yagotalbot
02.12.06, 22:51
11 lat małżeństwa,zazdrościli nam (mi?)wszyscy nasi znajomi w związkach i
samotni. Tacy dobrani, szczęśliwi, zawsze i wszędzie razem. Mamy pieniądze,
mieszkanie, mamy wszystko - po prostu full wypas. Czego można chcieć? A
jednak. Trzy miesiące temu żona stwierdziła, że przez te lata nie spotkało ją
nic miłego, wygarneła mi ,że należała do mnie i z tym koniec. Już nie będzie
do nikogo należeć i chce być SAMA. Nienawidzi wszystkich facetów. To był znak
ale go nie dostrzegłem. Zamurowało mnie. Po prostu tak z dnia na dzień -
wygoniła mnie z łóżka, spaliśmy osobno, mówiliśmy do siebie rano " cześć
kochanie" i szliśmy do swoich zajęć. Dla mnie koszmar - ale tłumaczyłem to
sobie - chwilowy kryzys, zwątpienie, minie. Prawda okazała się tradycyjna.
Starszy jegomość w pracy, kilka miłych słówek, parę służbowych wyjazdów -
kilka tygodni "innego życia i świata". Rogacz byłem jednym słowem. Potem
zostawił ją, wrócił do żony, ona znienawidziła facetów. Dowiedziałem się o
wszystkim jak to bywa przypadkiem od kumpla " stary widziałem Twoją żonę w
L.. z jakimś straszym facetem, nieżle się bawili, co jest?" Pogadałem na
spokojnie z żoną, powiedziałem, że jeżeli to skończone to wybaczam, rozumiem,
że był jakiś powód i chcę go poznać. Do dziś czekam na odpowiedź. Mieszkamy
dalej razem, śpimy znowu razem w jednym łóżku, ale to już nie to. Nie
dotykamy się, nie całujemy, nie mówimy "kochanie". Kocham, czekam ale czy to
ma sens? Czy to jest jeszcze do wyprostowania? A może zabić w sobie miłość?
Może rozwód? To pomoże? Żadno z nas o tym nie powiedziało jeszcze ani słowa,
ale może trzeba? Tylko ja ciągle ją kocham, a ona nie odchodzi. Dureń, prawda?