Dodaj do ulubionych

Do porzuconych

09.05.07, 13:39
Nie obarczajcie winą ani siebie, ani jego/jej. Wybaczcie sobie/jemu/jej.
Każdy musi sam uporać się ze swoim bólem, a szukanie winnych tylko ten ból
pogłębia. W rozstaniu nie ma winnych, są tylko przyczyny. Ich analiza i
wyciągnięcie wniosków pomoże stanąć na nogi, pozwoli odrobić lekcję jaką
zadało życie. Można dostać piątkę, a można dwóję. Postarajmy się zdać ten
egzamin, po prostu. I z dyplomem rozpocząć nowy, lepszy etap. Obarczanie winą
kogokolwiek jest jak wjazd w ślepą uliczkę. No. To tyle morałów, przepraszam.
Obserwuj wątek
    • alanka3 Re: Do porzuconych 09.05.07, 17:11
      Lavenda jesteś porzucona czy porzucająca?
      • ka-aktus Re: Do porzuconych 09.05.07, 17:26

        podpinam się: "porzucona czy porzucająca"

        Bo to jest zasadnicza różnica.

        Teoria świetna, gorzej z praktyką.

        Jeśli udało Ci się, LAVEDO, nie zboczyć w ślepą uliczke - zazdroszcze.
        Pozdrawiam
        • nangaparbat3 Re: Do porzuconych 09.05.07, 21:02
          ka-aktus napisała:

          >
          > podpinam się: "porzucona czy porzucająca"
          >
          > Bo to jest zasadnicza różnica.
          >
          To nie jest zadna roznica.
          W obu rolach trzeba wystapić z klasą, i obie udzielaja nam niezłej nauki. I w
          obu nieźle boli.
          Dzisiaj znowu myslalam o tym, ze myslac o naszych eksach/eksiach nie widzimy,
          nawet nie usilujemy zobaczyc ich jakimi są - postrzegamy ich jedynie przez
          pryzmat naszych potrzeb, marzeń, wyobrażeń - jak zaspokajają, jest OK, jak nie -
          odsądzamy ich od czci i wiary. I porzucajacych, i porzucanych.
          • ka-aktus nie zgadzam się 09.05.07, 23:52

            to jest różnica

            to jak zjeśc, albo być zjedzonym...
            utopić, albo być utopionym...
            kochać, albo być kochanym...
            mordować, albo być mordowanym...

            Pewnie, że trzeba zachować KLASĘ, DYSTANS, ZDROWY ROZSĄDEK i wiele innych
            rzeczy ukrywających się pod słowem KULTURA.

            Niektórzy tak potrafią, a niektórzy są LUDŹMI i mają prawo do złych emocji (do
            dobrych też). Szczególnie wtedy, gdy rany sa świeże i bolą.

            Mam nadzieję, ze kiedyś przyznam Ci rację. Teraz mówie - mylisz się.

            • nangaparbat3 Re: nie zgadzam się 10.05.07, 12:38
              ka-aktus napisała:

              >
              > to jest różnica
              >
              > to jak zjeśc, albo być zjedzonym...
              > utopić, albo być utopionym...
              > kochać, albo być kochanym...
              > mordować, albo być mordowanym...
              >
              > Pewnie, że trzeba zachować KLASĘ, DYSTANS, ZDROWY ROZSĄDEK i wiele innych
              > rzeczy ukrywających się pod słowem KULTURA.
              >
              > Niektórzy tak potrafią, a niektórzy są LUDŹMI i mają prawo do złych emocji
              (do
              > dobrych też). Szczególnie wtedy, gdy rany sa świeże i bolą.
              >
              > Mam nadzieję, ze kiedyś przyznam Ci rację. Teraz mówie - mylisz się.
              >

              Moja babcia była lepsza. Mówiła: kłamiesz.
          • zarazpl Re: Do porzuconych 10.05.07, 15:41
            > Dzisiaj znowu myslalam o tym, ze myslac o naszych eksach/eksiach nie widzimy,
            > nawet nie usilujemy zobaczyc ich jakimi są - postrzegamy ich jedynie przez
            > pryzmat naszych potrzeb, marzeń, wyobrażeń - jak zaspokajają, jest OK, jak nie
            Pomijajac przypadki skrajne jak znecanie sie fizyczne czy uzaleznienia - gdyby
            bylo inaczdej to byscie sie nie rozwodzili tylko szukali zgody i dawaloby to
            szukanie efekty.
            W tym caly ambaras
            zeby dwoje chcialo naraz.
            Z
            • nangaparbat3 Re: Do porzuconych 10.05.07, 17:37
              zarazpl napisał:

              > > Dzisiaj znowu myslalam o tym, ze myslac o naszych eksach/eksiach nie widz
              > imy,
              > > nawet nie usilujemy zobaczyc ich jakimi są - postrzegamy ich jedynie prze
              > z
              > > pryzmat naszych potrzeb, marzeń, wyobrażeń - jak zaspokajają, jest OK, ja
              > k nie
              > Pomijajac przypadki skrajne jak znecanie sie fizyczne czy uzaleznienia - gdyby
              > bylo inaczdej to byscie sie nie rozwodzili tylko szukali zgody i dawaloby to
              > szukanie efekty.
              Dawaloby albo i nie - jesli za szukany efekt uwazasz utrzymanie zwiazku.
              Zapewne częściej by tak było. Ale też częściej rozstanie nie przekreślaloby
              szacunku i sympatii, co jak dotąd jest statystyczna normą.
              • anja_pl Re: Do porzuconych 14.05.07, 00:06
                > [ciach] Ale też częściej rozstanie nie przekreślaloby
                > szacunku i sympatii, co jak dotąd jest statystyczna normą.
                >

                gdyby rozstania były uczciwe wtedy, kiedy rzeczywiście jest źle, po rozmowie z
                partnerem i wspólnej decyzji,
                to takie uczciwe rozstania pozwoliłyby zachować szcunek i sympatię,

                a nie wtedy, gdy pojawia się ktoś inny, gdy łapiesz drugą strone na oszustwach,
                gdy istnieje przemoc,
                te przypadki zabijają wszystko co mogłoby być dobre,
    • nerina1 Re: Do porzuconych 09.05.07, 19:59
      Podoba mi sie to tylko szkoda ze rzeczywistośc nie jest taka piękna jak ten tekst
    • bazyliada Re: Do porzuconych 09.05.07, 21:56
      lavenda ładnie maralizujesz smile

      to tylko słowa, ale jak dobrze, że niosą pozytywna energię,
      ktoś się oburza, ktoś zadaje sobie pytanie,
      ja chłonę słowa, które budują, nie niszczą

      dziękuję lavendowo
    • roxpox Re: Do porzuconych 10.05.07, 14:59
      piękne i mądre słowa, masz rację lavenda, dziękuję
    • ta Re: Do porzuconych 10.05.07, 15:57
      Jakże cacuśnie.
      Porzuciła, to oczywiste, dlatego taka ślachetna.
      Tfu przez lewe ramię, przepadnij wampirze energetyczny
      i nie mąć w głowach okrutnie porzucanym swemi srutu-tutu.
      Ta_
    • lavenda_lavenda Re: Do porzuconych 10.05.07, 15:58
      Jestem porzucającą, ale to wcale nie boli mniej niż być porzucanym. Kto chce
      niech wierzy. Niektórzy porzuceni szybko stają na nogi, a nawet potrafią
      dostrzec plusy nowej sytuacji. Dlatego należy zająć się wspólnym mianownikiem
      czyli rozstaniem. Nie ma znaczenia kto kogo. Życie to taka gra - im krócej
      leżysz tym szybciej wygrasz. Siłę można czerpać skądkolwiek, ale trzeba ją
      koniecznie mieć. No i musisz wybaczyć (czyli pogodzić się ze wszystkim) żeby
      iść naprzód. Teoria, ja wiem. Ale czy spotkania z psychologiem to nie teoria? A
      jednak pomagają, a jednak inspirują. Ja zaglądam tu dla ukojenia nerwów, dla
      rozmowy z samą sobą - nic więcej.
      • lavenda_lavenda Re: Do porzuconych 10.05.07, 16:03
        ...bo czasem idąc trafiasz na mur i dalej iść nie możesz. Choćbyś chciał.
        Możesz tylko zawrócić. To na obronę porzucających.
      • nangaparbat3 oj, Kwiatuszku 10.05.07, 17:42
        zycie to wszystko, tylko nie gra. Jak długo za grę je uważasz, błądzisz jak
        slepiec (czy raczej - osoba przed chwila oslepiona, ktora nie umie sie odnaleźć
        korzystajac z posiadanych mozliwości, bo ich nie zna), i predzej czy poxniej
        przegrasz. Dobrze, zeby przegać na tyle wczesnie, by mieć czas poznać zycie
        inne niż gra.
      • nangaparbat3 PS 10.05.07, 17:43
        Mimo to z resztą sie zgadzam smile
        • em120777 trudno ocenić 10.05.07, 23:06
          Wydaje mi się, że trudno ocenić kto ma gorzej, a kto lepiej - zreszta po co.
          Według mnie każdy ocenia patrząc na własne doswiadczenia - a aby być
          obiektywnym trzeba być i porzucanym i porzucajacym....
          Mnie się wydaje, że lżej ma jednak ten kto nie zostaje sam ....
          A klasa rozstania ..... myślę, ze stać na nią tą silniejsza stronę, albo tylko
          tak próbuje sobie tłumaczyć swoje słabości i niedoskonałość, pomimo wielkiej
          chęci ...
      • ta Re: Do porzuconych 11.05.07, 02:23
        lavenda_lavenda napisała:

        > Jestem porzucającą, ale to wcale nie boli mniej niż być porzucanym. Kto chce
        > niech wierzy.

        Poczujesz różnicę, gdy będziesz porzucona.
        Teraz, wybacz, bredzisz.
        Z wdziękiem słonia w składzie porcelany, ty-porzucająca, dajesz rady porzuconym.
        Perwersja intelektualna + brak taktu.
        Ta_
        • tan_dream Re: Do porzuconych 11.05.07, 07:36
          lavenda, gadasz jak poltuczona
          wybacz, ale przypominasz nawiedzonego kaznodzieje z "Zywota Briana"
          ale nie wiadomo, moze kiedys przynam Ci rację.
        • z_mazur Re: Do porzuconych 11.05.07, 07:59
          > Poczujesz różnicę, gdy będziesz porzucona.
          > Teraz, wybacz, bredzisz.

          A Ty poczujesz gdy będziesz musiała porzucić.
          I dopóki tego nie zrozumiesz będziesz tkwiła w żalu i pretensjach do całego
          świata o porzucenie.
          Proces rozstania jest bolesny dla obu stron. Tylko, że strona porzucająca
          cierpi wcześniej zanim podejmie decyzję i gdy ją podejmuje, to już ma to w
          większej części za sobą. Osoba porzucona dopiero w momencie rozstania zaczyna
          cierpieć. Dlatego wydaje się, że porzucającym jest łatwiej, bo szybciej po
          rozstaniu dochodzą do siebie, ale to dlatego, że proces emocjonalny związany z
          rozstaniem zaczęli wcześniej. Reszta to już kwestia indywidualna.
          • z_mazur Re: Do porzuconych 11.05.07, 08:08
            A i jeszcze jedno, porzucający bierze na siebie odpowiedzialność, a to bardzo
            trudne. Porzucony może się żalić i współczucie otoczenia jest przeważnie po jego
            (jej) stronie tego biednego(ej) porzuconego(ej). Może wylać swój żal i zyska
            zrozumienie. Porzucający usłyszy "to była Twoja decyzja".

            Dlaczego wszyscy rozumieją kobietę zostawiającą męża alkoholika, nawet potrafią
            się wczuć w jej cierpienie i ból związany z podjęciem takiej decyzji, mimo że
            to ona jest osobą porzucającą. Ale jeśli przyczyny rozstania nie są już tak
            jednoznaczne to już porzucający jest zawsze odsądzany od czci i wiary i jest mu
            odbierane prawo do cierpienia i bólu.

            Acha i żeby nie było wątpliwości, to moja żona podjęła decyzję o rozstaniu,
            więc to ja jestem ten "porzucony", ale łatwiej mi gdy sobie pomyślę, że
            podjęcie tej decyzji nie było dla niej łatwe i przez długi czas miotała się,
            łamała i miała wątpliwości.

            • em120777 Re: Do porzuconych 11.05.07, 08:34
              Masz rację - tylko samotne dojście do takich wniosków to bardzo trudna sprawa,
              tak żeby nie winić nikogo ani drugiej strony, ani siebie i aby nie zatrzasnać
              się w sobie ze złymi emocjami i umiec cieszyć tym co pozostało. Ja bardzo bym
              chciała wybaczyć mężowi i umieć z nim normalnie rozmawiać, przyjać jego pomoc,
              być zgodnymi rodzicami dla syna - ale mam w sobie olbrzymią blokadę jeśli
              chodzi o rozmowy z nim ... Tak jak mówisz - porzucjacy ma już część sprawy za
              sobą i myślę,że to tworzy we mnie barierę, a im bardziej czuję sie samotna tym
              większą ....
              • akalsa zależy jeszcze w jaki sposób jest się porzuconym 11.05.07, 09:10
                Łatwiej wybaczyć ROZSTANIE, którego proces w związku był widoczny dla obu stron.
                Ale jeśli jednego dnia ktoś się z tobą kocha i zapewnia cię że kocha tylko
                ciebie a drugiego dnia informuje, że odchodzi "bo coś się wypaliło" , a
                trzeciego dnia okazuje się że odchodzi do innej kobiety - to wybaczcie - niech
                nie bredzi o tym zeby mu na czwarty dzień wszystko wybaczyć!
                A słowo "być porzuconym" dość jasno "wartościuje" osobę porzucaną. Osób ktore
                się szanuje się nie porzuca! Rozmawia sie z nimi na tyle wczesnie, ze rozstanie
                nie wywołuje w nich poczucia "porzucenia jak śmiecia"...
                • z_mazur Re: zależy jeszcze w jaki sposób jest się porzuco 11.05.07, 09:21
                  Tak samo jak są osoby, które nie potrafią z klasą odejść, tak samo są osoby,
                  które nie potrafią z klasą dać odejść, ale to nie ma wpływu na emocje związane
                  z samym procesem.
                  • akalsa łatwość porzucania 11.05.07, 09:32
                    Zauważyliście, że często ci, którzy łatwo i szybko porzucają partnerów dostają
                    szału gdy to oni są porzuconymi?
                    • z_mazur Re: łatwość porzucania 11.05.07, 09:34
                      Rzeczywiście coś w tym jest.
                      I świadczy to najczęściej o sporych problemach emocjonalnych i niedojrzałości
                      takich osób.
                      • phokara Re: łatwość porzucania 11.05.07, 10:23
                        Jestem pod wrażeniem tego, co wypisujesz chłopaku Z Mazur. Pozytywnym. Musiałam
                        to napisać, bo własnie mi się przypomniało, że chyba był taki moment w
                        prehistorii, że działaleś na mnie alergicznie, z wzajemnością zresztą. haha.
                        Strasznie się na to wspomnienie uśmiałam.
                        • z_mazur Re: łatwość porzucania 11.05.07, 10:30
                          Dzieki Pho.
                          Z mojej strony alergia już dawno jest przeszłością i zastąpiona sympatią i
                          szacunkiem. smile))
                          A to co wypisuję to efekt już ponad roku refleksji i (mam nadzieję) samorozwoju.
                          • phokara Re: łatwość porzucania 11.05.07, 11:00
                            Ten rozwój jest akurat wyraźnie dostrzegalny. I dobrze. Rozwody powinny być
                            rozwojowe, wtedy maja sens i dobrze czlowiekowi robią. I nie ma żadnego
                            znaczenia, którą ze stron się reprezentuje - porzucającąa czy porzuconą, bo
                            rozwinąć się można w obu przypadkach, zwinąć zresztą też. To są rzeczy
                            kompletnie niezależne od tzw. "czynników zewnętrznych".
                            Dużo się tutaj pisze o żalach i traumie rozwodu, co jest w sumie zrozumiałe, bo
                            to w końcu taka słowna ekspresja bólu. Ale rozwód to też szansa, można z niej
                            skorzystać, nawet jeśli zostaje człowiekowi 'narzucona'. I tu naprawdę nie ma
                            reguł, że osoba, która sobie daje szansę, wykorzysta ją lepiej niż partner,
                            który musi się na nią zgodzić, bo nie ma wyjścia. Wszystkie teorie, kto ma
                            lepiej, a kto gorzej można sobie wsadzić w kieszeń, zwłaszcza, że tak naprawdę
                            są niszczącą licytacją na nieszczęścia, niszczącą każdego, kto w takiej
                            licytacji uczestniczy. Nawet, jeśli prawdą jest, że to jedna strona daje
                            drugiej 'kopa', to nie da się ukryć, że potem kopiemy sie już sami, zwalając
                            zresztą winę na exów, los, świat i tak dalej. Nie potrafimy się zajmować sami
                            sobą i jesteśmy bardzo zdziwieni, ze nam nie wychodzą potem relacje z innymi
                            ludźmi, bo to przecież takie 'niesprawiedliwe'. Bez sensu.

                        • 13monique_n Re: łatwość porzucania 13.05.07, 18:04
                          Też się podepnę pod wyrazy uznania od Pho. zwyczajnie. takie proste słowa, a
                          przywracają wiarę w ludzi, chłopaku z_mazur, podkarmiasz w ten sposób mój idealizm.
                          PS Dla jasności -ani nie porzuciłam, ani nie zostałam porzucona. Rozstanie w
                          porozumieniu.
                      • menab Re: łatwość porzucania 11.05.07, 11:26
                        Ja też jestem pod wielkim wrażeniem tego co napisałeśsmileI było w tych słowach
                        tyle szacunku do drugiej strony, mimo wszystko...To było bardzo budujące.
                • nangaparbat3 Re: zależy jeszcze w jaki sposób jest się porzuco 11.05.07, 10:12
                  >>>> A słowo "być porzuconym" dość jasno "wartościuje" osobę porzucaną. Osób
                  ktore
                  się szanuje się nie porzuca!


                  Ale też od "porzucanego" zalezy, czy nazwie siebie "porzuconym", czy bedzie
                  mysleć i mowic o "rozstaniu".
                  • z_mazur Re: zależy jeszcze w jaki sposób jest się porzuco 11.05.07, 10:32
                    nangaparbat3 napisała:

                    > >>>> A słowo "być porzuconym" dość jasno "wartościuje" osobę po
                    > rzucaną. Osób
                    > ktore
                    > się szanuje się nie porzuca!
                    >
                    >
                    > Ale też od "porzucanego" zalezy, czy nazwie siebie "porzuconym", czy bedzie
                    > mysleć i mowic o "rozstaniu".


                    Nanga jednym zdaniem spuentowałaś, to co mi się pałętało po głowie i nie
                    umiałem tego ubrać w słowa. smile))
                  • akalsa Re: zależy jeszcze w jaki sposób jest się porzuco 11.05.07, 11:05
                    Zgadzam się Nango, ale wątek założyła osoba porzucająca kierujac go do
                    "porzuconych"... W szczytowym momencie przeżywania rozstania przez zostawioną
                    osobę - to można czytać jak rechot oprawcy.
                    • nangaparbat3 Re: zależy jeszcze w jaki sposób jest się porzuco 13.05.07, 17:06
                      pewnie tak. Pewnie gdyby moje wlasne rany nie zdążyly się zabliźnić, inaczej
                      bym reagowała.
                      Z trzeciej strony - Lawenda nie musiala sie przyznawać. szanuje ja za to, ze to
                      otwarcie powiedziała.
                  • menab Re: zależy jeszcze w jaki sposób jest się porzuco 11.05.07, 11:34
                    z wątku alanki3 "odliczanie rozpoczęte" - pasuje tu chyba idealnie

                    >>Paradoks: tracąc - zyskuję.
                    >>Choć tracę wiele. Bardzo.

                    >>Ale nie wychodzę z tego tylko "pocharatana". Wychodzę również odmieniona w
                    >>pewnych kwestiach na lepsze.
          • ta Re: Do porzuconych 11.05.07, 12:35
            z_mazur napisał:

            > A Ty poczujesz gdy będziesz musiała porzucić.
            > I dopóki tego nie zrozumiesz będziesz tkwiła w żalu i pretensjach do całego
            > świata o porzucenie.

            Ejże wink, zniósłbyś spokojnie to inicjujące wątek ble_ble kilka miesięcy temu ?
            Uczciwym byłoby, gdyby wątkownica, jako porzucająca, radziła porzucającym.
            Gdy zwraca się do porzucanych, brzmi to jak szyderczy rechot, jak ktoś b.
            słusznie wyżej napisał.
            Zniosę rady dla r o z s t a j ą c y c h s i ę, takich także mogę udzielić,
            gdyż w moim życiu rozstania były.
            Porzucenie, to coś zupełnie innego, niż rozstanie. Chyba, że będziemy
            pseudodyskutować, inaczej rozumiejąc znaczenia słów, czyli mielić jęzorem.
            Ta_
            • z_mazur Re: Do porzuconych 11.05.07, 12:46
              Bez przesady.
              Dla mnie lavenda napisała cośbardzo istotnego co od czasu do czasu trzeba na
              tym forum przypominać:

              "W rozstaniu nie ma winnych, są tylko przyczyny. Ich analiza i
              wyciągnięcie wniosków pomoże stanąć na nogi, pozwoli odrobić lekcję jaką
              zadało życie."

              A czym się różni "rozstanie" od "porzucenia"?

              Poza stylem i subiektywnym odczuciem osoby, od której ktoś odchodzi???
              • ta Re: Do porzuconych 11.05.07, 13:14
                z_mazur napisał:

                > A czym się różni "rozstanie" od "porzucenia"?

                Ha! Jak wyżej. Bez świadomości, że to JEST zasadnicza różnica, nie ma dyskusji.
                "Porzucenie"(także przez partnera) ma nawet swój numerek w międzynarodowym
                indeksie chorób i ich przyczyn. "Rozstania" tam nie ma.

                Dla ciebie różnica pomiędzy rozstaniem a porzuceniem to " subiektywne odczucie
                osoby, od której ktoś odchodzi" ?!
                To trochę jak z rowerem ukradzionym w Moskwie,czyli niemal to samo, co samochód
                podarowany w Leningradzie wink
                Ech...
                Ta_

                • z_mazur Re: Do porzuconych 11.05.07, 13:46
                  > Dla ciebie różnica pomiędzy rozstaniem a porzuceniem to " subiektywne odczucie
                  > osoby, od której ktoś odchodzi" ?!

                  Oczywiście.
                  Dla kogoś uczciwe stwierdzenie "Nie kocham Cię i nie chcę już z Tobą być"
                  będzie przyczynkiem do rozstania, a przez kogoś innego będzie odebrane jako
                  porzucenie.

                  Wytłumacz mi zasadniczość tej różnicy.

                  Dla mnie tkwi ona li tylko po stronie osoby od której ktoś odchodzi. Od jej
                  samooceny, poczucia własnej wartości itp.

                  To, że porzucenie jest traktowane jest jako przeżycie traumatyczne w
                  psychologii nie zmienia faktu, że jak większość kwestii psychologicznych jest
                  to sprawa indywidualna i subiektywna.
                  • z_mazur Re: Do porzuconych 11.05.07, 13:58
                    A i jeszcze jedno.
                    Dla mnie momentem istotnym w dochodzeniu do siebie po "porzuceniu" jest właśnie
                    ten moment gdy "porzucenie" przestaje być "porzuceniem", a staje się
                    właśnie "rozstaniem", o którym możemy powiedzieć tylko powiedzieć, że było w
                    lepszym lub gorszym stylu.
                • phokara Re: Do porzuconych 11.05.07, 14:25
                  > Dla ciebie różnica pomiędzy rozstaniem a porzuceniem to " subiektywne odczucie
                  > osoby, od której ktoś odchodzi" ?!

                  Najczęściej dokładnie tak właśnie jest - subiektywne odczucie. To kwestia
                  interpretacji - bynajmniej, nie jak z tym rowerem w dowcipie choć świetnie
                  rozumiem porównanie.
                  "Porzucenie" jest zawsze rozstaniem, ale rozstanie nie zawsze
                  jest "porzuceniem". Nie ma w tym nic dziwnego, że osoba, która odchodzi mówi
                  o 'rozstaniu', a ta druga o 'porzuceniu'. To naturalne (nie znaczy dobre), że w
                  przypadku tak trudnych doświadczeń życiowych wchodzi się w pewne role czy
                  schematy - klasyczna reakcja obronna, której można przypisać watrość
                  psychologiczną, lecz nie etyczną bynajmniej. Tak się dzieje. Problem
                  poważniejszy jest wtedy, gdy czas mija, a proces szerszej refleksji nie
                  następuje; szersza refleksja polega na wyjściu z przyjętej roli (która jest
                  bardzo wygodna), a potem próbie 'wejścia' w rolę drugiej strony. To bardzo
                  niewdzięczne zajęcie, ale jedyny sposób, by móc się pozbyć traumy "porzuconego"
                  czy "porzucającego" - trauma występuje po obu stronach i warto zdać sobie z
                  tego sprawę, bez tego nie można zrobić kroku do przodu.
                  Oczywiście, możemy długo dyskutować i przytaczać szereg historii
                  potwierdzających daną tezę, tylko to nie ma sensu. Zapewne istnieja przypadki
                  (choć się nie spotkałam), że ktoś kogoś porzuca z dnia na dzień, bez przyczyny,
                  wyrzuca, jak psa z samochodu na autostradzie, choć wydaje mi się, że druga
                  strona tak się CZUJE, i ma to tego prawo, tylko niewiele z tego wynika, żadna
                  prawda ogólna.
                  Ja też nie mam patentu na generowanie prawd ogólnych, mam oczywiście
                  świadomość, czym się rózni w warstwie semantycznej "rozstanie" od "porzucenia".
                  ale teraz piszę wyłącznie z własnego doświadczenia. Byl taki moment, gdy
                  klepałam dookoła, że ex mnie "porzucił", właściwie mogłabym tak klepać jeszcze
                  dzisiaj i do końca świata. Ale nie widzę powodu, bo się nie czuję osobą
                  porzuconą, na moje szczęście zresztą, bo wtedy musiałabym się iść leczyć, jak
                  wynika z indeksu chorób i ich przyczyn... i z życia zwłaszcza. Bo słowa są w
                  tym wypadku wyrazem uczuć, a nie wszystkie uczucia kwalifikują się do
                  psychoterapii. Nie da się jednak ukryć, że uczucia są zawsze subiektywne.

                  A najsmieszniejsze jest w tym wszystkim, że post wygląda na polemike, a tak
                  naprawdę to się z Tobą zgadzam i rozumiem, o co Ci chodzi.
    • rozwodnica Re: Do porzuconych 11.05.07, 12:23
      Dorzucę tylko dwa słowa.
      Czasem po rozstaniu "porzucony" staje się dla "porzucającego" takim samym
      oprawcą. I kompletnie tego nie widzi.

      • libra22 Re: Do porzuconych 11.05.07, 16:47
        "W rozstaniu nie ma winnych, są tylko przyczyny. Ich analiza i
        wyciągnięcie wniosków pomoże stanąć na nogi, pozwoli odrobić lekcję jaką
        zadało życie."
        Ogólnie odrobiłam, rozumiem swoje winy, nawet jego rozumiem pod wieloma
        względami. Tylko się zastanawiam, czy czasem pojawiający się żal jest normalny?
        Czy oznacza niedojrzałość?
        Bo ciągle czasem mi się wydaje, że mogliśmy spróbować pokonac kryzys i że
        byłoby dobrze. Że on po prostu uciekł. I o to mam czasem żal.

        Ale też widzę, jak dużo złego robi jego poczucie winy wobec syna. Jak mu
        pozwala na wszystko, jak go "przekupuje" zabawkami drogimi, choć już rok temu
        mówiłam jakie to bedzie miało konsekwencje. Poczucie winy w rodzicu to coś
        bardzo niedobrego.
        • ta Re: Do porzuconych 13.05.07, 13:37
          W "porzuceniu" jest gwałtowność, okrucieństwo ( często dręczenie psychiczne i
          fizyczne), brak empatii, więc, co za tym idzie - brak współczucia, negowanie i
          odrzucenie dobrych wspomnień, obarczanie wyłączną "winą" porzuconego, brak
          zainteresowania się podstawowym problemem, gdzie i za co będzie porzucony (
          często ze wspólnymi dziećmi) żył. Pozostawienie bez środków, często dachu nad
          głową, nagle z dnia na dzień, gdy wiadomość o zawaleniu się świata porzuconemu
          spada jak grom z jasnego nieba, gdy jednego dnia partner kocha, drugiego
          odchodzi trzasnąwszy drzwiami.
          Rozstanie jest procesem rozciągniętym w czasie, kiedy obie strony czują, że
          związek rozsypuje się i nie można już go posklejać. Owszem, zawsze wówczas jeden
          z partnerów cierpi bardziej, ale nie przeżywa tornada, trzęsienia ziemi i
          wybuchu bomby atomowej w jednym.
          Udało sie wszystkim, którzy tornada nie przeżyli, więc niech nie pouczają
          innych, jak zachować się, gdy powieje halny.
          Ta_
          • nangaparbat3 to zupełnie zmienia postac rzeczy 13.05.07, 17:19
            Jeśli przez "porzucenie" nie rozumiec po prostu odejscia czy raczej wyjscia z -
            nieraz bardzo stanowcza - inicjatywą rozstania, a całkowite zaniechanie
            kontaktow, całkowite wyzbycie sie odpowiedzialnosci za osobe, z która bylismy
            w zwiazku, a często i zawszpólne dzieci - oczywiscie nigdy sie nie dogadamy.
            Oczywiscie pisząc, co pisalam, nioe sadzilam, ze o taka sytuacje Lawendzie
            chodzi. W kontekscie takiego odejscia jej post byłby szczytem absurdu.
            Okazuje sie, ze jak zwykle trzeba wyjsć od uscislenia terminow.
            • z_mazur Re: to zupełnie zmienia postac rzeczy 13.05.07, 19:48
              A dla mnie nic nie zmienia.
              Jak już pisała Phokara nie ma czegoś takiego jak wyjście z wieloletniego związku z dnia na dzień.
              Najczęściej ta druga strona po prostu nie dostrzega sygnałów, albo mówiąc dosadniej nie chce dosterzegać. I stąd potem zaskoczenie.
              Zawsze jest ten dzień zero, w którym z bycia razem przestaje się być razem.
              Czasem postawa osoby "porzuconej" sprawia to, że "porzucający" unika wszelkich kontaktów, ale o tym też już ktoś tutaj pisał.

              Zresztą żeby nie być gołosłownym to ja też moje rozstanie uważałem za porzucenie. Wystarczy przejrzeć moje posty sprzed półtora roku. Dla mnie nasz konflikt trwał parę miesięcy co jest niczym przy kilkunastoletnim związku. Teraz z perspektywy oceniam, że proces naszego kryzysu i rozstania ciągnął się ok 2-2,5 roku przed moją wyprowadzką.
              • nangaparbat3 Re: to zupełnie zmienia postac rzeczy 13.05.07, 20:09
                Mam podobne doswiadczenia do Twoich, a nawet wiecej, doszlam do tego, ze
                zrozumialam, ze ja TEŻ chcialam rozstania, choc w zaden sposob nie bylo mnie
                stac na przyznanie sie do tego przed samą sobą.

                Ale - mnie nie chodzilo o "wyjscie z dnia na dzień", tylko o stosunek do tej
                drugiej osoby. Odejście nie musi oznaczać "mam cie glęboko w d..., ciebie i
                nasze dzieci. Przestaliscie mnie w ogole obchodzić."
                Sadzę,że słowa Lawendy w żaden sosób nie odnoszą się do takiej sytuacji.
                Oczywiscie można powiedzieć, że ktoś, kto zwiazal się z osobą zdolna do tak
                bezwzglednego porzucenia, sam sbie winien, ślepy albo co. Tu by sie zaczęła
                osobna dyskusja.
                • z_mazur Re: to zupełnie zmienia postac rzeczy 13.05.07, 20:35
                  nangaparbat3 napisała:

                  > Ale - mnie nie chodzilo o "wyjscie z dnia na dzień", tylko o stosunek do tej
                  > drugiej osoby. Odejście nie musi oznaczać "mam cie glęboko w d..., ciebie i
                  > nasze dzieci. Przestaliscie mnie w ogole obchodzić."

                  I poza sytuacjami patologicznymi (a o takich przecież nie mówimy) najczęściej tak nie jest, czasem tylko unikanie kontaktu jest wymuszane przez postawę osoby "porzucanej".

                  > Oczywiscie można powiedzieć, że ktoś, kto zwiazal się z osobą zdolna do tak
                  > bezwzglednego porzucenia, sam sbie winien, ślepy albo co. Tu by sie zaczęła
                  > osobna dyskusja.

                  Dokładnie o to mi chodzi. Skoro już mówimy o jakichkolwiek założeniach to może zacznijmy od tego, że mówimy o związku dwóch w miarę rozwiniętych emocjonalnie osób. Bo inaczej jak zaczniemy mówić o skrajnościach to taka dyskusja nie ma sensu.
                  • nangaparbat3 OK 13.05.07, 21:56
                    Skoro już mówimy o jakichkolwiek założeniach to może zacznijmy od tego, że
                    mówimy o związku dwóch w
                    miarę rozwiniętych emocjonalnie osób. Bo inaczej jak zaczniemy mówić o
                    skrajnościach to taka dyskusja nie ma sensu.

                    Zgoda.
                    To juz wiemy, o czym (o kim) mowimy. Wazne.
              • ta Re: to zupełnie zmienia postac rzeczy 13.05.07, 23:15
                z_mazur napisał:
                > Jak już pisała Phokara nie ma czegoś takiego jak wyjście z wieloletniego związk
                > u z dnia na dzień.

                Jest. Znam takie 2 przypadki. W obu mężczyźni prowadzili podwójne życie idealnie
                synchroniczne. Obie partnerki każdego z panów były przekonane o tym, że wiodą
                szczęśliwe, poukładane życie.Charakter pracy panów pozwalał na bezbolesne dla
                kobiet łatanie nieobecności. Wreszcie zmęczeni wieloletnią sytuacją jw panowie
                zdecydowali się na porzucenie jednej z partnerek. Z dnia na dzień.

                Gdyby pani rozpoczynająca dyskusję zatytułowała wątek "do rozstających się" nie
                miałabym uwag. Także wówczas, gdyby dyskutujący dopuścili, że ilu ludzi tyle
                doświadczeń, często przekraczających ich wyobrażenia.

                Słowa: rozstanie, opuszczenie, porzucenie, odtrącenie opisują inne sytuacje,
                Starajmy się, dobierając je, być najbliżej tego, co chcemy przekazać. Inaczej
                utrudniamy porozumienie się, co i tak nie jest w formule publicznego forum
                najłatwiejsze.
                Ta_
                • z_mazur Re: to zupełnie zmienia postac rzeczy 14.05.07, 00:22
                  > Jest. Znam takie 2 przypadki. W obu mężczyźni prowadzili podwójne życie idealnie
                  > synchroniczne. Obie partnerki każdego z panów były przekonane o tym, że wiodą
                  > szczęśliwe, poukładane życie.Charakter pracy panów pozwalał na bezbolesne dla
                  > kobiet łatanie nieobecności. Wreszcie zmęczeni wieloletnią sytuacją jw panowie
                  > zdecydowali się na porzucenie jednej z partnerek. Z dnia na dzień.

                  No właśnie i oczywiście żadna z tych kobiet nie zauważyła żadnych sygnałów oddalania się męża??? Jeśli przyjmiemy moje założenie z postu powyżej to, albo oni byli kompletnymi socjopatami wyzutymi z emocji, albo one nie chciały dostrzegać sygnałów, które oni wysyłali, tkwiąc w ułudzie "szczęśliwego związku", ale jak napisałem skrajności odrzucam więc zakładam tą drugą opcję.
                  I w tym momencie dochodzimy do mojej wcześniejszej konkluzji, że kwestia "porzucenia", "opuszczenia" i "rozstania" są odczuciami li tylko subiektywnymi, i najcześciej subiektywne "porzucenie" po analizie rozwoju sytuacji, przyczyn i powodów (o czym pisała lavendowa) staje się obiektywnym "rozstaniem" czego wszystkim "porzuconym" szczerze życzę.
                  • ta Re: to zupełnie zmienia postac rzeczy 14.05.07, 15:38
                    Mam wrażenie, że upierasz się dla zasady,
                    znak barana wink?
                    Cieszę się , że przynajmniej nie zaprzeczasz, iż socjopaci bywają na tym świecie.
                    A dlatego im się tak udaje kamuflować, gdyż właśnie socjopatami są.
                    Nie życze ci takich spotykać na swej drodze, wolę pozostawić cię nieprzekonanego smile
                    Ta_
                    • pomidorowa5 Re: to zupełnie zmienia postac rzeczy 16.05.07, 19:30
                      Zajrzalam sobie i tak patrze ,dosc ciekawy temat. Pisze jako porzucona,ktora juz
                      sie uporala z tym rozstaniem.Minelo juz 3 lata wiec nie moglo byc inaczej czas
                      naprawde leczy rany, zmienia sie podejscie do calej sytuacji i patrzy na
                      wszystko z dystansem.

                      Kazda sytuacja jest indywidualna ,wiec nie mozna mowic tutaj o winie /nie
                      winie.Sa sytuacje kiedy winna jest jedna osoba nie wazne czy porzucana czy
                      porzucajaca roznie to bywa ,ale nie mozna generalizowac ,mowiac ,ze nie ma w
                      takich sytuacjach winnych.

                      Z wybaczeniem juz jest inaczej .Mysle,ze poytrzeba duzo czasu by wybaczyc .

                      Pozdrawiam
                      • marie.walewska Re: to zupełnie zmienia postac rzeczy 18.05.07, 18:49
                        Zgadzam sie z Toba pomidorowa, ze by wybaczyc czlowiek potrzebuje czasu. Potrzebuje tez woli. Musi
                        chciec wybaczyc i chciec zyc bez zalu. Czasem taki zal, pretensja jest swietnym pretekstem do wielu
                        rzeczy.
                        Ta! Ja tez pisze ze "zlej strony barykady", to ja porzucilam mojego meza, wiecej nawet - wywalilam go z
                        domu. Tylko widzisz, u mnie to co cytuje z Twojej wypowiedzi bylo nie w porzuceniu, a w malzenstwie.
                        I wiedz, ze nie jest latwo podjac decyzje, ze juz dosc, ze koniec. Uswiadomic sobie, ze nie jestes
                        przewrazliwiona idiotka, tylko ktos drugi traktuje Cie podle. Postawic siebie - swoje zycie, zdrowie,
                        psychike - ponad malzenstwo. Szczegolnie jesli jestes wierzacym katolikiem.
                        A potem jeszcze masz wybor:
                        czy bedziesz teraz chodzic po swiecie i opowiadac kazdemu jaki to Twoj maz nie byl i wywlekac na
                        swiatlo dzienne wszystkie problemy zyciowe czlowieka, ktorego kiedys kochalas
                        czy tez zacisniesz zeby i przyjmiesz etykiete jedzy.
                        Ja przyjelam na siebie taka etykiete. Ludzie, ktorzy byli blisko nas wiedza swoje i ich to nie dotyczy, zas
                        Ci, ktorzy byli dalej przynajmniej jemu dadza spokoj, pozwola dojrzec dzieki temu doswiadczeniu,
                        zmienic cos. A ja? Ja swoje przecierpialam wczesniej, nadal mnie czasem cos dotyka gleboko, ale
                        przeciez sobie radze - podjelam decyzje i ponosze konsekwencje swojego postepowania i nie moge i
                        nie oczekuje, ze ktokolwiek bedzie sie nade mna litowal.
                        Tu na tym forum moja historia zostala zrozumiana, nie potepiona i to przez ludzi (w duzej czesci)
                        porzuconych. Tez czasem czytalam rady, ktore w mojej sytuacji nie mialy zastosowania, albo ja nie
                        potrafilam go znalezc, ale staralam sie wyciagnac z tego jakas mysl dla siebie, chocby zastanowienie
                        sie co prawdopodobnie przezywa moj maz. Wsciekanie sie gdy ktos inny od nas chce sie podzielic
                        swoim przezyciem czy wazna dla niego mysla nie prowadzi do nikad, a juz na pewno nie do wybaczenia
                        i zdrowia psychicznego, ktore za nim idzie.
                        >W "porzuceniu" jest gwałtowność, okrucieństwo ( często dręczenie psychiczne i
                        >fizyczne), brak empatii, więc, co za tym idzie - brak współczucia, negowanie i
                        >odrzucenie dobrych wspomnień, obarczanie wyłączną "winą" porzuconego [ciach].
                        >Udało sie wszystkim, którzy tornada nie przeżyli, więc niech nie pouczają
                        >innych, jak zachować się, gdy powieje halny.
                        >Ta_"
    • marieta_makieta Re: Do porzuconych 21.05.07, 15:50
      Sledzę sobie ten watek już od jakiegoś czasu. Post Lavendy wywołał we mnie
      mieszane uczucia. Najpierw pomyślałam sobie :"Taaa, intelektualistyczny
      bełkocik w celu rozgrzeszenia siebie", ale posty chłopaka z mazur, Pho i Marie
      dały mi do myślenia. To co napisała Lavenda wydaje mi się warunkiem do
      rozpoczęcia po rozstaniu normalnego życia. Inaczej można pogrążyć się w
      depresji, żalu, rozpamiętywaniu i skoncentrować na zemście. A z drugiej strony -
      zło powinno zostać nazwane złem a krzywda krzywdą. Podam taki przykład: żona
      mojego kolegi jakieś 2 miesiące po ślubie oświadczyła, że się zakochała i chce
      jak najszybciej zakończyć swoje małżeństwo. Dla niego był to taki szok, że nie
      stawiał przeszkód i rozwód uzyskali szybko, ale wpędził się w ciężką depresję.
      No i co? Też miał nie obarczać jej winą, z miejsca wybaczyć i życzyć szczęścia
      na nowej drodze życia? Ona niewątpliwie tak właśnie sobie to wyobrażała.
      Przecież bez sensu być razem, gdy ona kocha kogoś innego. No tak, ale jak się
      ma tego męża lub żonę, świeżo poślubionych, to chyba trzeba sobie dać na
      wstrzymanie i nie szukać od razu nowych wrażeń. A najzabawniejsze było to, że
      mój kolega szukał w sobie winy. Może coś robił źle, może nie dość kochał, no
      cholera wie. A mnie się wydaje, że dla niego byłoby lepiej, gdyby powiedział
      sobie na głos, że jego była żona to głupia, nieodpowiedzialna cipa i na dodatek
      puszczalska. Sorki, że tak pojechałam, ale ja ją tak właśnie odbierałam. Lepiej
      by mu to zrobiło niż szlachetne pitu-pitu "może nie czuła się przy mnie
      kobietą, może to a może tamto." A dla jego byłej też byłoby lepiej, żeby parę
      rzeczy sobie uświadomiła, bo w końcu może się okazać, że na własnej skórze
      przekona się o prawdziwości przysłowia "Nosił wilk razy kilka, ponieśli i
      wilka".
      • libra22 Re: Do porzuconych 21.05.07, 16:50
        Może byłoby łatwiej. I bywa nam łatwiej, gdy tak myslimy, ale wtedy niczego się
        nie uczymy na takiej sytuacji. Tzn ja nie twierdze, że nia ma ludzi
        egoistycznych, bez refleksji, ale i tak okres rozważań "co z mojej strony było
        nie tak?" jest potrzebny do dalszego rozwoju. Choćbyśmy doszli do wniosku, że
        to po prostu była nie ta osoba. Ale tu pojawia się kwestia, którą poruszyła
        lekko Nanga: dlaczego wybralismy akurat taką osobę?

        I jeszcze do Nangi i Chłopaka: ja doszłam do wniosku, ze w moim małzenstwie
        symptomy, że mój mąz nie jest w nim szczęsliwy pojawiły się 6 lat wczesniej. Ja
        to dopiero byłam uparta w ich niedostrzeganiuwink Tzn dostrzegałam i próbowałam
        rozmawiać, ale kiedy trafiałam na "nic mi nie jest, wszystko dobrze" bardzo
        łatwo dawałam temu wiarę, wbrew zupełnie innym przesłankom.
        • nangaparbat3 na marginesie 21.05.07, 20:11
          libra22 napisała:

          > >
          > I jeszcze do Nangi i Chłopaka: ja doszłam do wniosku, ze w moim małzenstwie
          > symptomy, że mój mąz nie jest w nim szczęsliwy pojawiły się 6 lat wczesniej.
          Ja
          >
          > to dopiero byłam uparta w ich niedostrzeganiuwink Tzn dostrzegałam i
          próbowałam
          > rozmawiać, ale kiedy trafiałam na "nic mi nie jest, wszystko dobrze" bardzo
          > łatwo dawałam temu wiarę, wbrew zupełnie innym przesłankom.


          Libra, kochana, a gdzie jest powiedziane, ze człowiek ma byc nieustajaco
          szczęsliwy? Chcialoby sie powiedzieć: pierwsze słyszę. Nieustająco szczęśliwi
          to nawet bogowie olimpijscy nie byli, wprost na odwrót.
          Twoje słowa przypomniały mi moja teściową (dozywotnią, wg Dera w każdym razie),
          która co jakis czas z bolejącym obliczem pytała swego syna: czy ty jestes
          szczęśliwy?
          A czy szczęście to stan trwały i jako taki poządany? Być szczęsliwym raz na
          zawsze? Toz to chyba trzeba mnichem buddyjskim zostać, własnie tak.
          I najdziwniejsze, ze szczęście nie pojawia sie wtedy, kiedy go szukamy - za to
          często i chętnie, kiedy zapominamy o sobie. Tak to jakoś jest.
          • libra22 Re: na marginesie 21.05.07, 21:25
            Nangosmile Dla mnie bycie razem to dobre i złe chwile, codzienność, wsparcie,
            zrozumeinie, lojalnosc, rozmowy, milczenie. On chciał tych romantycznych
            uniesień. Trudno.
            smile
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka