inspiracja1
11.12.08, 16:02
widze wyraźnie, że rozwód z mojego powództwa wyszedł mojemu ex na dobre.
nieproporcjonalnie jest mu lepiej ode mnie. jest wolny, dostał tą prace, na
którą pracowaliśmy razem jako małżeństwo (utrzymywalam go gdy on zarabiał
tylko na studia a potem nie dokładałam mu wydatków na siebie i dziecko gdy on
zdobywał doświadczenie), ciekawe miejsca, ludzie, szkolenia, ma już
oficjalnie pod ręką swoja kochanice, odwiedza dziecko kiedy mu wygodnie,
atrakcyjny Sylwester itd itd.
nie żałuje, że odeszłam.
nie życze mu źle.
może to troche zazdrość / frustracja / brak perspektyw / jesienna słota... ale
smutno mi jakoś,że nie widze sprawiedliwości.
nie chce od niego niczego więcej niż wymagane minimum (teraz to będą jakieś
śmieszne pieniądze, ok 1/20 jego pensji). niech sie ta pensja udławi.
chciałabym tylko poczuć, że równowaga jest na tym świecie. chciałabym czuć się
proporcjonalnie szczęśliwa do tego co się działo i do tego jak oboje
funkcjonujemy obecnie.
macie swoje doświadczenia i już przynajmniej część z was jest na prostej. do
was jest to pytanie: czy życie jest sprawiedliwe? czy osiąga się równowage?
czy jak to mówi moja mama 'wszystko kiedyś do nas wróci, dobre i złe uczynki'?
a może wierzyć w reinkarnacje i płacenie za błędy popełnione w poprzednim życiu?
kiedyś wierzyłam, że ludzie z natury są dobrzy - już wiem, że to mit. ciekawe
czy gadka o sprawiedliwości życia też jest bujdą.