Wczoraj miałam wizyte u nowego lekarza... No i drogie koleżanki pół nocy
przeryczałam!!!! Po jaką cholere ja tam poszłam...Baba zrobiła ze mnie
wariatkę.
Kobieta endo nawet nie spytała mnie jakie mam aktualne wyniki badań...
Powiedziała, że problem leży u mnie gdzie indziej- czyli w głowie... Kazała
mi iść do neurologoa po wyciszacze, psychiatra na leczenie i psycholog na
odblokowanie...Powiesiła się na mnie i dawaj zaczeła nawijać, słońce świeci
ciesz się życiem tak było co chwileczkę. Ja jej na to że tempe hormon mi
wybija i ,że lecę z wagi (4 kg w dwa tygodnie - a jem bardzo dużo) ona na to
że to widać bo brzuch mam obwisły i cobym zaczęła ćwiczyć brzuszki.
Ja do niej z tekstem, że okresy co 20 dni i to bardzo obfite- ona na to że
anorektyczki mają podobny problem bo tracą tłuszcz i kobiece hormony...tym
się nie martw!
Ja do niej, że cały czas są jazdy hormonów u mnie, że nie jestem w stanie
zbić i ustabilizować TSH, że jak zwiększam dawkę to jakbym była po udarze i
z łazienki nie wychodzę... Ona na to, że mam za dużą wiedzę na temat choroby
i cobym zajeła się czym innym...np założyła rodzine...

Była bardzo
zaskoczona moim zeszytem który prowadze z badaniami i dawkami jakie biorę (
no i oczywiście z krótkim opisem samopoczucia- zapytała czy jestem księgową -
bo takie cuda to widzi pierszy raz...)
Hormon FT3 absolutnie nie, ona patrząc na mnie sugeruje 50 mg. No i tak bez
badań podpisała sie u mnie pod nerwica wegetatywną, leków nie przepisała...a
dodała jeszcze, że widzi iż nie pogodziłam się z chorobą...i, że ten hormon i
ja to mamy być jednością...

Za wizytę zapłaciłam 60 zł, jestem na Rudotelu taka jestem zdenerwowana.
Ada