Dziekuje Wam za cieple przyjecie w poprzednim watku. Odzyskalam juz
nieco rownowage psychiczna po moich odkryciach.
Konkubent moj tchorz i kretacz nagle zmienil sie w rozszalalego z
rozpaczy buhaja, zrozumial ze jego wystepek konczy faktycznie to co
bylo miedzy nami. Zaczal walczyc z podziwu godna determinacja.
Obserwuje to z mile polechtanym ego, sek w tym, ze zlosc i korniki
wiedzy ktore mnie draza nie pozwalaja mi zyczliwie na te jego
starania patrzec.
Blagal moja mame o pomoc, mnie blaga o zwrot i szanse, jutro mamy
rozmawiac.
Chcialam Was prosic o sugestie, jak mam z nim rozmawiac. Caly czas
sie przygotowuje, chce byc spokojna i opanowana ( chyba
najtrudniejsza opcja), chce mu zimno wyartykulowac jak dalece
niewarte funta klakow bzykanko rozwalilo nasze zycie i zadac mu
sakramentalne pytanie "CZY BYLO WARTO?" .
Nie chce dawac mu szansy, poniewaz sama nie wiem co czuje.
Chcialabym go przeleciec i wyrzucic z lozka jak smiecia, ale nie
zrobie tego napewno. Nie dam sie tez za przeproszeniem puknac na
zgode, nie chce zeby temat skonczyl sie na jednej rozmowie i zeby
pozniej bylo juz swietnie.
Niestety nie ufam mu i zamierzam mu to powiedziec. Ze nic juz nie
bedzie takie samo, ze owszem mamy dziecko o ktore oczekuje dbalosci
z jego strony, ale dla dziecka nie zdecyduje sie na zycie z nim, bo
nie interesuja mnie trojkaty. Problem jest zreszta glebszy, bo musze
mu uswiadomic ze nawet jesli jest to pierwsza podrywka za naszych
czasow to niestety tak sie sklada ze znam opowiesci o jego dawnym
zyciu i wiem ze jest w tej sprawie recydywista

i ze marne szanse
na to zeby sie zmienil. Wiec w zasadzie - przed nami w najlepszym
wypadku kolezenstwo. Przypuszczam ze moze dostac zawalu, bo nie
spodziewa sie takiej odpowiedzi. Zreszta moze za bardzo tu wywijam
szabelka, moze wcale tak nie bedzie, moj problem polega na tym, ze
sama do konca nie wiem co czuje. Chcialabym zeby go bolalo, zeby
czul to co ja.
Chce mu opowiedziec, poprosic zeby sobie wyobrazl dokladnie jak ktos
inny dotyka mnie, jak sie smieje z innym facetem, caaluje, a
nastepnie kocham. I chce go zapytac co czuje kiedy to widzi oczyma
wyobrazni. Chce mu USWIADOMIC ze ja czuje to zdecydowanie silniej,
poniewaz ja mam potwierdzenie ze on wlasnie to robil z kims innym. I
ze jestem tak samo piekielnie zazdrosna i zraniona.
To dobry tok? Nie chce konkretnych ustalen na przyszlosc, na razie
chce zeby po prost przyznal sie do winy, bo bez tego nie ruszymy
dalej. Decyzje to sprawa przyszlosci.
I jeszcze jedno - co mam zrobic z faktem, ze kocham go i nienawidze
jednoczesnie?
Straszne to wszystko....
Pozdrawiam Was i prosze o uwagi, krytyka mile widziana