lokurdebele
09.02.09, 23:35
Minął ponad rok od rozwodu, a ja jakoś nie mogę się pozbierać. Trochę sobie
poczytałem wątki na forum i pomyślałem, że też coś naskrobę. Może ktoś napisze
coś, co chciałbym przeczytać tzn. coś co mi pomoże.
Przed. Trochę niespodziewana miłość. Spotkanie po latach niewidzenia,
łaskotanie w brzuchu, lawina nieopanowanych myśli i emocji. Dobry czas, dobre
miejsce. Niechęć do i ze strony przyszłej teściowej. Nie bardzo rozumiała, że
spotykam się z jej córką, a nie z nią. Kupę nerwów w tej kwestii
Ślub. Przemyślany prze nas, lekkie zaskoczenie dla "jej" rodziców. Nie żeby
wpadka czy inny "mus". Raczej: "a skoro już jesteśmy razem 2 lata, to w sumie
czemu nie?".
Małżeństwo. Nie było jakichś strasznych problemów. Własne mieszkanie, stała
praca, samochód itd. Nie było kokosów, ale daleko od biedy. Początek bardzo
udany, wiecie, nie mogliśmy się sobą nacieszyć.
Dziecko. No urodziło się. Bez problemów. Nie było okazem zdrowia w pierwszych
latach, ale nie jakiś tam chorowitek straszny.
Ale stało się tarczą dla mojej żony. Zaczęła się odgradzać.
Potem były oddzielne wyjścia - ja zostawałem z dzieckiem, a ona szła "na
kawę". Natomiast jeśli ja miałem iść gdzieś sam, to wolałem zostać w domu.
Moje życie towarzyskie w zasadzie przestało istnieć. Ale nie przeszkadzało mi
to. Tyle, że stałem się ... mało atrakcyjny towarzysko. No bo o czym ona mogła
ze mną pogadać? Skoro ja tylko praca - dom? I ja to w ogóle nic nie rozumiem.
Rozwód. O związek walczyłem 2 lata. Byłem wyrzucany z domu, wyszydzany i z
mojej godności pozostało tylko mgliste wspomnienie. To straszne, walczyć o
kogoś, kogo się kocha bardziej niż samego siebie i z każdym dniem widzieć, jak
zamienia się w Królową Śniegu.
Pierwsza i ostatnia rozprawa, 35 minut razem z "naradą" i kilka lat życia
poszło ...
Poddałem się w sumie w sądzie. Miałem taką kluchę w gardle, że nie potrafiłem
nazwiska powiedzieć. Bez orzekania o winie, zaproponowała kwotę alimentów,
wybrała świadka (świadek - osoba której nie widziałem od lat była świadkiem
mojego pożycia małżeńskiego, żałosne). Powiedziałem to samo co ona, jak
automat i umarłem.
A teraz co. Wyjechałem daleko, zmieniłem pracę, życie itd. Tęsknie za
dzieckiem, za domem. Nie mogę się pozbierać, nie potrafię zaangażować w jakiś
związek. Mam tyle żalu i złości do siebie, że czasem mam wrażenie, że się
rozpadnę.
I mam uwierzyć, że to minie i że znowu będę szczęśliwy?
Jestem bardzo daleko od OK, a co tu mówić o szczęściu.
PS. Trochę to przydługawe i nudnawe, ale dzisiaj mam naprawdę kiepski dzień.