Dodaj do ulubionych

11 lat i co - koniec?

02.12.06, 22:51
11 lat małżeństwa,zazdrościli nam (mi?)wszyscy nasi znajomi w związkach i
samotni. Tacy dobrani, szczęśliwi, zawsze i wszędzie razem. Mamy pieniądze,
mieszkanie, mamy wszystko - po prostu full wypas. Czego można chcieć? A
jednak. Trzy miesiące temu żona stwierdziła, że przez te lata nie spotkało ją
nic miłego, wygarneła mi ,że należała do mnie i z tym koniec. Już nie będzie
do nikogo należeć i chce być SAMA. Nienawidzi wszystkich facetów. To był znak
ale go nie dostrzegłem. Zamurowało mnie. Po prostu tak z dnia na dzień -
wygoniła mnie z łóżka, spaliśmy osobno, mówiliśmy do siebie rano " cześć
kochanie" i szliśmy do swoich zajęć. Dla mnie koszmar - ale tłumaczyłem to
sobie - chwilowy kryzys, zwątpienie, minie. Prawda okazała się tradycyjna.
Starszy jegomość w pracy, kilka miłych słówek, parę służbowych wyjazdów -
kilka tygodni "innego życia i świata". Rogacz byłem jednym słowem. Potem
zostawił ją, wrócił do żony, ona znienawidziła facetów. Dowiedziałem się o
wszystkim jak to bywa przypadkiem od kumpla " stary widziałem Twoją żonę w
L.. z jakimś straszym facetem, nieżle się bawili, co jest?" Pogadałem na
spokojnie z żoną, powiedziałem, że jeżeli to skończone to wybaczam, rozumiem,
że był jakiś powód i chcę go poznać. Do dziś czekam na odpowiedź. Mieszkamy
dalej razem, śpimy znowu razem w jednym łóżku, ale to już nie to. Nie
dotykamy się, nie całujemy, nie mówimy "kochanie". Kocham, czekam ale czy to
ma sens? Czy to jest jeszcze do wyprostowania? A może zabić w sobie miłość?
Może rozwód? To pomoże? Żadno z nas o tym nie powiedziało jeszcze ani słowa,
ale może trzeba? Tylko ja ciągle ją kocham, a ona nie odchodzi. Dureń, prawda?
Obserwuj wątek
    • tricolour Fakt - dureń. 02.12.06, 23:05
      I do tego leń. I bez jaj.

      Jesli uważasz się za faceta, to zachowuj sie jak dorosły facet, a nie dzidziuś,
      który czeka na prezent. Wiesz czego chcesz?
    • marek_gazeta Re: 11 lat i co - koniec? 02.12.06, 23:39
      Żonie wróci humor, tylko musi poznać kolejnego kolegę i trochę się z nim pobawić...

      Sorry. Przykopałem celowo. Poszukaj sobie innej kobiety. Jeśli zdradzała i nie ma w niej poczucia winy, to to zła kobieta jest. Aaa, i nie raczy wytłumaczyć, dlaczego. Mam rację (pytanie do pań - rozwódek z forum)?

      11 lat to jakaś cezura - moje małżeństwo nie doczekało, ale chyba z innych powodów...
      • crazysoma Re: 11 lat i co - koniec? 03.12.06, 00:28
        Jeśli zdradzała i nie
        > ma w niej poczucia winy, to to zła kobieta jest. Aaa, i nie raczy
        wytłumaczyć,
        > dlaczego. Mam rację (pytanie do pań - rozwódek z forum)?
        >

        A dlaczego do kobiet? Mezczyzni tak nie robia?
        • marek_gazeta Re: 11 lat i co - koniec? 03.12.06, 00:37
          Rozpatrujemy konkretny przypadek.
          • crazysoma Re: 11 lat i co - koniec? 03.12.06, 00:45
            Jesli chodzi Ci o konkretny przypadek, to nie powinienes pytac "pan" z forum,
            tylko zone "konkretnego przypadku". Tak mysle. Jesli pytasz czy masz racje,
            mowiac, ze to zla kobieta jest bo zdradzala i nie raczy wytlumaczyc dlaczego,
            to ja, jako "pani" z forum mowie Ci - nie wiem, czy masz racje. Zle kobiety
            potrafia robic duuuuzo gorsze rzeczy, ta jest, powiedzmy, srednio zla.
            • anikab Re: 11 lat i co - koniec? 03.12.06, 00:57
              a mój mąż wie czemu zdradził - przeze mnie.
              to jest mniej czy bardziej zły? smile
              powyższa problematyczna żona przynajmniej nie zrzuca winy na męża,wie,że to z
              nią było/jest cos nie tak.
              pewien znany warszawski psycholog od terapii związków powiedział mi tak: jest
              taka mała indiańska wioska z tradycjami, gdzie jeśli mężczyzna odchodzi od
              żony, grono medrców zatrzymuje go, poniewaz mężczyzna ponoć z natury gubi się i
              wróci, ale jesli odchodzi kobieta od męża, to nikt jej nie zatrzymuje, bo ona
              wie co robi i zdania nie zmieni (w błoto poszło 100 zł za wizytę).
      • iskierkaola Re: 11 lat i co - koniec? 04.12.06, 12:25
        No nie wiesz tak naprawde jak bylo. Ale faktycznie, jak juz napisalam dzisiaj,
        jesli partner szuka pocieszenia gdzies indziej, a nie rozmawia o swoim problemie
        z najblizsza osoba, to nie jest to partnerski zwiazek. To zawiedzione zaufanie.
        Teraz bedzie ja ciagle sprawdzal, i nigdy nie bedzie mial pewnosci. To zabojcze.
        jesli nie ma zaufania, nie ma nic.
    • der1974 Re: 11 lat i co - koniec? 03.12.06, 02:13
      Jakaś magiczna liczba się zrobiła dla facetów z forum. No ja też 11 lat
      zaliczyłem (prawie 11 gwoli ścisłości). Rozwód na zabicie miłości wiele nie
      pomoże. Ty wiesz czego chcesz czy nie? Coś mi się widzi, że średnio wiesz,
      czyli miotasz się. Jak nie wiesz to zaczekaj cierpliwie co dalej. Po prostu jak
      nie wiesz co robić to nie rób nic. Na pewno nie dureń. Nie oceniaj się w ten
      sposób. To są zwyczajne emocje. A w tych sprawach nie ma miejsca na ambicje,
      oceny, czy racjonalizowanie.
      • yagotalbot Re: 11 lat i co - koniec? 04.12.06, 18:46
        Ja wiem czego chcę. Pytanie jest retoryczne. Rozwód to tylko papierowy fakt, a
        skoro tego nie robimy to jest jakiś powód. Emocje, fakt były ale z każdym dniem
        są coraz mniejsze. One opadną, a potem , czas pokaże. Miłość to coś więcej niż
        tylko słowo. Dzięki
        • marek_gazeta Re: 11 lat i co - koniec? 04.12.06, 18:51
          Ludzie nie rozwodzą się z różnych powodów. Np. dlatego, że im się nie chce, że tak im wygodniej (podział majątku!) albo że chwilowo nikogo nie mają i nie chcą "zostać na lodzie".

          Również dlatego, że uświadamiają sobie, że jednak kochają tę drugą osobę.

          Życzę Ci, abyś się nie pomylił w ocenie.
          • yagotalbot Re: 11 lat i co - koniec? 04.12.06, 20:41
            Sobie też tego życzę. Uświadomić sobie - czas, czas i chyba jeszcze raz czas...
    • misbaskerwill Jesteś spokojny, rozważny, kochający... 03.12.06, 14:18
      ...a nie bez jaj!
      Na dobry początek wybierzcie się na jakąś terapię.
      Niech specjalista pomoże Wam "zobaczyć", czego oczekujecie i co naprawdę
      otrzymujecie w tym związku.
      Wiem - powiecie, że miłość to dawanie, ale tu jedna osoba chce dać, a druga tego
      chyba nie chce otrzymywać, więc coś jest nie tak.
      Na pewno bezczynność tu niewiele pomoże, a żona np. znajdzie sobie następnego
      dla "zabicia małżeńskiej nudy".

      To przykre, że ona nie potrafi docenić Twojej miłości, natomiast mści się na
      Tobie za postępowanie kochanka. Niesamowita dziecinność i egoizm żony do kwadratu.
      A Ty ją kochasz. Kolejny dowód, że miłość jest nie tyle ślepa, co rozum ludziom
      odbiera.

      No i te magiczne 11 lat. Ludzie się zmieniają. Może ona nie była taka na
      początku, Ty też na pewno byłeś inny. Ale to już dawno minęło. Otwórz oczy,
      zobacz kim Twoja żona jest teraz. I spójrz na Siebie - czy naprawdę tylko
      marzysz, by tak dalej żyć?
      • nangaparbat3 Re: Jesteś spokojny, rozważny, kochający... 03.12.06, 14:42
        Ciekawe, u nas tez było 11 lat, 4 razem i 7 malżeństwa, jakoś tak.

        Tez jestem przekonana, ze nie dureń.
        Ja bym nie nastawała na zone z pytaniem, dlaczego to zrobiła. Może sama nie
        wiedzieć, zresztą.
        Z tego co piszesz to tylko jedno jest pewne - ze ja kochasz. I dobrze, jesli
        milość rzeczywiscie jest, zdrada czy nawet odejscie nie jest powodem, by
        ja "cofnąć". Jesli ją kochasz, nie ma sensu, żeby jeden romans (przygoda?
        fascynacja? błąd?) przekreśliły 11 dobrych lat.
        Co innego - czego ona teraz chce? Czy Cie kocha? Czy nie odchodzi, bo chce z
        Toba być, czy dlatego, ze boi sie odejść?
        Na pewno ma poczucie winy - mnie sie wydaje, ze w takich trudnych sprawach im
        ono wieksze, tym trudniej przepraszać, tłumaczyc się - po prostu wstyd.
        Napisał Miś, że milość to dawanie - też, ale tez czasem odmowa i przyjecie
        odmowy, moze własnie to jest najważniejsze?
        I Mis ma racje z tą terapią.
        A mnie jeszcze przyszlo do glowy takie pytanie: Czy powiedziałeś zonie, tak jak
        nam tutaj, że teraz, kiedy już wiesz, co sie stało, to mimo ze tego nie
        rozumiesz i bardzo Cie bolało, chcesz z nia być, bo wciąż ją kochasz?
        • tricolour Zaproponowałaś bierność... 03.12.06, 14:50
          ... w sytuacji zdrady radzisz wycofanie, wyciszenie i "terapię małżeńską".
          To dopiero na terapii uczą, by nie łazic do łóżka z obcymi facetami?
        • yagotalbot Re: Jesteś spokojny, rozważny, kochający... 03.12.06, 16:14
          Miłe słowa,dzięki - powiedziałem bo kocham ciagle mocno. I właśnie - czego ona
          chce? Wiesz, któregoś dnia powiedziła że żałuje tego co się stało i potrzebuje
          czasu. Tylko obawa jest - na co jej ten czas?
          • crazysoma Re: Jesteś spokojny, rozważny, kochający... 03.12.06, 17:38
            > I właśnie - czego ona chce?

            Teraz bede sobie gdybac. Troche to ta Twoja zona powiedziala, dlaczego Cie
            zdradzila. "Trzy miesiące temu żona stwierdziła, że przez te lata nie spotkało
            ją nic miłego, wygarneła mi ,że należała do mnie i z tym koniec" To jej slowa.
            Przytoczone przez Ciebie. "Nienawidzi wszystkich facetów." Kolejne Twoje
            zdanie. Jesli to ona powiedziala, ze nienawidzi wszystkich facetow (a wynika,
            ze tak) to nienawidzi ROWNIEZ Ciebie. Dlaczego sie czuje nienawisc do
            najblizszej osoby? Kazdy pewnie z innego powodu, ale generalnie chyba dlatego,
            ze osoba nienawidzaca czuje sie zraniona i oszukana. Facet od zdrady oswoil,
            wykorzystal a potem zostawil.
            A Ty, w czym ja zawiodles, ze Cie znienawidzila?

            p.s. Wiesz, bardzo czesto wydaje nam sie, ze jestesmy w porzadku wobec innych
            osob, ze dajemy tej osobie wszystko co najlepsze, i ze ta osoba nie ma powodow,
            zeby odczuwac przy nas jakies "braki", a potem sie okazuje, ze RZECZYWISTOSC
            odbiega od naszych wyobrazen. Bardzo czesto nawet sobie z tego nie zdajemy
            sprawy. Dlaczego pytasz obcych ludzi, czego ona chce a nie mozesz zapytac zony?
            • nangaparbat3 tak właśnie 03.12.06, 21:49
              święte słowa, Crazy
            • yagotalbot Re: Jesteś spokojny, rozważny, kochający... 04.12.06, 09:52
              Myślisz, że nie pytałem? To wszystko jest niezrozumiałe - pewnie jest-było jak
              mówisz , gdzieś ją zawiodłem, oszukałem. Trudno mi powiedzieć gdzie. Dostrzega
              się to dopiero gdy coś się traci. Nienawiść - masz rację, ale przecież ciągle
              jest ze mną!. I to nie ze względu na pieniądze, oboje mamy ich w bród, stać nas
              na mieszkania osobne. A jednak żadne nie decyduje się na definitywny koniec.
              Swoje powody znam. A co trzyma żonę przy mnie? To próbuję zrozumieć. Może się
              oszukuję ale czy zdrada musi oznaczać zawsze koniec? Może rzeczywiście trzeba
              czasu na zaleczenie ran i zrozumienie. Ja mam czas. Nie pytam Was o radę - ile
              osób tyle zdań, czasami raniących, czasami gorzkich lub miłych. Szukam
              odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi...
          • fiducia_32 Re: Jesteś spokojny, rozważny, kochający... 03.12.06, 20:52
            Mysle ze kobiecie jest tak glupio ze nic nie moze zrobic. Nie ma sily. Chyba
            trzeba czasu zeby w koncu o tym pogadac iz zaczac zyc. Albo razem albo osobno.
            To sie tak nie da, dzis 0 18 mowimy sobie ze chcemy probowac i o 18.05 jest juz
            super jak kiedys. Trzeba czasu zeby rana sie wygoila. Tak samo trzeba czasu
            zeby nauczyc sie z ta rana potem zyc.. smile Pozdr
            • tricolour Nazwijmy rzecz po imieniu. 03.12.06, 20:59
              Jak się dopuszcza zdrady, to nie można nie miec pomysłu, co z tym zrobić. Jak
              sie umiało dać dupy i duszy, to teraz trzeba zapierniczać, by zaufanie odbudować
              (jeżeli w ogóle sie da), a nie czekać aż coś się samo zrobi, aż się nabierze
              siły, albo rana wygoi, albo przyjdzie właściwy czas.

              Z tego wątku widać jak łatwo kobiety relatywizuja zdradę kobiet. Rozumiem, że
              tak samo łatwo podchodzą do zdrady własnych mężów - w końcu im też może "być
              głupio", mogą nie mieć siły na pogadanie itp.
              • nangaparbat3 nie poczuwam sie 03.12.06, 21:52
                Jesli wypowiadalam sie w wątkach zdradzonych zon, to nigdy nie byłam
                rzeczniczką natychmiastowego rozwalania małzeństwa z powodu zdrady.
              • 13monique_n Re: Nazwijmy rzecz po imieniu. 03.12.06, 22:17
                Nawiasem mówiąc Tri, nie wszystkie obecne tu kobiety rozstały się z mężem z
                powodu jego zdrady, albo niekoniecznie była to pierwsza zdrada. Może trudno Ci
                uwierzyć, ale te niektóre z nas oprócz zranionych uczuć (i nie tylko), raczej
                spojrzało na pierwszą zdradę, jako na skutek, a nie przyczynę jakichś
                problemów.
                Nie wydaje Ci się, że nieco za bardzo upraszczasz?
                • tricolour Owszem, upraszczam... 03.12.06, 22:49
                  ... i liczę, że nikt zbyt dosłownie do siebie nie weźmie moich słów.

                  Chodzi mi właśnie o to patrzenie na zdradę jako na skutek. Moim zdaniem nie
                  można w ten sposób próbować "zrozumieć" zdrady, a tak właśnie rozumiem niektóre
                  posty.
                  • 13monique_n Re: Owszem, upraszczam... 03.12.06, 23:03
                    A nie spojrzałbyś na posty jak na rodzaj "burzy mózgów"? Bo może nie wszystkie
                    są trafne (nawet na pewno nie wszystkie), ale czasem uruchamiaja własciwy tok
                    rozumowania u osoby, która wątek założyła, albo u tych, którzy go czytają i się
                    dopisują.
                    To się zdarza nie tylko trafnym postom.
                    • tricolour O to, to to,.... 03.12.06, 23:06
                      ... burza mózgów. Dobry pomysł.

                      Może i mój głos też tak sie da odebrać. Burza z piorunami i dmie jak cholera...

                      smile)
                      • 13monique_n Re: O to, to to,.... 03.12.06, 23:20
                        Wiesz, ale akurat Ty - tak raz na miesiąc, z z askoczenia, to bez burzy byś
                        może mógł??? Wiesz, jak by się wszyscy zdziwili wink
                        • tricolour Raz na miesiąc powiadasz... 03.12.06, 23:31
                          ... miesiąc bez burzy, taki miodowy... Spróbuję. Może jakoś wytrzymam, a to z
                          pewnościa niełatwe będzie.
                          Czyli do 2 stycznia? No dobrze...

                          smile
                          • 13monique_n Re: Raz na miesiąc powiadasz... 04.12.06, 06:40
                            Eeeeeeeeeeeeeee, zaraz miodowy. Zwyczajny, mniej burzowy (burzliwy) smile))

                        • crazysoma Re: O to, to to,.... 03.12.06, 23:34
                          Moni, co Ty gadasz? smile I jak to niby mialoby wygladac? "Czepialski" pan Tri
                          zamieniony w panienke z buzia w ciup? Niewinnie i z wyrozumialoscia w oczetach
                          spogladajacy na swoje owieczki? Rany...
                    • yagotalbot Re: Owszem, upraszczam... 04.12.06, 10:00
                      I tu masz rację, czasami nawet nie wiem co niektórzy mówią. Zdrada sama w sobie
                      jest przykra i boląca - ale ona z czegoś wynika. A opowiedziałem swoją historię
                      po to by ją zrozumieć poprzez spojrzenie innych ludzi. Chyba rozumiesz to
                      dobrze, dzięki.
                      • 13monique_n Yagotalbot 04.12.06, 10:12
                        ... porozmawiaj z żoną. Jeśli rozmawiasz tak spokojnie, jak piszesz.
                        Porozmawiaj. Zapytaj, po co potrzebuje czasu. Przyjrzyj się sobie, czy dasz radę
                        zapomnieć o tym, co ona zrobiła, jesli żona zacznie sie starać, jeśli uznacie
                        oboje, że chcecie i że warto. To trudne, bardzo trudne. Ale mało kto żałuje, że
                        spróbował, szczególnie jeśli kochał w chwil podejmowania decyzji.
                        Zaś miłość - zabija sie dłuuuugo, i bardzo boli.
                        Fakt, że potem człowiek odżywa, bo taka to juz ludzka, żywotna natura.
                        Mądrzejszy, ale bardziej lękliwy. Wybieraj. Pozdrawiam.
                      • crazysoma Owszem, wynika... 04.12.06, 11:40
                        z braku szacunku (i waznosci) dla osoby, ktora sie zdradza.

                        yagotalbot napisał:

                        > I tu masz rację, czasami nawet nie wiem co niektórzy mówią. Zdrada sama w
                        sobie
                        >
                        > jest przykra i boląca - ale ona z czegoś wynika. A opowiedziałem swoją
                        historię
                        >
                        > po to by ją zrozumieć poprzez spojrzenie innych ludzi. Chyba rozumiesz to
                        > dobrze, dzięki.
                        • yagotalbot Re: Owszem, wynika... 04.12.06, 17:58
                          To skoro nie odeszła ode mie to jest oznaka szacunku i ważności czy nie? Co ją
                          trzyma jeszcze przy mnie? Może jednak chęć do odbudowania tego wszystkiego ale
                          nie wie jak to zrobić ? Może?
                          • yoma Re: Owszem, wynika... 04.12.06, 19:54
                            Co ją
                            > trzyma jeszcze przy mnie? Może jednak chęć do odbudowania tego wszystkiego ale
                            > nie wie jak to zrobić ? Może?

                            Powiem tak:

                            z tego, co widzę, i owszem.
                            Niektórzy się trują nie po to, żeby się otruć, ale żeby ktoś odratował.
                            Niektórzy zdradzają nie dlatego, że są tak zafascynowani kochankiem/ą, ale żeby
                            dac sygnał.

                            Pieniędzy macie w bród. OK, dobrze, i co z tego? Czy wykorzystywałeś te
                            pieniądze, żeby żona poczuła się jak kobieta? Nie mówię o koliach brylantowych -
                            mówię o kwiatku bez okazji, o śniadaniu do łóżka, o podaniu płaszcza, o
                            opowiedzeniu, co tam było w pracy, o zapytaniu o poradę chociażby w kwestii
                            zainwestowania tych pieniędzy etcetera, etcetera.

                            I nie-tak-glupie-putanie jeszcze zadam: kto gotuje, a kto zmywa? smile
                            • yagotalbot Re: Owszem, wynika... 04.12.06, 20:51
                              "Czy wykorzystywałeś te
                              pieniądze, żeby żona poczuła się jak kobieta? Nie mówię o koliach brylantowych
                              mówię o kwiatku bez okazji, o śniadaniu do łóżka, o podaniu płaszcza, o
                              opowiedzeniu, co tam było w pracy, o zapytaniu o poradę chociażby w kwestii
                              zainwestowania tych pieniędzy etcetera, etcetera."
                              >
                              > I nie-tak-glupie-putanie jeszcze zadam: kto gotuje, a kto zmywa? smile

                              Widzisz, wydaje mi się ( zauważ-wydaje )że to było, ale pewnie dotykasz czułego
                              punktu - jak zwykle za mało. Czegoś musiałem niedopilnować, może właśnie tego?
                              Tej zwykłej codziennej troski o drugą osobę. Tak, mogło tak być.
                              Co do gotowania - to kucharz ze mnie żaden. Za to sprzątam ja - nawet teraz, w
                              tej sytuacji
                              • yoma Re: Owszem, wynika... 04.12.06, 21:09
                                Nie czepiam się gotowania jako takiego, wiadomo, że jeśli z ciebie zaden
                                kucharz, to nikt cudow od ciebie wymagać nie będzie smile

                                Trudno to powiedzieć tak w dwóch słowach. Pozwól, że zahaczę jeszcze o
                                pieniądze. Jeśli je macie, to pewnie ty pracujesz (ciężko) i żona pracuje
                                (ciężko), wracacie oboje do domu po tej ciężkiej pracy i jak dalszy model dnia/
                                wieczoru wygląda?

                                Żona do garów? Czy może macie macie gosposię? Czy jeśli żona do garów, to czy
                                przynajmniej zapytasz, w czym jej pomóc? Czy razem lepicie te przysłowiowe
                                pierogi (dobrze, wiem, że nie ma przysłowia o pierogach) i obrzucacie się nimi w
                                razie kłótni, a ty je łapiesz i układasz na półmisku w ksztalcie serca?

                                To są takie, wiesz, drobne szczegóły, które niby nic nie znaczą, a jednak znaczą
                                i nie traktuj tych pierogów okropnie dosłownie, ale coś mi się widzi, że
                                komunikacji międzyludzkiej wam zabrakło, jak ci zresztą i inni tu mówią.
                            • marek_gazeta Re: Owszem, wynika... 05.12.06, 00:30
                              > Niektórzy zdradzają nie dlatego, że są tak zafascynowani kochankiem/ą, ale żeby
                              > dac sygnał.
                              O, to ciekawe i zupełnie nowe spojrzenie na kwestię zdrady.

                              Ciekawe, jaki sygnał prezkazuje facet, zdradzający swoją 40-letnią żonę po 20 latach małżeństwa z poznaną 2 tygodnie temu 20-latką? Zapewne jakiś bardzo subtelny, może mediator będzie wiedział?
                              • iskierkaola Re: Owszem, wynika... 05.12.06, 10:29
                                Zgadzam sie z Toba Marek. Kurcze nie mozna usprawiedliwiac zdrady. Po zdradzie
                                nic nie bedzie takie samo, jak tu ufac, wierzyc, kochac. Beda podejrzenia,
                                oskarzenia. Chyba ze zdrada zostanie tajemnica zdradzajacego ale wtedy on
                                bedzie sie meczyl przez cale zycie. Chyba ze potrafi sie porozmawiac bardzo
                                szczerze i starac zrozumiec dlaczego. Czesto zdradzajacy nie wie pewnie dlaczego
                                to robi, ale mimo wszystko dobrze to o nim nie swiadczy. Jest kilka wydarzen
                                ktore chwieja zwiazkiem bardzo intensywnie, zdrada jest na pierwszym miejscu.
                                Klotnie mozna przegadac, komunikowac sie, ale oszustwo i klamstwo to
                                przestepstwo duzo powazniejsze. Znowu pytanie - czy ktos chce zyc z kims, kto go
                                zdradzil? kazdy jest inny. Ja bym nie chciala, ale to moje subiektywne odczucie.
                                To dlatego gdy moj maz powiedzial mi 2 tygodnie po tym, jak sie wyprowadzil ze
                                juz sie zaangazowal w inny zwiazek, nie chcialam go prosic by wrocil. Bo to
                                oznaczalo, ze ze mna juz nie jest zaangazowany. Straaaaasznie to bolalo.
                          • crazysoma Re: Owszem, wynika... 05.12.06, 13:09
                            > To skoro nie odeszła ode mie to jest oznaka szacunku i ważności czy nie? Co
                            ją
                            > trzyma jeszcze przy mnie? Może jednak chęć do odbudowania tego wszystkiego
                            ale
                            > nie wie jak to zrobić ? Może?

                            Yagotalbocie, ja naprawde nie wiem, dlaczego nie odeszla. To wie tylko ona.
                            Natomiast caly czas, gdzies mi siedzi w glowie, ten "krzyk", ze nienawidzi
                            wszystkich facetow i Twoje slowa, ze jest atrakcyjna i ze faceci "slinia" sie
                            na jej widok...
                            Kiedys Jedrusik spiewala - "bo we mnie jest seks goracy jak samum...
                            ... nikt nie wie, ze jest pod seksem i dusza".
                  • crazysoma Re: Owszem, upraszczam... 03.12.06, 23:31
                    >Moim zdaniem nie można w ten sposób próbować "zrozumieć" zdrady, a tak właśnie
                    > rozumiem niektóre posty.

                    Zeby bylo jasne smile nie popieram zdrady, uwazam, ze sa inne, mniej krzywdzace
                    czlowieka formy dania komus do zrozumienia, ze "sory, ale nie jest mi z toba
                    dobrze". A zdrada jest chyba jednak oznaka tchorzostwa i a egoizmu to juz na
                    pewno.

                    • 13monique_n Re: Owszem, upraszczam... 04.12.06, 06:44
                      crazysoma napisała:

                      > A zdrada jest chyba jednak oznaka tchorzostwa i a egoizmu to juz na
                      > pewno.
                      >
                      Wszystkiego, co wymieniłaś. I nikt o zdrowych zmysłach zdrady nie popiera. To
                      nie jest sposób na mówienie "źle mi mi tu". Tylko akurat chodziło o to, że
                      czasem się zdarza, być może w tym wypadku żonie autora wątku, że żałuje tego,
                      co zrobiła. I potrzebuje czasu, by.... (no właśnie, jednak nie będę wróżyć z
                      kart, a ni z niczego innego).
                      Sytuacja paskudna, szczególnie dla osoby zdradzonej, która kocha. Ale może im
                      się uda wybrnąć z kryzysu, może....
                      • crazysoma Re: Owszem, upraszczam... 04.12.06, 09:49
                        >Tylko akurat chodziło o to, że czasem się zdarza.

                        Tu sie z Toba nie zgodze. Moni, jestesmy ludzmi czy gnanymi popedem
                        zwierzatkami? Mamy dobra wole? ZAWSZE jest taka granica, gdzie sie styka czarne
                        i biale. Taki czysciec miedzy niebem i pieklem, gdzie wlasnie wtedy, dokonujesz
                        wyboru czy zostajesz po stronie bialej czy przechodzisz na czarna. Jestem w
                        stanie zrozumiec i usprawiedliwic zauroczenie, fascynacje kims, teskonte za
                        kims, (kiedy jestesmy w tzw. zwiazku), ale nie rozumiem i w zyciu nie
                        usprawiedliwie kogos, kto wybiera zdrade. Mowienie, ze sie zapomnial bo... I
                        usprawiedliwianie, ze czlowiek jest tylko slabym czlowiekiem to idiotyzm do
                        kwadratu i glupie usprawiedliwianie. Mowiac gornolotnie - jestesmy AZ (nad nami
                        jest juz tylko Bog) ludzmi, wiec czemu zachowujemy sie tak podle?
                        • marek_gazeta Re: Owszem, upraszczam... 04.12.06, 10:01
                          > kims, (kiedy jestesmy w tzw. zwiazku), ale nie rozumiem i w zyciu nie
                          > usprawiedliwie kogos, kto wybiera zdrade. Mowienie, ze sie zapomnial bo...
                          Tak, zgadzam się całkowicie, zdrada z premedytacją to morderstwo z zimną krwią, moim zdaniem nie ma usprawiedliwienia. Ja mogę zrozumieć chwilę zapomnienia, np. po alkoholu, nie usprawiedliwiam, ale mogę zrozumieć, czasami sprawca bardzo żałuje momentu słabości. Ale to są sytuacje rzadkie.

                          > stanie zrozumiec i usprawiedliwic zauroczenie, fascynacje kims, teskonte za
                          > kims, (kiedy jestesmy w tzw. zwiazku)
                          Cóż, prawdopodobnie w większości małżeństw przychodzi taki moment, kiedy trzeba się zastanowić, co sprawia, że dalej chcemy być z tą samą osobą, której zalety (i wady) dokładnie poznaliśmy.
                          • julka1800 Re: Owszem, upraszczam... 04.12.06, 22:48
                            calkowicie zgadzam sie z Markiem, raz mozna sie zapomnieć, powiedzmy
                            sprzyjajace okolicznosci, alkohol i dobra zabawa, i poszlo..., WAZNE by
                            wiedziec ze zrobilo sie cos zlego, miec skruche w sobie i okazac ze sie zaluje.


                            I faktem jest ze w kazdym malzenstwie przychodzi moment w ktorym trzeba sobie
                            uzmyslowic dlaczego jest sie z tym a nie innym czlowiekiem , czlowiekiem pelnym
                            zalet ale nie pozbawionym wad.
                        • 13monique_n Re: Owszem, upraszczam... 04.12.06, 10:05
                          crazysoma napisała:

                          > >Tylko akurat chodziło o to, że czasem się zdarza.
                          >
                          > Tu sie z Toba nie zgodze. Moni, jestesmy ludzmi czy gnanymi popedem
                          > zwierzatkami? Mamy dobra wole? ZAWSZE jest taka granica, gdzie sie styka czarne
                          >
                          > i biale.
                          za szybko pisałam i za mało precyzyjnie się wyraziłam, bo w zasadzie mysle tak
                          samo jak Ty.
                          Jesteśmy ludźmi, którym rozum dano po to, by pomagał panować nad popędami.
                          Rzecz jednak w tym, że ktoś czasem zignorował kontrolę rozumu. Najgorsze jest
                          to, że pozwalając na coś takiego, rani się partnera, kiedyś (podobno) kochanego.
                          I wiesz, mi chodzi o to, że być może żona "yagotalbot" jednak kocha jego, a nie
                          tamtego faceta. Być może jest jej wstyd, bo zrobiła cos paskudnego i nie potrafi
                          się z tym uporać. Tylko, że muszą teraz ze soba o tym porozmawiać. I na pewno
                          ona bedzie musiała bardzo się postarać, by odrobić "straty". Może to
                          idealistyczne, ale także tym się kierowałam, kiedy Ex dostał ode mnie drugą
                          szansę. Wiem, jak się czułam, wiem, jak bardzo mnie bolało. Wiele innych, takze
                          niskich uczuć wtedy sie przeze mnie przetoczyło. Nie żałuję tego, że wtedy tę
                          szansę dałam, ze nie podeszłam bezkompromisowo i kategorycznie - właśnie -
                          przecież miałeś rozum i mogłeś wybierać. (Co nie oznacza, że tego mu nie
                          powiedziałam, ani że tak nie myślałam).
                          Trudne to bardzo i indywidualne.
                          • marek_gazeta Re: Owszem, upraszczam... 05.12.06, 12:52
                            > ona bedzie musiała bardzo się postarać, by odrobić "straty"
                            A w jaki sposób? Gotować po dwa obiady dziennie czy zacząć więcej zarabiać?

                            A może dla równowagi małżonek, hmmm, bzyknąłby sobie małolatę, może jakiś trójkącik nawet?

                            > niskich uczuć wtedy sie przeze mnie przetoczyło. Nie żałuję tego, że wtedy tę
                            > szansę dałam, ze nie podeszłam bezkompromisowo i kategorycznie
                            No i w sumie przegrałaś. Może gdybyś podeszła kategorycznie (won za drzwi), to facet by wszystko przemyślał, wrócił za parę miesięcy i został na zawsze. Trudno oczywiście spekulować.

                            Tak nawiasem mówiąc, cosik mnie się zdaje, że gdyby każdy facet wiedział, że za zdradę żona wyp... go natychmiast za drzwi, to liczba zdrad by znacznie spadła. Dotyczy to też drugiej strony.
                            • 13monique_n Re: Owszem, upraszczam... 05.12.06, 13:01
                              marek_gazeta napisał:

                              > A może dla równowagi małżonek, hmmm, bzyknąłby sobie małolatę, może jakiś
                              trójkącik nawet?
                              Myslisz, że trywializowanie jakoś to zmieni? Sa możliwości zadbania o miłość
                              kogoś, kogo się zraniło. Trzeba jednak bardzo chcieć. Nie każdy potrafi.

                              > No i w sumie przegrałaś. Może gdybyś podeszła kategorycznie (won za drzwi)
                              Nie przegrałam. Ja bardzo dojrzałam dzięki tej decyzji. A z Exem rozstałam się
                              nie dlatego, że była "małolata na boku". Po prostu, naprawdę rozstaliśmy się z
                              powodu zbyt dużych różnic charakteru. takich kluczowych dla bycia szczęśliwie
                              razem.

                              > facet by wszystko przemyślał, wrócił za parę miesięcy i został na zawsze.
                              To ja odeszłam. A rozwód jest zgodnie postanowiony przez nas oboje.

                              > Tak nawiasem mówiąc, cosik mnie się zdaje, że gdyby każdy facet wiedział, że
                              >za zdradę żona wyp... go natychmiast za drzwi, to liczba zdrad by znacznie
                              >spadła . Dotyczy to też drugiej strony.
                              A ja wolę, zeby nie być zdradzaną nie ze strachu przed "wypad za drzwi", a z
                              miłości i szacunku smile
                              Idealizm, ale mój, własny. I tego się zamierzam trzymać. Oczywiście działa to w
                              dwie strony.
                              • z_mazur Re: Owszem, upraszczam... 05.12.06, 13:25
                                > A ja wolę, zeby nie być zdradzaną nie ze strachu przed "wypad za drzwi", a z
                                > miłości i szacunku smile

                                Monika podpisuję się pod tym obiema rękami.
                                Szczerze mówiąc wolę już to, że mnie żona zdradziła, niż to że miałaby być ze
                                mną z obawy przed "wywaleniem za drzwi".
                              • marek_gazeta Re: Owszem, upraszczam... 05.12.06, 13:26
                                > Myslisz, że trywializowanie jakoś to zmieni?
                                Nie, po prostu nie sądzę, że to można odpracować. I o to mi chodziło.

                                > A ja wolę, zeby nie być zdradzaną nie ze strachu przed "wypad za drzwi", a z
                                > miłości i szacunku smile
                                > Idealizm, ale mój, własny. I tego się zamierzam trzymać. Oczywiście działa to
                                > w dwie strony.
                                Jedni nie kradną, bo są uczciwi z natury. Inni się boją więzienia albo kompromitacji. I oczywiście idealnie by było, aby wszyscy kochali i byli uczciwi, ale nie widzę, w jaki sposób strach przed konsekwencjami mógłby zaszkodzić. Zwłaszcza, że są różne sytuacje; raz się kocha bardzo, a raz jest kryzys.

                                • 13monique_n Re: Owszem, upraszczam... 05.12.06, 13:47
                                  A ja wiem, że Ex przez chwilę próbował "odrobić". I dobrze mu szło. Tylko on
                                  cierpliwy nie jest. I były tez inne powody. Ale ja go wtedy nie skreśliłam. Po
                                  to mi posłużył jednak rozum, żeby najgorętsze emocje troche okiełznąć.
                                  Wypieprzyć za drzwi jest łatwo. Podjąć próbę działania - wymaga troche pracy i
                                  mobilizacji. Uważam, że warto było - dla nas obojga.

                                  A co do przyczyn "nie zdradzania" - każdy ma swoje. Pozwól, że ja przy swoich
                                  pozostanę.
                                  • marek_gazeta Re: Owszem, upraszczam... 05.12.06, 14:07
                                    > A ja wiem, że Ex przez chwilę próbował "odrobić". I dobrze mu szło. Tylko on
                                    > cierpliwy nie jest. I były tez inne powody. Ale ja go wtedy nie skreśliłam. Po
                                    > to mi posłużył jednak rozum, żeby najgorętsze emocje troche okiełznąć.
                                    > Wypieprzyć za drzwi jest łatwo.
                                    Cierpliwość jest proporcjonalna do stopnia determinacji. Po wyrzuceniu za drzwi determinacja zaczyna dziwnie rosnąć, zaczyna do człowieka docierać, że to nie przelewki. Tak mi się wydaje, nie mam patentu na rację.

                                    > A co do przyczyn "nie zdradzania" - każdy ma swoje. Pozwól, że ja przy swoich
                                    > pozostanę.
                                    No nie...
                                    ja tylko wyjechałem z dygresją, a Ty mnie szufladkujesz smile
                                    • 13monique_n Re: Owszem, upraszczam... 05.12.06, 14:29
                                      Ale ja nie chciałam oddziaływac "wyrzuceniem za drzwi". On musiał decydowac o
                                      byciu "on i ja", my, a nie "dom", albo "wynajęty kąt". Ja jestem człowiekiem.
                                      taki był mój wybór.

                                      PS Nikogo nie szufladkuję. Zauważ, że powiedziałam tylko, ze to co mówię, to
                                      MOJE przekonanie. I słowem nie nawiązywałam do tego, że ktokolwiek miałby je
                                      podzielać. Juz dawno nie prowadze krucjat nawracajacych ludzi na "moje jedynie
                                      słuszne racje" big_grinDDDDDD
                                      Pozdrawiam
            • yagotalbot Re: Jesteś spokojny, rozważny, kochający... 04.12.06, 09:55
              fiducia_32 napisała:

              > Mysle ze kobiecie jest tak glupio ze nic nie moze zrobic. Nie ma sily. Chyba
              > trzeba czasu zeby w koncu o tym pogadac iz zaczac zyc. Albo razem albo
              osobno.
              > To sie tak nie da, dzis 0 18 mowimy sobie ze chcemy probowac i o 18.05 jest
              juz
              >
              > super jak kiedys. Trzeba czasu zeby rana sie wygoila. Tak samo trzeba czasu
              > zeby nauczyc sie z ta rana potem zyc.. smile Pozdr


              Chciałbym byś miała rację, . Dziękuję
      • tricolour I myślisz, że kobieta wróci do... 03.12.06, 14:46
        ... kochającego, spokojnego facia, któremu można rogi przyprawiać, a on
        "rozumie, że był jakis powód i tylko chce go poznać". Powód, znaczy się.

        Z reguły kobiety gdzieś mają mięczaków, choć pod tym pojęciem kryje się wiele
        odcieni. Na pewno nie pogodzą się z mężem, którego nie szanują i który pozwala
        sobie na brak szacunku.

        Misiu.... hm... dostrzegam pewną analogię z Twoim przypadkiem: baby robią, co
        chcą, a wy kochacie je i spokojni jesteście. Potem się żalicie, że one robią co
        chcą, a wy tak kochacie i tacy spokojnie jesteście, że żal (po utraconej
        małżonce) dupę ściska.

        Nie wiem, co może pomóc w takiej sytuacji, ale wiem na pewno, że pisanie na
        forum nie pomoże w żadnym przypadku. Żeby cos zmienić, to trzega robić.
        Może wywalic babę z łóżka i kazać jej zrobić badania lekarskie (dla upokorzenia
        i zdrowotności), może wywalić wręcz za drzwi, może samemu znaleźć sobie pannę
        dla równowagi, może skierować sprawę do sądu, może "uchlać sie" i zrobic
        popisową awanturę i zagrozić, że "jeszcze raz, to w ryj i won".

        Coś trzeba zrobić. SAMEMU, bo terapia ma jedną wadę: trzeba czekać, aż druga
        strona zachce pójść i skorzystać z terapii.
        • misbaskerwill Re: czego nie robić;) 03.12.06, 14:57
          > Może wywalic babę z łóżka i kazać jej zrobić badania lekarskie (dlaupokorzenia
          > i zdrowotności), może wywalić wręcz za drzwi, może samemu znaleźć sobie pannę
          > dla równowagi, może skierować sprawę do sądu, może "uchlać sie" i zrobic
          > popisową awanturę i zagrozić, że "jeszcze raz, to w ryj i won".

          Ogólnie pomysły Tri są niezłe, odradzałbym tylko "uchlanie się" - jak żona
          pójdzie na całość w sądzie, to na pewno to wykorzysta (może nie mieć wstydu tak
          jak moja, a Tri właśnie stwierdził, że to są podobne przypadki wink ).

          Natomiast ta sama twarda rozmowa w wersji na trzeźwo z kamienną twarzą będzie
          miała lepszy skutek - zacznij być twardym draniem, póki nie jest za późnowink.
          Podobno kobiety takich kochają.

          P.S.
          > Misiu.... hm... dostrzegam pewną analogię z Twoim przypadkiem
          Trudno ukryć, ale ja przynajmniej od razu wiedziałem, co z tym fantem robić (o
          postępowaniu małżonki dowiedziałem się za jednym zamachem i to bardzo dużo).

          A że moje wykonanie było fatalne to inna sprawa...
          Dlatego polecam konsekwentne bycie zimnym draniem.
          • nangaparbat3 Re: czego nie robić;) 03.12.06, 15:14
            Widzę, Misiu, ze sie triwializujesz wink
            W Twoim (czy raczej Twojej zony) przypadku moze to i sluszne.

            Natomist tak ogolnie upokarzanie kogokolwiek wydaje mi się i niebezpieczne, i
            złe.
          • tricolour Upokarzanie jest rzeczywiście złe... 03.12.06, 15:27
            ... i mężczyzna nie powinien upokarzać żony i wymagać badania lekarskiego, kiedy
            ta poszła z innym do łóżka. Nie powinien dbać o własne zdrowie (by tylko nie
            upokorzyć puszczalskiej). Nie powinien wiedząc, mogła coś przywlec od jakiegos
            faceta, co może mieć inną co tydzień.

            Kobieta może upokarzać męża idąc z jakimś facetem do łóżka.

            Tak wyglądają twarde zasady. Mało tego - Nanga pisze, że człowiek krzywdzony ma
            prawo do nadmiarowej obrony, ale widzę, że to lipa.

            • nangaparbat3 Re: Upokarzanie jest rzeczywiście złe... 03.12.06, 15:37
              tricolour napisał:

              > ... i mężczyzna nie powinien upokarzać żony i wymagać badania lekarskiego,
              kied
              > y
              > ta poszła z innym do łóżka. Nie powinien dbać o własne zdrowie (by tylko nie
              > upokorzyć puszczalskiej). Nie powinien wiedząc, mogła coś przywlec od jakiegos
              > faceta, co może mieć inną co tydzień.
              >
              Nie musi mieć innej co tydzień, moze miec jeden skok w bok i pecha.
              Jak najbardziej jestem za badaniami. Ale nie w celu upokarzania kogokolwiek.


              > Kobieta może upokarzać męża idąc z jakimś facetem do łóżka.

              Zapewne zdradę odbieramy jako upokorzenie. Ale upokarzanie raczej nie jest
              celem zdradzajacego, tylko produktem ubocznym. To zupelnioe co innego.


              > Tak wyglądają twarde zasady. Mało tego - Nanga pisze, że człowiek krzywdzony
              ma
              > prawo do nadmiarowej obrony, ale widzę, że to lipa.
              >

              Co ja piszę?
              • tricolour No tak napisałaś. Ja tak w każdym razie... 03.12.06, 19:44
                ... zrozumiałem. Znalazłem i cytuję "Natomiast oczywiscie i jak najbardziej
                zgadzam sie z tym, ze czlowiek skrzywdzony ma prawo do najdzikszych reakcji,
                świete prawo ma do tego i nikomu nie wolno go oceniać, howgh!". No chyba, że to
                był żart, a ja nie zrozumiałem.

                Co do badania i upokorzenia, to w moim odczuciu ryzyko zakażenia jest minimalne
                (ale jest), a świadomość upokorzenia takim badaniem jest pewna. Wynika z tego,
                że takie badanie bardziej upokarza niz daje bezpieczny wynik lekarski. Tak ja
                czuję i dlatego napisałem o tym upokorzeniu na pierwszym miejscu.

                • nangaparbat3 Re: No tak napisałaś. Ja tak w każdym razie... 03.12.06, 21:45
                  tricolour napisał:

                  > ... zrozumiałem. Znalazłem i cytuję "Natomiast oczywiscie i jak najbardziej
                  > zgadzam sie z tym, ze czlowiek skrzywdzony ma prawo do najdzikszych reakcji,
                  > świete prawo ma do tego i nikomu nie wolno go oceniać, howgh!". No chyba, że
                  to
                  > był żart, a ja nie zrozumiałem.
                  >

                  To nie był zart. Ale wersja z upokarzaniem kogokolwiek po prostu nie przyszla
                  mi do głowy.


                  > Co do badania i upokorzenia, to w moim odczuciu ryzyko zakażenia jest
                  minimalne
                  > (ale jest), a świadomość upokorzenia takim badaniem jest pewna. Wynika z tego,
                  > że takie badanie bardziej upokarza niz daje bezpieczny wynik lekarski. Tak ja
                  > czuję i dlatego napisałem o tym upokorzeniu na pierwszym miejscu.
                  >


                  A dlaczego uwazasz, ze ryzyko zakazenia jest minimalne? Niby na jakiej
                  podstawie?

                  Natomist w badaniu samym w sobie nic upokarzajacego nie ma - to dopiero
                  kontekst moze to upokorzenie wywolać.
          • 13monique_n Re: czego nie robić;) 03.12.06, 17:10
            misbaskerwill napisał:

            > Natomiast ta sama twarda rozmowa w wersji na trzeźwo z kamienną twarzą będzie
            > miała lepszy skutek - zacznij być twardym draniem, póki nie jest za późnowink.
            > Podobno kobiety takich kochają.
            Bzdura. Proszę o sprostowanie - NIEKTÓRE kobiety takich kochają, ale z całą
            pewnością nie wszystkie.

            Co do tego, na co żona autora postu może potrzebować czasu - jeśli naprawdę nie
            przekreśliła ich związku - czasu potrzebuje, by przeżyć wstyd. Nanga w bardzo
            wyważony sposób to opisała. A rozwód - zawsze zdąży się wziąć.
            >
            > P.S.
            > > Misiu.... hm... dostrzegam pewną analogię z Twoim przypadkiem
            > Trudno ukryć, ale ja przynajmniej od razu wiedziałem, co z tym fantem robić (o
            > postępowaniu małżonki dowiedziałem się za jednym zamachem i to bardzo dużo).
            >
            > A że moje wykonanie było fatalne to inna sprawa...
            > Dlatego polecam konsekwentne bycie zimnym draniem.
    • julka1800 Re: 11 lat i co - koniec? 03.12.06, 22:44
      przeczytalam to co napisales 2 razy , i :
      Fakt 1, czegoś twojej zonie brakowalo, lub w jakims aspekcie zycia nie bylo tak
      jak byc powinno. Ty o tym nie wiedziales, no bo skad, a ona pewnie myslala ze
      da rade z tym zyc. Pomylila sie , nie dala. Pęklo po 11 latach bycia razem.
      Romans to skutek tego. Teraz musi to odreagowac. Byc moze sama nie moze sie w
      sobie odnależć, byc moze wie juz co bylo nie tak, ale nie wie jak Ci to
      przekazac i jak zareagujesz, jak potoczy sie dalej wasze zycie.
      Czasu jej potrzeba czasu. I to musisz jej dac jesli ja kochasz.
      • yagotalbot Re: 11 lat i co - koniec? do julka 1800 04.12.06, 10:10
        Obyś miała rację. Tak kocham ją a czas - mam go dużo, a to że nie odeszła, choć
        jak pisałem nie ma ku temu żadnych przeciwskazań, stać nas na wszystko, może
        oznaczać że też tego nie chce. Może to prawda? Jak mówisz - czas pokaże.
        • julka1800 Re: 11 lat i co - koniec? do julka 1800 04.12.06, 11:48
          Teraz szaleją w niej emocje, czasami powoduja ze czlowiek robi dziwne ruchy
          typu wyprowadzka, szybki pozew, potem bywa ze zaluje ale na odwrocenie jest
          ciut za pozno.
          Jesli nie zrobila zadnego gwaltownego ruchu, to moze to znak, ze jest na tyle
          rozsadna, ze chce przeczekac ten okres
          • 13monique_n Re: 11 lat i co - koniec? do julka 1800 04.12.06, 12:28
            julka1800 napisała:

            > Jesli nie zrobila zadnego gwaltownego ruchu, to moze to znak, ze jest na tyle
            > rozsadna, ze chce przeczekac ten okres
            Własnie to mi przyszło do głowy. Jesli dwójka ludzi cos jeszcze ma ochote
            zrobić, to naprawdę gwałtowne ruchy i decyzje sa najgorsze. Trzeba przeczekać,
            żeby dopuścić tez rozum do działania - bo jak by nie patrzeć, będzie to, albo
            nie, sojusznik w utrzymaniu podejmowanych decyzji.
            • yagotalbot Re: 11 lat i co - koniec? do 13monique_n 04.12.06, 18:38
              W tym cała moja nadzieja - brak ruchów też coś musi oznaczać ,czas czas to
              słowo jest jakieś magiczne, ciągle się przewija. No ale tego akurat mam w
              dostatku. Emocje opadną tylko o czym wtedy rozmawiać. O tym co było, analizować
              to i rozdrapywać? Ja bym chciał , ciach i po kłopocie ale tak się nie da, wiem
              o tym. Uczucie musi być w dwóch sercach. Na razie jest w jednym a w drugim
              myślę że też, tylko trochę głęboko schowane. Romans i jego konsekwencje nie są
              nieodwracalne. To boli, ale nie musi niszczyć - chcę w to wierzyć. Dajesz mi
              nadzieję. Dzięki
              • 13monique_n Re: 11 lat i co - koniec? do 13monique_n 05.12.06, 12:22
                yagotalbot napisał:

                > W tym cała moja nadzieja - brak ruchów też coś musi oznaczać ,czas czas to
                > słowo jest jakieś magiczne, ciągle się przewija.
                uważaj jednak. Gdzies tutaj którys z panów pisał, żebyś w staraniach nie
                zapomniał o szacunku do samego siebie. Musi byc wiara, rozum i SZACUNEK, bo
                tylko z ta miesznką (plus ofc uczucie) mozna próbowąc coś odtwarzać.
                O czym rozmawiać - powoli, raczej o przyszłości i ewentualnie, czego Wam
                brakuje. Nie w formie żalów, ale raczej - "chciałbym"

                >Romans i jego konsekwencje nie są
                > nieodwracalne.
                To akurat nie jest zbyt pewne. te mysli będa Cie męczyc i musisz byc na to
                gotowy. Jak bardzo? Zalezy od Twojej żony. To ona głownie musi "odpracować"
                zdradę, odbudować zaufanie. A razem - koniecznie musicie pracowac nad
                zrozumieniem wzajemnym, nad tym, by umiec sobie powiedzieć "wróć proszę
                wcześniej z pracy, chciałabym/chciałbym spędzić z Toba troche czasu" - na
                przykład. Mówić, mówić czego potrzebujecie.
                >To boli, ale nie musi niszczyć - chcę w to wierzyć. Dajesz mi
                > nadzieję. Dzięki
                Nie dziękuj. Mnie się nie udało, ale nie żałuję tego, że spróbowałam. Wiele się
                nauczyłam i wiele zyskałam. Trzymaj się.
                • marek_gazeta Re: 11 lat i co - koniec? do 13monique_n 05.12.06, 12:41
                  > Pogadałem na
                  > spokojnie z żoną, powiedziałem, że jeżeli to skończone to wybaczam, rozumiem,
                  > że był jakiś powód i chcę go poznać.
                  A może żona oczekiwała karczemnej awantury, pokazu zazdrości i, bo ja wiem, nawet szarpaniny (bez bicia oczywiście)? Może wtedy pokazałbyś miłość, zazdrość, wściekłość, to, że jesteś facetem. A Ty "spokojnie, rzeczowo". Najwyraźniej kochanek nie był ani spokojny, ani rzeczowy, tylko brał za taczki. Może żona ma dość spokoju (mówiąc dosadnie: rzyga tym całym spokojem). Może rozczarowała się Twoją reakcją i nie uważa za stosowne za nic przepraszać.

                  Ja bym się wściekł. Może nawet rzucił się na kobietę i spróbował ją... no nie wiem, trudno coś spekulować. Oczywiście, jeśli mógłbym sobie na to pozwolić (np. moje mieszkanie lub współwłasność), wywaliłbym kobietę za drzwi. Od razu. Może pozwoliłbym wrócić, ale na pewno na jakiś czas bym wywalił.

                  > >Romans i jego konsekwencje nie są
                  > > nieodwracalne.
                  > To akurat nie jest zbyt pewne. te mysli będa Cie męczyc i musisz byc na to
                  > gotowy.
                  Są. Jeśli ją kochasz i nie akceptujesz modelu "każdy sobie, byle wrócić do domu", to już na zawsze będziesz podejrzliwy przy jej samodzielnych wyjazdach. Można wybaczyć, ale chyba już nie można zapomnieć. Chyba, że przy ew. kolejnej zdradzie znów masz zamiar "spokojnie i rzeczowo".

                  Nawiasem mówiąc - nie macie chyba dzieci? Może przegapiliście ten moment? Związek musi się rozwijać, nie można ze sobą chodzić 20 lat, trzeba się wreszcie pobrać, potem po pewnym czasie trzeba kupić i urządzić mieszkanie, potem czas na dzieci itp. Każdy związek musi przejść przez te etapy; jeśli któregoś zabraknie, rodzą się problemy. Oczywiście nie sądzę, aby teraz pojawienie się dziecka coś mogło szybko zmienić.
                  • yagotalbot Re: 11 lat i co - koniec? do 13monique_n 05.12.06, 18:17
                    Widzisz Marek, krzyk awantura? Święty to ja nie jestem - było to ,ale w
                    momencie w którym jeszcze nie wiedziałem o kochanku, a ona już z nim nie była.
                    Tylko to nic nie dało - polaciały jej łzy, kompletne załamanie i noc spędzona
                    na ryku w poduszce no i odpuściłem sobie krzyki. Gdy prawda wyszła na jaw - po
                    co miałem znowu krzyczeć? Skoro wtedy mi o tym nie powiedziała? Dowiedziałem
                    się i skoro nie odeszła chciałem wiedzieć czemu? Cały ten wątek się do tego
                    sprowadza. Natura kobiet podobno jest nie do zbadania? to pytanie do kilku pań,
                    często tu piszących - ktoś was zrozumiał kiedyś? Ja próbuję zrozumieć tą
                    jedyną, może się to kiedyś uda. Wywalić z domu? Problem w tym ,że nocować mamy
                    gdzie - nie byłoby szukania pomocy u koleżanki czy kogoś takiego. Musiałbym
                    sporo zamków pozmieniać. W moim przypadku to by nic nie dało, wierz mi. Co do
                    romansu i zdrady. Może kiedyś będę tego żałował, że wybaczyłem, ale na razie
                    nie.
                    Wiesz - dom bez niej jest pusty. Gdy jesteśmy w nim razem - jest to dom, z
                    dużym krzyżem w tej chwili, ale DOM - może jestem z innej bajki, miękki w
                    stosunku do tej jedynej istoty na ziemi ( cała rzesza się znajdzie, która powie
                    o mnie wszystkie najgorsze inwektywy - ich prawo) ale dla niej inny nie
                    potrafię. I może tu masz rację, może trzeba było się zmienić? Kto to wie.
                    • tricolour No to z innej beczki. 05.12.06, 18:21
                      Napisz, co zrobiłeś ostatnio dla swojego małżeństwa. Najlepiej (bo najtrudniej)
                      w punktach.

                      Zapraszam.
                      • yagotalbot Re: No to z innej beczki. 07.12.06, 08:25
                        Jak sobie to wyobrażasz - co mam robić? Kupić drobiazag? Pójść razem do teatru
                        itp. Do restauracji?. Kupić nowy samochód? Przecież nie mogę za pieniądze kupić
                        tej jedynej kobiety. Ale staram się, czasami wydaje mi się że ona też -
                        spędzamy każdą chwilę wolną razem w domu - jest jakoś tak smutno ale jesteśmy
                        razem, spotykamy się z rodziną czy przyjaciółmi, jesteśmy blisko siebie a
                        jednak daleko. Nie rozmawiamy o przeszłości ani o przyszłości, trudne tematy,
                        ja bym chciał ale wiem że skończy się to płaczem więc czekam aż sama zechce to
                        poruszyć. Czy można w takiej sytuacji coś zrobić? Jak umiesz to podpowiedz.
                        • tricolour Można włąśnie kupić drobiazg... 10.12.06, 15:54
                          ... albo zaprosić do teatru. Zaproszenie może nie zostać przyjęte - trudno.
                          Moża zaprosić na kolację lub taką zrobić samemu w domu. Można wyjechać w góry
                          (lub nad morze) na weekend. Można zamówić anonimowy bukiet róż przez posłańca.
                          Wiele rzeczy można.

                          Ja się pytałem co zrobiłeś....
                          • 13monique_n Re: Można włąśnie kupić drobiazg... 10.12.06, 17:46
                            Tri, dobre pomysły. Tak zwyczajnie, dobre. Stwarzające okazję do rozmowy.
                            • yagotalbot Re: Można włąśnie kupić drobiazg... 11.12.06, 17:35
                              No dobra:
                              1. Kupiłem piękny brylancik, podarowałem go jej w fajnej restauracji, widziałem
                              błysk w oku - dostałem za to cudownego całusa, nawet kilka - ale to wszystko.
                              2. W domu zrobiłem kilka kolacyjek, takich przyjemnych do rozmowy,
                              rozmawialiśmy dużo i o wszystkim, tylko nie o nas (mówiłem - zaraz totalna
                              załamka i płacz)
                              3. Staram sie odbierać ją z pracy - niestety często odmawia.
                              4. Wręczam kwiatuszki tak bez okazji, jak zajdę do biura czy wracamy do domu.
                              Są to zachowania trywialne, mi przypominają one formę kupienia sobie rzeczy a
                              nie odzyskania i zrozumienia kobiety, ale robię to ze szczęściem.
                              Niestety nie spotyka mnie za to żadna szczególna nagroda. Ciągle przewija się
                              motyw czasu. Boję się, że poczuje się osaczona przeze mnie, co zresztą kiedyś
                              powiedziała, ale to jeszcze zanim się dowiedziałem o zdradzie, kiedy coś czułem
                              i nie wiedziałem co to jest to też próbowałem być bardzo blisko. No i teraz też
                              może mnie to doleci? Niestety, ciągle nie rozumiem postępowania kobiet. A czas
                              leci. Ciągle szukam pewnych odpowiedzi, ale coraz spokojniej do tego podchodzę.
                              Ciągle jest ze mną.
                              • marek_gazeta Re: Można włąśnie kupić drobiazg... 11.12.06, 17:46
                                No tak, trzeba uważać, żeby nie przesadzić - pomagać w sytuacjach, w których kobieta rzeczywiście potrzebuje pomocy, ale nie narzucać się. Czasami ciężko znaleźć tę cienką linię.
                                • julka1800 Re: Można włąśnie kupić drobiazg... 13.12.06, 13:44
                                  i nie od razu przy okazji kolacji rozpoczynać temat "O Was"
                                  lepiej moze sporobowac zacząc rozmawiac ot tak bez tego cięzkiego tematu
    • eliminantka Re: 11 lat i co - koniec? 04.12.06, 00:50
      Faktycznie coś z tą 11 jest nie tak. Ja po 11 latach małżeństwa powiedziałam
      STOP. Dziwne?
      • vlichada Re: 11 lat i co - koniec? 04.12.06, 10:55
        Czas nic nie pokaze...bedzie wegetacja i udawanie.
        Ja jestem taka zla zona.On pyta...a ja wiem, ze go nie kocham od dawna, ze
        wyroslam z niego. Nie chce mu tego mowic, powinien czuc.Ze byl dobry? a co to
        znaczy?
        Nie chcial wiedziec co czuje, mysle, czytam, chce zrobic, o czym marze...chcial
        obiadu, swietego spokoju, pilota. Nie chcial rozmow, przytulan, spacerow...
        Nie chcialam milosci, nie wierzylam w nia, ale przyszla.Miotam sie, jestem
        egoistka, i pytam sama siebie, czy mam zrezygnowac?
        • 13monique_n Re: 11 lat i co - koniec? 04.12.06, 11:00
          Wiesz, ja wiem, że trudno jest powiedzieć komuś, że się go nie kocha. Ale moze
          po prostu warto powiedzieć "chcę odejść". Nie musisz nic wyjaśniać. Ale Obie
          osoby zasługują w takiej sytuacji na wolność. Tak zwyczajnie. (tak sądzę)
    • inkaspinka1 Re: 11 lat i co - koniec? 04.12.06, 10:46
      Wiesz co... mam takiego kumpla jak Ty. Też mówi udana rodzina, mamy wszystko,
      wspolne cele itp. Tylko w ogóle przestały go interesować potrzeby żony, to czy
      czuje się przy nim adorowana, kobieca, jakie ma marzenia, pragnienia. I już
      widzę, że te rogi to lada chwila.
      Jak chcesz ratować małżeństwo to najpierw dowiedz się od swojej żony dlaczego
      doszło do zdrady, czego jej w małżeństwie brakowało, jakie są jej marzenia,
      pragnienia, czego chce. Nawet, jeśli będzie bardzo boleć- musisz to wiedzieć,
      bo inaczej niczego odbudować się nie da. Będziecie oboje w tym związku z
      przetrąconym kręgosłupem, bez świadomości dlaczego.
    • iskierkaola Re: To zalezy od Was 04.12.06, 12:20
      Nie uwazam ze duren. To bardzo szlachetne i ludzkie wybaczac bledy. Podziwiam to
      w Tobie, musisz naprawde kochac. Tylko pytanie - czy ona tego wybaczenia
      chciala? Skoro jest rozgoryczona i "nienawidzi" wszystkich facetow, to znaczy ze
      nie przyszla do Ciebie skruszona, bo nie chciala Ciebie stracic, bo zrozumiala
      jak wiele dla niej znaczysz, tylko bo chciala na Ciebie wyrzucic swoje zale.
      Milosci nie zabijaj, ale moze pozwol jej umrzec. Skoro juz nie jest tak jak
      bylo, to zapytaj sie siebie co czujesz? Czy to strach przed utraceniem czegos
      znajomego? Strach jest zrodlem najgorszych instynktow u ludzi. Wszystko zlo na
      swiecie bierze sie z tego ze ktos sie czegos boi. To okropny waz ktory owija
      sie wokol Ciebie. Nie ma nic gorszego ani bardziej ponizajacego dla nas samych
      niz zyc w bojazni. Ona bala sie Ci powiedziec ze cos jest nie tak, wolala
      potajemnie Cie zdradzic. Czy to jest w porzadku? Nie dala Ci nawet szansy zeby
      cos zmienic, bo Ty nie wiedziales ze cos jest nie tak. Tak to widze.
      Przepraszam, jesli Cie zranilam, ale w taki sposob jak twoja zona, dojrzali
      kochajacy sie ludzie nie postepuja. Czy chcesz od niej tego co ona Ci teraz
      daje? Albo czy kiedykolwiek da Ci jeszcze to, czego potrzebujesz?
      • yagotalbot Re: To zalezy od Was 04.12.06, 19:10
        Najpierw dowiedziałem się "że nienawidzi facetów" potem o romansie. Te słowa
        były skutkiem zostawienia przez kochanka, uważam ,że rozgoryczenie tym faktem.
        Ale właśnie - czemu wróciła? Ja się nie boję, szukam odpowiedzi. Strach, tylko
        przed czym. Żona może mieć każdego faceta, zawsze się ślinili na jej widok.
        Wokół mnie też jest dużo kobiet, przepraszam, nie chcę urazić żadnej pani ale
        wszystkie z powodu kasy. Tylko tej jednej nigdy nie zależało na pieniądzach.
        Sprzyjające warunki do zdrady były od zawsze, ale nastąpiła ona dopiero
        niedawno. Szukam jej sensu. Nie ranisz, pomagasz zrozumieć. Miłość umiera ale
        razem z nią chyba umiera część duszy. Chyba jednak będę czekał. Czas, czas,
        ciągle się przewija w moich słowach. Dzięki
        • yoma Re: To zalezy od Was 04.12.06, 19:56
          To by potwierdzało to, co napisałam wyżej smile
        • nangaparbat3 Re: To zalezy od Was 04.12.06, 20:42
          Przyszlo mi do glowy, ze to jej "nienawidzę wszystkich facetow" i ucieczka z
          sypialni było ucieczką przed Twoja przewidywana reakcje na jej zdradę. Że bala
          sie, ze ją odepchniesz, upokorzysz, przepedzisz. Że nigdy nie wybaczysz. I
          chciala to uprzedzić - najlepszą obroną jest atak, podobno.
          To są oczywiscie wyłacznie moje fantazje, ale rownie uprawnione jak pomysły Tri
          czy innych osob.

          I jeszcze jedno. Piszesz:

          > Wokół mnie też jest dużo kobiet, przepraszam, nie chcę urazić żadnej pani ale
          > wszystkie z powodu kasy.

          i tak sie zastanawiam - panie niby przepraszasz, ale moze rzecz w tym, ze
          siebie za nisko cenisz, dlatego sadzisz, ze lgną do kasy tylko? Moze jednak cos
          w Tobie jest? W końcu zona to cos zobaczyła, nie?

          A dlaczego Cie zdradzila - o tym pisala powyzej Crazysoma, i sensownie pisała.
    • emde74 Re: 11 lat i co - koniec? 04.12.06, 12:27
      próbuj ratować. rozwód to gehenna. M.
      • wojtekp67 Re: 11 lat i co - koniec? 04.12.06, 15:14
        Współczuje. Przechodziłem podobnie.
        Musisz przyjac niestety wersje, zę żona Cie nie kocha, bo kobieta nie zdradza,
        nie nawiazuje romansu, kiedy jest w niej uczucie do partnera. Moze sie zdarzyć
        jednorazowy wyskok,przygoda ale nie romans. I pamietaj, kobiety bardziej sie
        angazują, potrzebują uczuć do seksu. Powiedziała : "wybacz, skrzywdziła Cie" ?
        Czy załuje? Nie ona czuje sie nieszczęsliwa, ale egoistycznie nieszczesliwa. To
        oczywiscie dywagacje, ale niektórzy maja racje- pokaż ze masz jaja. Ja prosiłem
        zonę, upokorzyłem sie, a ona tym łatwiej mnie kopała. Mnie moja zona chyba
        zaczeła szanować jak zaczałem zabijać moja miłosć do niej, jak przestałem
        rozmawiać i sie nią interesowac. Jak zobaczyła ze nie bede prosil, ze to
        już ... koniec. Niech twoja żona widzi faceta, faceta którego traci lub już
        straciła. Wtedy moze oprzytomnieje.
        A propos. Inkaspinka. jesli mi brakuje samochodu, to mogę isć go ukrasc? jesli
        jestem głodny to mogę kraśc? Jesli mi czegos brakuje w malzenstwie to mogę
        iść , wdać sie w romans? Zdrada, oszustwo, kłamstwo...
        • inkaspinka1 Re: 11 lat i co - koniec? 04.12.06, 15:54
          nie można kraść... ale warto rozmawiać. Wiem z własnego doświadczenia, że wiele
          razy prosi się o odrobinę okazywania uczucia. Jak ktoś Cię olewa, mimo próśb
          naprawy związku - to trudno się potem dziwić, że są zdrady. Ale to już kwestia
          odpowiedzialności za swoje czyny. Jedna osoba pozwoli sobie na małą fascynację
          bez nielojalności wobec partnera, inna od razu zniszczy wszystko. Kwestia
          wyboru i tego, że nia da się złapanemu za rękę wmawiać, że to nie moja ręka.
    • der1974 Re: 11 lat i co - koniec? 04.12.06, 18:12
      Ile przypadków tyle porad smile Normalne zresztą.

      Co do zasady trzeba zgodzić się z Tri, co do metod niekoniecznie. Zależy od
      każdego z jeszcze partnerów. Jeśli Cię nie szanuje, to nie nie licz na nic już,
      tylko przemyśl, jak samemu się szanować. Bo tylko wtedy inni Cię uszanują.
      Przyda się na przyszłość jak znalazł.

      Użalanie się, upokarzanie, prośby - zapomnij. To nic nie da. Podobnie jak
      proponowane przez panie rozmowy. To już nie ten etap.

      A ja od siebie poradzę Ci - zacznij żyć swoim życiem, nie oglądaj się na żonę.
      Naucz się żyć sam z sobą. Wróć do sowich hobby, swoich znajomych, rzuć się w
      pracę. Ale w żadnym wypadku nie żyj jej życiem i nie zatruwaj jej życia. Zrobi
      co zechce. Ale w ten sposób dasz jej jakąś szansę.

      W kwestii wybaczania można i należy to zrobić jeden raz. Warto bo po drugiej
      wpadce już się nie miotasz.

      W kwestii zdrady - każdy jest wolnym człowiekiem. Robi co chce i powinien mieć
      świadomość konsekwencji.
      • z_mazur Re: 11 lat i co - koniec? 05.12.06, 07:26
        Niop
        Zgadzam się z Derem.
        Najlepiej zająć się sobą. Żyć własnym życiem i dać ewentualnie żonie możliwość
        spowrotem włączyć się w to życie.
        Kobiety nie kierują się racjonalnymi przemyśleniami, dlatego nie trafisz do
        kobiety argumentami i tłumaczeniem czegokolwiek. Kobiety kierują się emocjami i
        jednyne co może zmienić zachowanie kobiety to wywołanie w niej określonych
        emocji. A kobieta szuka w mężczyźnie oparcia i poczucia bezpieczeństwa. Takich
        uczuć nie zapewni jej żałosny i zrozpaczony mięczak.
        To co napisał już ktoś wyżej. Po takim rozstaniu żona zaczęła patrzeć na mnie
        inaczej dopiero jak odsunąłem się i przestałem w jakikolwiek sposób zabiegać o
        nią, a gdy zacząłem żyć własnym życiem bez oglądania się na nią to usłyszałem,
        że "przecież możemy być przyjaciółmi", inna sprawa, że wtedy już mi na tym w
        ogóle nie zależało.
        • necia100 Re: 11 lat i co - koniec? 10.12.06, 14:27
          Yogotalbot to smutne co Cię spotkało sad. Jest więcej osób,którzy trwają w takim
          zawieszeniu.Chcesz pogadać,wpadnij do nas : www.wenusjanki.pl/ .
          • nika19741 Re: 11 lat i co - koniec? 13.12.06, 14:03
            a mnie jest Cie zal,zostales zdadzony sad ona Cie wykorzystuje, to ona powinna
            o Ciebie zabiegac, to ona powinna próbowac a nie ty, to ona przesadziła, nie
            zasługujesz na taka kobiete
            • yagotalbot Re: 11 lat i co - koniec? 14.12.06, 08:38
              Chciałbym abyś sie myliła, bo jeśli nie zasługuję na nią - to znaczy że rozwód
              jest tylko kwestią czasu. A tego, podobnie jak Ty (czytałem Twoją historię, z
              drobnym szczegółem lustrzane odbicie, doskonale rozumiem co przeżywasz)ciągle
              nie chcę. Ona była , jest i będzie tą jedyną.
              • z_mazur Re: 11 lat i co - koniec? 14.12.06, 09:09
                yagotalbot napisał:

                > Ona była , jest i będzie tą jedyną.

                Widzisz, a ja wiem dokładnie co Ty przeżywasz.
                Z tą jedną jedyną to jest tak. Musisz zrozumieć, że gdyby to była ta jedna
                jedyna, to nie zachowałaby się w ten sposób, a skoro się tak zachowała tzn., że
                to nie jest ta jedna jedyna. Proste???
                Być może własnie ta jedna jedyna dopiero czeka na Ciebie.
                • marek_gazeta Re: 11 lat i co - koniec? 14.12.06, 09:31
                  > > Ona była , jest i będzie tą jedyną.

                  Była i jest, ale czy będzie?

                  > Widzisz, a ja wiem dokładnie co Ty przeżywasz.
                  > Z tą jedną jedyną to jest tak. Musisz zrozumieć, że gdyby to była ta jedna
                  > jedyna, to nie zachowałaby się w ten sposób, a skoro się tak zachowała tzn., > że to nie jest ta jedna jedyna. Proste???

                  Proste, tylko cholernie trudno to sobie uświadomić. Zwłaszcza, jeżeli się kobietę kocha. Ty zrobiłbyś dla niej wszystko, zjadłbyś własne skarpetki, żeby uratować związek, więc trudno sobie uzmysłowić, że ona może mieć to wszystko gdzieś.
                  • crazysoma Jedna Jedyna 14.12.06, 09:49
                    Ja mam swoja prywatna teorie - zasada Jedna Jedyna dziala w dwie strony -
                    a "trafiony, zatopiony" jest on i ona. To sie dzieje poza nasza swiadomoscia,
                    jaznia czy jak to tam nazwac. Na poziomie trudnym do zdefiniowania,
                    wytlumaczenia umyslem. To sie po prostu dzieje... Yagotalbot, nie wiem, czy u
                    Ciebie tak wlasnie bylo, jesli tak, to OK - to jest ta Jedna Jedyna. I to nie
                    podlega zadnej reformacji, tlumaczeniom, probom oderwania sie od
                    przynaleznej "nam" jednostki. Milosci sie nie leczy i juz... Ale bardzo czesto
                    jest tez tak, ze sobie wmawiamy, ze to ten jedyny, ta jedyna. A tak naprawde
                    cierpimy na "zespol bezkrytycznego kochania kogos". Szczegolnie trudno
                    zrozumialy, kiedy ta druga osoba nas olewa. A wtedy, tak jak sobie kombinuje,
                    to juz wchodzi kwestia dlaczego (z jakiego powodu) kochamy kogos kto ma nas
                    gdzies. I tu zaczyna sie zadanie dla terapeuty - uswiadomic nam dlaczego
                    zakochujemy sie w tym a nie innym osobniku, a potem trwamy i nie mozemy
                    przestac "kochac" kogos, ktos nas nie kocha, nie mysli o NAS, nie szanuje, nie
                    zaspokaja naszych potrzeb (bo moze nasza jedyna potrzeba to zaspokajac potrzeby
                    tej drugiej osoby?), odchodzi od nas a my, nie potrafimy. Dlaczego?
                    • yagotalbot Re: Jedna Jedyna 14.12.06, 18:40
                      Jedyna, bo jestem nieuleczlnie chory. Dlaczego - tego chcę się dowiedzieć A
                      co powiesz na to ,że na bal Sylwestrowy idziemy razem i to jest jej pomysł? Ona
                      to postanowiła i zorganizowała, ja oczywiście cieszę się jak dziecko, tylko
                      ciągle kołacze mi się po głowie - czemu? po co? Może to dobry prognostyk? Czy
                      jest to oznaka olewania czy nie? No na mój rozum ( niestety zaślepiony - nie)
                      ale może jest to przykrywka. Kobiety, kto was zrozumie. Ja nawet nie myślałem o
                      Sylwku a tu informacja - bal tu ,idziemy na 20 . Wszystko załatwione. Może to
                      odskocznia - zapomnieć o szarej codzienności, rozerwać się jedną noc, ale chcę
                      wierzyć że to jednak ma głębsze znaczenie. I masz rację "zespol bezkrytycznego
                      kochania kogos" . Taki jestem. Kiedyś, przed żoną człowiek doświadczał życia -
                      pełni życia, ale od Niej - innych nie było i nie ma. Ktokolwiek by mi nie
                      stanął na drodze. I twoje stwierdzenie definiuje chyba mój stan - "bo moze
                      nasza jedyna potrzeba to zaspokajac potrzeby tej drugiej osoby " - z małym ale -
                      nie jedyna moja potrzeba, chcę jeszcze czuć jej kobiece ciepło. Mylić się jest
                      podobno rzeczą ludzka więc może i "to" było tylko pomyłką i po prostu nie ma
                      jak z niej bezpiecznie uciec?


Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka