tijgertje
21.10.05, 23:14
Mamy dwa aparaty telefoniczne. Zwykle jeden na gorze, drugi na dole. ^Przez ostetne kilka dni jakos tylko jednego sie uzywalo. Drugi gdzies wcielo,ale na poczatko nawet sie nad tym nie zastanawialam. DO czasu. Ktos dzwnil i slyszalam oba aparaty, wtedy cos mnie tknelo, ze ten jeden to tak jakby w garazu byl. Zadzwonilam wewnetrznie i ruszylam na poszukiwania. W garazu nic, okazalo sie, ze to jednak kuchnia. Z uchem wyostrzonym ruszylam wzdluz mebli. W koncu dotarlam do kosza na smieci. Ku mej rozpaczy to on rozbrzmiewal upragnionym dzwiekiem. Rozpacz ma siegnela dna, gdy okazalo sie, ze kosz byl pelniusienki. No coz. Rekawiczki w ruch, nos na supelek i atak na kosz przypuscilam. Juz niemal stracilam nadzieje, gdy biedny, umorusany, dzwieczacy ostatkiem sil, eee... ostatkiem baterii telefon na samiutenkim dnie spomiedzy bardziej nieokreslnych odpadow sie wynurzyl... Ulga ma byla nie do opisania, a ubaw dziecie me mialo jak chyba nigdy w zyciu... Sie nam kosza wielgachnego zachcialo z klapka... A lobuzial niedawno odkryl, ze klapka dziala bez paluszkow przycinania, wiec cwiczy. Zastanawiam sie tylko, z czym sie pozegnalam zupelnie, nawet sobie z tego sprawy nie zdajac...