Witajcie
znalazłam wasze forum kiedy moja najblizsz przyjaciółka się rozwodziła.
Poznieważ nie mam doświadczenia w tej kwestii...zaczęlam czytać...i tak was
znalazłam.
Możecie wierzyć czy nie...czasem jak czytałam posty tutaj opisane to było mi
prawdziwie przykro, że przyzywacie taka tragdię...taki stres. Stres, który wg
psychologów równy jest ze smierci bliskiego. Innym razem czytalam...o tych,
którzy z tego zakretu życiowego wyszli już na prostej i choc zranieni
wewnętrznie...to tez silni...znaleźli nową droge swoją drogę.
Nie jestem jeszzcze mężatką...
boję się jednego...
że w tej pieknej decyzji o wyjściu za mąż...w głebi serca muszę kalkulować
ryzyko..ryzyko rozpadu. Może kalkulować...w głowie...serce się do tego nie
nadaje
Co decyduje o tym, że małżeństwo sie udaje...że trwa mimo problemów,
kłopotów...zmienności życia. Nie udaje sie utrzymac małżeństwa "wielkim tego
świata"...nie ma na to wpływu uroda, pieniądze, sława.
Nie wierze w połówki jabłka...pomarańczy czy grejfruta

wierze w dopasowanie...
ale czy przy tej liczbie ludości na tej naszej planecie...
można znaleźć ta "dopasowaną osobę".
Własnie kończy sie mój kolejny związek...
nie trwał długo...
teraz czasem przesadzam z tragizmem mojej obecnej sytuacji...i sie użalam
(wiem jak to zabrzmi...ale)...wiem, że Wy tutaj na tym forum, na sali sądowej
przezywacie wiekszy ból. Ta świadomość stawia mnie do pionu. A już optymizmem
napawa fakt,że tak wielu z Was po rozwodzie znalazło nowe, lepsze życie! to
właściwe życie! Gratuluje!
Zyczę wszystkiego dobrego
tak zwyczajnie...po ludzku.