kawka74
08.03.07, 19:37
dowiedziałam się dzisiaj, po kwadransie jeżdżenia aparaturą po szyi, że jestem
mało szczęśliwą posiadaczką wola guzowatego, podobnie jak moja mama i babcia.
Jest to moje pierwsze USG tarczycy, więc trudno powiedzieć, czy guzki rosną,
czy nie.
Guzki (te hipoechogeniczne) są częściowo zwapniałe, jest kilka
hiperechogenicznych, normoechogenicznych, kilka malutkich płynno-litych (nie
wiem, czy dobrze cytuję, nie mam pod ręką wyniku). Generalnie są nieduże.
Pół roku temu wyniki TSH były idealnie w normie.
Pani doktor oczywiście wysłała mnie do endokrynologa, ale zaznaczyła, że wg
niej nie są to guzki, które powinny spędzać mi sen z powiek, nie widzi
konieczności biopsji, natomiast powinnam się regularnie kontrolować.
Zastanawiam się jednak nad tym, czy - jeśli endokrynolog i ewentualne
dodatkowe badania potwierdzą wstępną opinię pani doktor - czy pozostawić
sprawy, jak są (tzn. kontrolować tarczycę i ewentualnie przyjmować leki), czy
nie udać się pod nóż i wyciąć tarczycę. Może i teraz faktycznie nie jest to
tak groźne, ale czy nie istnieje ryzyko, że rozwinie się w coś groźnego? Może
od razu ciachnąć i zmniejszyć to ryzyko?
Oczywiście lekarz zadecyduje o dalszym ciągu leczenia, natomiast nie wiem, czy
nie poddać mu tej myśli.
Z tego, co wiem, po wycięciu tarczycy da się żyć.
Mam jedynie nadzieję, że pani doktor robiąca USG się nie pomyliła i jej
wstępna ocena okaże się prawdziwa.