Dodaj do ulubionych

Trochę się męczę

09.02.09, 23:35
Minął ponad rok od rozwodu, a ja jakoś nie mogę się pozbierać. Trochę sobie
poczytałem wątki na forum i pomyślałem, że też coś naskrobę. Może ktoś napisze
coś, co chciałbym przeczytać tzn. coś co mi pomoże.

Przed. Trochę niespodziewana miłość. Spotkanie po latach niewidzenia,
łaskotanie w brzuchu, lawina nieopanowanych myśli i emocji. Dobry czas, dobre
miejsce. Niechęć do i ze strony przyszłej teściowej. Nie bardzo rozumiała, że
spotykam się z jej córką, a nie z nią. Kupę nerwów w tej kwestii
Ślub. Przemyślany prze nas, lekkie zaskoczenie dla "jej" rodziców. Nie żeby
wpadka czy inny "mus". Raczej: "a skoro już jesteśmy razem 2 lata, to w sumie
czemu nie?".
Małżeństwo. Nie było jakichś strasznych problemów. Własne mieszkanie, stała
praca, samochód itd. Nie było kokosów, ale daleko od biedy. Początek bardzo
udany, wiecie, nie mogliśmy się sobą nacieszyć.
Dziecko. No urodziło się. Bez problemów. Nie było okazem zdrowia w pierwszych
latach, ale nie jakiś tam chorowitek straszny.
Ale stało się tarczą dla mojej żony. Zaczęła się odgradzać.
Potem były oddzielne wyjścia - ja zostawałem z dzieckiem, a ona szła "na
kawę". Natomiast jeśli ja miałem iść gdzieś sam, to wolałem zostać w domu.
Moje życie towarzyskie w zasadzie przestało istnieć. Ale nie przeszkadzało mi
to. Tyle, że stałem się ... mało atrakcyjny towarzysko. No bo o czym ona mogła
ze mną pogadać? Skoro ja tylko praca - dom? I ja to w ogóle nic nie rozumiem.
Rozwód. O związek walczyłem 2 lata. Byłem wyrzucany z domu, wyszydzany i z
mojej godności pozostało tylko mgliste wspomnienie. To straszne, walczyć o
kogoś, kogo się kocha bardziej niż samego siebie i z każdym dniem widzieć, jak
zamienia się w Królową Śniegu.

Pierwsza i ostatnia rozprawa, 35 minut razem z "naradą" i kilka lat życia
poszło ...
Poddałem się w sumie w sądzie. Miałem taką kluchę w gardle, że nie potrafiłem
nazwiska powiedzieć. Bez orzekania o winie, zaproponowała kwotę alimentów,
wybrała świadka (świadek - osoba której nie widziałem od lat była świadkiem
mojego pożycia małżeńskiego, żałosne). Powiedziałem to samo co ona, jak
automat i umarłem.

A teraz co. Wyjechałem daleko, zmieniłem pracę, życie itd. Tęsknie za
dzieckiem, za domem. Nie mogę się pozbierać, nie potrafię zaangażować w jakiś
związek. Mam tyle żalu i złości do siebie, że czasem mam wrażenie, że się
rozpadnę.

I mam uwierzyć, że to minie i że znowu będę szczęśliwy?
Jestem bardzo daleko od OK, a co tu mówić o szczęściu.

PS. Trochę to przydługawe i nudnawe, ale dzisiaj mam naprawdę kiepski dzień.
Obserwuj wątek
    • tricolour Napisałeś wyjątkowo szary post... 09.02.09, 23:41
      ... rzadko się tutaj zdarza taka szarzyzna.

      Czy w życiu też taki nijaki jesteś? Bez złośliwości, po prostu takie mam
      pierwsze skojarzenie.
      • lokurdebele Re: Napisałeś wyjątkowo szary post... 09.02.09, 23:55
        Staram się "trzymać dystans". Nie chcę wywlekać wszystkiego bo jestem tu całkiem
        świeży. Nie wiem czego się spodziewać.
        Jeśli oczekujesz, że napiszę na dzień dobry wszystko co mi na wątrobie leży to
        przykro mi bardzo.
        Szarzyzna. Dobre.
        Nawet nie wiesz ile kosztowało mnie napisanie tego co napisałem, w sposób taki
        jak napisałem. Bez wycia i odgryzienia sobie palca. I bez wypalenia paczki fajek.

        Ale być może masz rację, stałem się zgorzkniałym, szarym gościem, wykastrowanym
        emocjonalnie. Taki murek sobie wybudowałem.
        • tricolour Nie musisz wywlekać tutaj niczego... 10.02.09, 00:02
          ... raczej w gabinecie psychologa. Jeśli nie korzystałeś, to spróbuj.

          Nie sądzę, by forum znacząco Ci pomogło, ale pisz, czytaj. Zapraszamy.
          • lokurdebele Re: Nie musisz wywlekać tutaj niczego... 10.02.09, 00:13
            Z jednej strony odpowiadasz na posta i coś tam piszesz i niby jest OK.
            Z drugiej, bez urazy, jesteś trolem, który dość skutecznie zniechęca do dalszych
            odwiedzin.

            Dajcie spokój psychoterapii. Nie byłem i raczej się nie wybiorę. Dlaczego - bo
            nie chcę, nie wierzę w skuteczność i tyle.
            • crazyrabbit Mylisz się, kolego... 10.02.09, 00:24
              Tri nie jest żadnym trollem wink

              Jako każdy "nowy", zaczynający pisać na forum, spodziewałeś się
              pogłaskania po głowie, i poczytania, jaki jesteś biedny i wyjątkowy?

              Wierz mi, dopóki nie wyjdziesz ze swojego wnętrza i nie spojrzysz na
              siebie z bardziej obiektywnej strony, nie zostaniesz "uleczony".
              Będziesz ciągle użalał się nad sobą.

              Trzeba dostać kilka razy kopa na tzw. rozpęd i kilka kubłów zimnej
              wody na łeb, żeby zacząć funkcjonować w miarę sprawnie.

              W tym właśnie Tri jest naprawdę dobry i chwała mu za to smile
              • lokurdebele Re: Mylisz się, kolego... 10.02.09, 21:54
                Nie spodziewałem się niczego. A już napewno tego, że pierwsza osoba która się
                odezwie, napisze że mój post jest szary. Nie wiem co powinienem napisać - mniej
                treści więcej formy?

                Nie jestem kolesiem, który się maże z byle powodu. Raczej sobie radzę i to
                całkiem nieźle. Tym razem sobie nie poradziłem. Dlatego napisałem. Jest tu
                pewnie wiele osób po podobnych przejściach. Może mieli bardziej barwne przeżycia.

                Nawet zakładając, że jestem szary i bezpłciowy, to mam rozumieć, że moja miłość
                i jej utrata mniej boli? Nie mam prawa do narzekań bo to nudne?

                Nie jestem wyjątkowy, nigdy nie byłem i naprawdę nigdy nie chciałem być. Chcę
                przeżyć życie tak jak potrafię najlepiej i być szczęśliwy.

                Myślę, że obiektywizmu mi nie brakuje. Wiem, że czasem trudno ze mną wytrzymać,
                mam wady jak każdy. Ale jak każdy zmieniam się i nie stoję w miejscu, choć sam
                sobie wyznaczam tempo.

                A kopa na rozpęd? Myślisz, że przeprowadzka, zmiana trybu życia, pracy itd to
                mały kop? Wiem, że nie wszytko się da uleczyć od razu, ale przez te 2 lata
                miałem wiele bodźców stymulujących big_grin I nadal kiszka.

                Są dni, kiedy tylko myśl o moim dziecku potrafi mnie zmusić do wstania rano i
                oddychania cały dzień. Dziecko ratuje mi życie. I to mnie przeraża. Co będzie,
                kiedy któregoś dnia nie będzie chciała odebrać telefonu i ze mną pogadać?
                • tricolour Przeczytaj spokojnie swoj posty... 10.02.09, 22:21
                  ... i przyjrzyj się sprzecznościom.

                  Męczysz się dwa lata, ale do lekarza iść nie chcesz, bo nie. Uważasz przy tym,
                  że obiektywizmu Ci nie brakuje choć Twoje trwanie w bólu bez chęci leczenia
                  właśnie dowodzi braku obiektywizmu. Z bólem zęba też byś chodził latami? Nie,
                  ale z awarią całej głowy już tak - dziwny obiektywizm.

                  Piszesz "zmieniam się i nie stoję w miejscu, choć sam sobie wyznaczam tempo" - a
                  Twoje posty to właśnie skutek stania w miejscu. Jeśli sobie sam wyznaczasz
                  tempo, to po co ten wątek i wyznanie, że sobie jednak nie radzisz?

                  "Są dni, kiedy tylko myśl o moim dziecku potrafi mnie zmusić do wstania rano i
                  oddychania cały dzień" - dziecko (ani nikt inny) nie może być powodem do życia,
                  jedynym "powodem" jesteś Ty sam.

                  Chcesz się wyżalić? Masz miejsce. Jednak to forum raczej szybko zmęczy się
                  narzekaniem i wyśle Cię do psychologa. Tak czy inaczej warto podjąć leczenie.
                  • lokurdebele Re: Przeczytaj spokojnie swoj posty... 11.02.09, 00:14
                    Ale ja nie czuję się chory.
                    Nie widzę też podobieństwa między stomatologiem a psychiatrą. Jeden leczy zęby,
                    a drugi udaje, że wie co leczy. Sorry, ale tak to widzę. Jestem agnostykiem,
                    więc ksiądz albo wróżka raczej również odpada.

                    A ten wątek napisałem po to, żeby pogadać z ludźmi, którzy też się męczyli.
                    Jeśli wszyscy skończyli u psychoanalityka, to OK, sorry popełniłem błąd pisząc
                    tutaj. Sądziłem, że niektórzy potrafili poradzić sobie jakoś sami, czy też z
                    pomocą przyjaciół. Nie wiem. Nie szukam jakiejś złotej recepty, każdy pewnie
                    musi sam znaleźć drogę. Ale może ktoś znalazł metodę, która pomogłaby i mnie.
                    • z_mazur Re: Przeczytaj spokojnie swoj posty... 11.02.09, 00:54
                      > Ale ja nie czuję się chory.
                      > Nie widzę też podobieństwa między stomatologiem a psychiatrą.

                      A czy ktoś tu pisał o chorobie, leczeniu i psychiatrze? Zasugerowano Ci psychoterapię, która jest fachowym wsparciem w sytuacjach gdy człowiek styka się z jakąś poważną sytuacją kryzysową w swoim życiu. Inna sprawa, że w przypadku depresji czasem bardzo skuteczna okazuje się pomoc farmaceutyczna. Oczywiście Ty możesz uważać, że wychwyt zwrotny serotoniny, to jakieś gusła ale to Twój wybór.

                      > A ten wątek napisałem po to, żeby pogadać z ludźmi, którzy też się męczyli.
                      > Jeśli wszyscy skończyli u psychoanalityka, to OK, sorry popełniłem błąd pisząc
                      > tutaj.

                      Nie wszyscy ale Ci którzy poradzili sobie sami, to po dwóch latach byli przeważnie o wiele dalej w procesie dochodzenia do siebie.

                      > Sądziłem, że niektórzy potrafili poradzić sobie jakoś sami, czy też
                      > z pomocą przyjaciół.

                      Czyli laik przyjaciel może Ci pomóc ale fachowiec z wiedzą na temat radzenia sobie z pewnymi emocjami wywołanymi przez traumatyczne przeżycia nie może. Tak, to ma sens.

                      > Jestem agnostykiem,
                      > więc ksiądz albo wróżka raczej również odpada.

                      A co ma do tego Twój agnostycyzm? Jak czegoś nie widzisz to w to nie wierzysz? To w matematykę też nie wierzysz, bo kto to "zero" widział albo liczby nierzeczywiste?

                      Zaprzeczenie skuteczności współczesnej psychiatrii i psychoterapii jest dla mnie porównywalne z wiarą w kreacjonizm.
                      • lokurdebele Re: Przeczytaj spokojnie swoj posty... 11.02.09, 20:41
                        Owszem, komuś kto wierzy w psychoterapię, może ona pomóc. Ja nie i dlatego nie
                        widzę się na terapii.
                        Uważam, że przyjaciele, którzy byli świadkami całej tej historii, są bardziej
                        odpowiedni.

                        Farmakologia - tak, to jest coś co mógłbym rozważyć. Ale tego akurat się
                        obawiam. Nie chcę przestać być sobą, bez względu jak trudne to czasami bywa. Nie
                        wiem czy zaakceptowałbym lepsze samopoczucie, zawdzięczając je chemii.

                        Nie wierzę w coś, czego nie da się udowodnić na tyle, żeby mnie przekonać. Zero
                        - czyli czegoś nie ma - bardzo proste do udowodnienia. Liczby nierzeczywiste -
                        chodzi ci o np. ?- Ile? - A w cholerę i trochę" wink Nie, liczb nierzeczywistych
                        nie potrafię sobie wyobrazić i również uważam je za wytwór wyobraźni, podobnie
                        jak liczby niewymierne - poprostu nie przedstawiają niczego co mogę pojąć. Ale
                        zawsze byłem słaby z mamtmy big_grin
                        • kami_hope Re: Przeczytaj spokojnie swoj posty... 11.02.09, 23:32
                          Zarówno psychiatria jak i stomatologia są działami medycyny.
                          Człowiek, to nie samochód w którym wymienia się zepsutą część i po
                          sprawie! U człowieka sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, bo
                          poszczególne układy/narządy są zależne od siebie (tj. współdziałają
                          ze sobą dla dobra „ogółu” – całego organizmu). Psychika odgrywa
                          ogromną rolę (choroby/zaburzenia: psychosomatyczne, somatyczno-
                          psychyczne) w funkcjonowaniu organizmu. Wspomnę choćby
                          neurotransmitery, hormony, np. noradrenalina, adrenalina wytw. w
                          nadnerczach, a mogą objawiać się w sposób wręcz spektakularny przez
                          emocje. Lub inny przykład: np. dopomina, oksytocyna sprawiają, że
                          czujemy się fantastycznie zakochani, zaś spadek powoduje „głód”, z
                          którego mogą zaistnieć zaburzenia wtórne. Acetylocholina, tlenek
                          azotu odgrywają kluczową rolę w reakcji somatycznej na bodźce
                          seksualne. Itd. To wielka wiedza opisywana w wielu tomach. Po prostu
                          najwyraźniej się z nią nie spotkałeś do tej pory.
                          Jeśli chodzi o farmakoterapię, można nią regulować zaburzenia
                          endogenne. Jednak nie istnieje (!) tabletka „szczęścia” lub inny
                          tego typu „naprawiacz życia”. Są chorzy z zaburzeniami świadomości,
                          więc na nic im psychoterapia; jednak Ci z zachowaną świadomością
                          odnoszą lepsze rezultaty dzięki terapii niż wspomagani
                          farmaceutykami (chociaż często takie wspomaganie jest korzystne przy
                          zastosowaniu doraźnym).
                          Jeśli chodzi o samą psychoterapię… Sukces nie zależy od wiary, a od
                          woli. Pacjent, który chce wyzdrowieć, będzie współpracował z
                          psychoterapeutą dla własnego dobra. Tu – znaczenie ma również
                          zaufanie do lekarza. Jeśli pacjent tego nie czuje, powinien poszukać
                          takiej osoby, której gotów jest zaufać.
                          Kolejna ważna rzecz – i łącząca się ściśle z powyższym: lekarz nie
                          biega za pacjentem i wyciąga go za uszy, bo „powinien się leczyć”.
                          Nie! To Ty idziesz po pomoc! To leży w Twoim interesie i w niczyim
                          innym! Lekarz udzieli Ci pomocy czyniąc użytek z własnej wiedzy.
                          Jednak ostatecznie to Ty decydujesz o tym, czy z tej wiedzy
                          skorzystasz i czy ją „przepracujesz”. To TY SAM jesteś
                          odpowiedzialny za powodzenie/sukces (lekarz jedynie „poleca”wink
                          >Jeśli wszyscy skończyli u psychoanalityka
                          To zabrzmiało jakby „upadli” ostatecznie nisko, na podobieństwo
                          określenia typu: „skończył zapity w rowie”. A w rzeczywistości jest
                          zupełnie przeciwnie. Ci którym zależy na sobie, na własnym zdrowiu,
                          na przyszłości – wykonali krok, który umożliwił im rozwój –
                          wygrywają! I właśnie ZACZYNAJĄ. Czasami powstają z totalnych
                          zgliszczy, popiołów… ileż sił wkładają aby powstać!
                          Jestem pełna podziwu dla tych walczących. Nie wiem, czy jest większe
                          zwycięstwo jak nad własnymi demonami!

                          P.S. Masz trochę do przepracowania (nad sobą) – to fakt!

                          • lokurdebele Re: Przeczytaj spokojnie swoj posty... 12.02.09, 15:15
                            Nie uważam tych co "skończyli u psychoanalityka" za jakichś gorszych czy coś,
                            choć może to tak zabrzmiało. Skoro im to pomogło, to świetnie, gratuluję.
                            Tak samo z tą wiarą w psychoanalizę. Jeśli nie wierzy się w skuteczność, to
                            ciężko mówić o współpracy czy woli, chęci. Zawsze będzie to podszyte jakimś, nie
                            wiem, dystansem? Brakiem całkowitego zaufania? A to chyba nie o to chodzi.
                            W sumie, po przeczytaniu tylu pozytywnych opinii na ten temat, może jednak
                            spróbuję. Trochę będzie to trudne, bo lekarze w mojej okolicy nie mówią po
                            polsku, a to, było nie było, mój język emocji.

                            Ja również jestem pełen podziwu dla tych co się podnieśli po jakichś
                            traumatycznych przeżyciach. I nie mówię o rozwodzie, bo każdy ma pewnie własne
                            demony i niekoniecznie rozwód jest jednym z nich.
                            • kami_hope Re: Przeczytaj spokojnie swoj posty... 12.02.09, 23:21
                              No dobra, to powiem swoje (na podst. tego co napisałeś)… a Ty
                              zrobisz co zechcesz.
                              Zauważyłam u Ciebie silny mechanizm obronny, szczególnie –
                              wypierania. Proces ten odbywa się poza świadomością, działa to
                              niejako automatycznie, a ma na celu rozładowanie napięcia
                              (wynikającego z przenajróżniejszych problemów, np. konflikty wewn.,
                              a przede wszystkim lęk). To jest tak, jakby uświadomienie sobie
                              prawdy było przez Ciebie czymś nie do przyjęcia.
                              Kolejny mechanizm – tłumienie („O związek walczyłem 2 lata(…winkkogoś,
                              kogo się kocha bardziej (…wink >>nie potrafię zaangażować w jakiś
                              związek”wink – pierwsza tendencja nie została zaspokojona i jest stale
                              aktywna przez co uniemożliwia realizację drugiej tendencji (ta jest
                              tłumiona).

                              To bardzo okrojony zarys problemów z jakimi się borykasz. Tyle, że
                              tu nie jest czas ani miejsce na tego typu analizy. Najlepiej sam
                              postaraj się w swojej sprawie… Jeśli znajomość języka utrudnia Ci
                              kontakt z lekarzem (a może gdzieś jednak jest osoba, która mówi po
                              polsku smile? Dowiedz się.) postaraj się o odpowiednią literaturę. Od
                              ręki możesz poszperać w necie.

                              A teraz chyba najistotniejsza sprawa – bo to powyżej w ramach
                              wstępu – NIKT NIE JEST CI W STANIE POMÓC (tu na forum, a także i
                              inni – przyjaciele, znajomi), a to właśnie z powodu mechanizmów
                              (wyżej opisanych), które silnie sobie utrwaliłeś. Wpierw musisz je
                              dobrze zrozumieć, przeanalizować, uświadomić sobie… a później iść i
                              prosić o pomoc. Wówczas będzie Cię stać na zaufanie wobec osoby,
                              która jest w stanie udzielić Ci pomocy. Później będzie bolało…
                              podobnie jak ekstrakcja zęba boli, z tym, że zaraz po - (relatywnie
                              do włożonego nakładu pracy) nastąpi proces zdrowienia. Innej drogi
                              nie ma – jak tylko stanąć twarzą w twarz naprzeciw sobie (własnym
                              problemom).

                              • lokurdebele Re: Przeczytaj spokojnie swoj posty... 13.02.09, 14:03
                                Hm, dziwnie to czytać. Przepraszam, ale w pierwszym momencie się nawet
                                roześmiałem. Bez urazy. Jestem naprawdę wdzięczny za tę próbkę.

                                Mówisz o wypieraniu - nie bardzo wiem o co chodzi, kojarzy mi się z kłamaniem.
                                Tyle że jakby bardziej nieświadomym. Wydaje mi się, że jestem dosyć szczery -
                                szczególnie tutaj. Pisanie rzeczy niezgodnych z prawdą wypaczyłoby całkiem sens
                                pisania. A może chodzi o to, że koloryzuję żeby się ... wybielić? Śmiesznie to
                                zabrzmiało, ale wiesz o co chodzi.
                                Nie jestem aniołem, mam masę wad i związek dwojga ludzi to wspólna wypadkowa ich
                                wad i zalet, więc za jego rozpad nie ponosi winy tylko jedno z nich. Wiem o tym.
                                Ale świadomość mojego "współudziału" w niczym mi nie pomaga.

                                Tłumienie - też nie wiem. Coś jakby uciszanie skrywanych pragnień, myśli? Nie
                                rozumiem tego pojęcia, mechanizmu.


                                • tricolour Na tym to właśnie polega... 13.02.09, 14:58
                                  ... że kierują Tobą mechanizmy, których nie rozuzmiesz więc jesteś w
                                  swoistej pułapce. Jak można się uwolić od czegoś, co osacza jesli
                                  nie dostrzega sie istoty ograniczenia?

                                  Zauważ, że w swoim poście robisz analizę: piszesz o współudziale,
                                  winie, wadach, zaletach. Piszesz o rzeczach przebrzmiałych i starasz
                                  sie zrozumieć dlaczego coś się stało. Tymczasem powód rozstania nie
                                  jest istotny, bo to historia która do niczego już nie prowadzi, co
                                  nieświadomie potwierdzasz słowami: "Ale świadomość
                                  mojego "współudziału" w niczym mi nie pomaga".

                                  Nie jest ważne "dlaczego" coś się stało. Ważne, co można z przykrym
                                  doświadczeniem zrobić.
                                  • lokurdebele Re: Na tym to właśnie polega... 13.02.09, 23:53
                                    Czyli co, "wyzdrowienie" będzie polegało na tym, że będę żył tak jakby nic się
                                    nie stało? Że nie będzie to miało dla mnie znaczenia i nie będę się zastanawiał
                                    nad tym dlaczego?

                                    Jakoś ... nie wierzę
                                    • tricolour Będziesz żył normalnie... 14.02.09, 00:03
                                      ... pomimo porażki. Będziesz pamiętał wszystko, co się wydarzyło, ale nie będzie
                                      to powodem cierpień.

                                      Nie będziesz się zastanawiał dlaczego, bo teraźniejszość i przyszłość staną się
                                      ważniejsze niż historia. Twój ból przeniesie się do sfery przykrych doświadczeń.
                                      On będzie miał znaczenie ponieważ zmieni kryteria wyboru kobiet.

                                      "Jakoś ... nie wierzę" - może uwierzysz.
                                  • mariefurie Re: Na tym to właśnie polega... 14.02.09, 00:30
                                    tricolour napisał:

                                    >
                                    > Nie jest ważne "dlaczego" coś się stało. Ważne, co można z przykrym
                                    > doświadczeniem zrobić.

                                    Tri i jedno, i drugie jest w równym stopniu wazne.
                                    Aby wiedziec, co zrobić z przykrym doswiadczeniem, trzeba wiedziec, dlaczego to
                                    'przykre' nas spotkało.
                                    I tylko wtedy...do przodu. Nie da się tu pominąc pewnych krokow, inaczej jakies
                                    "nowe" bedzie budował facet na tej samej bazie, na której (lub z powodu której)
                                    rozwalił stare.
                                • kami_hope Re: Przeczytaj spokojnie swoj posty... 14.02.09, 01:26
                                  Napisałeś w pierwszym zdaniu –
                                  >Minął ponad rok od rozwodu, a ja jakoś NIE MOGĘ SIĘ POZBIERAĆ.
                                  Trochę sobie
                                  poczytałem wątki na forum i pomyślałem, że też coś naskrobę. Może
                                  ktoś napisze
                                  coś, co chciałbym przeczytać tzn. coś co mi pomoże. –
                                  -wskazujesz, że coś u Ciebie niedomaga. I…hm? Nie wiem jak to
                                  określić abym była dobrze zrozumiana. Mianowicie, stosujesz pewnego
                                  rodzaju manipulację. Oczekujesz pomocy, jednak warunkowo… przyjmiesz
                                  ją, o ile spełni Twoje wymogi percepcji. Przy czym, nie określasz
                                  swoich oczekiwań/uwarunkowań. Raz, że sam nie jesteś w stanie
                                  określić siebie, a wszelkie koncepcje zewnętrzne wypierasz (owe
                                  prawdy są przefiltrowane przez mechanizm obronny; reakcja ta jest na
                                  wskroś podobna do odpowiedzi immunologicznej na jakiś alergen), to
                                  dodatkowo – obciążasz odpowiedzialnością (w sposób bierny – i w tym
                                  ta manipulacja) za swój stan innych, którym (paradoksalnie)
                                  odbierasz instrumenty wspomagania.
                                  Wygląda to tak, jakbyś wystawiał się i mówił: patrzcie jak mi źle!
                                  Może mi pomożecie? Ale to i tak wam się nie uda bo (tu miejsce na
                                  Twoją inwencję w kreowaniu przeszkód) np. mnie się nie da pomóc, nie
                                  znacie się, jesteście śmieszni, etc.
                                  >Ale ja NIE czuję się CHORY. (Porównaj z pierwszym zdaniem,
                                  zaznaczyłam wielkimi literami. Widzisz sprzeczność? To jedno z wielu
                                  ukazanych przez Ciebie samego przejawów wyparcia. Nie, to nie znaczy
                                  że kłamiesz. To znaczy, że masz problem z oceną rzeczywistości, z
                                  oceną samego siebie – nie jesteś świadom swoich reakcji, itd.)

                                  Spróbuj sam stworzyć definicję „zdrowia”. Jak chcesz, napisz tą
                                  definicję tutaj…


                                  >Jeśli oczekujesz, że napiszę na dzień dobry wszystko co mi na
                                  wątrobie leży to
                                  przykro mi bardzo.
                                  Na nic nikomu Twoje wynurzenia. To forum nijak ma się do sensacji
                                  dotyczących życia gwiazd, pseudogwiazd, itd. Nie sądzę aby ktoś tu
                                  przychodził aby żywić się czyimś cierpieniem. Pamiętaj o tym, że
                                  świat nie kręci się wokół Ciebie. Polecam Ci powtarzać sobie do
                                  skutku podobną afirmację („świat nie kręci się wokół mnie”wink.
                                  Przydałoby Ci się nieco pokory (zamiast uniżenia i fałszywej
                                  skromności), by ostatecznie zrozumieć, że nikt nie musi Ci pomagać,
                                  bo to TWOJE ŻYCIE, to OD CIEBIE ZALEŻY jakość tego życia i
                                  przyszłość. Jeśli nie radzisz sobie sam (co zupełnie nie dziwi, bo
                                  człowiek upada w życiu po wielokroć) naucz się wyrażać swoje
                                  potrzeby (wpierw je musisz rozpoznać!!) i zwracać się do innych o
                                  pomoc (jednym z „etapów” w rozwoju człowieka jest tzw. dojrzałość
                                  społeczna – dla wielu ludzi pomoc innym jest zupełnie naturalną
                                  sprawą, wynikającą właśnie z owej dojrzałości, tyle że dojrzałość ta
                                  polega na pomocy mądrej (!) – czyli nie koniecznie takiej, która
                                  przeszła by przez Twoją aktualną weryfikację)

                                  >Hm, dziwnie to czytać. Przepraszam, ale w pierwszym momencie się
                                  nawet
                                  roześmiałem.
                                  Mówisz o wypieraniu - nie bardzo wiem o co chodzi, kojarzy mi się z
                                  kłamaniem.
                                  Jeśli czegoś nie rozumiesz (naturalną rzeczą w rozwoju człowieka
                                  jest poszukiwanie, odkrywanie…wink, wykonaj wysiłek i zadbaj o
                                  poszerzenie swojej wiedzy. Poradziłam Ci, że choćby od ręki możesz
                                  próbować szukać w Internecie. Żadne studia nie „nauczą”, a jedynie
                                  wskazują drogi poszukiwań, całą robotę musi wykonać student. Nie
                                  czekaj aż inni przyniosą Ci gotowe rozwiązania, gotową wiedzę.
                                  Szanuj czas innych, jest cenny (mój jest! Nie skąpię czasu ani
                                  wysiłku dla tych którzy mają wolę, otwarte umysły i ręce gotowe do
                                  pracy).
                                  Jeśli nie masz ochoty pracować, nie zawracaj ludziom głowy!!
                                  • lokurdebele Re: Przeczytaj spokojnie swoj posty... 14.02.09, 10:35
                                    Wiesz, tak punktować kogoś nie jest wcale trudno. Tym bardziej mnie, bo piszę
                                    dosyć chaotycznie.
                                    Cały czas mam wrażenie, że jestem spychany do jakiejś szufladki, że wszystko co
                                    napiszę jest podciągane pod jakąś kategorię.

                                    Oczekuję pomocy, ale nie będę słuchał każdej rady. Nie będę się upijał i
                                    balował, nie mam ochoty na dziki sex z przypadkowo poznanymi dziewczynami, nie
                                    oddam się modlitwom itd.

                                    Piszesz o pokorze? Fałszywej skromności? Chciałbym, żeby choć połowa ludzi była
                                    tak pokorna jak ja big_grin A z tą fałszywą skromnością też nie wiem o co chodzi.
                                    Zwłaszcza słowo fałszywa mnie interesuje. Wogóle mam wrażenie, że ta szufladka o
                                    której napisałem wyżej, miałaby na etykiecie m.in. napisane "zakłamany". Uwierz
                                    mi, jeszcze mi nikt nie zarzucił tego, że kłamię, jestem fałszywy albo że
                                    naginam prawdę. Wręcz przeciwnie, popełniam czasem błąd zbytniej uczciwości.

                                    Nikogo o nic nie obwiniam. No może jedną osobę, już o tym pisałem.
                                    Gdybym uważał, że nie możecie mi pomóc to już dawno przestał bym pisać. Mam nie
                                    pisać, że się zaśmiałem czytając jakiś post, albo że jakaś wypowiedź mnie
                                    wnerwiła - OK. Ale to będzie właśnie naginanie prawdy.

                                    A, szukałem w necie. Przyznaję, że dopiero po napisaniu posta. Byłem na studiach
                                    i nauczyłem się, że otwarty umysł jest tylko przeszkodą. Każdy wykładowca ma
                                    własną definicję otwartości.

                                    Dodam też, że bardzo cenię twoje wypowiedzi, jestem Ci wdzięczny za czas jaki
                                    poświęcasz żeby tutaj pisać. Ale jeśli nie masz ochoty, albo Cię drażnię to tego
                                    nie rób. Jestem wdzięczny, ale nie będę się łasił.
                                    • tricolour Kami napisała bardzo mądrze... 14.02.09, 10:51
                                      ... a Ty się stroszysz i przeinaczasz jej słowa. Przeinaczasz, by dojść do
                                      wniosków, które są Ci wygodne.

                                      Kami nie napisała, że kłamiesz, że jesteś fałszywy (a to jej zarzucasz). Kami
                                      napisała o fałszywej skromności, którą wyraźnie widać w słowach: "Chciałbym,
                                      żeby choć połowa ludzi była tak pokorna jak ja" - wynika z tego, że znasz co
                                      najmniej połowę wszystkich ludzi choć w istocie nawet nie znasz siebie.

                                      Moim zdaniem masz dwie drogi:
                                      - amatorska pomoc jakichś znajomych, przyjaciół, która niewiele da, ale ma taką
                                      zaletę, że będzie trwała długo więc to czas Cię wyleczy. Wadą takiego
                                      rozwiązania może być ciągłe żywienie urazy do żony lub kobiet w ogóle. Na forum
                                      dobrze widać takie destrukcyjne zachowania pozornie zdrowych już ludzi.
                                      - pomoc u profesjonalisty, którego trzeba sobie znaleźć, bo nie z każdym można
                                      otwarcie rozmawiać. Zaletą jest "przerobienie" gruntowne tematu i budowa nowego
                                      życia bez demonów przeszłości. Wadą jest owo poszukiwanie lekarza, z którym
                                      dobrze się rozmawia. Czasem jest to niełatwe.

                                      Wybór należy do Ciebie.
                                      • wania46 Re: Kami napisała bardzo mądrze... 14.02.09, 11:18
                                        Tez uwazam,ze Kami napisala jak zwykle bardzo madrze.
                                        Wrocilam do Twojego pierwszego posta bo czesto w tej pierwszej wypowiedzi jest zawarty problem.Masz klopot z miloscia wlasna i chyba nad tym ewentualnie powinienes pracowac.A jakie to trudne i czasami dlugie wiem sama dobrze.Moj dialog z forumowiczami zaraz po odejsciu od meza wygladalby podobnie jak Twoj,ale trafilam do psychologa i tam zaczelam rozmawiac i mocowac sie sama ze soba.Trudna droga przed Toba,ale wykonalnasmile
                                        • lokurdebele Re: Kami napisała bardzo mądrze... 14.02.09, 19:10
                                          O rany, no nie potrafię się najwyraźniej wysłowić. Co innego napisałem, a
                                          całkiem inne wnioski z tego wyciągacie. Łoicie mi skórę trochę.
                                          W sumie czego bym nie napisał, to będzie teraz rozpatrywane prze jeden pryzmat.
                                          Miłość własna? OK, niech i tak będzie.
                                          Jestem zapatrzonym w siebie egoistą, ludzi dzielę na tych co lubię i tych którzy
                                          są lepsi ode mnie. Jestem pępkiem świata, wszyscy powinni się mną zachwycać, a
                                          jak nie to w ryja.
                                          Żona też mnie rzuciła bo jestem samolubem. Zastanawiam się po co za mnie wyszła,
                                          przecież zawsze taki byłem. Kawał gnoja bez odrobiny empatii. I ten rozwód -
                                          rysa na moim idealnym obliczu. Przez nią nie zostanę świętym. Przyjaciół też
                                          dobieram tylko pośród tych którzy mnie wielbią. Reszta to mięczaki i nie zwracam
                                          na nich uwagi.

                                          Oto moja charakterystyka na podstawie tego, że nie chcę iść do psychologa i że
                                          nikogo nie traktuję jak wyroczni. Że próbuję być szczery i piszę to co czuję i
                                          myślę. A o ile łatwiej byłoby przywdziać maskę i pisać tylko to co chcielibyście
                                          przeczytać.

                                          Dzięki. Naprawdę dzięki, bardzo mi pomogliście. Trzeba umieć liczyć ...
                                          • wania46 uuuuuu.....wyhamuj:) 14.02.09, 20:20
                                            wszystko na opak.
                                            "...i z mojej godności pozostało tylko mgliste wspomnienie. To straszne, walczyć o
                                            kogoś, kogo się kocha bardziej niż samego siebie"
                                            "...Mam psa big_grin Nie wiem jak on ze mną wytrzymuje, ale daje radę"
                                            Mowiac prosto chodzilo mi o zdrowe kochanie samego siebie,a dopiero potem innych,szacunek do swojej osoby.Mozna i warto sobie to wypracowac.Ale poczatkowo rzeczywiscie sie nie wie o co chodzi...
                                            • panda_zielona Re: uuuuuu.....wyhamuj:) 14.02.09, 21:09
                                              Racja wyhamuj....

                                              Oto moja charakterystyka na podstawie tego, że nie chcę iść do
                                              psychologa i że
                                              nikogo nie traktuję jak wyroczni. Że próbuję być szczery i piszę to
                                              co czuję i
                                              myślę. A o ile łatwiej byłoby przywdziać maskę i pisać tylko to co
                                              chcielibyście
                                              przeczytać.

                                              Nikt Ci nie każe robić niczego na siłę.Wróć do tych postów za jakiś
                                              czas,przekonasz się sam.A tymczasem umiesz liczyć...licz na siebie
                                              • lokurdebele Re: uuuuuu.....wyhamuj:) 14.02.09, 22:46
                                                A tam będę hamował, się rozpędzam dopiero big_grin

                                                Bardzo mi się z wami fajnie dyskutuje, tego mi było trzeba - inteligentnej
                                                dyskusji. A że o mnie - tym bardziej powinienem być zadowolony, jako narcyzowi
                                                ten temat mi siada jak żaden wink

                                                Jestem osobnikiem który chyba za jakiś czas, to będzie wolał zapomnieć o tym
                                                wątku niż do niego wracać. Będzie mi pewnie wstyd :<
                                                • mariefurie Re: uuuuuu.....wyhamuj:) 14.02.09, 23:10
                                                  Chłopie, tobie to potrzeba przywalić z grubej rury, zebys tak przez tydzien
                                                  polezał i sie nad soba zastanowił.
                                                  To co Ci Tri powiedział w pierwszym swoim poście, to czysta prawda.
                                                  Az dziw (gratulki Tri!), ze po paru Twoich słowach zaszufladkował Cie na szaro.
                                                  Mało tego - bardzo celnie uważam.
                                                  Dalej Kami Ci przeprowadziła psychoanalize bardzo porządną i to za friko.
                                                  Dorozważenia.
                                                  Dalej, to juz sam się sklasyfikowałeś i oceniłeś się. I myslę, ze jak to było
                                                  nawet zrobione w żarcie swego rodzaju, to..... w każdym żarcie, jest tylko część
                                                  żartu.
                                                  A na podsumowanie. Dobrze ta Twoja żona zrobiła, że Cię olała. Myslę że miała ku
                                                  temu bardzo mocne powody.
                                                  Mozna być upartym, ale kiedy to "uparty" staje się synonimem "tępy",no to nie ma
                                                  o czym rozmawiać.
                                                  Ona, jak wspomniałeś, preferowała rozmowy z przyjaciółkami nad
                                                  kontakty z Tobą.
                                                  I miała rację.
                                                  • lokurdebele Re: uuuuuu.....wyhamuj:) 15.02.09, 01:20
                                                    Dzięki.
                                                    To zabolało
                                                  • mariefurie Re: uuuuuu.....wyhamuj:) 15.02.09, 01:32
                                                    Nie jest celem samym w sobie aby zabolało. Bo to nie sztuka dowalić komuś, kto
                                                    jest w rozkroku i na rozdrożu. Chodzi o to , byś się sam walną własną pięścią w
                                                    łeb swój własny. Tylko tyle. I przemyslal ważne dla siebie sprawy. W oderwaniu
                                                    od swojego "och" i "ach" na swój własny temat i, tez, w oderwaniu od
                                                    przeszłości. Zadaj sobie najbardziej podstawowę pytanie: czego chcę? dzis i jutro.
                                                    Jak znajdziesz odpowiedz - mozesz się uważac za zdrowego.
                                                    Bez demonów.
                                                  • lokurdebele Re: uuuuuu.....wyhamuj:) 15.02.09, 01:54
                                                    Myślisz, że nie próbuję? Nie próbowałem?
                                                    Że pierwsze co zrobiłem to napisałem na forum?

                                                    I nie wciskaj kitu - napisałaś to żeby zabolało.
                                                  • mariefurie Re: uuuuuu.....wyhamuj:) 15.02.09, 02:18
                                                    lokurdebele napisał:

                                                    > Myślisz, że nie próbuję? Nie próbowałem?
                                                    > Że pierwsze co zrobiłem to napisałem na forum?
                                                    >
                                                    > I nie wciskaj kitu - napisałaś to żeby zabolało.

                                                    Pisanie na forum, to jest, ze tak powiem ...ostatnie, a nie pierwsze. I to, ze
                                                    pierwsze co zrobiłeś to zacząłeś pisać na forum, tylko potwierdza Twoja
                                                    niedojrzalość.
                                                    Kitu nie wciskam. nie jest to w moim zwyczaju. Powiedziałam tak a nie inaczej,
                                                    abys poczuł pewne "pyknięcie" w środku. Poczuleś. Więc dobrze zadziałało.
                                                    zgodnie z założeniem smile Ale też zastrzegłam, ze nie chodzi o to, by to
                                                    "zabolało" było celem samym w sobie. Tylko żebyś sie wyrwał z amoku w jakim
                                                    przebywasz.
                                                    Otworz oczy, umysł i zdobądź się na odwagę powiedzenia sobie kim jesteś, co
                                                    zabagniłeś w swoim zyciu i co przegrałeś. Ale też, aby tak dołująco nie było
                                                    -pomyśl, co można odzyskać, co odbudowac, co naprawic, a co zbudowac na nowo.
                                                    Myśl, chłopie, to nie boli.
                                                  • lokurdebele Re: uuuuuu.....wyhamuj:) 15.02.09, 10:17
                                                    Najwyraźniej nie przeczytałaś tego co napisałem post wyżej, tylko już, ze tak
                                                    powiem leecisz po całości.

                                                    To jeszcze raz napiszę Myślisz ... że pierwsze co zrobiłem to napisałem na forum?

                                                    "Pyknięcie" mogłaś uzyskać na tysiąc innych sposobów, a napisałaś właśnie to co
                                                    zaboli najbardziej. To było proste, osobie takiej jak jest łatwo przyłożyć.

                                                    Nie znajduję się w amoku. Jest mi ciężko, nie mogę się pozbierać i mam dni
                                                    naprawdę złe. Ale to nie jest amok.
                                                    Niczego nie zabagniłem, nie zniszczyłem i nie przegrałem. Nie jestem niewinny,
                                                    ponoszę winę zaniechania. Bardzo chciałem wieść normalne życie, normalnych
                                                    ludzi, zamiast stać się księciem z bajki.

                                                    Widzę, że ta dyskusja i tak już donikąd nie prowadzi. Nie wiem dlaczego taki
                                                    jakiś dziwny obraz mnie sobie wysnuliście.
                                                    I skąd pomysł, że wylewanie na mnie kubłów zimnej wody mi pomoże?

                                                    Ktoś napisał o amatorskiej pomocy przyjaciół, że będzie trwałą długo i niczego
                                                    nie zmieni. Otóż może to kwestia jakich przyjaciół się ma. Mnie bardzo pomogli
                                                    na początku, ale teraz jestem od nich zbyt daleko i szukam innej formy wsparcia.
                                                    A psycholog, to z całym szacunkiem dla psychologów, taka osoba która za
                                                    pieniądze będzie kimś w rodzaju przyjaciela. Owszem jest teoretycznie
                                                    przygotowany, napewno lepszy metodologicznie od przyjaciela, ale robi to za
                                                    kasę. To jego praca, za moje pieniądze. I dlatego mu nie zaufam.

                                                    Od tego się zaczęło, że nie chcę iść do lekarza.
                                                    Potem z każdym następnym postem przyklejacie mi łatkę, z reguły niezbyt
                                                    pochlebną, a już jak się bronię i odgryzam to osaczacie mnie całkiem, wyciągając
                                                    chyba zbyt pochopne wnioski z każdego słowa, nawet niezbyt dokładnie czytając co
                                                    napisałem. To wypacza całą rozmowę.

                                                    Nie potrafię tak rozmawiać. Z reguły to ja starałem się pomagać i wiem, że to
                                                    trudne. Ale kiedy sam oczekuję pomocy, okazuje się, że jest jeszcze trudniej.

                                                    Wszystkie ostre słowa to i tak byłoby nic, gdyby nie to jak bardzo niezrozumiany
                                                    się czuję. Jakbyście pisali o kimś całkiem innym. Nie powinienem się może tym
                                                    przejmować, bo w końcu wiem kim jestem i jaki jestem i wasze słowa tego nie
                                                    zmienią, ale to niesamowite jak dziwnie ludzie odbierają siebie na wzajem. To
                                                    pewnie moja wina, bo ja nawet przez telefon jestem mrukliwy i bardzo trudno mi
                                                    się gada z kimś kogo nie widzę. Ale kurcze, naprawdę się starałem.

                                                    Stanowicie mam wrażenie zgraną ekipę, pewnie kiedyś sobie też na wzajem
                                                    pomagaliście. Tyle, że wasze zwarte szeregi nie pozwalają się przebić komuś
                                                    takiemu jak ja.

                                                    Przepraszam jeśli kogoś obraziłem albo uraziłem.
                                                  • mariefurie Re: uuuuuu.....wyhamuj:) 15.02.09, 11:03
                                                    Może i nie do konca zrozumialam co napisaleś,ale trudne to jest, jeżeli co rusz
                                                    wysyłasz sprzeczne wypowiedzi.

                                                    A dwa posty Twoje , ten: "Eh tam zaraz obrażać big_grin
                                                    Teraz kiedy zrobiło się naprawdę zabawnie?To jedna z moich wad - jestem uparty.
                                                    Im większy nacisk, tym większy opór. "

                                                    I ten: " A tam będę hamował, się rozpędzam dopiero big_grin
                                                    Bardzo mi się z wami fajnie dyskutuje, tego mi było trzeba - inteligentnej
                                                    dyskusji. A że o mnie - tym bardziej powinienem być zadowolony, jako narcyzowi
                                                    ten temat mi siada jak żaden wink
                                                    Jestem osobnikiem który chyba za jakiś czas, to będzie wolał zapomnieć o tym
                                                    wątku niż do niego wracać. Będzie mi pewnie wstyd "

                                                    ...są wyrazem lekceważenia ludzi ktorzy starali się w tym watku jakoś Cię
                                                    wspomóc na rózne sposoby, a ich treść sprowadza sie mniej więcej do tego - wy
                                                    sobie tu pogadajcie, a ja poczytam i sie posmieje z waszej głupoty.
                                                    Jezeli każdą radę i wskazówkę odrzucasz z założenia i idziesz w zaparte przy tym
                                                    sie szczycąc, ze Twój opor rośnie w miarę nacisku - no to czego oczekiwałeś
                                                    przychodząc na forum?
                                                    Ty nie potrzebujesz zadnej rady, bo przeciez wszystko wiesz.
                                                    Pytanie tylko, skoro wszystko wiesz, dlaczego sam sobie nie potrafisz pomoc?



                                                  • tricolour Kolega się jednak obraża... 15.02.09, 11:18
                                                    ... choć mówi, że się nie obraża. Chciałby stać w centrum zainteresowania, ale
                                                    pod warunkiem, że sam wyznaczy styl tego zainteresowania.

                                                    Kolega jednak trafił na dorosłych ludzi i albo przystosuje się do grupy i będzie
                                                    korzystał z pomocy (razem grupę współtworząc) albo nie.
                                                  • lokurdebele Re: uuuuuu.....wyhamuj:) 15.02.09, 11:26
                                                    Mylisz żartobliwe wypowiedzi z lekceważeniem. Znaczek mrugnięcia oczkiem - wink -
                                                    powinien chyba jasno wskazać na żart.
                                                    Uśmieszek - big_grin - również jest stawiany w jakimś celu. Po to powstały, tak samo
                                                    jak pisanie DUŻYMI literami.

                                                    "Będzie mi wstyd." Czasem mam tak, że wstydzę się swoich słabości i za jakiś
                                                    czas, pewnie będę się wstydził tego użalania nad sobą. To miałem na myśli.

                                                    Jest też jeszcze sarkazm ...

                                                    Każdą wskazówkę odrzucam? Póki co dostałem tylko jedną konkretną - pomoc
                                                    specjalisty, drugą trochę abstrakcyjną - praca nad sobą samym i trzecią
                                                    sprzeczną z moim charakterem - żyj dla siebie.
                                                    I żadnej nie odrzucam z założenia. Chcę zostać do nich przekonany, czy to tak
                                                    wiele? To oznaka lekceważenia?

                                                    Jak już pisałem - nikogo nie zmuszam do pisania tutaj. Jeśli sprawia to jakieś
                                                    trudności to naprawdę nie warto. Ja sobie poradzę, zawsze sobie radzę.
                                                  • dsz27 Re: uuuuuu.....wyhamuj:) 15.02.09, 11:32
                                                    Witaj,
                                                    Czytałam twoje wątki ale nie udzielałam się w nich wcale. Życzę Ci, żeby decyzje
                                                    które podejmiesz poprawiły i Twoje samopoczucie i sytuacje obecną. Kto ma
                                                    wiedzieć lepiej od nas czego nam potrzeba? Każdy z nas ma i lepsze i gorsze
                                                    momenty a czytając Ciebie mam wrażenie, że dasz sobie radę. Jeśli przekonasz się
                                                    kiedyś do skorzystania z opcji pomocy psychologa, to polecam, mi jedna wizyta
                                                    otworzyła bardziej oczy. Ale nie uważam, ze bez tego bym nie dała sobie rady.
                                                    Bardziej pomogło mi to nasze forum.
                                                    Tak wiec życzę POWODZENIA, dasz sobie radę i nie zrażaj się do pisania tutaj.
                                                    Donia
                                                  • tricolour No i bardzo dobrze... 15.02.09, 11:33
                                                    ... teraz zostaw forum na tydzień, usiądź sobie spokojnie i daj odpowiedź na
                                                    pytanie:

                                                    Czy wybrać rozwiązanie konkretne, trochę abstrakcyjne czy sprzeczne z Twoim
                                                    charakterem?

                                                    PS. "żadnej nie odrzucam z założenia. Chcę zostać do nich przekonany" - sam się
                                                    musisz przekonać. Działanie zewnętrzne, to przemoc.
                                                  • lokurdebele Re: uuuuuu.....wyhamuj:) 15.02.09, 11:37
                                                    Szanowny tricolour, cały czas jestem tutaj i jak widzisz odpowiadam najlepiej
                                                    jak potrafię, mam świadomość tego że obrażanie się do niczego nie prowadzi. Nie
                                                    widzę powodu do obrażania się, raczej trudności z porozumieniem

                                                    OK, chciałbym żeby wasze słowo nie sprawiały mi przykrości ale co z tego mojego
                                                    chcenia? I tak każdy napisze to co napisze.

                                                  • tricolour Jeżeli chodzi o przykrości... 15.02.09, 11:44
                                                    ... to napisz rozmówcy konkretnie, co sprawia Ci przykrość - najzwyczajniej
                                                    zacytuj słowa, które bolą. To najprostszy sposób, a uzyskasz i spokój, i
                                                    przeprosiny.
                                                  • lokurdebele Re: Jeżeli chodzi o przykrości... 15.02.09, 12:55
                                                    Nie oczekuję przeprosin od kogoś kto stara mi się pomóc.
                                                    Po prostu odczuwam frustrację z powodu braku zrozumienia czy też, sam nie wiem,
                                                    swojego niskiego progu bólu, jeśli wiesz o co mi chodzi.

                                                    Przeraża mnie też to, że ktoś może mnie tak postrzegać. Jeśli tyle osób mówi mi,
                                                    że jestem be, to coś w tym musi być. A jeśli bliscy też mnie tak widzą?
                                                    Zmieniłem się tak bardzo nawet sam tego nie zauważając?
                                                    To napewno jest warte przemyślenia.
                                                  • wania46 Re: Jeżeli chodzi o bycie be :)... 15.02.09, 14:55
                                                    Nie jestes be!smile
                                                    Jestes najprawdopodobniej troche bardziej wrazliwy niz reszta populacji.I nie jest to zaden zarzut.
                                                    Dzieki ludziom wrazliwym swiat jest piekniejszy.
                                                    Pewnie latwo Cie zranic,ale wierz mi to tez mozna zmienic- dla wlasnego komfortu
                                                  • sbelatka mariefurie 15.02.09, 13:58
                                                    gdy czytam takie posty jak Twoje ... to aż mi żal...
                                                    a może bardziej czuję sprzeciw - ze z dowalania czlowiekowi inni
                                                    ludzie czynia misje swą... i na dodatek twierdzą, ze nie o to
                                                    chodziło żeby ich zgnoić... nie o to...


                                                    brrrr
                                                  • mariefurie Re: mariefurie 15.02.09, 20:14
                                                    Może Ci byc żal, Sbelatko, i może tto równiez budzić Twój sprzeciw. Nie dziwi mnie to.
                                                    bardziej mnie dziwi jednak i ... zal, kiedy czytam posty nijakie, o temperaturze mleka dla dziecka, mówiące proroczo, a jakże, - "bedzie dobrze", - ktore budzą mój sprzeciw.
                                                    Na pewno - będzie. Może za 5 , moze za dwadziescia lat. Samoczynnie i bez udziału zainteresowanego, tylko wyłącznie wskutek upływu czasu i swego rodzaju amnezji.
                                                    Ale Lokurdebele nawyraźniej nie chce marnować kolejnych paru lat na to w czym tkwi, dlatego napisał tutaj, bo chcial dostać gotową receptę.
                                                    Recepty może nie zdobył, bo jej najzwyczajniej nikt mu nie da. za to poczynił juz pierwszy kroczek.

                                                    A co do "brrr-misjo-dowalania". To jest Twój odbiór i masz prawo myslec co chcesz.
                                                    Czasami człowiekowi, który zaczął się zacinać, trzeba zrobić takie coś znienacka: "BBBBA!". I przestaje sie zacinac. Kolega się zaciął od kilkunastu postów i w kółko powtarzał to samo.
                                                    Aż na końcu stwierdził:
                                                    "A jeśli bliscy też mnie tak widzą?
                                                    Zmieniłem się tak bardzo nawet sam tego nie zauważając?
                                                    To napewno jest warte przemyślenia."

                                                    I to jest ten kroczek. I poczatek jego drogi.
                                          • sbelatka hm 14.02.09, 21:38
                                            wiesz, trochę mam wrażenie, ze się nie możecie dogadać

                                            nie jest to jakies bardzo rzadkie zjawisko - a nawet, rzekłabym,
                                            częste...

                                            każdy z nas czyta i pisze przez swój pryzmat, swoje rozumienie,
                                            swoje zakorzenione w głębi jestestwa skrypty

                                            skoro nie potrafimy sie porozumieć z bliskimi nam osobami -
                                            porozumienie z "obcymi" tym bardziej bywa trudne

                                            czasem myśle - warto odpuścić
                                            czasem warto zastanowić się czy w tym co budzi moj sprzeciw - nie
                                            ma odrobiny racji
                                            czasem warto jasno i wyraźnie powiedziec co sie czuje

                                            myśle natomiast, ze nigdy nie warto sie obrażać...



                                            • lokurdebele Re: hm 14.02.09, 22:40
                                              Eh tam zaraz obrażać big_grin
                                              Teraz kiedy zrobiło się naprawdę zabawnie?

                                              To jedna z moich wad - jestem uparty. Im większy nacisk, tym większy opór.
                                              • sbelatka Re: hm 14.02.09, 23:06
                                                wiesz... taka mała propozycja..smile

                                                czasem warto spróbowac zrobic coś INACZEj niz zwykle...

                                                zrsztą cóz.. klasyka - opór rodzi opór...
                                                kiedy oporu nie ma - atak traci impet...

                                                rzucanie pilką w ściane z gąbki.... mało rajcujące jest
                                                rzucanie pilki w betonową ściane .. ooo, to inna sprawa..

                                                ale to tylko takie gadanie przed pójciem (smotnym smile ) do łóżka
                        • z_mazur Re: Przeczytaj spokojnie swoj posty... 12.02.09, 10:39
                          Tia, a jak przestaniesz wierzyć w to, że ziemia się kręci wokół
                          słońca, to ona stanie. Psychologia to dziedzina nauki, która
                          oczywiście jak każda nauka posługuje się pewnymi teoriami, które
                          lepiej lub gorzej starają się radzić z rzeczywistością, ale to że Ty
                          w nią nie wierzysz, to nie znaczy, że ona nie działa.

                          Oczywiście wiara (BTW ciekawe słowo w ustach agnostyka) w
                          skuteczność terapii pomaga (jak widać na efekcie placebo), jednak
                          nie jest konieczna, żeby ona zadziałała.

                          Jednak jak to już napisała kamihope, pacjent musi chcieć się leczyć.
                          Jeśli nie chce, to widocznie jego sampoczucie nie jest dla niego aż
                          tak trudne do zniesienia.
                • crazyrabbit Re: Mylisz się, kolego... 11.02.09, 00:42
                  Jeżeli tylko mysl o dziecku mobilizuje Cię do wstawania rano... to
                  cholera naprawdę z Tobą źle. Piszę całkiem poważnie - poczytaj sobie
                  troszkę o depresji.

                  Co do kopa... hehehe... przeprowadzka, zmiana (utrata) pracy, zmiana
                  środowiska czasem nie wystarczają.

                  Pytasz o inne sposoby wyjścia z impasu, psychoterapia Ci nie
                  odpowiada, bo w nią nie wierzysz... no cóż... Niektórzy pomagają
                  sobie alkoholem/imprezami/seksem. Nawet działa w niektórych
                  przypadkach wink
                  Akurat mi te "metody" pomogły (nie powinnam o tym pisać of kors),
                  też nie chciałam iść do psychologa. Poradziłam sobie sama z sobą,
                  częściowo z pomocą ludzi, których mogę nazwać swoimi przyjaciółmi -
                  również z tego forum.

                  Ale trzeba mieć silny i wredny charakter (jak ja tongue_out), żeby nie wpaść
                  w nałogi i doły moralne. Jesteś jak widzę niegłupi facet, wybór
                  należy do Ciebie.

                  Ja jestem już daleko poza tym wszystkim, w nowym związku, z
                  sentymentu zaglądam tylko na to forum smile
                • kingas38 Re: Mylisz się, kolego... 11.02.09, 08:28
                  Witaj...nie zrażaj się tym ,,kubłem zimnej wody"... to jest cały tri... ale
                  wierz mi że nie ma złych intencji.Z czasem spojrzysz na to wszystko inaczej bo
                  tobie potrzebny jest czas, dużo czasu aby wrócić do równowagi.I najważniejsze...
                  musisz ,, otworzyć się na ludzi", zacząć dostrzegać że trawa jest zielona ,
                  błękit nieba, śpiew ptaków ...i że to może cieszyć, sprawiać radość.Nie wszyscy
                  ludzie są zli,zacznij dostrzegać dobro.Większość z nas przywdziewa na siebie
                  maski bo boją się ran i bólu , czasem jedno dobre słowo, szczery uśmiech
                  powoduje że komuś sprawisz radość a on tym samym odwzajemnia...Zamknąłeś się w
                  sobie, najeżyłeś kolcami, odgrodziłeś murem...stąd ta szarość, bo nie wierzę że
                  taki jesteśsmileWiem że miłość nieodwzajemniona, odrzucona, podeptana boli.Znam to
                  z autopsji.Ale to przeszłość i nie da się tego odwrócić.A szczęście... no cóż
                  .Dziś go nie ma ale jutro , pojutrze się pojawi.Tylko trzeba się na nie otworzyć
                  a nie zamykać drzwi przed nim.Nie można żyć tylko dla kogoś, żyje się przede
                  wszystkim dla siebie a potem dla innych.Znajdz w sobie tą siłę.Tego ci
                  życzę.Pozdrawiam
                  • lokurdebele Re: Mylisz się, kolego... 11.02.09, 20:48
                    OK, nie będę się zrażał naszym kolorowym przyjacielem. Szanuję opinię każdego bo
                    na tym właśnie to chyba polega. Każdy rzuca radą, którą uważa za najlepszą.

                    Z tym życiem dla siebie to mam chyba rzeczywiście problem. Chyba od zawsze
                    najlepiej wychodziło mi życie dla kogoś. Nie życie czyimś życiem, ale dla kogoś.
                    Czasem inwestowałem uczucia niezbyt rozsądnie, ale niczego nie żałuję. Kiedy
                    jestem sam, mam wrażenie że tracę czas, że rozmieniam się na drobne. Tak jak
                    teraz - jest mnie tak mało, że czuję jak prześwituję przeze mnie słońce.
                    • tricolour Nie zrażaj się mną... 11.02.09, 22:24
                      ... zupełnie się mną nie przejmuj.

                      Jesteś jedyną osobą, której powinno na Tobie zależeć. Gdy wyjdziesz z takiego
                      założenia skonstruujesz świat wokół siebie i dopiero wtedy będziesz mógł innym
                      zaoferować konkret. Czy przyjmą, czy nie, to inna sprawa, ale Tobie zawsze
                      pozostaje Twój świat.

                      Nie można żyć dla kogoś, bo jak tego kogoś zabraknie, to nie ma dla kogo żyć -
                      właśnie tego doświadczasz.
                    • catrinceoir Re: Mylisz się, kolego... 11.02.09, 22:31
                      zycie dla kogos ma ten minus, ze niekoniecznie ten, "dla kogo" zyjemy, od nas
                      tego potrzebuje i wymaga. znam to bardzo dobrze, bo pierwsza taka relacje mialam
                      z jednym z rodzicow. a skutek taki, ze czlowiek sie czuje odrzucony, niekochany,
                      i nie potrafi stworzyc potem normalnego zwiazku, bo wchodzi z kazda osoba w ten
                      sam schemat - "potrzebuj mnie, przychyle ci nieba"... jak trafisz na
                      niewlasciwego partnera, to najpierw to wykorzysta (zwlaszcza, ze kochajac
                      uwazasz, ze musisz z siebie dac jak najwiecej, ustapic w razie sprzeczki, etc.),
                      a potem mu obrzydniesz, bo rozpieszczony nie zaakceptuje, ze nie masz juz co dac
                      - albo, nie daj Bog, ze zauwazyles, ze tylko dajesz, i tez chcialbys dostac, dla
                      odmiany...
                      ja sie zycia dla siebie mozolnie zaczynam uczyc. w tym celu korzystam z tych
                      pomocy, o ktorych juz tu wczesniej byla mowa - leki zaczelam brac, jak nie
                      mialam juz zadnej motywacji do wyjscia z lozka caly dzien, tylko plakalam.
                      pomogly z fizycznymi objawami, to poszlam na terapie. poszukalam madrych ksiazek
                      w necie. przyjaciele ostali sie nieliczni, ale zato tacy, ktorzy zadnego kryzysu
                      sie nie wystrasza i nie pozwola zostac mi samej w razie czego. wszystko razem
                      tworzy pomocna calosc, dlatego nie odrzucaj elementu psychoterapii, bo "nigdy w
                      to nie wierzyles". sprawdz empirycznie, czy istnieje wink
                      powodzenia w obudzeniu sie z dlugiego snu. i zaopiekuj sie jakims zwierzakiem,
                      bedziesz mial "dla kogo" zyc, ale sie nie uzaleznisz wink a zwierz odplaci miloscia.
                      • lokurdebele Re: Mylisz się, kolego... 12.02.09, 15:32
                        Ja nie próbuję uszczęśliwiać na siłę, nie oczekuję też niczego w zamian.
                        Poprostu robię coś dla kogoś, pomagam lub jestem "w gotowości bojowej", bo lubię.
                        Ale masz rację, czasem, namęczywszy się jak osioł pod górę, czy to spełniając
                        czyjeś życzenie, czy poprostu przedkładając czyjeś potrzeby ponad swoje, w
                        ramach "podziękowania" usłyszę słowa krytyki, to czuję się jak zbity pies. Za
                        co? Co ja takiego zrobiłem, przecież jest tak jak chciałaś! Przecież wcale nie
                        musiałem tego robić!

                        Trochę to chyba żałosne, że nie wystarczam sam sobie. Lubię pobyć trochę samemu,
                        ale na dłuższą metę to mnie dołuje. Jak już pisałem, mam wrażenie, że tracę czas.

                        Mam psa big_grin Nie wiem jak on ze mną wytrzymuje, ale daje radę.
                • j2j Re: Mylisz się, kolego... 13.02.09, 05:53
                  A kopa na rozpęd? Myślisz, że przeprowadzka, zmiana trybu życia,
                  pracy itd to
                  > mały kop?

                  To nie byl kop - to byla ucieczka... i nadal uciekasz tyle ze malo
                  skutecznie jak widac
            • z_mazur Re: Nie musisz wywlekać tutaj niczego... 10.02.09, 07:49
              > Dajcie spokój psychoterapii. Nie byłem i raczej się nie wybiorę.
              Dlaczego - bo
              > nie chcę, nie wierzę w skuteczność i tyle.

              Ok Twój wybór ale w takim razie czego oczekiwałeś skoro konkretne
              rady Ci nie pasują. Mnie terapia w bardzo podobnej do Twojej
              sytuacji bardzo pomogła i paru innym osobom, które znam osobiście
              również. Więc ja mam własne doświadczenie , plus opinie kilku osób z
              których zdaniem się licze. Ty masz swoje "nie chcę, nie wierzę",
              mimo że nawet nie spróbowałeś.

              Czuję że jesteś na dobrej drodze do tkwienia, w tym stanie w którym
              jesteś, jeszcze bardzo długo.
        • z_mazur Re: Napisałeś wyjątkowo szary post... 10.02.09, 00:04
          > Ale być może masz rację, stałem się zgorzkniałym, szarym gościem, wykastrowanym
          > emocjonalnie. Taki murek sobie wybudowałem.

          Bardzo dobra diagnoza ale to wszystko zrobiłeś sam. Możesz też sam zrobić coś zupełnie innego. Polecam psychoterapię i przypomnienie sobie, co kiedyś przed poznaniem aktualnej byłej żony sprawiało Ci przyjemność i radość. Odnajdź w sobie tego faceta sprzed lat, on tam gdzieś w Tobie jest, tylko sam go głęboko pochowałeś. Możesz go odgrzebać, wszystko zależy od Ciebie.
    • danagr Re: Trochę się męczę 09.02.09, 23:46
      minie jesli dasz sobie przyzwolenie na to, odzalujesz i przebolejesz strate,
      zamkniesz definitywnie etap poprzedniego zwiazku, a i szczescie jeszcze moze
      zawitac, chodz masz je w sobie prawdopodobnie przykryte bolem.
    • farukh2 Re: Trochę się męczę 11.02.09, 12:59
      Podziwam Cie, ze z kultura znisles te jazde po Twoich wypowiedziach.
      Jestem pelna zrozumienia dla prawie wszystkich Twoich emocji, ale
      wez sie w garsc, posluchaj ludzi, ktorzy naprawde sa kilka krokow do
      przodu od miejsca, w ktorym Ty teraz sie znajdujesz.
      Masz podobna psychike do tej, ktora posiada bardzo bliska mi osoba.
      Podobne tez sytuacje Cie spotkaly. Masz w sobie wielki power, tylko
      moze jeszcze nie wiesz o tym. A zycze, za nastepne dwa lata, zebys
      diametralnie zmienil swoja sytuacje, i tak, jak pisali wczesniej
      inni, spojrzal na swoje slowa tutaj napisane i pomyslal : "Jak ja
      moglem tak sie poddac?".
      Bedzie dobrze, mysle ,ze zaslugujesz na to, trafiles pewnie poprostu
      nie na ta kobiete, ktora jest Ci pisana.
      • crazyrabbit Re: Trochę się męczę 11.02.09, 17:09
        farukh2 napisała:

        > Podziwam Cie, ze z kultura znisles te jazde po Twoich
        wypowiedziach.

        Nie zauważyłam, żeby ktokolwiek "jechał" po wypowiedziach autora
        wątku.
        Facet po roku od rozwodu jest psychicznie ciągle w tzw. czarnej
        dupie, dostaje konkretne rady, co z sobą zrobić, ale nie chce ich
        słuchać. W psychiatrów nie wierzy, w psychologów tym bardziej, nie
        mówiąc o wróżkach i księżach.
        To co mu jeszcze można doradzić? "Wyjdź do ludzi? Znajdź hobby? Pisz
        na forum?"??? Przecież jak on nie ma czasem siły na to, żeby wstać z
        łóżka, to do ludzi nie wyjdzie ot, tak.
        • lokurdebele Re: Trochę się męczę 11.02.09, 20:25
          Wbrew pozorom, rozważam wszystkie rady. Nie okopuję się na pozycji i nie walczę
          na śmierć i życie. Z tego co się orientuję, psychoterapia opiera się na dobrej
          woli pacjenta. A ja, jako niedowiarek w takie terapie nie wierzę.

          Z tym łóżkiem to jest tak - jak napisałem mam tak czasem. Nie jest to moja
          codzienność. Są dni kiedy tak właśnie jest - megadół, spowodowany np.
          przygnębiającymi myślami, złym snem itd.
          Mam oczywiście zainteresowania, nie siedzę w domu, ale jak już pisałem - nie
          potrafię się zaangażować. Wolny czas przestał mnie cieszyć, bo wracają duchy
          przyszłości.

          Co do postów - chyba najbardziej ubodła mnie kolejność - gdyby jako pierwszy
          napisał ktoś mniej "ostry", może łatwiej bym zniósł resztę. Szanuję opinię
          każdego, ale akurat na mnie nie działa metoda kija. Bardziej marchewki big_grin
          • iranka_1 Re: Trochę się męczę 11.02.09, 22:11
            lokurdebele napisał: na mnie nie działa metoda kija. Bardziej
            marchewki big_grin

            Marchweka jest taka:
            żyjesz, możesz wstać rano, zrobic ze swoim zyciem co zechcesz, czas
            w końcu uleczy rany (z pomocą jakiejś terapii/przyjaciół być może
            nastąpi to wcześniej).
            Przed tobą życie - pomyśl ile już dni "zmarnowało się".
            Ja też miałam czas kiedy wstawanie rano było nie lada wyczynem, nic
            nie cieszyło, z trudem funkcjonowałam.
            Ale trzeba pogodzić się z tym co przyniósł los.
            I żyć! Jak najpełniej, bo zycie jest krótkie.
            Przepraszam za banały smile
            Ale zycie bywa banalne ...

            pozdrawiam
            Iranka
            • farukh2 Re: Trochę się męczę 12.02.09, 10:05
              banał masz za sobą, a teraz zrób ze swojego życia najpiękniejszy
              czas. Masz dziecko! Pomyśl o tych, co pragną , i nie mogą spełnić
              tego marzenia. Masz potencjał. Uwazam, że jest wiele, wiele
              wspaniałych kobiet i znajdziesz, tą swoją królewnę. Może bardziej
              się rozglądaj, i słuchaj, co mówia. Bądż bardziej krytyczny wobec
              kobiet, ale i od siebie wiele wymagaj. Powolutku! Rok, dwa, może
              nawet trzy lata to potrwać. Albo nigdy nie spotkasz tej wymarzonej.
              Ale i tak możesz być szczęśliwy, i bądż!!!
    • sbelatka Re: Trochę się męczę 12.02.09, 18:03
      Lokurdebele..

      przeczytałam cały wątek - i się jakos poczułam zdziwiona... To, ze
      Tri skoczył Ci do gardła nie jest niczym dziwnym - to raczej klasyka
      w jego wykonaniu i to w złym stylu (moim zdaniem ) ..

      Ciąle sie jednak zastanawiam dalczego częsc z nas (ludzi po
      pzrejściach) uważa, ze wiadro zimnej wody czlowiekowi w kiepskiej
      kondycji może w czymkolwiek pomóc..

      nie wiem - może tak jest... ale osobiście nie wyadaje mi sie.. smile

      dawanie rad... no, to zupelnie problemtyczna sprawa...

      istneije tylko pytanie co mogloby Ci pomóc? Jak my - ludzie z forum
      możemy Ci pomóc?

      możliwe, ze po prostu chciałes sie poczuc zrozumiany - bo kto
      potrafi lepiej zrozumiec glodnego niż inny glodny..

      nie wiem czy zrozumiany sie poczules.. pewnie nie...


      to co ludzie do Ciebie napisali - to szczera prawda jest... Terapia,
      szukanie siebie sprzed, wychodzenie do ludzi...


      tylko, że rady, ktore dostajemy rzadko możemy wcielić w zycie.. bo
      nie potrafimy...


      ja mysle, ze każdy z nas musi sam znaleźc SWOJA drogę.. do
      odzyskania siebie i poczucia szczęscia...


      Jest ich wiele - różnych..
      znajdź te, ktore sa dobre dla Ciebie..
      bo któreś na pewno są...

      jednego jestem pewna - albo TY podejmiesz DECYZJE, ze wyjdziesz z
      tego mroku na słoneczną polanę.. albo strefa mroku pochlonie CIe ..
      nie wiadomo na jak długo..

      gdy decyzję podejmiesz - sposoby znajdziesz..

      życzę Ci powodzenia

      • lokurdebele Re: Trochę się męczę 12.02.09, 22:37
        Szczerze mówiąc, również mam wątpliwości co do terapii szokowej.
        Chyba wolę jakąś metodę małych kroczków. Myślę, że miedzy innymi tutaj
        napisałem. Taka próba pogadania z ludźmi - obcymi, a jednak bardzo dobrze
        znającymi temat. Tego brakuje mi w rozmowach np. z przyjaciółmi. Owszem, są
        bardzo kochani i starają się jak mogą, ale nie bardzo czują klimat, bo to dla
        nich jednak egzotyka. Nie mam znajomych rozwodników.

        Czy poczułem się tutaj zrozumiany hmm... Chyba nie do końca, ale za to
        zauważyłem jak różne są reakcje, sposoby radzenia sobie z problemami. Mam też
        wrażenie, że jesteście niesamowicie silni. Ci którzy są już :na prostej". Z
        waszych słów bije pewność i siła.

        A rady, owszem warto wysłuchać, ale chodzi chyba bardziej o znalezienie
        kierunku, jakiegoś ogólnego planu działania, niż o stosowanie się do konkretnych
        rad.
        • sbelatka Re: Trochę się męczę 13.02.09, 13:20
          No tak..
          za jakis czas - gdy dasz sobie zgodę na wyjście ze strefy mroku - i
          już ją opuścisz - zdziwisz sie jaki poczujesz się silny.. smile

          osobisty "przyrost mocy" jest doprawdy nieprawdopodobny...

        • kasper254 Re: Trochę się męczę 13.02.09, 13:51
          Jestem ponad trzy lata po rozwodzie. Dwa lata były upiorne. Nie
          umiałem się dżwignąć z tej klęski, utraty mojeje ogromnej części
          życia, mojego sensu - chociaż także bezsensu. Miałem mozliwość
          korzystania z porad psychologów i psychiatry. Nie umniejszając ich
          pracy, wiedzy i doświadczenia - to były stracone kontakty i
          zmarnowany czas; jakbym rozmawiał do lustra. Co mi pomogło: bliscy;
          siostra, przyjaciele, znani mi ponad dwadzieścia lat, świadkowie
          mojego nieudanego - jak się okazało - małżeństwa. Dużo biegałem;
          zrobiłem pewnie tysiące kilometrów. Miałem możliwość doświadczać
          cierpienia innych - i widziałem, że nie spotkało mnie nic
          najgorszego, że są tragedie większe, niż moja.
          Gdy ożeniłem się, mój dom wypełnił się życiem, radością, potem
          śmiechem dziecka, a teraz nadzieją.
          Nic jednak nie jest takie proste,jak było. Czy jestem
          silniejszy? Wątpię. Na pewno mądrzejszy, z większym dystansem do
          świata i ludzi, ostrożniejszy. Cenię sobie każdą chwilę; wiem, jak
          krótko trwają te dobre i jak bolą te złe; wiem, jak budować spokój,
          jak omijać rafy.
          • zuza145 Re: Trochę się męczę 13.02.09, 14:18
            wniosek sam się nasuwa- ten stan przemija.
            Jednym szybciej, innym wolniej.
            Ale można sobie pomóc- to akurat wynika z większosći postów że można.
            Trzeba podjąc tę decyzję - że chce się zmiany tego stanu na lepszy i
            zacząć działać bo samo "chcę" to zbyt mało.
            Czasami zaczyna się dziać lepiej w sposób niezauważalny- ale i wtedy
            jest to wynik jakieś tam działalności tego, co chce zmienić stan w
            jakim tkwi.
            więc czy tak, czy siak- robić coś trzeba. A skoro ma się mało sił to
            może się skupić na czymś konkretnym a nie rozdrabniać na kilku
            frontach?
    • cynta Re: Trochę się męczę 14.02.09, 03:28
      Czesc,
      Chcialam Ci wczesniej odpisac ale zeszlo.... Nie czytalam wszystkich postow wiec
      moze sie powtorze. Musisz przestac ogladac sie za siebie, rozpamietywac jak
      mialo byc, jak bylo i czemu nie jest. Znajdz cos co chciales cale zycie robic
      ale nie miales czasu i zmus sie do robienia tego. Ladowanie w gymie ma ten plus
      ze w koncu zaczniesz produkowac endorfiny w czasie tego wysilku a one sa
      przyjemne...wink) Usiadz i zastanow sie dobrze co Ci jest potrzebne, teraz, dzis,
      zeby poczuc sie lepiej... To bedzie pewnie rozwiazanie czasowe ale tak malymi
      kroczkami pojdziesz w kierunku swiatelka w tunelu ( a to pociag!!!!, nie,
      zartuje!!). Ja np. doszlam do wniosku ze nie moge zniesc oficjalnego (!!) braku
      atencji faceta. Weszlam wiec na portal randkowy i gadalam z facetami dla poprawy
      nastroju, pomoglo!! nie wyszlam jeszcze calkiem z dola ale odeszlam od
      poczatkowej pozycji.... o to chyba chodzi...
      powodzenia!
    • mariaeva Re: Trochę się męczę 14.02.09, 22:58
      Kiedys czulam podobnie
      swiat mial byc piekny i kolorowy ale okazla sie szary i pełen dymu z
      ognia zalu
      nie umiałam przestac myslec o tym ze slowa to jedno a czyny to cos
      zupelnei innego
      mowil pieknie zyl okropnie
      nie chcial dziecka
      a ja tak
      ale nei moglam zajsc w ciaze
      potem byly klopoty zdrowotne
      nie udalo sie urodzic
      bylam samotna z nim bedac
      potem rzucil prace
      zaczal odreagowywac wiek sredni
      druga mlodsc
      ja mialma ja sponsowrowac
      powiedizalm basta a wtedy byl szantaz emocjonalny
      zdecydowalam o rozwodzie
      bolaly neispelnione marzenia
      i pustka
      tak ktora byla i ta nowa
      ucieklam wprace
      to byla metoda na jakis czas
      potem rozpaczliwie szukalam milosci
      trafilam na bawidamka
      to prawie mnie dobilo ale potem zrozumialam ze
      milosc to cos okrutnego
      ze boli

      dzis mysle ze mam prawo byc szczelsiwa
      cche w to wierzyc
      czasem placze cal anoc
      w taki dzien jak dzis
      albo kiedy spaceruje wiosna po parku
      wtedy lzy kapai jak szalone a ja nie moge przestac

      jedno o czym musimy pamietac ze czasem tak musi sie podziac
      wbrew anszej woli
      wbrew marzeniom
      i o nadziei tez
      nie wolno nigdy zabic nadziej na to ze w koncu bedizemy szczesliwi

      trzymam kciuki
      dasz rade

      tylko nie mysl o tym ze boli
      bol ktryo ciagle trwa niszczy wszelkie dobro w czlowieku
      • zawsze-marta Re: Trochę się męczę 15.02.09, 00:30
        od ponad roku zmagam się z samotnością, bólem i sobą,
        gdzieś jest trochę nadzieji że kiedyś będzie lapiej
        ale nie umiem przekonać sama siebie że też mam szansę na te "lepiej"
        staram się nie oglądać za siebie ale to nic nie daje
      • anula36 Re: Trochę się męczę 15.02.09, 00:33
        myslse ze nikt nie jest w stanie byc szczesliwy wyrzekajac sie wiezi z wlasnym dzieckiem -poczujesz prawdziwa ulge odtwarzajac ja jakosna tyle,na ile mozna,nawet na odleglosc.
        posty forumowych dogryzaczy mozna po prostu wylaczyc,niektorzy nie sa w stanie wzniesc sie ponad wlasne ograniczenia.
      • lokurdebele Re: Trochę się męczę 15.02.09, 01:49
        Myślałem, że kobietom jest jakby ... łatwiej? Nie, to chyba złe słowo. Może to
        kwestia stereotypu - łajza facet, rzuca kobietę i tyle go widzieli. Zawsze tak
        było i chyba mamy to w genach.
        A może instytucja małżeństwa już się nie sprawdza? Faceci nie są już
        dżentelmenami, rycerzami (mówię o charakterze) tylko stali się swoją własną
        karykaturą. Rywalizujemy z kobietami w pracy, okazuje się że jesteśmy od nich
        gorsi w wielu dziedzinach, a potem wracamy do domu i ... odreagowujemy na
        kobiecie, którą tam zastajemy. Nie wiem sam. Jak napiszę, że ja tak nie mam, to
        zaraz dostanę po łbie, że się wybielam. Zawsze lepiej dogadywałem się z
        kobietami, całe życie z nimi pracowałem, mam 2 siostry i wydaje mi się, że
        trochę kobiety rozumiem. Na ile to możliwe wink
        Z kolei jeśli kobiecie pozwala się na wszystko, jest się uległym i traktuje ją
        jak księżniczkę, to okazuje się, że nie chce mięczaka tylko "rasowego ogiera".
        Granica po której trzeba stąpać, jest bardzo cienka a i tak może się okazać
        drogą zupełnie nie w tą stronę.

        Tak bardzo mi brakuje kogoś gdy się budzę rano. Zapachu jej włosów wieczorem.
        Kubka z niedopitą kawą. I tej pięciosekundowej nagany wzrokowej gdy za długo
        siedzę przy komputerze.
        Bez tego cholernie ciężko jest uśmiechać się cały dzień
        • farukh2 Re: Trochę się męczę 15.02.09, 12:45
          Masz wiele racji.
          Ostatnio slyszalam o ksiazce "dlaczego mezczyzni kochaja zołzy". Czy
          cos takiego, moze ktos podpowie, czy dobrze napisalam tytul? Ale
          kolezanka troszke mi opowiedziala tresc. I powiem Tobie, ze olsnilo
          mnie, ze faktycznie. Moj zwiazek, zwiazek mojej przyjaciolki, cioci
          z 40 letnim stazem malzenskim, i przyjaciolki mojej mamy, opieraly
          sie na opisanych prawidlowosciach. Mezczyzna ma instynkt lowcy i
          nikt temu nie zaprzeczy. Ja koniecznie musze sobie zdobyc te
          ksiazke. Ale nie po to, zeby sie uczyc, nie. Chce potwierdzic swoje
          postepowanie zolzowatosci, ale takiej plynacej z konsekwencji walki
          o swoje miejsce w zwiazku, polaczonej z ogromna miloscia i
          szacunkiem.
          Tak, granica jest niezwykle cienka. I naprawde CODZIENNIE musze
          chuchac i dmuchac na ten zwiazek, zeby nie zniszczyc, nie powtorzyc
          bledow. On tez tak postepuje. Bardzo trudne to nie jest, ale trzeba
          byc ostroznym. w drugim zwiazku istnieje mozliwosc spowodowania
          glebszych ran ,niz te, ktore otrzymalo sie dotychczas. Bo sie je
          poprostu nie tylko otwiera ale, mozna tez poglebic "do kosci".
          Jest to chyba zbyt skomplikowane ,zeby ot tak opisac na forum.
          Nie mecze sie, ale jestem czujna. Moze tak trzeba bylo w pierwszym
          malzenstwie? Nie, inne byly powody,ze odeszlam. Nie chce powtarzac
          sie, moje posty pewnie sa gdzies tam.

          Instynkt nakazuje mi odruch przytulenia Ciebie, po tych slowach:

          "Tak bardzo mi brakuje kogoś gdy się budzę rano. Zapachu jej włosów
          wieczorem.
          > Kubka z niedopitą kawą. I tej pięciosekundowej nagany wzrokowej
          gdy za długo
          > siedzę przy komputerze"


          Nie skomentuje, bo zbyt osobiste odczucia mi sie nasuwaja.
          szkoda ,ze moj Kochany nie lubi wchodzic na Forum. Jestem pewna, ze
          powiedzialby Tobie wiele,wiele dobrego. Pozwole sobie na "Uwierz w
          sibie" i: "Z pewnoscia spotkasz te jedyna i bedziesz rozzalony, ze
          nie spotkales jej wiele lat temu, kazdego dnia nadrabiajac czas,w
          kazdej godzinie w kazdej minucie, w kazdej sekundzie bedac z nia".
          Mysle, ze tak by to Tobie powiedzial smile
          Milej niedzieli.
          Wyjdz do ludzi.Jest sposob, pamietaj,ze jezeli ma Was np. laczyc
          wspolna pasja, nie znajdziesz tej dziewczyny w pubie, ale moze na
          koniach, na basenie, na zaglowkach, w kinie.... Wiele dziewczyn
          zamyka sie w domach i tutaj ,na forum szukaja drugiej polowki, sam
          wybieraj gdzie ja spotkasz.
    • kami_hope kontakt 15.02.09, 19:22
      Gotów do rozmowy?
      Podaję kontakt do mnie: kami_hope@gazeta.pl
      Zastrzegam sobie jednak prawo do prywatności i z góry określam
      granicę naszej znajomości, tj.: nie obudzę się przy Tobie rano, nie
      poczujesz zapachu moich włosów, nie napijemy się razem kawy… - ani
      nie przedstawię Ci osoby, która spełniłaby te pragnienia. Oferuję Ci
      swoje zaangażowanie, relatywnie do Twojego nakładu pracy. Wiedz
      ponad to, że mam ustalone priorytety, więc wszystko ma swoją kolej.


Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka