a ja nie mam powodu do radości...
Ponad rok przed ślubem było już dobrze, tzn. nie było tyle alkoholu
co wcześniej, nie było picia przez kilka dni. Wziął się za siebie,
zadeklarował się że z tym koniec... dałam się omamić jego
obietnicom. Przez 10 lat spędzonych wspólnie i 9 lat wspólnego
mieszkania, nadmierne picie było powodem dwóch może trzech prób
rozstań. Polegało ono na kilkudniowym upiciu się raz na kilka
miesięcy... wtedy nie ma go po prostu... nie robi żadnych awantur...
po prostu pije i śpi, pije i śpi. Nie interesuje go nic... nie ma
kontaktu z rzeczywistością...
Ponad rok temu miał powiedziane, że kolejnego razu nie dam rady
przetrwać i odejdę od niego.... Ja wiem, że ciężko jest to komus
zrozumieć, że skoro już tak wcześniej było to po jaką cholerę za
niego wychodziłam?! Proszę - nie oceniajcie mnie pod tym kątem, bo
normalnie, na co dzień jest w porządku... ale kiedy widzę go takiego
znoranego przez alkohol to go nienawidzę!
Chciałam się tylko wygadać... nie oczekuję niczego od Was... jest mi
bardzo źle... czuję żal i trzepię się w swoją łepetynę! Jak mogłam
być tak naiwna... on jest chory... decyzja co zrobić dalej należy do
mnie... wiem o tym.
Trafiłam na to forum przypadkiem i Wasze wypowiedzi są normalne tzn.
piszecie z wlasnego doświadczenia a nie wyimaginowanych stereotypów
typu "wyrzuć go z domu!" "kopnij go w du... tyłek!"... to nakłoniło
mnie żeby napisać i się trochę poużalać nad sobą

Pozdrawiam Was serdecznie
i życzę powodzenia w rozwiązywaniu problemów...