czy nasze szczęście po rozwodzie musi wiązać się z poznaniem drugiego
partnera?
czy nie możemy sami żyć nadal, pełni radości i życzliwości?
czy tylko drugi człowiek, "przykuty do kaloryfera" jest gwarancją odbudowania
własnego "ja", poczucia wartości ?
rozumiem, że rozwodnikom, z dziećmi czy bez, jest trudniej, że zawsze jakas
tam "łatka" zostaje przyszpilona, ale dlaczego o naszyn szczęsciu, dla
niektórych: po odzyskaniu wolności, dla innych po traumie, depresji, czy dla
następnych po zakończeniu przemocy, ma decydować drugi człowiek,
człowiek o którym nic nie wiemy, którego tak bardzo wielu z nas pragnie, a
jednocześnie sie tak bardzo obawia,
ja jak na razie podjęłam decyzję życia samotnej z dziećmi, nie szukam i nie
zamierzam szukać,
nie chcę, aby moje szczęście, poczucie bezpieczeństwa, radość zależały
od "wyczekiwania" kogoś,
chcę sie cieszyc życiem, niezależnie od tego czy jest ktoś koło mnie, czy to
dzieci, czy tylko zwierzaki,
nie uzalezniajmy naszego życia od istnienia drugiej osoby,
jak jest to fajnie, a jak nie ma to co? rozpacz?
już to przechodziliśmy (lub przechodzimy)
nauczmy sie żyć dla siebie, cieszyć się z małych rzeczy
tak myślę, że wtedy nam będzie lepiej,
a gdy się komuś coś trafi... to życzenia wyślę

))