candy74
11.10.05, 08:59
Nie mogę się pogodzić z tym, że Heli nie ma już z nami. Choć nie znałam jej osobiście, a na forum pojawiam się rzadziej niż wiele z Was, to zawsze z wielkim podziwem i przyjemnością czytałam posty Heli.
Zapewne zauważyłyście, ile w niej było optymizmu, dobrej energii, mądrości. W jej postach można było odnaleźć nadzieję, pogodę ducha. Nie poddawała się nawet w obliczu cierpienia, którego nawet nie umiemy sobie wyobrazić.
Jest mi wstyd, że tak się nad sobą rozczulam, że potrafię znaleźć usprawiedliwienie dla wahań nastrojów, złości - przecież mam chorą tarczycę! Niech każda z nas odpowie sobie najszczerzej we własnym sumieniu, czy przypadkiem nie przesadzamy, nie rozdmuchujemy problemu? Kiedyś skopiowałam Wam fragment ksiązki o leczeniu siłą woli i ducha. Tam było napisane, żeby nie nazywać choroby po imieniu, bo wtedy zamieniamy ją w energię i dajemy siłę. Rzecz niewypowiedziana nie stała się nigdy. To trochę przewrotna teoria, ale zapewne cos w tym jest. Znane są przypadki samouleczenia. Ale nie Im mniej zajmuję się moją tarczycą, tym czuję się lepiej. Nie apeluję do Was, żebyście nagle uwierzyły, że przeciwciała znikną, gdy tylko podejmiemy w ich imieniu taką decyzję. Chodzi mi o coś innego. Zanim znowu kwękniemy, że coś nam strzyka i boli, pomyślmy o prawdziwym cierpieniu, o Heli, która będąc najsłabsza dodawała nam siły i otuchy. Nie poddawajmy się, gdy mamy gorszy dzień. Nie dopisujmy od razu do tego teorii, że to nasza poważna choroba daje nam tak bardzo w kość. Po prostu uznajmy, że to słabszy dzień i już. Minie, tak jak wszystko i znowu będzie dobrze. Hela w to wierzyła.