Od 2-óch dni przechodze prawdziwe katusze, od kiedy to mojemu M
zebrało się na podsumowania i postawnowił przysyłać mi mail'e ze
swoimi przemysleniami. Z mail'i dowiedziałąm sie, że byłam wspaniałą
żona, dbającą o dom, o niego, o to, żeby niczego mu nie brakowało,
żeby wszystko miał, spełniałam wszystkie jego zachcianki zanim
jeszcze zdążył o tym powiedziec, do tego realizowałam się zawodowo i
zawsze wyglądałam pieknie. Ale... okazuje się, że to nie o
takie "szczęście małżeńskie" mojemu M chodziło, bo... nie jeździłam
z nim na nartach, nie lubiłam chodzić na dicho i na stadion na
meczyki piłkarskie... No ręce mi po prostu opadły... Na jego mail'e
odpowiadałam sucho, zdawkowo. Więc On w kolejnym mail'u wyraził
swoje zdziwienie jak to możliwe, że z takiej wielkiej miłości nagle
taka nienawiść ze mnie emanuje...? I że on nie chce sie w nienawiści
rozstawac, bo... NIGDY NIC NIE WIADOMO... Czyli co - teraz sobie
pohula, zazna kawalerskiego życia, a jak mu się znudzi - to zostawia
sobie uchyloną furteczkę...? Na to jakby za późno...
A jeszcze dzisiaj zapowiedział swoją wizyte w domu, bo musi podpisać
PITa (tak, wiem, jestem głupia, ale zgodziłam sie na wspólne
rozliczenie za zeszły rok) no i chce porozmawiać... O czym
kuźwa...?! Chyba już wszystko mi powiedział. Jestem od wczoraj znowu
chodzącym kłębkiem nerwów
A jeśli nastepna wybranka mojego M będzie chciałą go uszczęsliwić to
mogę podpowiedzieć jej 3 sposoby:
1. mecze
2. narty
3. dicho