cywilnej, dojrzałości, szacunku dla siebie i innych.
          Wystarczy powiedzieć, że nie ma się ochoty na tak częste kontakty z teściami,
          ponieważ np. atmosfera nie odpowiada. Nie ma nic złego w fakcie, że zięć nie
          lubi specjalnie teściowej, czy rodzice zięcia/synowej, albo że ja np. nie lubię
          cioci Kloci. Jasne, że byłoby fajniej, gdyby się wszyscy wkoło kochali, ale tak
          nie jest. Tym bardziej, że zdawał sobie sprawę, że przyjmę to normalnie,
          ponieważ ja w którymś tam momencie związku powiedziałam, że po za krótkimi
          (typu kilka dni, weekend, święta) wyjazdami, nie chcę spędzać dłuższych okresów
          (Typu wakacje) z jego rodzicami, ponieważ jego ojciec jest alkoholikiem i źle
          się czuję w atmosferze rodzinnego udawania, że wszystko jest cacy i miodzio.
          Gdyby powiedział, to zapewne nie byłaby to najmilsza rzecz dla mnie (ale jak
          napisałam wyżej - jak najbardziej zrozumiała), ale długofalowo zdecydowanie
          lepsza - dla związku.
          Chalsia
          • nangaparbat3 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 03.09.06, 10:01
            Sorry, nie umialam sobie wyobrazić, ze to aż tak.
            Moze zresztą w trakcie to nie było aż tak, tylko po fakcie dorobił ideologię?
            • chalsia Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 03.09.06, 13:05
              > Moze zresztą w trakcie to nie było aż tak, tylko po fakcie dorobił ideologię?

              he he he, ja zapomniałam wcześniej napisać, że dowiedziam się o podejściu eksa
              do mamy i jej rodziny po rozstaniu - ale nie na przyjaznej kawie ileś lat po
              rozstaniu, ale jakieś 3 miesiące po nim i zostało to podane jako jeden z
              POWODÓW rozstania.
              Chalsia
              • nangaparbat3 Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 03.09.06, 14:28
                chalsia napisała:

                > > Moze zresztą w trakcie to nie było aż tak, tylko po fakcie dorobił ideolo
                > gię?
                >
                > he he he, ja zapomniałam wcześniej napisać, że dowiedziam się o podejściu
                eksa
                > do mamy i jej rodziny po rozstaniu - ale nie na przyjaznej kawie ileś lat po
                > rozstaniu, ale jakieś 3 miesiące po nim i zostało to podane jako jeden z
                > POWODÓW rozstania.
                > Chalsia

                To co ludzie podają jako powód rozstania - najdziwniejsze, najbardziej
                absurdalne mają pomysły, widziałam to i na swoim przykładzie, i róznych
                przyjaciół i znajomych.
                Może nie powinno się nawet formułować tych powodow, bo wygląda na to, ze nie ma
                przyczyn, są tylko racjonalizacje, a prawdziwe powody czysto emocjonalne i nie
                dajace się zwerbalizować?
                • akacjax Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 03.09.06, 15:22
                  A wszystko zapewne dlatego, że nasz sąd ma za obowiązek ustalić powód rozwodu. Bzdura jakich mało.
                  Niech sobie ustala, gdy ludzie chcą orzekania winy, gdy nie ma zgody, ale gdy jest zgoda na rozwód?
                  Lepiej byłoby przyjąć obce wzory-najpierw podział majątku-bez tego nie można orzec rozwodu, a potem gdy zgoda rozwód jest formalnością.
                  Trauma i tak jest, może mniej nakręcana.
                  • chalsia Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 03.09.06, 16:26
                    kwestia rodzaju rozwodu akurat w moim przypadku nie miała znaczenia - bo wtedy
                    nie rozmawialiśmy jeszcze o nim (i tak był za porozumieniem stron).
                    Chalsia
                • a.niech.to Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 03.09.06, 15:30
                  Podaje się takie motywy, jakie druga strona jest w stanie zrozumieć i przyswoić
                  jako racjonalne. Tak ja to rozumiem. Jeśli komuś takich brakuje, wymyśla się
                  absurdalne, byle nie powiedzieć: ja jestem winny/a, bo ... .
      • a.niech.to Re: Kto był naprawde najwazniejszy? 03.09.06, 07:48
        chalsia napisała:

        > To się chyba nie da inaczej określić jak odwaga cywilna na poziomie minus
        sto.
        > Albo niedojrzałość.
        Materializm, interesowność, forsa ponad wszystko. Dobre żarcie kosztuje. Nie
        pomyślałaś?
        • libra22 do aniechtki:-) 03.09.06, 16:56
          a.niech.to napisała:

          "Zachował się z godnością: chcesz odejść to idź. Miał rwać rzadki włos z głowy
          i
          bić nią o mur? Zastanów się, do czego potrzebne by Ci było takie zachowanie?"

          To on odszedł ode mnie (miał zresztą wtedy kogoś), a ja prosiłam go, żebyśmy
          jednak spróbowali coś naprawić, bo wg mnie można było. Teraz już nawet
          podziwiam go za konsekwencje. I że ogólnie - jeśli chodzi o sprawy materialne -
          odszedł z honorem (psychiczną jazdę trochę mi zrobił, ale widac była mu
          potrzebna do odejścia).
          • a.niech.to Re: do aniechtki:-) 03.09.06, 20:26
            Mogło być gorzej. Za to dzisiaj, jak sądzę, gdy się gdzieś przypadkiem
            spotkacie, bez wstrętów patrzycie na siebie.
            • libra22 Re: do aniechtki:-) 03.09.06, 21:17
              Spotykamy się z powodu synka - tzn jak on go bierze do siebie. Może byćsmile
              (tak sobie uświadomiłam, że przypadkiem go nie spotykam)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka